Rozdział 2 – Cztery Światy I
by Vicky
Wiedziała, że to bardzo zły pomysł. Przez tego kretyna jej życie zamieni się w piekło. Matthew stał oparty o ścianę z założonymi rekami. Przyglądał jej się uważnie.
– Chcę się przebrać – syknęła – wyjdź.
Chłopak uśmiechnął się, to nie był miły uśmiech.
– Nie.
– Dlaczego?
– Mam cię chronić – powiedział z sarkazmem w głosie – nie spuszczę cię z oka.
Postanowiła przyjąć inną taktykę. Skoro chce się z nią bawić, zobaczy, że ona wcale nie jest łatwą przeciwniczką. Uśmiechnęła się do niego zalotnie i zsunęła ramiączka sukienki odsłaniając dekolt. Podeszła do niego powoli, delikatnie kręcąc biodrami.
– Podobam ci się? – spytała słodko.
Z jego gardła wydobyło się warknięcie. Ostentacyjnie odwrócił się do ściany. Roześmiała się wesoło i szybko zmieniła sukienkę na żółta w białe kwiaty, znacznie bardziej nadającą się do chodzenia po mieście. Wsunęła na nogi plecione sandałki, myśląc jak bardzo tęskni za adidasami. Teraz była gotowa. Odwróciła się do chłopaka, który co prawda otrząsnął się już z dziwnej zadumy, ale dalej miał na sobie jedynie poszarpane spodnie z plamami krwi na nogawkach.
– Masz tu jakieś zapasowe ubranie? – spytała.
Odwrócił się i popatrzył na nią.
– To ci się nie podoba? – spytał złośliwie.
Westchnęła. Był po prostu głupim dzieciakiem, który się będzie z nią kłócił dla samej przyjemności kłócenia. Zrezygnowana zadzwoniła po służącego. Po chwili w drzwiach pojawił się lokaj w błękitnej liberii. Uśmiechnęła się na myśl o tym, że Devor zrobił z tego miejsca taki nowoczesny pałac. Poprosiła grzecznie służącego o ubranie dla chłopaka. Szarooki wtrącił od razu, że ma być czarne. Eliza nie wytrzymała i roześmiała się. Matthew popatrzył na nią urażonym wzrokiem. Lokaj skłonił się i opuścił pomieszczenie.
– Umyj się – powiedziała nie znoszącym sprzeciwu tonem.
– Niby jak? Nie zostawię cię samej – ale mimo protestów w jego głosie wyczuła, ze tak naprawdę chętnie by to zrobił.
Coraz bardziej docierało do niej, że czeka ją ciężkie życie.
– Pójdę z tobą.
Wzruszył ramionami, złapał dziewczynę za rękę i wszedł do łazienki ciągnąc ją za sobą. W środku nie do końca wiedziała co ze sobą zrobić usiadła więc na podłodze opierając się plecami o ścianę. Wpatrywała się w swoje kolana. Przyjrzał się jej z rozbawieniem.
– Ty na mnie dla odmiany możesz popatrzeć. Ja nie mam się czego wstydzić.
Eliza mimowolnie podniosła wzrok i spojrzała na chłopaka. Z drwiącym uśmiechem na twarzy zdjął spodnie, odwrócił się od niej i wszedł pod prysznic. Dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze. Zagryzła zęby. Co oni mu zrobili? Oprócz świeżych siniaków i śladów po uderzeniach na całym ciele, na nogach chłopaka widniały pozasychane stróżki krwi.
Zaschło jej w gardle, kiedy uświadomiła sobie jak wiele wycierpiał bólu i upokorzeń z rąk ochroniarzy Devora. Nawet nie chciała sobie wyobrażać do czego był zmuszany. Nic dziwnego, że tak bardzo ich wszystkich nienawidził. Nić sympatii jaką do tej pory odczuwała do Łowcy natychmiast się ulotniła. Żałowała, że nie jest czarodziejką, mogłaby go wtedy przynajmniej uleczyć. Jej dar jednak nie działał w taki sposób. Widziała aury różnych istot, czasem potrafiła podejrzeć ich myśli, ale jeżeli chodziło o działanie był delikatnie mówiąc nieprzewidywalny. Kiedy coś robiła, to po prostu się działo, tak jak w momencie gdy postanowiła uleczyć Matthew usuwając z jego ciała dotyk cienia. Wtedy zwyczajnie wiedziała co ma robić i w jaki sposób. Nie miała żadnej mocy, którą potrafiłaby kontrolować. Nie posiadała też żadnych umiejętności walki. Była zwyczajną, bezbronną dziewczyną.
Szarooki wyszedł spod prysznica. Przyglądała mu się uważnie, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Rzeczywiście nie miał się czego wstydzić, a do tego był całkiem przystojny. Smukły i wysoki, poruszał się z gracją dzikiego kota. Pod jego wilgotną skórą falowały prężne, wyćwiczone mięśnie. Mokre kosmyki ciemnych włosów opadały mu niesfornie na oczy. W tym momencie nawet czarna jak noc, tajemnicza aura dodawała mu uroku. Owinął się w pasie ręcznikiem. Dziewczyna poczuła ukłucie żalu, ale zaraz upomniała się w myślach, że chłopak jest przecież demonem. Po za tym nawet go nie lubiła. Cholernie ją irytował.
Z łopatek Szarookiego wyrosły, a raczej pojawiły się, bo tak to bardziej wyglądało, pokryte szarą błoną, nietoperzowe skrzydła. Teraz Eliza patrzyła na niego z jeszcze większym zainteresowaniem. Zżerała ja ciekawość. Były złożone, a mimo to sięgały prawie do podłogi. Pomyślała, że gdyby chciał je rozłożyć, pewnie nie zmieściłyby się nawet w salonie. Wziął drugi ręcznik, zamoczył go w wodzie i zaczął je wycierać. Nie wychodziło mu to najlepiej, kiedy były złożone, a w pomieszczeniu zdecydowanie miał za mało miejsca na rozłożenie skrzydeł.
– Pomóc ci? – spytała uprzejmie dziewczyna.
Zmierzył ją wściekłym spojrzeniem, ale kiedy uznał, że nie żartowała skinął głową. Podeszła do niego i wzięła mokry ręcznik. Teraz nie był już biały, przypominał bardziej szmatę do podłogi. Wypłukała go starannie w zlewie po czym wróciła do chłopaka. Skrzydła ją fascynowały, składały się jak wachlarz. Przesunęła palcami po sztywnej, a jednocześnie miękkiej i delikatnej błonie. Starannie przetarła ją wilgotnym ręcznikiem.
Przez przypadek dotknęła nagiej skóry na plecach chłopaka. Coś zaczęło wciągać jej umysł. Nigdy wcześniej nic takiego się nie wydarzyło. Poczuła jak zalewa ją fala uczuć. Wiedziała, że nie są jej własnymi. Należały do Szarookiego. Ból, konsternacja, nienawiść, zaskoczenie, rezygnacja przemieszana z chęcią walki, duma, odwaga i bezbrzeżna samotność. Wszystko to wirowało jak tornado. Zobaczyła też urywki wspomnień chłopaka, obrazy z przeszłości. Salon w którym klęczy upokorzony z rezygnacją przyjmując wyrok elfa, piwnicę w której bezlitośnie znęcają się nad nim strażnicy, ich uśmiechnięte twarze. Nie traktowali go jak człowieka. Był dla nich czymś znacznie gorszym niż zwierze. Potem zobaczyła jak z zimną krwią zabija tych, którzy na niego polowali. Jak uczy się walczyć od brutalnych, krzywdzących go nauczycieli. Dorastał w surowych warunkach, bez żadnej rodziny, bez miłości, bez poczucia bezpieczeństwa. Czuła, ze jest zagubiony i samotny. Nigdy w życiu nie miał nikogo, komu by choć trochę na nim zależało.
Zanim udało jej się przerwać kontakt zobaczyła coś jeszcze. Chłopak miał silną potrzebę chronienia jej wywołaną magiczną więzią. Czuła jego niezrozumienie, pogardę, ale i niechętny podziw. Zobaczyła siebie jego oczami. Zastanowiła się przez chwilę czy ona tak naprawdę wygląda? Drobna, bezbronna dziewczyna o aksamitnych włosach i dużych, lśniących, błękitnych oczach. Bezradne pisklę potrzebujące ochrony przed całym okrutnym światem. Poczuła, że sądził tak, zanim jeszcze połączyła ich magia. To dlatego nie skrzywdził jej wtedy w parku. Nie ze względu na strach przed Devorem. Szarooki tak naprawdę nigdy nie bał się Łowcy. Żył z dnia na dzień z myślą „będzie co ma być”.
Wreszcie udało jej się przerwać kontakt. Wyczerpana osunęła się na podłogę. Chłopak natychmiast znalazł się przy niej. Skrzydła zniknęły.
– Nic ci nie jest? – spytał szczerze zaniepokojony.
– Nie – spróbowała wstać, ale była zbyt osłabiona użyciem mocy – potrzebuje tylko kilku minut.
Wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju. Delikatnie położył na łóżku. Odetchnęła z ulga, kiedy dotknięcie jego skóry nie wznowiło kontaktu. Czyste ubranie dla chłopaka czekało na fotelu. Eliza uśmiechnęła się gdy zobaczyła, ze nawet majtki i skarpetki dostał czarne. Wsunął na siebie szybko jeansy i koszulkę, przeczesał palcami wilgotne włosy.
– Możemy zostać – zaproponował, mimo iż widziała, że mówi to z wyraźnym żalem. Sama też miała ochotę się stąd jak najszybciej wyrwać.
– Nie po to awanturowałam się przez pół godziny, żeby pozwolił mi wyjść. Nie zamierzam teraz zrezygnować. Zresztą już mi lepiej.
Powoli usiadła na łóżku. Devor niechętnie pozwolił jej wyjść do miasta, pod warunkiem, że zabierze ze sobą Lanca i Perrego. Zabronił jej jednak wracać do domu po rzeczy. Zamiast tego powiedział, że może kupić sobie, co zechce, na jego rachunek. Uznała, ze dobre i to. Po za tym miała plan, musiała się jeszcze tylko upewnić czy postępuje słusznie.
Zeszli na parking znajdujący się na tyłach domu. Ochroniarze czekali przy czarnym audi. Samochód miał przyciemniane szyby i wyglądał na bardzo drogi. Idący obok niej Matthew zesztywniał na widok strażników. Jego zaciśnięte w pięści dłonie drżały. Opanował się szybko, w jego oczach został jednak lód.
Wsiadając do samochodu Eliza otarła się o ramię Perrego, niby niechcący dotykając jego dłoni. Zadrżała. W tym człowieku nie było żadnych głębszych uczuć. Żył po to, żeby mordować, zadawać ból i zaspakajać swoje potrzeby. Paradoksalnie, tego właśnie spodziewała się po demonie, który w rzeczywistości okazał się jedną wielką burzą myśli i uczuć. Musnęła palcami szyję Lanca, który usiadł za kierownicą. Ten był jeszcze gorszy. Umysł miał opętany żądzą. Było mu wszystko jedno z kobietą, mężczyzną czy z dzieckiem. Przeszyła ją fala lodowatego zimna, kiedy zobaczyła jak w swoim chorym umyśle, zdziera z niej ubranie i bierze brutalnie na masce samochodu. Zrobiło się jej niedobrze.
Zatrzymali się na stacji benzynowej. Dziewczyna siedziała z tyłu razem z Matthew. Ochroniarze zajmowali przednie siedzenia. Wiedziała, że to ułatwi jej kontakt. Dotknęła ręki chłopaka. Spojrzał na nią pytająco. „Masz pięć minut – przekazała mu w myślach – będę w toalecie, kiedy wrócę, mam nadzieję, że odjedziemy stąd sami”. Wyczuła jego zaskoczenie, a po chwili falę zadowolenia i uznania.
– Muszę skorzystać z ubikacji – powiedziała nieznoszącym sprzeciwu głosem i wyszła z samochodu zanim któryś zdążył zaprotestować.
Kiedy wróciła Szarooki czekał na nią za kierownica samochodu. Uśmiechał się paskudnie. Nie chciała myśleć o tym co zrobił, ale musiała przyznać przed samą sobą, że niewiele ją to obchodziło. Tamci dwaj z pewnością sobie na to zasłużyli.
– Dokąd chcesz jechać? – spytał.
Była przekonana, że wcale nie oznacza to, że zabierze ją tam gdzie by chciała.
– Byle dalej stąd – odpowiedziała po prostu. – I tak nie mogę pokazać się w domu, to pierwsze miejsce w którym będą szukać.
– Dobrze, więc najpierw pojedziemy do mnie. Nie wiedzą gdzie mieszkam. Później wymyślę co zrobimy dalej.
Skinęła tylko głową, zadowolona, że postanowił przejąć inicjatywę. Postanowiła mu zaufać, przynajmniej dopóki wiąże ich magia i mają wspólnego wroga.
~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~
Zatrzymali się w centrum handlowym. Eliza potrzebowała jakichś ubrań, a uznali, że dobrze będzie użyć karty kredytowej Devora. Przynajmniej przez jakiś czas nie będą dzięki temu podejrzewali, że stało się coś dziwnego. Dziewczyna kupiła w sklepie sportowym wygodny plecak. Wpakowała do niego dwie pary nowo zakupionych jeansów, kilka koszulek, zapasową bluzę i cienką kurtkę. Wybrała też kilka par majtek, skarpetek i dwa staniki. Denerwowało ją, że Szarooki uważnie przygląda się jej bieliźnianym zakupom więc z czystej przekory wybrała takie w kolorze jasnego błękitu i bladego różu. Nie zapomniała też o wygodnych adidasach i takich niezbędnych drobiazgach jak szczotka do włosów czy kosmetyki. Wiedziała, że musi się przygotować do długiej podróży, a więcej nie będzie mogła użyć karty Łowcy. Szybko przebrała się w nowe wygodne ubrania, sukienkę i buty wpychając na wierzch do plecaka.
Zdecydowali, że samochód zostawią na parkingu pod galerią handlową i tak nie mogli z niego korzystać, za łatwo byłoby ich znaleźć. Dzień był bardzo parny, zanosiło się na burzę. Kiedy wyszli z centrum, było już dobrze po południu. Matthew zaprowadził ją do autobusu. Dojechali prawie na pętlę, zanim wreszcie wysiedli. Dzielnica nie należała do najlepszych. Eliza była przekonana, że nie chciałaby się tu znaleźć sama, w towarzystwie demona czuła się jednak bezpieczna. Przeszli pomiędzy ponuro wyglądającymi, zniszczonymi garażami i stanęli przed równie smętnie wyglądającym blokiem.
Niebo pociemniało, duże krople deszcz zaczęły powoli rozbijać się o płytę chodnika. Wsiedli do zniszczonej windy i wjechali na dziesiąte piętro, ostatnie na jakie dojeżdżała. Potem chłopak poprowadził ją po schodach na górę, jeszcze jedno wyżej. Weszli do maleńkiego mieszkania składającego się z niewielkiego pokoju i oddzielonej barkiem kuchni oraz skromnej łazienki. Wbrew obawą dziewczyny było tu czysto i schludnie, a nawet całkiem przytulnie. Pod jedną ze ścian stała zielona, rozkładana kanapa, a dalej biurko z komputerem i fotel. Przy drzwiach znajdowała się szafa, reszta niewielkiej przestrzeni pokoju była pusta.
Eliza wyjrzała na dwór. Szare niebo przeszyła błyskawica. Chłopak uchylił okno. Do mieszkania wpadło przyjemne, chłodne, przesycone wilgocią powietrze. Dziewczyna skuliła się na kanapie. Czuła się bardzo zmęczona.
– Co teraz? – spytała przerywając ciszę.
Matthew usiadł na fotelu rozpierając się wygodnie. Odwrócił się do niej.
– Nie wiem – przyznał szczerze. – Dalej nie wierzę, że to zrobiłaś. Jak na razie to bym coś zjadł. Jestem potwornie głodny. Masz ochotę na pizzę?
Roześmiała się. Pomysł wydał jej się tak abstrakcyjny w obecnej sytuacji, że zwinęła się w kłębek nie mogąc przestać się śmiać. W końcu rozbolał ją brzuch. Chłopak wyglądał na nieco urażonego.
– Przepraszam – wyszeptała chciwie chwytając powietrze. – Chętnie zjem pizzę.
Kiedy tylko wypowiedziała to zdanie znów złapał ją histeryczny atak śmiechu. W końcu opanowała się i położyła na boku, opierając głowę na łokciu. W między czasie chłopak zdążył odwrócić się do niej plecami i włączyć komputer. Przyglądała mu się ciekawie. Zamówił przez Internet dużą pizzę i colę, więcej nie pytając jej o zdanie. To wszystko wydało się dziewczynie takie normalne i zwyczajne, że aż nie prawdziwe. Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł.
– Matt… – zaczęła cicho. Spojrzał na nią obrzucając dziewczynę zagadkowym, lekko skonsternowanym spojrzeniem. – O co chodzi? – nie wytrzymała.
– Nic, po prostu nikt tak do mnie nie mówi – odparł siląc się na obojętny ton.
– To źle, że tak cię nazwałam?
– Nie, chyba nie – wzruszył ramionami – mniejsza z tym, nazywaj mnie jak chcesz. Planowałaś chyba coś powiedzieć.
– Tak. Co myślisz o tym, żebyśmy zrobili sobie wycieczkę? Na przykład do Anglii? Potem z wyspy moglibyśmy gdzieś popłynąć statkiem, albo polecieć samolotem… Nie sądzę, żeby szybko zaczęli sprawdzać autobusy turystyczne.
– Jest pewien problem… nie wiem jak ty, ale ja nie posiadam ludzkich dokumentów, a bez tego ciężko będzie przekroczyć legalnie granicę.
Usiadła uśmiechając się przebiegle.
– To nie będzie problem, a przy okazji zostawimy fałszywy ślad pozbywając się karty Devora. Po prostu zamów coś last minute, najlepiej na jutro rano.
Spojrzał na nią z zainteresowaniem, ale bez dalszego wypytywania wykonał polecenie. Zadzwonił dzwonek, Szarooki otworzył. W drzwiach pojawił się przemoczony dostawca pizzy. Matthew zapłacił i starannie zamknął za nim drzwi. Zjedli w milczeniu. Eliza nawet nie zdawała sobie sprawy jaka była głodna. Rozciągnęła się wygodnie na kanapie podczas gdy chłopak poszedł wynieść pudełko. Burza się oddalała, deszcz jednak nie przestawał zacinać. Kiedy Szarooki wrócił, dziewczyna postanowiła zadać mu dręczące ją od jakiegoś czasu pytanie.
– Matt, co ty w ogóle potrafisz? To znaczy poza lataniem, bo to już wiem. Widziałam też jak władasz mieczem.
Nie wszystkie demony latały, każdy miał inne zdolności, ale ich magia w tym świecie była bardzo ograniczona. Dlatego właśnie Łowcy, specjalnie wyszkoleni ludzie, mieli tu nad nimi taką przewagę. Istoty mroku, takie jak Matthew, polegały na swojej magii, ponieważ była ich integralną częścią. Bez niej czuły się niepełne. Z tego powodu tak niewiele z nich decydowało się na życie w świecie ludzi. Co do jednego, byli to po prostu, wyjęci spod prawa banici, którzy musieli opuścić swój świat by ocalić życie. Matthew był więc przestępcą. Dziewczynę intrygowało co takiego zrobił Szarooki. Bardziej jednak w tym momencie ciekawiło ją co jest w nim na tyle niezwykłego, że zainteresował swoją osobą Devora na tyle, by tamten silił się na pertraktacje z demonem, nawet, jeżeli od początku nie zamierzał dotrzymać słowa. Chłopak roześmiał się.
– Potrafię latać, walczyć i piać, jestem zupełnie jak Piotruś Pan. – Podchwycił jej lekko zawiedzione spojrzenie, westchnął. – Władam ogniem i potrafię zmieniać formy. Mam też drugą, bardziej demoniczną postać, ale zapewniam cię, że nie chcesz jej oglądać. – Skrzywił się wypowiadając słowo „demoniczną”. – Jest znacznie silniejsza, ale przybierając ją, nie zawsze potrafię nad sobą panować. Ogarnia mnie wtedy furia.
– Jaką postać zazwyczaj przyjmujesz przy przemianie? – zapytała próbując ogarnąć wszystko to, czego się przed chwilą dowiedziała. Matthew był naprawdę niezwykły, nawet jak na demona.
– Ciebie śledziłem najczęściej pod postacią kruka – stwierdził beztrosko, a dziewczynę aż przeszły ciarki na myśl ile razy go widywała w pobliżu. – Wolę jednak kształt pantery. Są zdolnymi myśliwymi.
– Pokażesz mi? – spytała zachwyconym głosem.
Czuła, że powinna być raczej przestraszona lub przynajmniej zaniepokojona, ale tak nie było. Naprawdę uważała, że to niesamowite i cudowne. Zaskoczyła go tym pytaniem, oraz tonem jakim je zadała. Starał się ukryć zmieszanie, nie takiej reakcji się spodziewał. Wstał z fotela. Dookoła niego pojawiła się srebrna, gęsta mgła, a potem tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się Szarooki, dumnie wyprostowana siedziała wielka czarna pantera. Eliza pomyślała, że w jednym Leldorin miał rację. Dobrze jest mieć takiego sojusznika. Zareagowała zupełnie spontanicznie. Pisnęła z czystego, niczym nie zmąconego zachwytu i wyciągnęła rękę by dotknąć czarnego, aksamitnego futra. Pantera warknęła groźnie, odsłaniając ostre kły.
– Oj daj spokój – powiedziała nie czując cienia lęku i dotknęła delikatnie szorstkiego futra.
Pogładziła je dłonią. Wyczuła płynące od zwierzęcia zmieszanie i konsternację. Kot przyglądał jej się ciekawie. Zabrała rękę. Powietrze zawirowało, a na miejscu drapieżnika pojawił się ponownie chłopak. Omiótł ją wściekłym wzrokiem. Nie zwróciła na to uwagi. Uśmiechnęła się do niego z uznaniem. Teraz dopiero wyglądał na naprawdę zmieszanego. Odwrócił od niej spojrzenie i na powrót zajął miejsce w fotelu. Elizę zainteresowało co dzieje się z jego ubraniami kiedy przybiera formy zwierząt, tak samo nie było teraz przy nim jego skrzydeł czy miecza, a mógł po nie sięgnąć, kiedy tylko miał na to ochotę. Uznała jednak, że i tak w tej chwili nie uzyska od niego odpowiedzi, więc nie widziała sensu, żeby pytać.
– Znalazłeś coś?
– Mam twoją Anglię, autobus jest jutro o szóstej rano, siedmiodniowa wycieczka przez Paryż.
– Dobrze, kup bilety. Wieczorem pójdziemy załatwić dokumenty.
Chłopak zajął się komputerem. Padało coraz słabiej. Dziewczyna ziewnęła i wyciągnęła się na kanapie.
~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~
Wyszli przed dom. Powietrze było chłodne i przejrzyste. Wszystko w koło tętniło życiem. Nie padało już przynajmniej od godziny, ale wilgoć dalej unosiła się w powietrzu. Słońce zbliżało się ku zachodowi. Łowca już na pewno zorientował się, że uciekli i zaczął ich szukać. Eliza miała szczerą nadzieję, że nie znajdzie. Matthew zaprowadził ją do garażu tuż pod lasem. Miał motocykl, był to czarny klasyk.
– Dokąd jedziemy? – spytał.
– Osowa – odparła pewnie – tam pokażę ci dokładniej.
Podał jej zapasowy kask, włożyła go uprzednio starannie zwijając włosy. Ruszyli. Kiedy dojechali, kazała mu zatrzymać się przed zwyczajnie wyglądającym, białym, szeregowym, jednorodzinnym domkiem. Weszła do ogródka przez skrzypiącą, brązową furtkę. Stanęła na ganku i zadzwoniła do drzwi. Chłopak był cały czas tuż za nią. Otworzył im piegowaty nastolatek z rudą niechlujną czupryną.
– Cześć Kamil, jest Sylwia? – zaczęła przyjaźnie Eliza.
– Hej Liska, wejdźcie – młodszy brat jej koleżanki był wielbicielem fantasy. Wymyślił jej kiedyś takie przezwisko na cześć pewnej małej smoczycy, a kiedy spodobało się także dziewczynom, przylgnęło do niej na stałe.
Kiedy weszli do środka, znaleźli się w przyjemnym, przestronnym przedpokoju, takim zupełnie zwyczajnym, z szafką na buty, wieszakami i maską wiszącą na ścianie nasuwającą skojarzenia z afrykańskimi plemionami. No, może maska nie wydawała się rzeczą codzienną, ale przecież był to dom w którym mieszkała rodzina czarownic, więc była tu jak najbardziej na miejscu.
– Liska? – spytał drwiąco Szarooki.
Eliza tylko wzruszyła ramionami. Nie ona to przecież wymyśliła.
Zdjęli buty i w skarpetkach weszli schodami na górę. Dziewczyna pewnie otworzyła drzwi jednego z pokoi i weszli do środka. Uśmiechnęła się wesoło. Mogła się spodziewać, że Wika też tu będzie. Na podłodze, otoczone poduszkami, siedziały dwie dziewczyny. Jedna miała kręcone, sięgające ramion kasztanoworude włosy, drobną budowę ciała i całą masę piegów, druga była blondynką o atletycznej budowie ciała, szczupłą, wysoką i wysportowaną. Miłością Wiki były sztuki walki. Miała czarny pas w karate, ale mimo to, w parku nawet nie zorientowała się kiedy demon zaszedł ją od tyłu, zdała sobie sprawę Eliza. Sylwia natomiast była czarownicą, taką wywodzącą się z bardzo starej linii, potrafiącą zdziałać naprawdę wiele. Wszystkie trzy były wyjątkowo dziwnymi osobami, być może dlatego połączyła je wręcz siostrzana przyjaźń.
– Liska! Nic ci nie jest? Przez trzy dni się do nas nie odzywałaś! Martwiłyśmy się o ciebie! – krzyknęła Sylwia zrywając się z podłogi i rzucając dziewczynie na szyję, kiedy tylko ją zobaczyła.
Ruda czarownica spojrzała niepewnie na Matthew, nie będąc pewna, ile może w jego obecności powiedzieć. Eliza wyczuła, że stojący obok niej demon sztywnieje. Delikatne odsunęła od siebie Sylwię i dotknęła uspakajająco jego ręki. Spostrzegła, że ciągle siedząca na poduszkach Wika, zalotnie uśmiecha się do chłopaka. No tak cała ona, pomyślała Eliza. Wystarczyło tylko, że zobaczyła jakiegoś przystojniaka, a celem jej życia stawało się go uwieść. Przemknęło jej przez myśl, że właściwie to pasowali by do siebie. Wika była naprawdę piękną dziewczyną, posiadała urodę i wdzięk modelki, a do tego kochała sztuki walki. Mogliby się łatwo dogadać. Stanowiliby dobraną parę. Nie była pewna dlaczego, ale poczuła ukłucie zazdrości.
– Spokojnie, po kolei – powiedziała łagodnie Eliza. – To jest Matt – przedstawiła chłopaka – i wie więcej niż powinien – dodała niechętnie. – A to moje przyjaciółki Wika i Sylwia – przedstawiła także dziewczyny.
Teraz obie szczerzyły się do niego w zalotnych uśmiechach. Może i był przystojny, ale chyba nie aż tak? Przypomniała sobie Devora i pomyślała, że powinny jego zobaczyć. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że to nie byłby najlepszy pomysł, w końcu to właśnie przed Łowcą uciekali.
– To twój chłopak? – spytała Wika siląc się na obojętny ton.
Eliza spojrzała na nią lekko rozbawiona.
– Nie, przyjaciel – nie zawahała się wypowiadając to słowo. – Ufam mu. Słuchajcie nie mamy dużo czasu, a sytuacja jest poważna. Opowiem wam wszystko od początku.
Usiadła koło Wiki ciągnąc za sobą Sylwię. Szarooki nie dołączył do nich. Stanął z założonymi rękami opierając się plecami o ścianę przy drzwiach. Dziewczyna streściła przyjaciółką sytuację, pomijając jedynie fakty dotyczące Matthew. Wolała im o nim nie mówić, zwłaszcza w jego obecności. Skończyła na tym, że wyjeżdżają za granicę i potrzebują dokumentów. Dziewczyny popatrzyły po sobie. Eliza od razu poznała, że coś knują. Znały się na tyle dobrze, że nawet nie potrzebowały werbalnego porozumienia.
– Dobrze – odparła rzeczowo Sylwia – załatwimy wszystko, ale jedziemy z wami.
Szarooki prychnął, pierwszy raz wtrącając się do rozmowy. Do tej pory tylko przysłuchiwał się od niechcenia.
– Wystarczy mi, że niańczę jedną, nie zamierzam zajmować się wami trzema.
– Same potrafimy o siebie zadbać – warknęła Wika, jej oczy były zimne jak lód.
– Tak, jasne, jestem o tym przekonany – odpowiedział lekceważącym tonem. – Nie zgadzam się – te słowa kierował już bezpośrednio do Elizy.
Sama uznała to za bardzo kiepski pomysł, ale teraz, gdy tak stanowczo zaprotestował, poczuła, że za wszelką cenę chce mu zrobić na przekór.
– Doprawdy? – zapytała. – Wydawało mi się, że nie ty o tym decydujesz.
Dziewczyna obrzuciła go wyzywającym spojrzeniem. Chłopak był wściekły. Z trudem nad sobą panował.
– Więc postanowione – ucieszyła się Sylwia. – Jedziemy z wami.
Eliza natychmiast pożałowała swojej przekory. Chwilę później zarezerwowali bilety dla dziewczyn. Westchnęła. Niestety znalazło się jeszcze kilka wolnych miejsc.
– Mogłabyś coś zrobić z moimi włosami? – poprosiła Sylwię Eliza.
– Jasne – odparła tamta wesoło – jaki chcesz kolor?
– Chyba mój naturalny – stwierdziła dziewczyna.
Sylwia sięgnęła do szafy, pogrzebała tam chwilę, po czym podała jej szmaciany woreczek.
– Zaparz to w wodzie, potem wypłucz w tym włosy.
Eliza skinęła głową.
– Dziękuję. Chyba powinniśmy już iść. Do zobaczenia rano w autobusie.
Dziewczyny przytuliły Elizę na pożegnanie, a potem, razem z Szarookim opuścili przyjazny dom. Przez całą drogę chłopak nie odezwał się do niej ani słowem. Postanowiła się tym nie przejmować. Wiedziała, że zachowała się idiotycznie, ale już nic nie mogła na to poradzić.
Wrócili do mieszkania. Nagle Matthew znalazł się tuż przy niej. Cofnęła się pod ścianę. Dopiero teraz zobaczyła jego pociemniałą z gniewu twarz. Podszedł do niej, znalazł się bardzo blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Drżał z wściekłości. Eliza zaczęła się go bać. Logika mówiła jej, że dzięki magii nie może jej skrzywdzić, ale instynkt podpowiadał zupełnie co innego.
– Jesteś skończoną kretynką – warknął. – Po co je w to wciągasz?
– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć – powiedziała z całą śmiałością, na jaką była się w stanie w tej sytuacji zdobyć.
Próbowała się odsunąć, ale jej nie pozwolił. Przytrzymał jej ręce przypierając ją jeszcze bardziej do ściany.
– Sami, w razie czego, możemy po prostu odlecieć, uniosę cię bez problemu. Zostawisz je? – spytał nieprzyjemnym tonem z góry znając odpowiedź.
Eliza z trudem przełknęła ślinę. Własne zachowanie wydało jej się teraz jeszcze głupsze.
– Grozi im niebezpieczeństwo jeżeli pojadą z nami – kontynuował chłopak. – Skoro chcesz ich śmierci trzeba było mi po prostu powiedzieć, po co komplikować sprawy? Uwierz mi, Łowca nie powstrzyma się przed zabiciem tych, którzy wchodzą mu w drogę.
– Wiem – wyszeptała, do oczu napłynęły jej łzy.
– Więc dlaczego się zgodziłaś? – zapytał odrobinę łagodniej.
– Bo tak gwałtownie zaprotestowałeś – powiedziała cicho wbijając wzrok w podłogę.
– Zgodziłaś się, żeby zrobić mi na złość? – w jego głosie brzmiały zaskoczenie i irytacja.
Niechętnie skinęła głową. Puścił ją. Śmiał się. Zawstydzona przeszła obok, nie patrząc na niego. Zaparzyła w kuchni zioła, które dała jej Sylwia. Wzięła z łazienki miskę i rozrobiła wrzątek z letnią wodą. Teraz mieszanka była odpowiednio ciepła. Wyjęła z plecaka ręcznik, szampon i mydło.
– Cholera – wyrwało jej się, kiedy zorientowała się, że nie pomyślała o żadnej piżamie. Nie będzie przecież spała w jeansach.
– Co znowu? – spytał chłopak. Leżał teraz wygodnie na kanapie z jakąś książką w rękach.
– Nie mam w czym spać – odpowiedziała niepewnie.
– Zawsze możesz spać nago – uśmiechnął się szelmowsko, ale mówiąc to wstał z kanapy i wyciągnął coś z szafy. Rzucił do niej czarną kulkę materiału, a ona złapała ją w locie. – Mam nadzieję, że wystarczy.
Rozłożyła zawiniątko. Okazało się być dużą czarną koszulką z nadrukiem błękitnej pantery z przodu. Uśmiechnęła się do chłopaka.
– Dzięki – powiedziała szczerze.
Skinął głową i wrócił do czytania. Dziewczyna weszła pod prysznic. Starannie wypłukała włosy w sporządzonym wywarze. Ludzie Łowcy będą szukali szatynki, teraz przynajmniej opis przestanie się zgadzać. Umyła się, starannie wytarła i włożyła nową piżamę. Koszulka była luźna, sięgała jej poniżej bioder, zupełnie jak koszula nocna. Przejrzała się w lustrze, wreszcie czuła się sobą. Kiedy wróciła do pokoju zobaczyła zdziwioną minę Szarookiego.
– Jesteś blondynką? – spytał zaskoczony.
– Tak, coś w tym złego?
Przyjrzał jej się uważnie.
– Teraz wyglądasz zupełnie inaczej.
– To chyba powinno cię cieszyć, Devor zapewne poda swoim ludziom dokładny rysopis, ten kolor może ich zmylić.
– Pewnie tak.
Miał nieodgadniony wyraz twarzy. Zauważyła pościelone łóżko i koc rozłożony na podłodze. Szarooki siedział na kocu, więc postanowił odstąpić jej kanapę. Poczuła się przyjemnie zaskoczona. Wyczerpana natłokiem wydarzeń, gdy tylko położyła głowę na poduszce natychmiast zasnęła.
Obudziła się w środku nocy z krzykiem, drżała na całym ciele. W pokoju było zupełnie ciemno. Usiadła. Nagle zapaliła się nocna lampka. Chłopak wstał z posłania i podszedł do niej.
– Co się stało? – spytał zaniepokojony.
Nie była w stanie mu odpowiedzieć. Pokręciła głową. Patrzyła na niego przerażonym wzrokiem. Usiadł obok niej. Rozpłakała się.
– Cii, już wszystko dobrze – wyszeptał otaczając ją ramieniem. Wtuliła się w niego ufnie. Poczuła dotyk jego ciepłej skóry. Spal w samych bokserkach. – Przyśniło ci się coś złego – próbował ją pocieszyć, dziewczyna jednak wiedziała, że to nie był zwykły sen. Nie chciała jednak teraz o tym rozmawiać.
– Nie zostawiaj mnie – szepnęła, przylegając do niego jeszcze bardziej.
– Nie zostawię – odpowiedział cicho. Położył ją delikatnie na łóżku, sam kładąc się obok niej. Przyciągnął dziewczynę do siebie tuląc ją w ramionach. – Śpij – powiedział spokojnie.
Wtuliła twarz w jego tors. Poczuła się bardzo przyjemnie i bezpiecznie. Zamknęła oczy i ponownie zapadła w sen.