Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

     

    Cztery światy

    Eliza była w bardzo dobrym humorze. Devor prosił, żeby jeszcze nie wspominała nikomu o ich pokrewieństwie, a ona oczywiście miała zamiar tę prośbę spełnić. Rozumiała ewentualne konsekwencje rozniesienia się tej informacji. Mimo to przepełniało ją szczęście. Nie była już na świecie zupełnie sama, miała rodzinę! 

    Kiedy wyszła z salonu, zdziwiła się, że Szarooki nie czeka na nią na korytarzu. Nie wiedziała do końca dlaczego, ale to właśnie z nim miała ochotę dzielić swoją radość. Zaniepokojona poszła do swojego pokoju. 

    Tutaj też go nie było, ale przecież nie mógł być daleko, czułaby to. Wyszła na niewielki, przylegający do jej sypialni balkon. Rozpościerał się z niego piękny widok na morze. Słońce zniżało się ku zachodowi. Podziwiała piękną, pustą plażę, skąpaną w jego blasku. 

    Tuż za ogrodzeniem posiadłości rosło niskie, uginające się do ziemi drzewo, o szerokim pniu, a pod nim siedziała skulona postać. Dziewczyna natychmiast rozpoznała demona. Wybiegła z domu nie zastanawiając się czemu on tam w ogóle siedzi. Był za ogrodzeniem posiadłości, przekroczył więc bariery i mógł wcielić się w ludzką postać. 

    – Matt! – zawołała podbiegając do niego.

    Nawet się nie odwrócił, po prostu ją zignorował. Usiadła przy nim.

    – O co chodzi? – spytała niepewnie.

    – Nie twoja sprawa – odwarknął nieuprzejmie.

    – Matt… – zaczęła jednocześnie próbując się dostać do jego myśli.

    – Daj mi spokój – syknął stawiając mentalną barierę, dzięki której nie mogła zorientować się co czuje i myśli. Do tej pory nie wiedziała nawet, że to możliwe. – Nie mam ochoty na twoje towarzystwo.

    Popatrzyła na niego szeroko otwartymi, chabrowymi oczami.

    – Matt… – spróbowała znowu.

    Wyciągnęła rękę chcąc odgarnąć niesforny kosmyk włosów opadający mu na oczy. Nie pozwolił jej na to. Brutalnie złapał nadgarstek dziewczyny. Spojrzał jej w oczy lodowato zimnym wzrokiem.

    – Jesteś za głupia, żeby zrozumieć co do ciebie mówię? Chcę zostać sam. Wynoś się stąd. Jeżeli jeszcze raz spróbujesz mnie dotknąć, złamię ci rękę.

    Puścił jej nadgarstek odpychając go od siebie. Eliza nie rozumiała, nie wiedziała co się między nimi zmieniło. Zerwała się z ziemi i pobiegła do domu. Rzuciła się na łóżko wtulając twarz w poduszki. Z jej oczu płynęły łzy. Było ich coraz więcej. Wreszcie, wykończona łkaniem, zasnęła.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Obudziła się koło północy. Była sama w pokoju. Szarooki nie wrócił. Umyła się w zimnej wodzie. Czuła się bardzo nieszczęśliwa, coś ściskało jej gardło. Pogrzebała w plecaku i wyciągnęła koszulkę w której spała, potem zdała sobie sprawę skąd ją ma. Wściekle odrzuciła ją od siebie jakby ta nagle zaczęła się wić. Otworzyła szafę i znalazła długą białą koszulę nocną na cienkich ramiączkach. Włożyła ją na siebie niechętnie. Lepsze to niż nic, pomyślała. Poczuła się bardzo samotna. Wyszła a korytarz. Bezwiednie wybrała kierunek i zanim się zorientowała stała już pod drzwiami sypialni Devora.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Matthew sam nie wiedział czy jest bardziej smutny czy wściekły. Do tego czuł się źle z tym, że tak potraktował Elizę. To po prostu go przerastało. Nie mógł wyrzucić z myśli obrazu dziewczyny wtulającej się w ramiona Łowcy. Dlaczego akurat on? Jego znienawidzony wróg i to właśnie wtedy, kiedy coraz bardziej zaczynało mu na niej zależeć. Była pierwszą osobą która go akceptowała bez zastrzeżeń, stała się jego przyjaciółką, a czuł, że jest dla niego kimś znacznie więcej. Wiedział, że nawet gdyby nie łącząca ich magia i tak oddałby życie, żeby ją chronić. Wydawało mu się, że on sam też podoba się dziewczynie. Tuliła się do niego chętnie, lubiła go dotykać, przekomarzać się z nim. Nawiązała się miedzy nimi nić porozumienia. Czuł potrzebę opiekowania się nią. Bał się, że dziewczyna go znienawidzi. Matthew czuł się podle. Znów stanął mu przed oczami obraz Devora trzymającego Elizę w ramionach. Zalała go fala zazdrości. Jak to się stało? Kiedy? Dlaczego?

    Podczas ich kontaktów myślowych odkrył ciekawą rzecz. Zawsze wiedział gdzie znajduje się królewna, mógł też „widzieć” co w danej chwili robi, a ona nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. To właśnie dlatego nie upierał się już by wszędzie z nią chodzić. Wcześniej bał się ją puścić samą nawet do toalety. Teraz ,właśnie w ten sposób, sięgnął myślami w kierunku dziewczyny.

    Eliza znajdowała się w dużej eleganckiej sypialni. Siedziała skulona na wielkim, dębowym łóżku. Była smutna, ale nie odczuwała strachu. Gdzie ona do cholery jest? Szarooki nie znał tego pomieszczenia. 

    – Czemu się tak smucisz? – chłopak usłyszał głos Devora, zanim jeszcze zobaczył go w swojej wizji.

    Nie! Wszystko się w nim zagotowało. Co ona tam robi? Łowca usiadł koło dziewczyny i przyciągnął ją do siebie, a ona ufnie wtuliła się w jego ramiona.

    Nie! To nie może się dziać naprawdę! Gniew przemieszony z zazdrością i żalem zasnuwał mu oczy szarą mgiełką.

    – Powinnaś się przespać – ciągnął mężczyzna, gdy dziewczyna nic nie odpowiedziała. – Zostaniesz u mnie? Rano będzie lepiej.

    – Tak – odpowiedziała cicho, nie wykrzyczał w myślach Matthew – nie chcę być sama.

    Łowca odsunął kołdrę i delikatnie położył królewnę na łóżku. Potem przykrył ją starannie, a sam ułożył się obok niej, tuląc ją w ramionach.

    – Kocham cię – szepnęła wtulając się w jego tors.

    Uśmiechnął się łagodnie.

    – Ja też cię kocham – Szarooki nie był w stanie już więcej wytrzymać, gwałtownie przerwał kontakt – siostrzyczko – dokończył Devor.

    Eliza, odrobinę szczęśliwsza, zapadła w sen.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza następnego dnia rano, wychodząc z pokoju Łowcy, zatrzymała się zaskoczona. Naprzeciwko drzwi, pod ścianą, siedziała wielka czarna pantera. Kiedy dziewczyna wyszła, kot podniósł łeb i przyjrzał jej się uważnie. Była rozdarta, chciała rzucić się mu na szyję, dowiedzieć się wreszcie co jest nie w porządku, ale ciągle mając na uwadze jego słowa z poprzedniego dnia wybrała inną, bezpieczniejszą opcję. Postanowiła po prostu zignorować panterę. Poszła prosto do swojego pokoju zamykając drzwi tuż przed nosem drapieżnego kota.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Przez następne kilka dni Szarooki zachowywał się jak cień. Nie odstępował Elizy na krok, był milczący i ponury. Nie zamienili ze sobą nawet jednego słowa. Kiedy miała go dość uciekała do Devora. Gdy tylko znalazła się w pobliżu Łowcy, Matthew zaraz gdzieś znikał. 

    Wika i Sylwia bawiły się wyśmienicie. Korzystały ze wszystkich luksusów nadmorskiej willi, na dodatek obydwie były zachwycone towarzystwem swojego gospodarza, który zresztą traktował je wyjątkowo miło i uprzejmie. Były nim oczarowane. Nosiły piękne sukienki, kąpały się zarówno w morzu jak i w basenie, jadły różnego rodzaju wyszukane potrawy, grały w tenisa i usilnie starały się w to wszystko wciągnąć Elizę. Jej przyjaciółka nie zrezygnowała z podchodów do Szarookiego, mimo, że chłopak był przez cały czas wyraźnie ponury i starał się unikać jakiegokolwiek towarzystwa. Największą przeszkodę stanowił dla niej fakt, że w domu pokazywał się jedynie pod postacią czarnej pantery. 

    Leldorin snuł się po posiadłości zamyślony. Wyglądało na to, że walczy z jakimś nierozwiązanym problemem. W końcu jakby się poddał. Coraz więcej czasu zaczął spędzać z dziewczynami, jakby starał się zrozumieć, dlaczego tak lubią to co robią i co według nich znaczy dobra zabawa. Widać jednak było wyraźnie, że wcale nie jest tym zachwycony. W oczach elfa wyczytać można było powagę i wiekową mądrość. Na pewno towarzystwo młodych, głupiutkich, ludzkich dziewcząt nie było tym, co zaliczyłby do rzeczy sprawiających mu przyjemność. Wyglądało na to, że spełnia jakiś nikomu innemu nie znany obowiązek.

    Vivien patrzyła z satysfakcją na snującego się pod postacią pantery Szarookiego. Nie była pewna co, ale czuła, że coś jest nie tak. Jako uważny obserwator zdawała sobie sprawę, że przez te kilka dni chodzi ponury jak chmura gradowa, a to zdecydowanie ją cieszyło. 

    Devor był zadowolony, że Eliza przyjęła jego rewelacje tak lekko i spokojnie. Naprawdę się martwił, że dziewczyna mu nie uwierzy, nie zaakceptuje ich pokrewieństwa, znienawidzi go lub milion innych rzeczy pójdzie nie tak. Teraz czuł się wspaniale. Miał siostrę, którą darzył głębokim uczuciem. Od kiedy dowiedział się o jej istnieniu szukał sposobu, żeby być częścią jej życia i móc się nią zaopiekować. To stało się dla niego najważniejszym celem. Dziewczyna nie zawiodła jego oczekiwań, a wręcz przeciwnie. Była odważna, pewna siebie, a do tego urocza i miła, ale naprawdę potrzebowała jego ochrony. Łowca cieszył się też z towarzystwa jej przyjaciółek. Przebywanie z nimi sprawiało mu niekłamaną przyjemność. Były ładne, zabawne i zdecydowanie ciekawsze niż kobiety, które mógł spotkać w swoim królestwie.

    Eliza była smutna i przygaszona. Martwiło ją to co się działo z Matthew. Po kilku nieudanych próbach nawiązania kontaktu z chłopakiem dała sobie spokój, od czasu do czasu jedynie rzucając mu zawiedzione spojrzenie. Mimo towarzystwa przyjaciółek i brata bez Szarookiego czuła się straszliwie samotna.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Był ciepły sierpniowy wieczór. Na prywatnym kawałku plaży Devora stał grill i lodówka z napojami chłodzącymi. Dziewczyny chichocząc radośnie grały w siatkówkę plażową. Matthew, w swojej ludzkiej postaci, siedział kawałek dalej obserwując je uważnie. Starał się wyciszyć dręczące go myśli. Próbował wmówić sobie, że to nie jest jego sprawa z kim zadaje się królewna. To jej życie i nie powinien się do niego wtrącać, on ma jej tylko pilnować. 

    Po pewnym czasie na plażę przyszedł także Łowca. Szarooki zobaczył jak Eliza przerywa grę, odkłada piłkę i wesoło biegnie w stronę mężczyzny. Dziewczyna zarzuciła mu ramiona na szyję, a on objął ją w pasie, poderwał  do góry i obrócił dookoła. Zaśmiała się srebrzyście. Matthew zdał sobie sprawę, że wbija paznokcie w rękę tak mocno, że pojawiły się na niej krwawe zadrapania. Nie zauważył nawet kiedy podeszła do niego Wika.

    – Chcesz papierosa? – zapytała podsuwając mu paczkę.

    – Jasne – wyciągnął sobie jednego.

    Dziewczyna usiadła obok. Wyjęła zapalniczkę i podsunęła mu ogień. Chłopak zaciągnął się głęboko próbując nie zerkać co chwila w kierunku Elizy.

    – Coś cię gryzie? – spytała Wika bezpośrednio.

    – Nie ważne – uśmiechnął się do niej szelmowsko, za wszelką cenę chciał pozbyć się myśli dotyczących królewny.

    – Chcesz pograć w piłkę czy może też boisz się ze mną zmierzyć? – próbowała go podejść. – Dziewczyny nie chcą już ze mną grać.

    – Dobra, czemu nie. 

    Dopalił papierosa i wstał. Wika była zaskoczona, ze poszło tak łatwo. Szeroki uśmiech zagościł na jej twarzy. Kiedy znaleźli się przy siatce Szarooki zdjął z siebie buty i koszulkę. Dziewczyna zagapiła się na niego rozanielona. O tak, był idealnie w jej typie. Wreszcie spotkała kogoś, kto mógłby dotrzymać jej kroku w sporcie. Zaczęli grać nie odpuszczając sobie nawzajem.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza patrzyła jak Matthew zaczyna grać z Wiką w siatkówkę. Pamiętała powód dla którego olewał dziewczynę. Czyżby zmienił zdanie? Czuła się zazdrosna, ale jednocześnie cieszyła się, że przyjaciółka wyrwała Szarookiego z tego dziwnego otępienia. Naprawdę lubiła chłopaka i mimo tego co jej powiedział, martwiła się o niego. 

    Odeszła kawałek dalej. Chciała pobyć chwilę sama. Kiedy szła brzegiem morza usłyszała niesamowity śpiew. Był cudowny, hipnotyzujący i kuszący. Potem w jej głowie pojawiły się słowa. 

    „Witaj siostro, czy przybyłaś tu dołączyć do nas?”

    „Chodź do nas czekałyśmy na ciebie.”

    Dziewczyna zdała sobie sprawę, że stoi po kolana w wodzie. Ciepłe, delikatne fale muskały krawędź jej zwiewnej sukienki. Czyżby to były nimfy wodne? Przesyłały jej wizje morskich głębin, cudowne obietnice spełnienia. Słyszała ich radosną pieśń. Obejrzała się za siebie. Zobaczyła stojącego na plaży przy siatce Matthew i Wikę, która przesuwała właśnie dłonią po jego naprężonym bicepsie. Zamknęła oczy. Nic jej tu nie trzymało. Pozwoliła, żeby śpiew wypełnił ją całkowicie. Zniknęło uczucie zazdrości i zawodu. Zniknęła potrzeba miłości i akceptacji. To tutaj był jej dom. Tam w głębinach żyły jej siostry. Szła przed siebie, aż zupełnie zanurzyła się w wodzie. Teraz je zobaczyła. Były piękne. Pływały dookoła niej jak wesołe dzieci. Dwie z nich chwyciły ją za ręce ciągnąc ze sobą w głębiny. Czuła na swoich mokrych dłoniach śliskie błoniaste palce. Nie bała się. To było jej przeznaczenie. Co chwila któraś podpływała przekazując jej życiodajnym pocałunkiem swoje powietrze. Płynęły coraz dalej i coraz głębiej. Ku nowemu, obiecującemu życiu.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Matthew poczuł się zaniepokojony. Miał złe przeczucia. Wika coś do niego mówiła, skinął głową, nie był w stanie skupić się na jej słowach. Dziewczyna położyła dłoń na jego przedramieniu. Spojrzał na nią zdezorientowany. Potem znowu ją zignorował szukając wzrokiem Elizy. Nigdzie nie było jej widać. W końcu zrozumiał co jest nie tak. Przestał wyczuwać łączącą ich więź. Ona po prostu zniknęła. Nie było strachu ani bólu. Magia zwyczajnie przestała istnieć. Był wolny. Rozejrzał się spanikowany. Nagle zobaczył wystającą z wody jasną głowę, która po chwili zanurzyła się z powrotem. Zrozumiał w jednej chwili. Syreny! Brutalnie odepchnął Wikę, tak, że dziewczyna klapnęła pupą na piasek i rzucił się pędem w kierunku wody. Usilnie próbował odnaleźć Elizę myślami, jednak bez żadnych rezultatów. Był dobrym pływakiem i nie potrzebował oddychać tak często jak ludzie. Zanurkował z otwartymi oczami szukając w wodzie królewny. Miotał się tak bezładnie przez kilka długich minut.

    „Eliza” – krzyczał  w myślach rozpaczliwie.

    Bez skutku. W końcu gdy już prawie stracił nadzieję na odnalezienie dziewczyny usłyszał wabiącą pieśń syren. Na demonie nie robiła ona najmniejszego wrażenia. Popłynął jednak w stronę dźwięku. Zobaczył królewnę otoczoną wianuszkiem roztańczonych nimf morskich, podpływały kolejno przekazując jej życiodajny oddech. Dziewczyna płynęła za nimi jak we śnie. Zbliżył się do niej rozganiając syreny na boki. Chwycił Elizę i zaczął płynąć ku powierzchni. Płuca paliły go żywym ogniem. Potrzebował powietrza. W końcu dotarli na powierzchnię. Ledwo chłopak zaczerpnął oddechu zakryła ich fala. Nie było widać brzegu. Wynurzył się ponownie, starając się wyciągnąć ze sobą dziewczynę. 

    – Eliza! – nie był pewien czy dziewczyna go usłyszy poprzez huk morskich fal.

    „Matt?” – usłyszał cichą, pytającą myśl.

    „Jestem przy tobie” – odparł tym samym sposobem uspokojony tym, że znowu mogą tak rozmawiać.

    Dziewczyna jakby obudzona zaczęła prychać wypluwając słoną wodę, której zdążyła się napić. Pociągnął ją w stronę brzegu, zanurzając się w wodzie przy każdej większej fali. Gdy znaleźli się na plaży, osunął się wyczerpany na piasek, tuląc królewnę w ramionach. Drżała z zimna. 

    W jednej chwili pojawił się przy nich Łowca. Pchnął demona na piasek jednocześnie wyrywając mu z rąk dziewczynę. Szarooki nie miał siły zaprotestować. Devor okrył Elizę swoją koszulą i zaczął ją nieść w kierunku domu. Niedługo później dołączyły do niego dziewczyny. Matthew, nie widząc innych możliwości powlókł się smętnie za nimi. 

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza przebrana w suche rzeczy leżała w swoim łóżku. Devor starannie okrył ją kołdrą. Po raz setny zapytał czy na pewno niczego nie potrzebuje. W końcu Wika i Sylwia wywlekły go siłą z pokoju, tłumacząc cierpliwie, że dziewczyna potrzebuje teraz odpoczynku. Czarna pantera siedząca do tej pory w przeciwległym rogu pokoju wstała niepewnie i przywlekła się w pobliże łóżka. Eliza odsunęła się robiąc kotu miejsce. Zwierzę zwinnie wskoczyło na łóżko układając się z łbem na poduszce. Dziewczyna przysunęła się do demona wtulając w jego czarną jak noc, aksamitną sierść. 

    „Matt” – zaczęła niepewnie.

    „Tak?” – zapytał delikatnie.

    „Uratowałeś mnie”

    „Chyba tak.”

    „Dlaczego?”

    „Co masz na myśli? Przecież łączy nas magia…” – przez kontakt myślowy nie mógł kłamać, dlatego starał się uniknąć odpowiedzi.

    „Nie było już magii, niczego nie było, tylko ich pieśń.”

    Drapieżnik uniósł łeb i spojrzał na nią.

    „Nie mówmy o tym, proszę.”

    „Zgoda, ale powiedz mi, za co mnie nienawidzisz?”

    „ To nieprawda, nie nienawidzę cię.”

    „Więc dlaczego się tak zachowywałeś?”

    Chłopak nie zdołał w porę powstrzymać wizji Elizy w ramionach Devora. Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem, a potem roześmiała. 

    „Więc wszystko to działo się ponieważ jesteś o mnie zazdrosny?”

    Nie odpowiedział. Królewna użyła narysowanej przez elfa runy. Teraz zamiast czarnej pantery leżał obok niej Szarooki w swojej ludzkiej postaci i przemoczonych spodniach. 

    – Zdejmij to bo się rozchorujesz – powiedziała dosyć słabym głosem, użycie czaru wyczerpało ją jeszcze bardziej.

    – Nie powinnaś tego robić, to cię jeszcze bardziej zmęczyło – oznajmił jej z wyrzutem, ale posłusznie podszedł do swojego plecaka i wyciągnął z niego czyste bokserki. 

    Szybko pozbył się mokrych spodni, wciągnął na siebie suche ubranie i wrócił do dziewczyny. Odsunęła kołdrę, żeby zrobić mu pod nią miejsce. Popatrzył na nią niepewnie, ale w końcu położył się obok. Przytuliła się do niego ufnie nakrywając ich po same szyje. Chłopak zesztywniał. 

    – O co tym razem chodzi? – spytała cichym, zmęczonym głosem.

    – Eliza… ta więź… ja mogę cię przez nią tak jakby śledzić. Słyszałem, jak wyznajecie sobie miłość z Devorem. Proszę, nie dręcz mnie więcej, skoro możemy być tylko przyjaciółmi.

    – O czym ty do licha mówisz? – dziewczyna nie miała pojęcia o co może mu chodzić.

    Obrzucił ją ponurym spojrzeniem.

    – Tego wieczora, kiedy się pokłóciliśmy, znalazłem cię w jego sypialni. Powiedziałaś mu, że go kochasz, on wyznał ci to samo.

    – Matt… zostałeś do końca tej rozmowy? – obrzuciła chłopaka zagadkowym spojrzeniem.

    – Nie byłem w stanie tego dłużej znieść, mi naprawdę na tobie zależy. Zresztą co to niby miałoby zmienić? Przecież go kochasz…

    – Oczywiście, że go kocham – odpowiedziała dziewczyna ze słodkim uśmiechem na ustach – nie została mi po za nim żadna inna rodzina. Devor jest moim bratem.

    Szarooki zaniemówił. Jego oczy pociemniały. Walczył teraz sam ze sobą. Z całego serca nienawidził Łowcy, a dziewczyna, w której się zakochał była z nim spokrewniona. Właściwie teraz kawałki układanki idealnie trafiły na swoje miejsce. 

    – Dlaczego mi nie powiedziałaś? – warknął bardziej szorstko niż zamierzał.

    Dziewczyna nie patrzyła na niego.

    – Nie wiedziałam o tym, powiedział mi dopiero kilka dni temu, kiedy tu wróciliśmy, ale czułam to od samego początku. Czy znienawidzisz mnie z tego powodu?

    Matthew już dawno podjął decyzję i wiedział, że nic nie jest w stanie na nią wpłynąć. Przekręcił się tak, ze Eliza znalazła się na plecach, a on nad nią. Dotknął jej policzka ciepłą dłonią, a potem ją pocałował. Wargi miał miękkie i delikatne, jakby nie był pewien czy dziewczyna tego chce. Jeszcze nigdy nie przeżyła takiego pocałunku. Był delikatny i czuły, a jednocześnie intensywny i pełen żaru. Wyciągnęła ręce z pod kołdry i wplotła palce we włosy chłopaka. Odwzajemniła jego żarliwy pocałunek. Jej serce zaczęło szybciej bić. W końcu niechętnie przerwał całowanie i odsunął się od niej odrobinę. Spojrzała mu w oczy. Była w nich niewysłowiona ulga i nadzieja.

    – Nigdy nie mógłbym cię nienawidzić – szepnął.

    Położył się na boku i przyciągnął ją do siebie. Wtuliła się w jego ramiona. Przesunęła się wyżej, tym razem to ona go pocałowała.

    „Kocham cię” – usłyszała nieśmiałą myśl, którą chłopak za wszelką cenę starał się zatrzymać dla siebie – „jesteś dla mnie wszystkim”.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Obudziła się wtulona w aksamitne czarne futro. Ziewnęła przeciągle. Przez duże okna do pokoju wpadało jasne, słoneczne światło. Pantera uniosła głowę przyglądając się ciekawie, dopiero co przebudzonej, dziewczynie. Królewna obdarzyła ją promiennym uśmiechem. Wstała przeciągając się rozkosznie. Mgliście pamiętała wydarzenia poprzedniego dnia. Wzięła szybki prysznic, wciągnęła na siebie wzorzystą letnią koszulkę i jeansowe szorty.

    – Jestem upiornie głodna – zwróciła się do wielkiego kota wchodząc do pokoju. – Chodźmy na śniadanie.

    Pantera przeciągnęła się leniwie i zwinnie zeskoczyła z łóżka.

    „Ładnie pachniesz” – usłyszała myśl Szarookiego – „jesteś trochę za chuda, ale myślę, że wystarczysz mi na śniadanie”.

    Drapieżnik zbliżył się do niej odsłaniając ostre zęby. Roześmiała się wesoło. Zbliżyła dłoń do łba wielkiego kota i podrapała go za uszami. Warknął na nią. Znowu się roześmiała. Ostentacyjnie odwrócił się od dziewczyny siadając na tylnych łapach. Wzruszyła ramionami i ciągle w świetnym humorze wyszła z pokoju.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    W jadalni, przy długim, obficie zastawionym stole, Sylwia i Wika kończyły właśnie jeść śniadanie.  Gdy pojawiła się Eliza, obie obdarzyły ją wesołymi uśmiechami, w ich oczach jednak wyczytała troskę. Przysiadła się do nich i od razu zabrała do nakładania sobie na talerz twarożku. Nie chciała, żeby przyjaciółki się o nią zamartwiały. 

    Kiedy dziewczyny popijały kawę, a ona kończyła swój posiłek, do pokoju wszedł Devor, a za nim, z ponurą miną, dreptał smętnie Leldorin. Przywitały się z nimi przyjaźnie, wszystkie naprawdę zadowolone z widoku swojego gospodarza. Tylko siedząca w rogu pomieszczenia pantera nieufnie zjeżyła sierść. 

    – Witam drogie panie – odezwał się do nich uprzejmie.

    Wika i Sylwia zarumieniły się pod jego spojrzeniem.

    – Usiądziecie z nami? – spytała Eliza, w dalszym ciągu będąca w rewelacyjnym nastroju.

    Obydwaj odsunęli krzesła i przysiedli się do kończących śniadanie dziewczyn.

    – Mam dla was pewną informację, a właściwie głównie dla ciebie – zwrócił się mężczyzna do swojej niedawno odnalezionej siostry. Leldorin pobladł. Eliza poczuła się lekko zaniepokojona. – Oh nie, to nic złego – powiedział szybko Łowca, gdy ujrzał wyraz jej twarzy. – Zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie do Turris Aurarius, Złotego Dworu. Będą tam wszyscy przedstawiciele Sojuszu, gospodarzem jest twój dziadek. – Spojrzał jej poważnie w oczy. – Zrozumiem, jeżeli nie będziesz chciała tam pójść. Sam bym nie miał ochoty na twoim miejscu. Powiedzieli jednak, że to naprawdę ważne, żebyś się tam pokazała.

    – Mylisz się Devorze – powiedziała, a w jej oczach pojawiły się złowrogie iskierki. – Bardzo chętnie tam pójdę. Wreszcie będę miała okazję przekazać im osobiście co o nich wszystkich sądzę.

     ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Słońce zbliżało się ku zachodowi. Eliza siedziała na złotym piasku plaży wsłuchana w szum morskich fal. Obok niej, z rękoma splecionymi pod głową, leżał na plecach Szarooki. Tego dnia był wyjątkowo poważny i milczący. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Położyła się przy nim kładąc mu głowę w zagłębieniu ramienia. 

    – O co tym razem chodzi? – spytała cicho.

    Westchnął. Przyciągnął ją do siebie ramieniem. Wtuliła się w niego ufnie.

    – Naprawdę  chcesz iść na to przyjęcie? – odwrócił się na bok tak, żeby móc na nią patrzeć.

    – Myślę, że tak – odparła odrobinę zaskoczona pytaniem. – Uważam, że to dobra okazja, żeby raz na zawsze uwolnić się od tego wszystkiego. Tym tak się martwisz?

    Pokręcił głową.

    – To tylko niewielka część tego. Sądzę, że musimy poważnie porozmawiać – spojrzał dziewczynie w oczy. – Muszę ci coś powiedzieć, zanim usłyszysz to od kogoś innego. Podejrzewam, że ci się to nie spodoba. Boję się, że mnie znienawidzisz.

    Popatrzyła na niego poważnymi, niebieskimi oczami.

    – Nie wydaje mi się, żebyś mógł powiedzieć coś, co zmieni moje uczucia względem ciebie.

    Delikatnym gestem odgarnęła mu opadający na czoło niesforny kosmyk włosów. Uśmiechnął się do niej smutno.

    – Uwierz mi, chciałbym, żeby tak było – szepnął. – Widzisz…

    W tym momencie, pomimo tego, że słońce jeszcze nie do końca schowało się za horyzontem, na plaży pociemniało. Od strony morza zaczął wiać silny, porywisty wiatr. Zrobiło się naprawdę zimno. Jeszcze przed chwilą, spokojne fale, uderzały teraz o brzeg z wściekłą furią. Wszędzie dookoła rozbryzgiwała się morska piana. Usłyszeli przeraźliwe rżenie i dziwny, ponury warkot. Na wodzie zaczął tworzyć się ogromnych rozmiarów wir. Obydwoje zerwali się z piasku. Szarooki stanął tak, żeby znaleźć się pomiędzy dziewczyną, a rozszalałą kipielą.

    – Biegnij! – rozkazał przekrzykując szum wiatru i huk morskich fal.

    Obydwoje ruszyli pospiesznie w kierunku, osłoniętej magiczną barierą, twierdzy. Żadne z nich nie miało ochoty sprawdzać, co za chwilę wyłoni się z morza. Nie znaleźli się jednak daleko, kiedy poczuli niewidzialną, nie chcącą ich przepuścić, ścianę. Matthew zaklął szpetnie. Eliza, przestraszona nie na żarty, zerknęła w stronę stromego, piaszczystego brzegu. Z piany morskiej powoli wyłaniał się olbrzymi czarny koń. Był niesamowicie piękny. Dziewczyna nigdy jeszcze nie widziała tak cudownego stworzenia. Jednak oczy rumaka płonęły czerwonym ogniem, a kiedy otworzył pysk, zamiast płaskich zębów roślinożercy, ukazały się ostre kły drapieżnika. Królewna wiedziała co to jest, mimo, że o takich stworzeniach do tej pory czytała tylko w baśniach.

    – Kelpie – wyszeptała cicho – ale co on tu robi? Skąd ma w tym świecie moc?

    Szarooki, którego słuch był znacznie lepszy niż u ludzi, zrozumiał słowa dziewczyny.

    „Występuje w tutejszych legendach, o ile się nie mylę chyba mitologii celtyckiej…” – powiedział przerzucając się na kontakt myślowy. – „Nie jest stworzeniem jedynie z naszego świata, nie wiem tylko co robi w Bałtyku i czy mam z nim tutaj jakiekolwiek szanse.” – mimo ostatnich słów umysł chłopaka był wyjątkowo spokojny i opanowany.

    „To dalej nie tłumaczy skąd ma moc.”

    Nie mieli jednak czasu na dalszą dyskusję. Niesamowity rumak wyszedł z wody i dostojnym krokiem zbliżał się w ich stronę.

    „ Kiedy tylko zniknie bariera, biegnij!” – usłyszała ostatnią myśl chłopaka, a potem kontakt zniknął.

    Tym razem przemiana Szarookiego nie wyglądała już tak mistycznie i elegancko. Jego ciało po prostu zaczęło się przekształcać. Oczy chłopaka przybrały przerażającą żółtą barwę, źrenice stały się pionowe, jak u kota. Ręce miał teraz zakończone długimi, wyglądającymi jak noże, pazurami, którymi bez większych problemów mógłby swoją ofiarę rozedrzeć na strzępy. Z jego łopatek wyrosły czarne jak noc, pokryte błoną skrzydła. Sam też stał się większy, nie osiągnął może monstrualnych rozmiarów, ale był teraz wyższy i bardziej muskularny niż mógłby kiedykolwiek być człowiek. Jego twarz wyglądała teraz jak jakaś groteskowa maska. Warknął szczerząc ostre, groźnie wyglądające kły. Poprzez łączącą ich więź dziewczyna wyczuła furię chłopaka. W jego głowie nie było żadnych logicznych myśli, tylko żądza mordu, chęć rozerwania przeciwnika na strzępy. Pragnienie zapachu i smaku krwi. 

    Kiedy przemiana dobiegła końca, nie czekając, jednym susem rzucił się na stąpającego powoli po piasku konia. Czarny jak noc rumak stanął dęba młócąc kopytami powietrze. Z jego pęcin unosiły się strzępy czarnej mgły. Matthew wzbił się w powietrze. Zakończoną pazurami ręką musnął bok konia, zanim tamten zdążył odskoczyć. Kelpie zarżał wściekle. Kłapnął pyskiem, przesuwając ostrymi kłami po ramieniu Szarookiego. Odwrócił się, próbując staranować demona kopytami. Matthew był jednak niezwykle zwinny i sprawnie unikał śmiercionośnych kończyn. Instynktownie wiedział, że w czarnym dymie zawarta jest magiczna trucizna.

    Eliza stała przed samą barierą. Przerażona przyglądała się zajadłej walce. Z jej perspektywy, ruchy przeciwników były tak szybkie, że rozmazywały się przed oczami dziewczyny. 

    W pewnym momencie Kelpie zmienił taktykę. Wyminął Szarookiego i ruszył galopem w stronę dziewczyny. Demon, wykorzystując okazję, zbliżył się do olbrzymiego rumaka od tyłu. Długimi, ostrymi pazurami przejechał mu po zadzie. Koń błyskawicznie wystrzelił z tylnych kopyt trafiając chłopaka w klatkę piersiową. Matthew, zaskoczony impetem uderzenia, nie zdołał utrzymać się w powietrzu i upadł ciężko na piasek. Zanim zdążył się podnieść rumak stał już nad nim, gotowy stratować go kopytami.

    Królewna poczuła paniczny strach. W tym momencie powzięła decyzję. Za żadną cenę, nie pozwoli nikomu skrzywdzić Szarookiego. Gdyby tu teraz zginął nigdy nie byłaby w stanie sobie tego wybaczyć. Nie obchodziło jej, że był demonem, ani jak bardzo ją irytował, zdała sobie sprawę, że nie chce żyć w świecie, w którym nie byłoby Matthew.

    – Kelpie! – zawołała czystym, mocnym głosem. Zaskoczony koń zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na nią. – Żadne z nas nie jest człowiekiem. Czego od nas chcesz?

    W powietrzu rozległ się gromki, okrutny śmiech. „Zabiorę cię dzisiaj ze sobą na moją darń.” – usłyszała dochodzący zewsząd głos. – „On mi w tym nie przeszkodzi, nie ma tu żadnej mocy.”

    – Mylisz się – powiedziała cicho dziewczyna i zamknęła oczy, szukając w myślach Szarookiego.

    Przekazała mu całą magię, jaką była w stanie zgromadzić, a potem przesunęła palcami po runach, które zostawił na jej ramionach Leldorin. Magiczna bariera opadła, koń zarżał zaskoczony. Matthew oprzytomniał. Błyskawicznie podniósł się z ziemi i rzucił na rumaka. Chlasnął go pazurami w szyję. Kelpie, nie mogąc dostać się do swojej mocy, która najwyraźniej działała jedynie pod osłoną bariery, rzucił się cwałem w stronę rozszalałego morza. Kiedy zanurzył się w wodzie wiatr przestał wiać, a z ciemności wyłoniło się znikające za horyzontem słońce. 

    Eliza zachwiała się na nogach. Spojrzała na Matthew. W jego oczach w dalszym ciągu widoczna była furia. Rzucił się na dziewczynę, przewracając ją na piasek. Pazurami przejechał po jej odsłoniętym ramieniu. Jęknęła z bólu. 

    – Matthew! Przestań! To ja! – krzyknęła jednocześnie na głos i w myślach chłopaka.

    Szarooki odtoczył się na bok. Z powrotem przybrał swoją ludzką postać. Z rozszarpanego zębami Kelpie barku spływała krew. Chłopak zamknął oczy. Eliza wstała chwiejnie i podeszła do niego. Podrapane ramię sprawiało jej ból. Uklęknęła przy demonie. 

    – Przepraszam – wyszeptał, kiedy delikatnie dotknęła jego policzka. 

    Dziewczyna skupiła się na krwawiącej ranie Szarookiego. Poszarpane ciało tak po prostu się zasklepiło, jakby nigdy nie został ugryziony. Królewna poczuła jak z jego krwioobiegu wypływa trująca, czarna mgła. Kiedy upewniła się, że nic mu nie grozi adrenalina opadła, a ona sama, tracąc przytomność, osunęła się na piasek.

    Note