Dziewiąte spotkanie – Słodycz Piekła
by VickyPrzeklęci Posłańcy! Sebastian zacisnął szczękę tak mocno, że zabolały go mięśnie. To musiał być Rafael. Tylko on mógł zadać sobie trud, by wydrzeć Lissi wspomnienia. Zrobił to z zimną, wyrachowaną precyzją — żeby nigdy nie wróciła, nie szukała drogi do niego. Magia Posłańców nie była silniejsza. Po prostu działała inaczej, jakby spisano do niej zupełnie inne prawa. Miał nadzieję, że Jean zdoła odwrócić ten czar. Łudził się, że jej zdolności wystarczą, by przywrócić Lissi to, co jej odebrano. Zamiast tego dziewczyna osunęła się w nieświadomość, a jej ciało stało się nagle ciężkie i bezwładne w jego ramionach.
Bez słowa podniósł ją. Przycisnął do torsu, czując, jak jej głowa bezładnie opada mu na ramię. Zanosił ją do salonu powoli, z czułością, jakby każde gwałtowniejsze poruszenie mogło wyrządzić jej dodatkową krzywdę. Delikatnie ułożył ją na kanapie, poprawił poduszkę pod głową, a potem przez chwilę po prostu klęczał przy niej, wpatrując się w bladą twarz.
Dopiero po dłuższej chwili przeniósł wzrok na Jean.
— Co się stało? — zapytał z chłodem.
Dziewczyna stała nieruchomo, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w nieprzytomną Lissi. Jej dotychczasowa pewność siebie całkowicie prysła.
— To niemożliwe… — szepnęła. — Ale ona… ona nie jest tylko Posłańcem. Ona jest też Cieniem.
Sebastian nie drgnął. To go nie zaskoczyło. Od dłuższego czasu nosił w sobie to podejrzenie, a teraz wszystko ułożyło się w logiczną, bolesną całość. Dlatego uciekała z Elory. Dlatego nie pasowała do ich światła. To z tego powodu jej moc raz była blaskiem, a innym razem cieniem. Jej pochodzenie jednak wszystko jeszcze bardziej komplikowało.
Westchnął ciężko. Jego ludzie nie porzucili go. Kiedy zdecydował się walczyć o nią, stanęli przy nim ramie w ramię. Byli gotowi walczyć przeciwko Posłańcom, byle tylko ją odzyskać.
Jednak ona… przyszła sama. To był wyjątkowo wygodny zbieg okoliczności i powinien być powód do ulgi. Dla Sebastiana był nim. I jednocześnie nie był. Bo nie uciekała z Elory sama. Była w towarzystwie Posłańca. Kogoś, o kogo wyraźnie się martwiła. Kogoś, kogo imię potrafiła wypowiedzieć z troską, podczas gdy jego samego w ogóle nie pamiętała.
Sebastian spuścił wzrok na jej spokojną, śpiącą twarz. Palce same znalazły bransoletkę na jej nadgarstku i zacisnęły się wokół niej. Nie podobało mu się to. Wcale.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lissi otworzyła oczy. Światło w pokoju wydało się jej nagle ostrzejsze, wyraźniejsze. Jakby ktoś zdjął z jej umysłu ciężką, przytłumioną zasłonę. Myśli układały się zaskakująco jasno, bez dotychczasowego mętliku i dziwnych luk. Odetchnęła głębiej, zaskoczona tą nagłą klarownością.
Tuż przy kanapie klęczał mężczyzna. Miał orzechowe oczy. Ciemne, lekko potargane włosy zawadiacko opadały mu na czoło. Przyglądała się twarzy, którą powinna znać. Czuła to każdą komórką ciała. Im dłużej na niego patrzyła, tym silniejsze było to wrażenie. W jej brzuchu zawirowało stado wściekłych motyli. Znane, niemal bolesne uczucie. Serce dziewczyny zabiło mocniej.
On pochylił się ku niej, a w jego głosie drżało szczere zaniepokojenie.
— Jak się czujesz? Wszystko w porządku?
Lissi powoli usiadła, wspierając się na rękach. Przez chwilę zakręciło jej się w głowie.
— Chyba tak…
Patrzył na nią z tak intensywną troską, że robiło się jej dziwnie ciepło.
— Opowiesz mi, dlaczego uciekałaś z Elory? — poprosił.
Zawahała się. Coś w niej protestowało, jakby opowiedzenie tego miało otworzyć drzwi, których wolałaby nie otwierać. Ostatecznie jednak skinęła głową.
— Z początku byli pewni, że jestem Posłańcem — zaczęła cicho. — Ale kiedy okazało się, że jestem… w połowie Posłańcem, a w połowie Cieniem, nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Uwięzili mnie. Chociaż nic im nie zrobiłam. Rozważali… moją śmierć.
Zauważyła, jak jego ciało się napina. Dłonie młodego mężczyzny zacisnęły się w pięści, a po ramionach przeszedł widoczny dreszcz wściekłości. Zanim zdążyła cokolwiek dodać, usiadł obok niej na kanapie i objął ją mocno, przyciągając do siebie.
Jego ramiona były ciepłe. Bezpieczne. Zdecydowanie zbyt znajome.
— Tutaj nic ci nie grozi — wyszeptał jej we włosy. — Nieważne, kim jesteś. Przysięgam, że żaden z moich ludzi cię nie skrzywdzi.
Lissi uniosła wzrok, patrząc mu w oczy. Dopiero teraz naprawdę to do niej dotarło. Cienie nie próbowały jej uwięzić. Nie patrzyli na nią z nienawiścią, nawet gdy byli przekonani, że jest wyłącznie Posłańcem. Nie rozważali jej śmierci.
— Dlaczego? — zapytała ledwie słyszalnie.
Sebastian przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej. Jego głos, gdy odezwał się ponownie, był niski i absolutnie pewny.
— Bo to, co nas łączy, jest ważniejsze od wszystkiego innego.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Czuła ulgę. Sebastian zgodził się zabrać ją do Mavena. Wiedziała, jak głęboka jest nienawiść między Cieniami a Posłańcami, i bała się o niego. Obawiała się, co mogli mu zrobić. A jednak mężczyzna powiedział, że może się z nim spotkać. Bez wahania.
W mieszkaniu, z jakiegoś powodu, stała jej walizka. Ta sama, którą spakowała we Włoszech. Ubrania pachniały jeszcze południowym słońcem i solą. Postanowiła nie zastanawiać się nad tym teraz. Po prostu otworzyła walizkę i wyjęła to, co wydało się jej najbardziej zwyczajne — dżinsy, bluzkę w drobne niebieskie kwiaty i miękki, błękitny sweter. Ubierała się szybko, prawie nerwowo, świadoma jego obecności w sąsiednim pokoju.
Wyszli razem. Samochód jechał przez miasto kwadrans, może trochę dłużej. Kiedy zatrzymał się na parkingu przed jarmarkiem, Lissi poczuła się zaskoczona. Tłum, gwar, zapach grillowanego jedzenia i słodkich deserów. Stoiska ze starociami, rękodziełem, chińskimi bibelotami, jedzeniem z czterech stron świata mieszały się ze sobą, tworząc barwny chaos. Dalej wesołe miasteczko, loterie, krzyki dzieci.
Sebastian obszedł samochód i otworzył przed nią drzwi. Podał jej dłoń. Przyjęła ją. Policzki zapłonęły jej niemal natychmiast. Jego skóra była ciepła, a dotyk zbyt znajomy. Na moment ogarnęła ją gwałtowna, niemal bolesna chęć, by wspiąć się na palce i pocałować go. Nie grzecznie. Nie ostrożnie. Z trudem odepchnęła tę myśl, zanim zdążyła się w niej rozgościć.
Mężczyzna prowadził ją przez labirynt stoisk pewnie, nie oglądając się za siebie. Im dalej wchodzili, tym węższe stawały się przejścia. Wreszcie skręcili w zabudowaną z obu stron uliczkę, gdzie stragany zmieniły charakter. Misterna biżuteria, łapacze snów, suszone zioła, kamienie, które zdawały się świecić od środka. Wszystko, co kojarzyło się z magią.
Sebastian pociągnął ją w bok, ku ceglanemu budynkowi. Drzwi wyglądały, jakby nikt nie używał ich od lat. Przeszli przez nie, potem przez kolejne, a następnie zaczęli schodzić w dół.
I nagle świat się zmienił. Barwne lampiony kołysały się nad głowami. Muzyka była żywa, pełna śmiechu i rytmu. Powietrze pachniało pieczonym mięsem, słodkimi ciastami i czymś jeszcze — czymś ciepłym i nieuchwytnym. Ludzie tańczyli, rozmawiali głośno, podawali sobie przekąski i napoje. To był festiwal. Piękniejszy, pełniejszy, bardziej baśniowy niż wszystko, co widziała na górze. Jakby zwyczajny jarmark był tylko bladym cieniem tego miejsca.
Poczuła spoczywające na niej spojrzenia. Lissi napięła się instynktownie. Sebastian natychmiast to wyczuł.
— Nie bój się — powiedział cicho. — Są po prostu ciekawi.
Skinęła głową, ale mimo wszystko przysunęła się bliżej. On bez słowa objął ją ramieniem, przyciągając do siebie w geście, który był jednocześnie ochroną i deklaracją.
Szli dalej. Kolejne schody. I jeszcze jedne.
Z każdym poziomem barwy bledły. Muzyka cichła. Powietrze stawało się chłodniejsze, gęstsze, bardziej mistyczne. Ludzi było coraz mniej, aż wreszcie zostali zupełnie sami. Gdy pokonali ostatnie stopnie — Lissi dawno straciła rachubę, które to — zastali ubranych na czarno mężczyzn, stojących przed wykutymi z żelaza drzwiami. Z łopatek wyrastały im czarne, pokryte piórami skrzydła. Przy pasach wisiały miecze. Stali prosto, czujnie, w milczeniu.
Lissi poczuła, jak jej serce zaciska się w piersi. Byli idealnym, lustrzanym odbiciem tych, którzy pilnowali białego więzienia w Elorze. Tylko zamiast światła — nosili w sobie cień.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Wpuszczono ich do środka. Sebastian dostrzegł, jak Lissi rozejrzała się po twarzach strażników z wyraźnym zdumieniem. Wszyscy, bez wyjątku, spoglądali na nią z ciekawością, lecz bez cienia wrogości. Żaden z nich nie zmrużył oczu, nikt nie sięgnął po broń. Ta różnica bolała go bardziej, niż chciał przyznać. W przeklętym mieście Posłańców musiała przejść przez coś, czego nigdy nie powinna była doświadczyć. Gniew narastał w nim powoli, ciężki i gorący.
Szli długim korytarzem oświetlonym pochodniami. Płomienie rzucały ruchome cienie na kamienne ściany. Sebastian zmniejszył dystans między nimi.
— Nie zbliżaj się do niego za bardzo. Nie ręczę za siebie — odezwał się cicho, ostrzegawczo.
Lissi uniosła na niego zaskoczone spojrzenie.
— Co masz na myśli?
Sebastian spojrzał jej prosto w oczy.
— Jesteś moją partnerką. Nie zawsze panuję nad sobą w twojej obecności. Miej to proszę na uwadze.
Dziewczyna niepewnie skinęła głową. Sebastian wiedział, że na razie musi mu to wystarczyć. Nawet jeśli nie pamiętała ich wcześniejszych rozmów ani słów Rafaela, historia Cieni i Posłańców musiała być jedną z pierwszych rzeczy, których uczono ją w Akademii. Powinna rozumieć, co oznacza słowo „partnerka” wśród jego ludu.
W rozwidleniu korytarzy minęli kolejnych strażników. Ich czarne skrzydła szeleściły lekko przy każdym ruchu. Wreszcie zatrzymali się przed ciężkimi drzwiami celi. Za nimi znajdował się Posłaniec.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lisanna przekroczyła próg celi i zamarła. Maven siedział na niskim kamiennym występie przy ścianie. Głowę trzymał lekko opuszczoną, jasne włosy miał splątane i brudne. Na jego policzku ciemniał rozległy siniak, dolna warga była rozcięta, a jedno oko opuchnięte. Koszula, kiedyś jasna, nosiła ślady krwi i ziemi. Kiedy uniósł twarz i ją zobaczył, przez jego oblicze przeszedł nagły, niemal bolesny błysk ulgi.
— Lissi…
Jej imię zabrzmiało chrapliwie, jakby od dłuższego czasu nie używał głosu.
Dziewczyna poczuła, jak coś zimnego i nieprzyjemnego zaciska się jej w gardle. Zrobiła krok do przodu, potem jeszcze jeden. Chciała do niego podbiec, przytulić, ale wciąż pamiętała ostrzeżenie Sebastiana. Wolała nie ryzykować, że z jej powodu coś jeszcze gorszego stanie się Mavenowi.
— Co oni ci zrobili… — wyszeptała.
Głos zadrżał jej mimo woli. Widok jego pobitej twarzy wywoływał w niej coś między wściekłością a bezradnym bólem.
Maven powoli uniósł się z kamienia. Poruszał się ostrożnie, jak ktoś, kto wciąż czuje każdy cios. Zatrzymał się tuż przed nią i przez chwilę tylko wpatrywał się w jej twarz, jakby sprawdzał, czy naprawdę stoi przed nim cała i nietknięta.
— Nic ci nie jest — stwierdził w końcu, a w jego głosie zabrzmiała czysta, głęboka ulga. — Myślałem…
Nie dokończył. Po prostu zamknął oczy na moment i odetchnął głęboko, jakby dopiero teraz pozwolił sobie uwierzyć, że żyje.
Lisanna poczuła, jak oczy szczypią ją od łez, których nie chciała dopuścić do głosu. Odwróciła lekko głowę i dostrzegła Sebastiana. Stał w drzwiach celi. Nie przekroczył progu. Ramiona miał spięte, szczękę mocno zaciśniętą, a orzechowe oczy spoczywały na nich obojgu z napięciem, którego nie dało się zignorować. Nie odezwał się ani słowem. Po prostu trwał tam, czujny i milczący, jakby jego wejście do środka mogło coś nieodwracalnie zmienić.