Rozdział 2 – Akademia
by Vicky
Mój pokój był niewielki, ale przytulny. Poukładałyśmy sobie poduszki, opierając je o ścianę i teraz siedziałyśmy z Sarą wygodnie wyciągnięte na moim łóżku. Było wyjątkowo wesoło, bo rozmawiałyśmy o tym, dlaczego nie chichoczemy, jak to mają w zwyczaju dziewczęta. Chyba po prostu nie robiłyśmy tego do tej pory, bo teraz zdecydowanie właśnie chichotałyśmy. Przerwało nam pukanie do drzwi, po którym, bez zaproszenia, do środka wszedł Daniel. Zwyczajowy uśmiech i niewypowiedziane słowa zamarły na jego ustach. Coś osobliwego pojawiło się w wyrazie jego twarzy.
– Co ona tu robi?! – spytał ostro, wskazując w kierunku Sary.
Dziewczyna skuliła się, wyraźnie przestraszona, a ja zaczynałam być wściekła na Daniela. Również za to, że wchodzi do MOJEGO pokoju jak do siebie i narusza MOJĄ prywatność (choć do tej pory nigdy mi to nie przeszkadzało), ale przede wszystkim z powodu tego jak traktował Sarę.
– Nie twoja sprawa! – odpowiedziałam warknięciem.
– Oczywiście, że moja – właściwie to wypowiadając słowa nie zwrócił na mnie szczególnej uwagi. – Ty jesteś moją sprawą. I nie będziesz się z nią zadawała. Nie jesteś tu mile widziana – zwrócił się już bezpośrednio do Sary, a kiedy dziewczyna nie zareagowała, po prostu podszedł do niej, chwycił ją za łokieć, podniósł z łóżka i wyprowadził z pokoju.
Na jej pobladłej twarzy zobaczyłam łzy. Na korytarzu wyrwała sie i uciekła, a Daniel wrócił do środka.
– Co to niby miało być?! – wrzasnęłam, nawet nie zdając sobie sprawy, że podnoszę głos.
Chłopak był już spokojny, a to wkurzyło mnie jeszcze bardziej. Odetchnął głęboko.
– Mówiłem ci przecież, że to jedna z nich. Nie powinnaś się z nimi zadawać.
Byłam rozdarta. Miałam ochotę mu czymś przyłożyć i pobiec za Sarą, ale wiedziałam, że to niczego nie rozwiąże. Przeproszę ją później i dopilnuję, żeby Daniel również to zrobił. Póki co to z nim miałam do wyjaśnienia kilka kwestii.
– Nie obchodzi mnie to – oznajmiłam stanowczo. – Nie będziesz decydował o tym, z kim mogę się spotykać, a z kim nie.
– Em – odezwał się cierpiętniczo – nic nie rozumiesz. Nie możesz mi po prostu zaufać?
– Nie – odpowiedziałam twardo.
Westchnął. Podszedł i usiadł na brzegu łóżka.
– Jest ich tylko dziewiętnastu, dlaczego musiałaś trafić akurat na jedną z nich? – zapytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. Spojrzał na mnie, już nie zimno, ani gniewnie. W jego wzroku było nieme błaganie. – Em, to eksperyment. Oni nawet niezupełnie są ludźmi.
– Co masz na myśli? – spytałam przysuwając się bliżej, teraz bardziej ciekawa niż zagniewana.
Od najmłodszych lat poznawałam różne, wojskowe tajemnice, najczęściej jednak dlatego, że zaintrygowało mnie coś co podsłuchałam. Nikt nigdy tak bezpośrednio się nimi ze mną nie dzielił. Daniel był inny. Uważał mnie za osobę godną znania prawdy – jakakolwiek by nie była – i oczywiście za osobę, godną zaufania, która zachowa dla siebie to co od niego usłyszy.
– To nie laboratorium powstało w akademii, tylko akademia dookoła laboratorium – tym razem mówił niechętnie, jakby udzielenie mi informacji było mniejszym złem, które właśnie zdecydował się wybrać. – Przeprowadzano tu różne badania, ale głównym ich celem było oczywiście udoskonalanie technologii wojskowych. W ten sposób chcieli stworzyć swoją własną, znacznie ulepszoną armię. Częściowo im się udało, stworzyli niewielki regiment. Twoja nowa koleżanka to sztucznie wyhodowana jednostka. Powstała w inkubatorze. Ma zmieniony kod DNA.
Słyszałam o różnych rzeczach, ale to…
– Nie mówisz poważnie, prawda?
Musiałam wyglądać na przestraszoną, bo Daniel wziął mnie za ręce.
– Nie są na tyle niebezpieczni, żeby nie móc przebywać wśród ludzi, ale jednocześnie są na tyle inni, że trzeba ich stale kontrolować. Nie są – przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – stabilni. Czasami po prostu zaczynają być agresywni.
Znałam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy zostawia jakieś niedomówienia lub delikatnie mija się z prawdą. Musiałam domyślić się sama.
– Ale nie dotyczy to Sary, prawda? Nigdy nie była agresywna?
Niechętnie skinął głową.
– Jest nieco inna, dlatego trzyma się na uboczu.
– Jest sympatyczna i naprawdę ją lubię – oznajmiłam stanowczo, patrząc mu w oczy.
– I nic co powiem czy zrobię, nie przekona cię, żeby przestać się z nią zadawać? – ku mojemu zdziwieniu nie był zły. Uśmiechał się do mnie.
– Nie bardzo – zdziwiła mnie nagła zmiana jego reakcji. Dlaczego na początku tak bardzo spanikował, a teraz zamierza po prostu odpuścić?
Daniel sięgnął po stojący na biurku, ciemnogranatowy komputer. Otworzył klapę i włączył laptopa.
– Powinnaś wiedzieć kim są – stwierdził, wchodząc na jedną z ozdobionych logiem akademii, zabezpieczonych hasłem stron.
Wyświetliły się zdjęcia i profile uczniów. Zajmowały całą stronę i przewijały się w dół. Obok portretów widniały jedynie imiona i numery. Wśród nich odnalazłam Sarę i kilka innych, znajomych twarzy. Daniel podał mi komputer, a ja z ciekawością przyglądałam się opisom i fotografiom. Z jednej z nich wpatrywały się we mnie znajome, niebieskie oczy. W obiektyw patrzył obojętnie, bez tego wiecznie towarzyszącego mu chłodu. Alexander – przeczytałam podpis obok numeru, po raz pierwszy poznając imię chłopaka, który bez przerwy pojawiał się na mojej drodze.
– Czemu nie mają nazwisk? – zapytałam zbita z tropu.
Roześmiał się.
– Masz talent do wyłapywania najbardziej istotnych problemów – stwierdził. – Nie mają rodziców, skąd mieliby więc wziąć nazwiska? Myślę, że na użytek wojska po prostu później zostaną im jakieś przydzielone.
Przeglądając profile zauważyłam, że wszyscy byli przynajmniej o rok starsi ode mnie i od Sary. Coś się nie zgadzało. W myślach policzyłam zdjęcia. Dziesięć dziewczyn i dziesięciu chłopaków.
– Mówiłeś, że jest ich dziewiętnastu…
– Tak, zostało dziewiętnastu. Katharin – przesunął palcem po touchpadzie i kliknął na wybrany profil – miała wypadek podczas jednego z testów. Nie żyje.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Gdy tylko Daniel wyszedł, wróciłam do przeglądania zdjęć. Interesowało mnie zwłaszcza jedno z nich. Ponownie przeczytałam wszystkie dane. Alexander, 187 centymetrów, 80 kilogramów, 19 lat skończył 22 maja, oczy szare (z tym nie mogłam się zgodzić), grupa krwi 0 rh+, pokój 249 (przydatna informacja). Były tam również oceny i wyniki testów, których w ogóle nie rozumiałam, oraz jakieś chemiczne wzory. Zrobiłam screena i zapisałam w katalogu, w którym trzymałam wszystko co mnie zainteresowało. To samo zrobiłam z profilem Sary. Przynajmniej jeśli chodzi o nią, to osiągnęliśmy z Danielem swojego rodzaju kompromis. Obiecał się nie wtrącać, ale i tak kazał mi uważać. Bałam się, że planuje nie spuszczać mnie z oczu. Jeszcze trzy dni wcześniej wcale by mi to nie przeszkadzało, ale wtedy nie śmiałam nawet marzyć o perspektywie posiadania jakiejkolwiek przyjaciółki. Nie zamierzałam mu pozwolić na zepsucie tych niespodziewanych relacji. Wyłączyłam komputer i wyszłam na korytarz. Pokój 114. To samo piętro co moje. Najwyraźniej nie izolowano ich od innych uczniów, ale pokoje mieli obok siebie, na samym końcu korytarza – oczywiście chłopcy i dziewczęta rozlokowani byli na dwóch różnych piętrach. Gdy stanęłam przed drzwiami delikatnie zapukałam. Dopiero teraz poczułam strach, zastanawiając się co zrobię, jeżeli mi nie wybaczy i nie będzie chciała mnie znać. Otworzyła prawie natychmiast. Patrzyła na mnie zaskoczona.
– Hej, mogę wejść? – zapytałam. Zabrzmiało znacznie bardziej błagalnie niż bym chciała.
– Tak, proszę – odpowiedziała nieco zmieszana.
– Przepraszam – odezwałam się, gdy tylko zamknęła za mną drzwi. – To znaczy za Daniela. Zachował się jak dupek. Przepraszam. To się już więcej nie powtórzy.
Przecząco pokręciła głową. Usiadła na starannie posłanym łóżku. Jej pokój był niemal zupełnie pusty. W moim był laptop, jakieś książki, własne poduszki. Sypialnia Sary była surowa, wyglądała dokładnie tak, jak pomieszczenie do którego weszłam, gdy tu przyjechałam. W środku nie było nic osobistego. Podniosła na mnie pełne smutku oczy.
– Nie, on miał rację – szepnęła. – Nie powinnaś się ze mną zadawać. To zły pomysł.
– Wcale nieprawda! – usiadłam obok niej. – To doskonały pomysł! Jedyny dopuszczalny pomysł!
Uśmiechnęła się do mnie smutnym uśmiechem.
– Emi, nic o mnie nie wiesz… – zaczęła, ale nie zamierzałam pozwolić jej skończyć.
– Wiem wystarczająco wiele – przerwałam. – Jesteś miła, zabawna i lubię spędzać z tobą czas. Cała reszta mnie nie interesuje.
– Poddaję się – mruknęła przewracając się na łóżko, ale wyraźnie widziałam malującą się na jej twarzy ulgę. Taka sama rozlała się w moim wnętrzu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Gdy następnego dnia przyszłam do ogrodu on już w nim był. Spojrzał na mnie z niechęcią, ale tym razem nie próbował mnie wyganiać. Po prostu mnie zignorował. Uznałam, że to zawsze jakieś pozytywne osiągnięcie. Usiadłam, ale nawet nie otworzyłam książki. Alexander. Był „jednym z nich”. Rzeczywiście sprawiał wrażenie, że mógłby być niebezpieczny. Widziałam już jego agresywne zachowanie, ale mimo wszystko… nie czułam się przy nim zagrożona. Ani odrobinę. Nie zdawałam sobie sprawy z faktu, że wpatruję się w niego w tak bezczelny sposób, dopóki nie fuknął poirytowany.
– Dobra, mów czego chcesz – niemalże warknął na mnie, przerywając ćwiczenia.
Roześmiałam się. Mimowolnie. Chyba nie takiej reakcji się spodziewał.
– Przepraszam – wydusiłam z siebie, nie mogąc przestać się śmiać.
Wstał i otrzepał z trawy spodnie.
– Czy jesteś psychicznie chora? – zapytał podejrzliwie.
Chyba chciał mnie urazić. Jeżeli tak, to mu się to nie udało.
– To całkiem możliwe – stwierdziłam pogodnie.
Ruszył w moim kierunku. Zaskoczona zerwałam się z ławki. Znalazł się blisko – zbyt blisko. Cofnęłam się o krok, ale wtedy plecami oparłam się o ścianę. Jego ręka znalazła się tuż nad moim ramieniem, odcinając mi drogę ucieczki. Stałam teraz zablokowana pomiędzy nim a ławką.
– Nie pogrywaj sobie ze mną! – warknął.
Nie przestraszył mnie, choć chyba taki właśnie był jego zamiar. Czułam się skrępowana. Szalało we mnie jakieś dziwne napięcie, oczekiwanie, pragnienie. Spojrzałam mu w oczy – lodowato-zimne, niebieskie. Chyba rzeczywiście byłam szalona. W końcu z tego co mówił Daniel wynikało, że powinnam się go bać.
– Jeżeli uważasz, że w ten sposób wygonisz mnie z mojego ogrodu, to jesteś w błędzie – oznajmiłam najspokojniej jak potrafiłam, choć serce biło mi jak oszalałe.
Przyglądał mi się przez chwilę w milczeniu. Wtedy zdałam sobie sprawę jak bardzo przyspieszony jest jego oddech. Jak szybko bije jego serce. Jak walczy sam ze sobą, żeby się uspokoić. Czekałam, sama nie wiedząc na co czekam. W końcu odsunął się i odwrócił wzrok. Uderzył pięścią, wybijając dziurę w drewnianej ścianie altanki. Szybkim krokiem ruszył przed siebie, pokrytą żwirem alejką. Po raz kolejny zostałam sama, nie do końca orientując się w tym co właściwie się stało i do czego przed chwilą mogło dojść.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Nie mogłam przestać myśleć o Alexie (już sobie zdążyłam skrócić jego imię). To było dziwne i… niepokojące. Ku mojemu własnemu zdumieniu najbardziej jednak martwiło mnie to, że sobie poszedł – tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia. Podczas kolacji ze wszystkich sił starałam się wrócić do rzeczywistości. Daniel podszedł ze mną do stolika Sary. Patrzyła na niego spłoszonym wzrokiem.
– Hej – odezwał się pierwszy – chciałem cię przeprosić. Zbyt ostro zareagowałem. Opiekuję się Emily i czasami bywam nadopiekuńczy – kontynuował, z rozbrajającym uśmiechem.
Na dowód objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy. Sara była zaskoczona i jakby zbita z tropu.
– Nic się nie stało – wyjąkała cichutko.
– Dobra, zostawiam was same, dziewczyny – uśmiech nie schodził mu z twarzy, wcielenie niewinności. – Do zobaczenia później – rzucił w moim kierunku – i smacznego. – Odwrócił się i odszedł do, spory kawałek oddalonego, stolika chłopaków.
Usiadłam.
– Wszystko w porządku? – zapytałam Sary.
– Taak, chyba tak… – mruknęła niezbyt przekonana.
– Nie przejmuj się Danielem. Mamy rozejm, nie będzie już więcej rozrabiał – uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję, że uda mi się rozwiać jej niepokój.
– Dobrze – odpowiedziała zanurzając łyżkę w rozmieszanym z dżemem twarożku.
Skoro już byłyśmy przy niezręcznych tematach…
– Za co zostałaś ukarana? – zadałam pytanie, które nurtowało mnie już od jakiegoś czasu – to znaczy od momentu gdy zobaczyłam jej plecy na basenie. – Przepraszam, że pytam – dodałam poniewczasie. – Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać…
Sara zaczerwieniła się wściekle. Na dobre utkwiła wzrok w swojej kolacji. Byłyśmy jednak ze sobą szczere i wiedziałam, że w końcu mi odpowie.
– Śledziłam takiego jednego chłopaka – wyznała. – Tyle, że było to po ciszy nocnej, a on w pewnym momencie gdzieś zniknął. Zostałam sama na korytarzu i strażnik mnie przyłapał.
– Dlaczego go śledziłaś? – zdziwiłam się odrobinę.
Nie sądziłam, że Sara mogła stać się jeszcze bardziej czerwona. Jej buzia przypominała teraz kolorem dojrzałą truskawkę.
– Czasami za nim chodzę – odpowiedziała przepraszająco. – Bardzo mi się podoba… – najwyraźniej nie miała pojęcia jak skończyć to zdanie.
Roześmiałam się wesoło.
– Myślę, że jesteś w takim razie usprawiedliwiona – oznajmiłam.
– A ty Emi? Tobie ktoś się podoba? – zapytała nagle, z ogromnie entuzjastycznym zainteresowaniem.
Byłam pewna, że tym razem to ja się rumienię.
– Właściwie to od kilku miesięcy podoba mi się Daniel – przyznałam. Sara wpatrywała sie we mnie intensywnie, zasłuchana w moje słowa, jakby od dawna była spragniona takich rozmów. Ja chyba również byłam, choć może nie aż w takim stopniu. Postanowiłam kontynuować. – Raz mnie nawet pocałował, tylko że następnego dnia chciał, żebyśmy zostali przyjaciółmi – dodałam szybko by w zarodku ugasić jej entuzjazm.
– Dlaczego? – wyglądała na szczerze zdziwioną. – Pasujecie do siebie – stwierdziła z szelmowskim uśmiechem.
Wzruszyłam ramionami.
– Nie wiem. Dobrze się dogadujemy. Chyba po prostu ja mu się w ten sposób nie podobam – ku mojemu własnemu zdziwieniu, w moim głosie nie było słychać żalu. W środku również już go nie czułam.
– Cóż – westchnęła Sara, z wciąż rozpromienioną twarzyczką – w takim razie chyba obie musimy postarać się bardziej, trochę powalczyć i zostać zauważone przez „naszych chłopaków”.
Roześmiałam się. Chłopcy – chłopcami, ale ja coraz bardziej zaczynałam kochać moją Sarę. Nie pamiętałam już jak w ogóle mogłam bez niej żyć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Zżerała mnie ciekawość i chyba tylko dlatego tak entuzjastycznie zgodziłam się iść, gdy Daniel zapytał czy mam ochotę obejrzeć „ich” indywidualny trening. Chciał mi pokazać jak bardzo się od nas różnią. Niezwykle mu zależało na tym, żeby pokazać w jak dużym stopniu „dzieci eksperymentu” nie są ludźmi. Już nawet nie byłam pewna czy wynika to jedynie z troski o moje bezpieczeństwo czy z czegoś zupełnie innego. Udaliśmy się do zachodniego skrzydła, a tam, zamiast skierować się do sali ćwiczeń, wspięliśmy się na drugie piętro. Daniel prowadził mnie plątaniną ciasnych korytarzy. Dwukrotnie minęliśmy zabezpieczone zamkiem elektronicznym drzwi. Gdy przeszliśmy przez trzecie, okazało sie, że stoimy na niewielkim balkonie, kilka ładnych metrów nad salą gimnastyczną. Poczułam się zaskoczona, widząc na przeciwko jeszcze cztery kolejne. Będąc na dole nigdy nie zwróciłam na nie uwagi. Wszystko było stąd doskonale widać.
– Emi – zagadnął mnie Daniel.
– Tak? – spytałam przyglądając się sali.
– Nie panikuj dobrze? Ich treningi są specyficzne, ale nic im nie grozi, jasne? – poczułam się jak małe dziecko, które zabrano do cyrku. Niechętnie skinęłam głową, a Daniel zarobił u mnie sporego minusa. – Po prostu nie chciałbym, żebyś zwróciła na nas czyjąś uwagę – westchnął zrezygnowany, chyba dostrzegając moje niezadowolenie. – Nie powinno cię tu być.
Uśmiechnęłam się do niego, ale mój uśmiech szybko zniknął, gdy w sali pojawiły się odziane na czarno postacie. Stroje mieli sportowe, takie, które nie krępowały im ruchów. Nie pojawiło się aż dziewiętnaście sylwetek. Przyszło zaledwie pięć osób – wszyscy płci męskiej. Wśród nich był jednak Alex i to on przyciągnął mój wzrok. Zafascynowana przypatrywałam się ich rozgrzewce. Rzeczywiście robiła wrażenie, ale nie było w tym nic aż tak spektakularnego. Nie miałam pojęcia co chciał pokazać mi Daniel. Dopiero po chwili spostrzegłam, że po dwóch stronach sali przejścia zagradzają kraty. Nie było ich widać, gdy drzwi były zamknięte. Za jednymi z nich stało dwoje żołnierzy z przygotowanymi strzelbami. Broń była nietypowa. Wyglądała jak ta na naboje, którymi usypia się zwierzęta. Po kilkunastu minutach kadeci przerwali rozgrzewkę. Stanęli pod ścianą, przez chwilę rozmawiając o czymś żywiołowo. W końcu Alex skinął głową i wyszedł na środek pomieszczenia, a pozostali ominęli kraty i stanęli za uzbrojonymi żołnierzami. Starałam się nie snuć domysłów, ale to co zobaczyłam i tak nigdy nie przyszłoby mi do głowy. Krata po drugiej stronie sali otworzyła się, a do środka, dostojnym krokiem, wszedł najprawdziwszy w świecie lew – ogromny, przepięknie zbudowany i dostojny, ale jednocześnie najwyraźniej albo bardzo głody, albo wkurzony. Od ryku, który wydał przeszły mnie ciarki. Alex obserwował go uważnie. Drapieżnik sprawiał przez chwilę wrażenie, jakby chciał go obejść dookoła, ale chłopak poruszał się wraz z nim. Krążyli wokół siebie przez kilka dłużących się w nieskończoność chwil, aż w końcu rozjuszony Lew go zaatakował. Autentycznie rzucił się na niego. Zachłysnęłam się powietrzem. Wydobył się ze mnie pełen przerażenia dźwięk – ni to jęk, ni krzyk. Wzrok Alexa powędrował w górę. Nasze spojrzenia na krótką chwilę się spotkały. Chłopak rozproszył się. Stracił koncentrację. Lew położył na nim zakończone ostrymi pazurami łapy, wbił się zębami w jego ramię. Daniel zakrył mi ręką usta, przyciągając mnie do siebie. Stanowczo przytrzymał.
– Ostrzegałem – szepnął poirytowany.
Nie zareagowałam. Wpatrywałam się oniemiała w to, co się działo na dole w sali. Alex znów był skupiony. Z wściekłością, nadludzką siłą, odepchnął od siebie zwierzę. Jego ramię było zakrwawione, a bluza podarta. Lew znów zaatakował, rzucając się na niego. Wyglądało to tak, jakby chłopak złapał go w locie, a potem rzucił nim przez pomieszczenie. To było niemożliwe. Nie mógł być szybszy i silniejszy od cholernego, ogromnego lwa! Tak jednak właśnie było. Drapieżnik spróbował jeszcze kilkakrotnie, a potem sie wycofał. Daniel wyciągnął mnie na zewnątrz. Byłam zbyt oniemiała by choć pomyśleć o tym, żeby w jakikolwiek sposób zaprotestować.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Minęło już dobre pól godziny, a ja wciąż siedziałam na korytarzu, pod drzwiami z numerem 249. Po prostu musiałam sprawdzić czy wszystko jest z nim ok., bez żadnego, konkretnego planu działania. Gdy wreszcie się pojawił, miał na sobie koszulkę bez rękawów i starannie zabandażowane ramię. Odetchnęłam z ulgą. Ku mojemu zdziwieniu, gdy mnie zobaczył, na jago twarzy nie było złości. Malowało się na niej raczej zaskoczenie.
– Co tu robisz? – zapytał tonem zwyczajnej pogawędki.
– Chciałam sprawdzić czy nic ci nie jest – odpowiedziałam mu, nagle okropnie speszona, podnosząc się z podłogi. Gdyby był na mnie wściekły, wiedziałabym jak sobie z tym poradzić. Zwyczajna rozmowa była dla mnie zbyt abstrakcyjna i… zawstydzająca.
Prychnął rozbawiony.
– Chodź i tak musimy porozmawiać – otworzył drzwi do pokoju i zaprosił mnie gestem.
– O czym? – zapytałam wchodząc za nim niezbyt przekonana.
Jego pokój wyglądał zupełnie jak ten Sary – pusty i surowy. Bez żadnych śladów czyjejkolwiek obecności. Zamknął za mną drzwi. Spojrzał mi w oczy. Odetchnął głęboko i dopiero wtedy się odezwał.
– Czy mógłbym cię prosić, żebyś nigdy więcej nie przychodziła na moje treningi? – zapytał tym razem wyraźnie siląc się na spokojny ton.
Byłam przekonana, że wściekle się rumienię. Moje policzki były gorące.
– Przepraszam – wydusiłam z siebie – nie chciałam, żeby tak wyszło. Byłam bardzo ciekawa i dlatego poszłam tam z Danielem. Nie sądziłam, że trafię tam akurat na ciebie – choć w duchu musiałam przyznać, że na to właśnie miałam nadzieję.
Skinął głową.
– Czy mogłabyś mi obiecać, że więcej tego nie zrobisz?
Niepewnie przytaknęłam.
– Przepraszam – skruszona powtórzyłam jeszcze raz. – Nic ci nie jest? – odważyłam się zapytać, patrząc na jego opatrzone ramię.
– To już nie twój problem – jego ton stawał się coraz chłodniejszy.
– Właśnie, że mój – odpowiedziałam żywiołowo. – Wiem, że to moja wina. Widziałam jak sobie radziłeś. Gdybym się tak nie przestraszyła…
Opadł ciężko na łóżko, opierając się plecami o ścianę. Maska opadła. Jej miejsce zastąpiła rezygnacja i gorycz.
– Nie rozumiesz – warknął. – Mogłaby nagle zacząć grać orkiestra dęta, a i tak nie odwróciłaby mojej uwagi. Nie wiem co się stało – wyjątkowo, dla odmiany, w ogóle na mnie nie patrzył. – Usłyszałem twój krzyk i nie byłem w stanie skupić się na niczym innym.
Wpatrywałam się w niego oniemiała. Co chciał przez to powiedzieć?
– Przepraszam – powtórzyłam po raz trzeci, nie bardzo wiedząc co innego mogłabym powiedzieć.
– Idź już, dobrze? – poprosił, wciąż nie podnosząc na mnie wzroku.
– Alex? – zapytałam cicho, nie mając pojęcia skąd wzięłam na to odwagę.
– Tak? – nie był ani trochę zdziwiony tym, że znam jego imię.
– Zobaczymy się jutro?
Ku mojemu zaskoczeniu przytaknął.
– Po południu, w ogrodzie.
Bolesne napięcie zniknęło. Poczułam się jak przekłuty balonik, który ktoś od nowa napełnia samymi ciepłymi uczuciami. Gdy wyszłam z jego pokoju, uśmiechałam się jak wariatka. Nie mogłam przestać aż do późnego wieczora, gdy w końcu jakimś cudem udało mi się zasnąć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Akademia wbrew pozorom nie była więzieniem, a może raczej była, tylko nieco bardziej rozległym. W wolne dni mogliśmy opuszczać jej mury i odwiedzać znajdujące się na wyspie, senne miasteczko. Cała wyspa miała średnicę może 30 kilometrów. Oczywiście jej samej nikomu nie wolno było opuścić i wejście na prom było pilnie strzeżone. Tak samo zresztą jak przylegająca do budynku akademii kamienista plaża. Umówiłam się z Sarą na zewnątrz. To było nasze pierwsze wyjście do miasta. Chciałyśmy wspólnie zrobić zakupy. Zauważyłam, że oprócz oficjalnych mundurów i stroju treningowego moja przyjaciółka ma właściwie chyba tylko jedną parę dżinsów i kilka szarych bluzek. Nie mieściło mi się to w głowie. Nawet mój ojciec bardziej dbał o moją garderobę i namawiał mnie na kupowanie kolorowych sukienek i innych dziewczęcych rzeczy. Może i żałował, że nie jestem chłopcem, ale skoro już nim nie byłam, to przynajmniej częściowo traktował mnie jak dziewczynkę. Było mi przykro, że nikt w ten sposób nie traktował Sary. Gdy wyszłam, zaskoczyło mnie, że Sara z kimś rozmawia. Chłopak miał bardzo jasne włosy, nie był zbyt wysoki i był zdecydowanie chudszy niż standardowi uczniowie akademii. Nie wyglądał na cherlaka, ale nie miał również tej typowej, wyćwiczonej sylwetki. Podeszłam do nich odrobinę zakłopotana. Nieznajomy urwał w półsłowa i zamilkł przypatrując mi się nieufnie.
– Hej – zaczęłam niepewnie.
– Część – odpowiedziała mi pogodnie Sara, on nic nie powiedział.
– Mam na imię… – zaczęłam, ale chyba odzyskał rezon, ponieważ nie dał mi skończyć.
– Wiem – przerwał mi gniewnie. – Emily Morrington, dziewczyna Daniela Maes. Wszyscy to wiedzą.
– Nie jestem jego dziewczyną – odpowiedziałam nieco zbita z tropu.
– Nie? Opinia publiczna twierdzi co innego – zadrwił.
– Niko! – jęknęła Sara, kładąc mu rękę na ramieniu. – Ona nie ma z tym nic wspólnego. Bądź dla niej miły, to moja przyjaciółka.
Ciepłe słowa, które rozlały się w moim wnętrzu niczym gorąca czekolada, gryzły się nieco z niezrozumiałym dla mnie wydźwiękiem jej wypowiedzi.
– Naprawdę w to wierzysz? – prychnął.
Spojrzenie Sary stwardniało.
– Gdyby miała, to chyba za ten ton miałbyś naprawdę przechlapane, nie sądzisz? – spytała słodko.
Twarz Niko pobladła. Odsunął się o krok.
– Czy któreś z was powie mi o co tu chodzi? – spytałam z nadzieją.
Sara chwyciła mnie za rękę.
– Nie przejmuj się, Niko ma po prostu ograniczone horyzonty – wyjaśniła, ale wyraźnie wyczuwałam, że coś nieprzyjemnego kryje się pod jej lekkim tonem.
– Nie ważne, przepraszam – chłopak jakby spotulniał. – Nie było tej rozmowy. Podwiozę was do miasta i będę spadał. Panie przodem – teatralnym gestem wskazał na stojący nieopodal, terenowy samochód.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Wycieczka była naprawdę przyjemna. Kupiłyśmy sobie takie same, jasnoniebieskie sweterki. Idealnie pasowały do naszych brązowych włosów – kasztanowych Sary i moich, nieco ciemniejszych, raczej przypominających w kolorze mleczną czekoladę. Napiłyśmy się smacznej, kokosowej kawy i postanowiłyśmy wrócić te kilka kilometrów na piechotę. Opowiedziałam Sarze o tym co widziałam na treningu, z jakiejś przyczyny, której właściwie sama nie znałam, słowem nie wspominając jej o Alexie.
– Mnie to na szczęście nie dotyczy – westchnęła. Nie byłam pewna czy z żalu czy z ulgi.
– Dlaczego? – zapytałam.
Skrzywiła się nieznacznie.
– Jestem nieudana. To znaczy eksperyment był nieudany – wyjaśniła szybko, widząc moją niepewną minę. – Nie jestem taka silna jak pozostali. Nie mam ich zdolności. Byłam ostatnia i zrobili ze mną coś innego. Dobrego – dodała nieco ciszej.
– To dlatego trzymasz się na uboczu? – chciałam wiedzieć.
– Tak, między innymi, ale jest jeszcze inny powód – wyznała. – Widzisz, jestem najmłodsza i czuwająca nad projektem profesor traktuje mnie jakbym była jej córką. Już na samym początku oddzieliła mnie od grupy. Miałam nadzieję, że będziesz chciała ją poznać – dodała, patrząc w ziemię. – To znaczy bardzo bym chciała, żebyś ją poznała. Jest dla mnie jak mama. Jest moją mamą – plątała się niepewnie.
– Z przyjemnością ją poznam – odpowiedziałam pogodnie, nie wnikając więcej w zwierzenia przyjaciółki.
Sara rozpromieniła się cała. Nie sądziłam tylko, że spotkanie z jej przybraną mamą będzie miało nastąpić tak szybko. Gdy znalazłyśmy się w budynku szkoły, zamiast do naszych pokoi, poprowadziła mnie do windy, przyłożyła kartę do czytnika, a ta bez problemu pozwoliła nam na zjazd do podziemnego laboratorium.