Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kiedy znaleźli się przed dworcem autobus już czekał. Nie wkładali nic do luku bagażowego bo mieli ze sobą tylko plecaki. Weszli do środka i zajęli miejsca z tyłu. Matthew podał kierowcy nazwiska i numery rezerwacji. 

    Wika i Sylwia pojawiły się chwilę później, usiadły w fotelach przed nimi. Młoda czarownica, najwyraźniej bardzo dumna z siebie, podała im nowe paszporty i dowody osobiste. Wyglądały autentycznie, a Eliza była przekonana, że zawarte w nich dane naprawdę istnieją w bazie komputerowej państwa. Sylwia nigdy nie odstawiała fuszerki. 

    Podała dokumenty Szarookiemu, przejrzał je i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Po kilku minutach pełen ludzi autobus ruszył. Sylwia wychyliła się przez oparcie fotela.

    – Jesteście głodni? – zapytała. – Znając Liskę nie pomyślała o takim drobiazgu jak jedzenie i picie na drogę, prawda?

    Nie czekając na odpowiedź podała im bułki i butelkę ice-tea. Eliza uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością. Cokolwiek by się nie działo dobrze było mieć przy sobie Sylwię. Kiedy zjedli Matthew wyciągnął mp3 i włączył muzykę. Dziewczyna stwierdziła, że wyglądanie przez okno jest nudne, przepchnęła się obok niego i usiadła z przyjaciółkami. Wszystkie trzy były szczupłe więc bez problemu zmieściły się na podwójnym fotelu. 

    – Czy Matt ma dziewczynę? – wyrwało się Wice, najwyraźniej bardzo chciała się tego dowiedzieć.

    – Nie mam pojęcia – przyznała szczerze Eliza – nie pytałam go.

    – Kim on w ogóle jest? Czemu nie poznałyśmy go wcześniej? – zainteresowała się Sylwia.

    No tak, mogła się spodziewać tych pytań. Zazwyczaj nie miały przed sobą tajemnic. Wiedziały o sobie nawzajem prawie wszystko.

    – Nie poznałyście go wcześniej, bo sama znam go dopiero od tego dnia, kiedy byłyśmy w parku.

    – Trzy dni? Znasz o dopiero trzy dni?!

    Sylwia była mocno wzburzona. Eliza domyślała się, że słowo „znasz” zawiera znaczenia takie jak ufasz, co on tu robi i czemu tyle wie.

    – Właściwie to cztery… – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Uratowałam mu życie – przyznała cicho – czarodziej nas połączył przysięgą krwi, żeby mnie bronił.

    – I on się na to zgodził? – spytała niedowierzająco Wika. Sama nie posiadała żadnej mocy, ale teorię znała nie gorzej niż prawdziwa czarownica.

    – Nie zupełnie, nie do końca jest tu z własnej woli.

    – Co za bzdury opowiadasz – fuknęła na nią Sylwia. – Przysięgę krwi można złożyć tylko i wyłącznie z własnej, nieprzymuszonej woli. Nigdy nie zadziałałaby pod przymusem.

    – No cóż, na niego w każdym razie działa. Czuję z nim więź. Dotknęłam go i widziałam jego myśli. Jestem pewna, że zrobi co w jego mocy, żeby mnie chronić.

    – Zawsze z niego taki mruk? – spytała rzeczowo Wika, wychylając się przez poręcz, żeby spojrzeć na chłopaka.

    – Nie, chyba nie, zazwyczaj jest wrednym, aroganckim palantem. Uważa, że jest niesamowicie atrakcyjny i puszy się jak paw.

    Eliza miała szczerą nadzieję, że Szarooki to usłyszał. Wika aż mruknęła z zadowolenia.

    – Więc w takim razie to zdecydowanie mój typ.

    Dziewczyny wiedziały, ze przyjaciółka mówi całkiem poważnie, mimo to obie wybuchły śmiechem. 

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Leldorin siedział spięty spodziewając się, że Łowcę ogarnie furia, ale Devor zaskoczył go i tym razem. Na wieść o tym, że dziewczyna uciekła, po prostu zaczął się niepohamowanie śmiać. Przerażony służący, który przyniósł złą wiadomość, niepewnie kulił się w drzwiach.

    – Co mamy teraz robić Panie? – ośmielił się zapytać drżącym głosem. 

    – Jak to co? Znajdźcie ją i przyprowadźcie z powrotem, wszystkich którzy jej towarzyszą również – powiedział starając się opanować salwy śmiechu.

    Służący ukłonił się i oddalił pospiesznie.

    – Co cię tak rozbawiło Dev? – spytał elf szczerze zainteresowany.

    – Jest naprawdę sprytna, nie spodziewałem się tego – powiedział już prawie zupełnie spokojny. – Nie doceniłem jej, a ty dałeś jej w prezencie demona – spojrzał na Leldorina z wyrzutem.

    – Przynajmniej ktoś ją chroni – czarodziej wzruszył ramionami. – Z nim, czy bez niego, w końcu i tak by uciekła. Nie chce być marionetką Sojuszu.

    – Mam gdzieś Sojusz – warknął Devor. – Zależy mi tylko na bezpieczeństwie dziewczyny.

    – Czemu to dla ciebie takie ważne? – elf zadał nurtujące go pytanie.

    – Mam swoje powody – odparł Łowca tonem oznajmiającym, że nie będzie kontynuował tej dyskusji.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Po kilku godzinach zatrzymali się na jednej z wielu stacji benzynowych. Wszystkie trzy dziewczyny wybrały się do łazienki. Eliza odetchnęła z prawdziwą ulga, gdy zobaczyła, że tym razem Matthew odpuścił i postanowił poczekać na nie na zewnątrz. Kiedy wyszły stał oparty o ścianę z papierosem w zębach. 

    – Ty palisz? – spytała zaskoczona.

    – A co, nie wolno? – warknął zaczepnie.

    Nic mu nie odpowiedziała, dla odmiany postanowiła odpuścić.

    – Idziemy do sklepu – oznajmiła Sylwia.

    – Poczekam – odparł.

    – Ja też niczego nie potrzebuję – podłapała szybko Wika – zostanę z nim.

    Eliza wzruszyła ramionami i weszły przez oszklone drzwi do środka. Zauważyła, że Szarooki częstuje Wikę fajką, a ta ją chętnie przyjmuje. Jęknęła w duchu. Czy ona naprawdę myśli, że w ten sposób mu zaimponuje? Wika jako osoba kochająca sport prawie nigdy nie paliła. Kiedy wracali do autobusu przyjaciółka złapała ją za rękę zatrzymując z tyłu.

    – Mogę z nim usiąść? – zapytała błagalnie.

    – Jeśli chcesz, ale licz się z tym, że on nie koniecznie musi być miły.

    – Jakoś to zniosę – uśmiechnęła się prawie w euforii.

    Kiedy weszli do autobusu Eliza usiadła koło Sylwii. Zdążyła jeszcze przechwycić wściekłe spojrzenie Szarookiego, ale chłopak nic nie powiedział.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Wieczorem zaczęło się robić chłodno. Eliza śladem Wiki, która nigdy nie marzła, wyszła z autokaru tylko w koszulce na ramiączkach. Tym razem to ona została z Matthew, nie chciało jej się iść z dziewczynami do oddalonej spory kawałek od parkingu łazienki. Stanęli we dwoje na uboczu, tuż przy placu zabaw. Widzieli ludzi kręcących się przy autokarze, samemu nie będąc obserwowanymi. Chłopak wyraźnie był z czegoś niezadowolony. Wyciągnął papierosa i przyjrzał jej się uważnie. Zadrżała z zimna. Zaskoczył ją po raz kolejny. Zdjął swoją skórzaną kurtkę i narzucił jej na ramiona. Uśmiechnęła się do niego niepewnie. Usiadł na jednej z huśtawek. Stanęła przy nim.

    – Czemu w autokarze nie siedzisz ze mną? – spytał.

    – Bo nie lubię zapachu fajek – odparła wrednie.

    Wzruszył ramionami i wyrzucił papierosa.

    – Naprawdę tak o mnie myślisz? – spytał Szarooki zbolałym głosem. Sprawiał wrażenie zasmuconego.

    – Jak? – nie zrozumiała Eliza.

    – Że jestem aroganckim dupkiem.

    – A nie jesteś?

    – Może i jestem, ale uważasz, że nie ma we mnie żadnych pozytywnych cech?

    – Tego nie powiedziałam. Matt… naprawdę cieszę się, że jesteśmy po tej samej stronie.

    Delikatnie odgarnęła mu kosmyk włosów z twarzy. Chwycił jej rękę i przytrzymał przy swoim policzku. Zauważyli, że ludzie zaczynają wsiadać do autobusu. Niechętnie oderwali się od siebie i ruszyli ich śladem. Usiadła koło niego błagając w duchu, żeby Wika się nie obraziła. Przynajmniej teraz miała miejsce przy oknie. Chwilę później weszły dziewczyny. Były mocno zdyszane, najwyraźniej biegły całą drogę. Wika obrzuciła przyjaciółkę niechętnym spojrzeniem. Eliza jęknęła w duchu. Zapomniała, że ciągle ma na sobie kurtkę Szarookiego. Zdjęła ją teraz i oddała chłopakowi.

    – Dzięki – powiedziała cicho.

    Na jej miejsce włożyła rozpinaną dresową bluzę. Było późno, zrobiła się senna. Matthew to zauważył. Delikatnie objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Było jej wygodnie i ciepło. Przez chwilę walczyła ze swoim sumieniem. Wiedziała, że Wika będzie na nią wściekła. Powinna się odsunąć. Nie zrobiła tego jednak, czuła się zbyt dobrze. Przytuliła się do Szarookiego i zasnęła.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Rano dojechali do Paryża. Według planu wycieczki mieli tu zostać przez cały dzień, potem przenocować w hotelu nad Sekwaną tuż za miastem i następnego dnia udać się na wyspy. Wysiedli z autobusu zadowoleni, że wreszcie mogą rozprostować nogi.

    – Kamil się odezwał – oznajmiła Sylwia, mówiąc o swoim młodszym bracie – zwodził ich jak długo potrafił używając karty Łowcy, ale kilka godzin temu musiał uciekać.

    – Nic mu nie jest? – zaniepokoiła się Eliza.

    – Jasne, że nie. Kiedy tylko mój kochany braciszek wyczuje niebezpieczeństwo, od razu przemienia się i znika.

    Brat Sylwii był zmiennokształtnym, jak zresztą wszyscy mężczyźni w rodzinie czarownic. Przyjmował postać rudawej pustułki. 

    Przez cały dzień zwiedzali miasto. Była to bardzo przyjemna wycieczka. Eliza prawie zapomniała, że coś im zagraża. Tyle osób na nią polowało. Sojusz stanowił jedynie dodatkowy kłopot. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego, a tym bardziej z księciem Devorem. Zwłaszcza po tym, co już widziała.

    Wieczorem zjedli ciepłą kolację i zostali rozlokowani w hotelu. Matthew uparł się, żeby dzielić pokój z Elizą. Właściwie, to gdyby nie wściekłe spojrzenie Wiki, nie miałaby nic przeciwko. Przy chłopaku czuła się bezpiecznie.

    Cała wycieczka dostała zaproszenie do hotelowego klubu na dancing. Ani ona, ani Matthew nie mieli najmniejszej ochoty tam iść, ale Eliza w końcu uległa namową Sylwii, a Szarooki oczywiście nie miał wyjścia i musiał pójść za nią. Nie omieszkał oczywiście pokazać swojego niezadowolenia. 

    Dziewczyna zdała sobie sprawę, że tak naprawdę poza kilkoma przelotnymi wizjami, nic o chłopaku nie wie. Był pierwszym demonem którego poznała, nie miał jednak nic wspólnego z ogarniętymi rządzą mordu istotami, o których czytano jej baśnie w dzieciństwie. Zastanawiała się czy cokolwiek z tego co słyszała o demonach było prawdziwe.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Siedzieli na wysokich krzesłach obitych czerwoną skórą. Blat na którym stały ich napoje też był wysoki. Dziwne miejsce, oceniła Eliza. Nie lubiła klubów, a ten wyjątkowo jej się nie spodobał. Wika twardo próbowała namówić Matthew na taniec. Szarooki odmawiał wyjątkowo grzecznie, jak na niego. Królewna poczuła łączącą ją z chłopakiem więź. Pomyślała, że kontakt z nim nie powinien być trudny, a warto spróbować, w końcu już raz się udało.

    „Czemu z nią nie zatańczysz?” – przesłała mu swoje pytanie w myślach.

    Poczuła od chłopaka delikatną falę zdziwienia, ale i zadowolenia. Najwyraźniej spodobało mu się, że mogą rozmawiać w ten sposób.

    „Po co miałbym to robić?” – przesłał dziewczynie myśl. Podczas używania tego sposobu komunikacji, nie można było kłamać.

    „Ponieważ sprawiasz jej przykrość.”

    „Nie jestem nią zainteresowany” – odparł po prostu. – „Uważasz, że zwodzenie jej byłoby fair?”

    Eliza nie wiedziała co odpowiedzieć, zdziwiło ją trochę, że nie zachowywał się tak z czystej złośliwości. Wydawał jej się coraz bardziej… ludzki. Tym razem to on podjął kontakt. Wyczuła jego zadowolenie, kiedy spróbował i okazało się, że też może to zrobić.

    „Możemy w ten sposób tak po prostu rozmawiać? Myślałem, że musisz kogoś dotknąć, żeby wyczuć jego myśli.”

    „Najwyraźniej tym razem nie muszę. Sama nie wiem jak to się stało. Poczułam łączącą nas więź.”

    W pewnym momencie chłopak zesztywniał. Bardziej wyczuła to niż zobaczyła. Podążyła za jego wzrokiem. Zalała ją niechciana fala zazdrości. Patrzył prosto na najpiękniejszą kobietę jaką Eliza w życiu widziała. Miała proste, sięgające pasa brązowe włosy, karnację w kolorze kawy z mlekiem i duże migdałowe oczy, podkreślone delikatnym makijażem. Ubrana była w czarne eleganckie spodnie i czerwony obcisły top, uwydatniający jej bujny biust. Spojrzała w ich kierunku i uśmiechnęła się promiennie do chłopaka. Jej aura buzowała wściekłymi czerwonymi płomieniami. Podeszła do nich z gracja, jakby płynąc w powietrzu. Eliza poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Kobieta zwróciła się bezpośrednio do Szarookiego, ignorując siedzące przy nim dziewczyny. Uśmiech  nie schodził jej z twarzy.

    – Witaj Matthew, dawno się nie widzieliśmy – jej głos był miękki i aksamitny, brzmiał uwodzicielsko.

    – Cześć Vivien, nie mogę powiedzieć, żebym się specjalnie cieszył z tego spotkania – patrzył na nią w napięciu, jakby była gotową do ataku kobrą, a nie piękną kobietą.

    – Która z nich to królewna? Kiedy oddam ją Łowcy, myślę, że znajdziemy trochę czasu na odnowienie naszej znajomości.

    Szarooki najwyraźniej poczuł falę zazdrości płynącą od Elizy, bo mimo napięcia, mogła wyczuć jego samozadowolenie. Przesłał jej jednak wspomnienia dotyczące kobiety. Vivien była wiedźmą, nie była czarownicą używającą ziół i różnych magicznych składników jak Sylwia, nie była też czarodziejką pobierającą energię z żywiołów i otaczającego ją świata, była prawdziwą wiedźmą, parającą się czarną magią, nie wahającą się sięgać do świata umarłych. Z pewnością nie była przyjaciółką Matthew. Miała na jego punkcie obsesję, ponieważ ją odrzucił. Nie mogła go zdobyć za pomocą czarnej magii, gdyż demony były na nią odporne. Pragnęła, żeby do niej należał, a on z nią walczył. Eliza uświadomiła sobie, że to o niej mówił Devor przy ich pierwszym spotkaniu. Więc jednak Łowca ją odnalazł. Nie udało się uciec.

    – Nie powiesz mi? – jej głos ociekał słodyczą. – Nie ważne, zabiorę wszystkie, a po ciebie wrócę później. 

    – Nie możesz ich rozdzielić – wyrwało się Sylwii.

    – Niby dlaczego? – zainteresowała się kobieta, popatrzyła na rudą czarownicę, jak na niesforne dziecko wtrącające się do rozmowy starszych.

    – Łączy ich przysięga krwi – odpowiedziała dziewczyna spokojnie.

    – Co takiego?! – w jej głosie pobrzmiewała furia, po chwili się jednak uspokoiła. – To nawet interesujące. Dobrze, teraz będziecie grzecznymi dziećmi, i pójdziecie ze mną spokojnie, to nie skrzywdzę was za bardzo – uśmiechnęła się jadowicie. Eliza poczuła jak mięśnie Szarookiego napinają się do walki. – Nie radzę – powiedziała kobieta, również to zauważając. – Wiem już która z nich nie jest królewną, zginie jako pierwsza, jeżeli czegoś spróbujesz.

    Dziewczyna wyczuła, że demon się waha. Był rozdarty między potrzebą chronienia Elizy, a jednocześnie nie chciał, żeby Sylwii stała się krzywda. Zdawała sobie sprawę, że Vivien nie rzucała gróźb bez pokrycia. On naprawdę ma normalne ludzkie uczucia, pomyślała, znowu go nie doceniłam. 

    „Pójdziemy z nią” – przesłała mu smutną myśl. – „Uciekliśmy raz, uciekniemy znowu”.

    Wyczuła jego niechęć, ale zgodził się z nią. Wyszli przed budynek. Przy samochodzie na parkingu czekali jacyś ludzie. W jednym z nich Eliza rozpoznała kapitana Dirka Navarothe, który przewodził siłom zbrojnym Sojuszu. Znała go jako honorowego człowieka, zawsze walczącego w słusznej sprawie. Teraz uśmiechał się smutno.

    – Kapitanie – Vivien skinęła mu głową – weźmiesz ze sobą te dwie blondynki, któraś z nich jest królewną. Ja zabiorę demona i rudą. 

    Z ust Sylwii i Matthew wydobyło się jednocześnie paniczne, rozpaczliwe „nie”. Eliza nie wiedziała czemu, ale po plecach przeszły jej ciarki. Działo się coś bardzo złego. Kobieta nie zwracając uwagi na protesty wepchnęła Sylwię do samochodu. Przez więź łączącą Elizę z Szarookim dziewczyna poczuła paniczny strach chłopaka. Coś było zdecydowanie nie tak. Bronił się zaciekle zanim mężczyźni zdołali go obezwładnić. To była doborowa gwardia Sojuszu Zjednoczonych Królestw. W tym świecie nie miał z nimi najmniejszych szans. Vivien wyglądała na bardzo rozbawioną. Kapitan otworzył drzwi, Eliza wsiadła ciągnąc za sobą oniemiałą Wikę. Nie do końca wiedziała co się dzieje. Była zbyt przerażona, żeby się spierać. Co mogło aż tak wystraszyć demona? 

    Dojechali na lotnisko. Kiedy wsiadali do niewielkiego, prywatnego samolotu zalała ją fala bólu. Czuła się jakby wpadła w czarną dziurę, dookoła była tylko pustka, a ona się w nią zapadała bez końca. Wystartowali. Dziewczyna nie była w stanie usiedzieć prosto. Zwisała bezwładnie w pasach. Kiedy tylko wyrównali lot kapitan podszedł do niej zaniepokojony. Wika pomogła jej rozpiąć pasy i położyć się w poprzek foteli. Przez ciało Elizy przebiegały dreszcze, nie wiedziała co się z nią dzieje. Czuła tylko ból i wszechogarniającą panikę.

    – Co jej jest? – spytał kapitan, wyglądał na mocno zaniepokojonego.

    – Nie mam pojęcia – usłyszała słaby głos Wiki.

    Elizę jakby olśniło, już wiedziała czego potrzebuje i dlaczego tamci tak gwałtownie protestowali przeciwko rozdzieleniu ich.

    – Matt… – wyszeptała ledwo dosłyszalnym głosem zwijając się w jeszcze ciaśniejszy kłębek – więź…

    – O czym ona mówi?- spytał twardo kapitan.

    – Jest połączona z tamtym chłopakiem więzią krwi – stwierdziła Wika. – Czy to ma jakieś znaczenie?

    Kapitan zbladł, zaczął kląć na czym świat stoi. Kiedy wylądowali na lotnisku w Gdańsku nikt nie dotykał Elizy. Dowódca wyszedł na zewnątrz zawiadomić o tym co się stało. Devor natychmiast znalazł się w środku. Ledwo nad sobą panował. Delikatnie wziął dziewczynę na ręce i zaniósł ją do samochodu. Jęknęła z bólu kiedy ostrożnie układał ją na tylnym siedzeniu. 

    – Możesz jej pomóc? – zwrócił się do elfa ze śladem paniki w głosie.

    Tamten pokręcił głową.

    – Tylko demon może. Vivien to idiotka. Czemu ich rozdzieliła? Musiała przecież wiedzieć.

    Oczy Łowcy pociemniały z gniewu. Doskonale wiedział jakie wiedźma miała motywy. Nienawidziła Matthew, chciała, żeby cierpiał. Jak mógł być na tyle głupi, żeby ją po nich wysłać. On sam najchętniej zabiłby demona, ale nigdy nie pozwoliłby, żeby królewna przez to cierpiała.

    Po długiej chwili oczekiwania drugi samolot wreszcie wylądował. Devor natychmiast pobiegł w jego stronę. Chwycił a gardło Vivien, która zeszła po schodach jako pierwsza. Patrzyła na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. Uderzył ją z całej siły pięścią podbijając kobiecie oko. Kiedy ją puścił zachwiała się. Zobaczył demona prowadzonego przez dwóch strażników. Jego twarz wykrzywiona była magicznym bólem, takim samym jak u Elizy. 

    – Puśćcie go – warknął na nich.

    Gdy tylko zaskoczeni strażnicy wykonali polecenie Łowcy, tamten na nic więcej nie zwracając uwagi pobiegł do samochodu, w którym znajdowała się dziewczyna. Dzięki więzi bez wahania potrafił ją odnaleźć. Gdy znalazł się przy niej uniósł ją delikatnie i wziął w ramiona. Ciągle drżała. Łzy spływały jej po policzkach, ale magiczny ból minął.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Wrócili razem do posiadłości Devora. Kiedy wszyscy zebrali się w salonie odesłał strażników. Eliza czuła strach, właściwie nie bała się o siebie tylko o dziewczyny i Szarookiego. Nie miała pojęcia jakie Łowca ma względem nich plany. 

    Siedziała teraz na szerokiej, skórzanej kanapie, starając się być jak najbliżej demona. Wiedziała już ile kosztuje ich rozdzielanie się. Z drugiej strony miała Sylwię, patrzącą na nią wielkimi sarnimi oczami. Jej aura, jak zwykle jarzyła się jasną zielenią, o barwie takiej, jaką ma wiosenna trawa. Czarownica też się bała, mimo, że bardzo starała się to ukryć. Wika siedziała kawałek dalej na poręczy. 

    Eliza odkryła z nie małą ulgą, że dalej może kontaktować się z Matthew wysyłając mu myśli i obrazy. Leldorin siedział w fotelu i obserwował ich uważnie. Vivien stała w progu oparta o framugę drzwi wyraźnie naburmuszona. Sina opuchlizna pod okiem oszpecała jej piękną twarz. Mierzyła Devora wściekłym wzrokiem. Łowca chodził po pokoju jakby się nad czymś zastanawiał. Czekali w milczeniu. W końcu przemówił.

    – Najchętniej bym was wszystkich co do jednego zamknął w lochu – stwierdził. – To byłoby jedyne właściwie rozwiązanie. Zachowujecie się jak banda rozwydrzonych smarkaczy. Niestety nie mogę tego zrobić, a szkoda. – Wszystkie oczy zwrócone były ku niemu, nawet Vivien słuchała uważnie. – Zacznę więc od początku. Leldorinie – zwrócił się do elfa – połączenie królewny z demonem to był najgorszy pomysł na jaki można było wpaść. Od początku przynosi nam same problemy, a pewnie wcale nie będzie lepiej. Czy będą jeszcze jakieś milutkie niespodzianki w związku z tym rytuałem, o których nie raczyłeś nam wspomnieć?

    Książę elfów westchnął. Wyglądał na zasmuconego.

    – Masz rację Devorze, chociaż nie we wszystkim. Sam pomysł był dobry, nie spodziewałem się tylko, ze zrodzi się między nimi taka silna więź. To zdarza się naprawdę rzadko, właściwie z tego co wiem nie zdarzyło się od ponad tysiąca lat. Odpowiadając na twoje pytanie, nie wiem co się dalej stanie i jakie będą jeszcze konsekwencje tego rytuału. Nikt tego nie wie. Jedno natomiast jest pewne. Królewna ma teraz strażnika, który bez wahania odda za nią życie, a to jest nam bardzo na rękę, nie sądzisz Devorze?

    Łowca obrzucił elfa wściekłym wzrokiem.

    – Podsumowując muszę trzymać tego psa pod swoim dachem i nie mogę go zabić, bo to mogłoby skrzywdzić królewnę? 

    Devor był wyraźnie niezadowolony. Eliza, wyczuwając napięcie Szarookiego, znalazła jego rękę i położyła na niej swoją. Rozluźnił się odrobinę.

    – Tak, mniej więcej dobrze to ująłeś – przytaknął mu czarodziej. – Do tego będzie zupełnie niezależny od ciebie, nie będzie słuchał twoich rozkazów, a jedyne na czym mu zależy to bezpieczeństwo dziewczyny.

    Eliza mocniej ścisnęła rękę Matthew. Tym razem to ona była wściekła. Dlaczego do cholery mówili o nich, jakby byli stadkiem rasowych szczeniaków? Miała tego serdecznie dosyć. Już planowała wrzasnąć na Devora, gdy usłyszała przesłaną do niej myśl Szarookiego. 

    „Nic nie mów, daj mu skończyć. Zobaczymy co będzie.” 

    Westchnęła ciężko, ale zdecydowała się posłuchać chłopaka. Łowca spojrzał na elfa morderczym wzrokiem, postanowił jednak odpuścić. Skierował się ku dziewczynom.

    – Panie Weronika Kownacka i Sylwia Gorianov o ile się nie mylę? – obie nieco speszone skinęły głowami. Devor był niezwykle przystojny, a do tego, mimo wybuchów gniewu, władczy i charyzmatyczny. – Skoro wybierały się panie na wakacje, a ja paniom przeszkodziłem, myślę, że najlepszy rozwiązaniem będzie ugoszczenie pań tutaj, przynajmniej przez jakiś czas. Czy mają panie coś przeciwko? – obie zgodnie zaprzeczyły, wyglądały zupełnie jak skarcone psiaki. – W takim razie doskonale, kiedy skończę z resztą, służący pokaże wam wasze pokoje. – Vivien – kontynuował, a jego ton z uprzejmego i przyjacielskiego zmienił się w śmiertelnie groźny – jeżeli jeszcze raz w jakikolwiek sposób skrzywdzisz królewnę, nie obchodzi mnie czy przez atak bezpośrednio na nią, demona bądź którąś z jej przyjaciółek, zabiję cię własnymi rękami. Rozumiemy się? 

    Eliza zdała sobie sprawę, że Devor mówi śmiertelnie poważnie. Sama nie wiedziała co powinna o nim myśleć. 

    – Tak Łowco – powiedziała cicho upokorzona kobieta.

    Wiedźma przestała już wyglądać tak hardo. Czegoś takiego po prostu się nie spodziewała. Dziewczyna przypuszczała, że od tej chwili ma w niej śmiertelnego wroga.

    – Synu Ognia – Devora najwyraźniej dużo kosztowało zwrócenie się bezpośrednio do Szarookiego. Eliza wiedziała, że tamci traktują go jak istotę gorszego pokroju, jakby chłopak był zły i bezduszny, nie miał żadnych ludzkich uczuć, a Łowca traktował go właściwie jak wściekłego psa, którego można już tylko uśpić. – Zabiłeś moich ludzi, porwałeś królewnę, zasługujesz na śmierć. Uwierz mi, naprawdę żałuję, że nie mogę jej na ciebie sprowadzić. Niestety przez tego cholernego magika – tu wymownie spojrzał na elfa – chwilowo straciłem na to szansę. Ponieważ nie ma innej możliwości pozwolę ci zostać z Elizą, ale pod jednym warunkiem. Przyjmiesz swoją zwierzęcą postać, a ten tu magik od siedmiu boleści cię w niej uwięzi. – Dziewczyna poczuła jak Szarooki sztywnieje, targała nim wściekłość. Nie do końca wierzył w to co właśnie usłyszał. – Przynajmniej na tak długo jak długo jesteś w moim domu, co robisz poza jego granicami mnie nie obchodzi. Jeżeli się nie zgodzisz zamknę cię w lochu. Przynajmniej zdobędę dodatkową gwarancję na to, że królewna znowu nie ucieknie. Więc jak?

    Matthew warknął wściekle, ale wstał z kanapy i wyszedł na środek salonu. Powietrze zawirowało, a dookoła chłopaka pojawiła się srebrna mgła. Chwilę później na jego miejscu stała olbrzymia, czarna pantera. Leldorin podszedł do niego. Wypowiedział kilka słów w nieznanym Elizie języku i nad panterą pojawiło się coś na kształt srebrnego pyłu, potem osiadło na jego sierści. Dziewczyna w umyśle usłyszała zwierzęcy skowyt bólu, a po nim poczuła jakby narastającą blokadę. 

    „Matt? Matt!” – wołała w myślach rozpaczliwie.

    „Jestem.”

    Eliza poczuła ogromną ulgę, że nadal będzie mogła z nim rozmawiać, a od chłopaka napłynęły uczucia podobne do jej własnych. 

    „Nic ci nie jest?” – spytała zatroskana.

    „Jakoś przeżyję” – prychnął.

    Dziewczyna popatrzyła po zebranych i zdała sobie sprawę, że Wika przygląda się Szarookiemu jeszcze bardziej zachwyconym wzrokiem niż przedtem. Devor natomiast patrzył prosto na nią. Chciał coś powiedzieć, ale po chwili namysłu jakby zrezygnował.

    – Zostań tutaj – rozkazał tylko cichym znużonym głosem, a sam wyszedł z salonu zabierając ze sobą jej przyjaciółki i Vivien.

    Kiedy tylko wyszli Leldorin podszedł do dziewczyny.

    – Wstań.

    Posłuchała. W rękach elfa pojawiło się jasne światło, uformowało się w cieniutką kilkunastocentymetrową rurkę. 

    – Daj rękę, lewą.

    Zrobiła to co kazał. Poczuła łaskotanie, kiedy rysował światełkiem skomplikowane wzory na jej przedramieniu. Pantera warknęła groźnie jeżąc sierść. Dziewczyna przesłała zwierzęciu uspokajającą myśl.

    – Co robisz? – spytała elfa. 

    Tamten wyszczerzył zęby w uśmiechu. Miał bardzo miły uśmiech.

    – Gram na nerwach Devorowi – odparł kiedy skończył. – To runy odwołania – wyjaśnił. – Kiedy przesuniesz po nich palcami prawej dłoni i pomyślisz o jakimś zaklęciu, zostanie ono zniesione. Nie na długo oczywiście, tylko na jakiś czas, ale możesz to powtarzać kiedy tylko zechcesz. Pamiętaj jednak, że za każdym razem będziesz traciła trochę siły. To prezent, sama zdecydujesz co z nim zrobić.

    Eliza pisnęła i impulsywnie zarzuciła elfowi ręce na szyję. Cmoknęła go w policzek. Pantera najeżyła się cała. 

    „Odsuń się od niego, albo przegryzę mu gardło” – usłyszała w myślach warknięcie. 

    Obrzuciła Szarookiego poirytowanym spojrzeniem, ale odsunęła się od elfa.

    – Po za tym – kontynuował tamten niewzruszenie – zaklęcie wiążące działa tylko w obrębie magicznych barier domu Łowcy, po za nimi nie będzie miało nad demonem żadnej władzy.

    – Dziękuję Leldorinie – powiedziała obdarzając go jednym ze swoich najmilszych uśmiechów.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Po dłuższej chwili do pokoju wrócił Devor.

    – Zostawcie mnie sam na sam z królewną – rozkazał.

    Szarooki wahał się niezdecydowany, ale kiedy wysłała mu uspakajające myśli, oznajmił jej, że poczeka pod drzwiami i wyszedł za elfem. Łowca przyglądał się jej uważnie. W końcu zrezygnowany opadł na kanapę. Usiadła obok niego. Spojrzała mu w oczy. Jego szara aura jarzyła się teraz blado-pomarańczowym światłem, coś go martwiło.

    – Co mam zrobić, żebyś więcej nie uciekała? – spytał smutnym, zmęczonym głosem.

    – Sam pozwól mi odejść – odparła dziewczyna – nie jestem zabawką Sojuszu.

    – Mam gdzieś Sojusz – warknął wściekle – zależy mi tylko na tym, żebyś była bezpieczna.

    Przyjrzała mu się uważnie, szeroko otwartymi, chabrowymi oczami.

    – Dlaczego?

    – Bo jesteś moją cholerną siostrą! 

    Eliza natychmiast zrozumiała, że Łowca mówi prawdę. Tylko jak to możliwe? Patrzyła na niego i nic nie przychodziło jej do głowy.

    Devor uznał, że powinien jej wszystko wytłumaczyć. 

    – Mój ojciec był w lesie driad sześć lat przed twoim narodzeniem. Tam spotkał twoją, a raczej naszą matkę i poczęli mnie. Wielokrotnie próbował tam wrócić i odnaleźć ją, ale driady nie ukazały mu się nigdy więcej. Kilka miesięcy później przyśniło mu się płaczące dziecko leżące na polanie, na której je poczęli. To był chłopiec. – Łowca mówił beznamiętnym tonem, jakby opowiadał o jakiejś zupełnie obcej osobie. – Ojciec przyjechał po mnie i zabrał mnie do zamku. Prawem driad dzieci płci męskiej należą do ojców. Królowa Milena nie jest moją matką, a sądzę, że Robert i Cathrina nie są ze mną nawet w żaden sposób spokrewnieni, chociaż nie mogę być tego do końca pewien. Widzisz, to było ustawione małżeństwo… jak zresztą większość z nich. Nie są razem szczęśliwi. Jedyną kobietą jaką ojciec kiedykolwiek kochał była twoja matka. Postanowiłem ją odnaleźć, o dziwo pojawiła się – zaczął mówić ożywionym tonem, dla ludzi widok driady był rzadkością i mimo, że Devor był jej synem, to fakt, że mu się ukazała był czymś nadzwyczajnym. –  Widziałem ją, rozmawiałem z nią, przed śmiercią tańczyła dla mnie swój ostatni taniec. – Jego oczy przepełniał ból, ale też niesamowita radość i zachwyt. – Powiedziała mi o tobie, postanowiłem cię za wszelką cenę odnaleźć i chronić.

    W oczach Elizy lśniły łzy. Cały świat się dla niej zmienił. Oplotła ramionami szyję Łowcy, wtuliła się w jego ramiona. Mam brata, mam brata, on jest moim bratem, wszystko w niej śpiewało. Przez całe życie była zupełnie sama, nie mogła dołączyć do matki i sióstr, nie wiedziała kto jest jej ojcem. Devor był taki realny i rzeczywisty, a do tego się o nią troszczył. Chciał, żeby była bezpieczna. Stanowił jej całą, nowo odkrytą rodzinę. Teraz już wiedziała, czemu czuła z nim taką więź, zupełnie jakby znała go przez całe swoje życie. Łowca tulił do siebie dziewczynę delikatnie głaszcząc jej złote włosy. Wszystkie problemy stały się nieistotne.

    I tak zastał ich Matthew. Do pokoju niezauważenie i cicho wśliznęła się olbrzymia czarna pantera. Byli zbyt pochłonięci sobą, żeby zwrócić na nią uwagę. Zwierzę zjeżyło sierść, z trudem powstrzymało warknięcie i równie cicho jak się pojawiło wycofało się za drzwi.

    Note