Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Vivien stała na wzgórzu, a wiatr targał jej długimi włosami. Z bezpiecznej odległości obserwowała walkę. Jej migdałowe oczy były zimne i zawzięte. Dopiero, kiedy Kelpie wycofał się ku morzu i zniknął w głębinach, pojawiła się w nich iskierka wściekłości. 

    Do samotnie stojącej kobiety podszedł starszy mężczyzna. Ubrany był w tweedowy garnitur. Jego wygląd przywodził na myśl profesora jakiejś wybitnej akademii. Pokręcił z politowaniem głową.

    – Byłaś taka pewna swojego planu wiedźmo… Chyba teraz nadszedł czas, żeby ruch oporu wkroczył do działania – oznajmił oschłym, nie wyrażającym żadnych uczuć głosem. – Trochę szkoda dziewczyny… jest jeszcze taka młoda i zapewne o niczym nie wie. Wyższe cele jednak zawsze wymagają ofiar.

    – Demon jest mój! – syknęła kobieta w odpowiedzi. – Nie pozwolę wam go zabić.

    Staruszek spojrzał na nią lekko rozbawionym, dobrotliwym wzrokiem. Przywodził na myśl kochanego dziadka, który właśnie tłumaczy wnuczce, dlaczego nie może zjeść biedronki. 

    – Nie poświęcimy wszystkiego dla twojej prywatnej zemsty, chyba nawet ty jesteś w stanie to zrozumieć. Miałaś już swoją szansę. Zawiodłaś.

    – To nie moja wina, że ta głupia smarkula wytrzasnęła skądś tak potężne runy! Tkałam tę sieć od kiedy się tu zjawiłam. Kelpie miał zabrać królewnę ze sobą.

    – Gdyby jej nie rozdarła, twój demon i tak by tam zginął. Jaka więc to dla ciebie różnica?

    W oczach kobiety pojawiły się niebezpieczne błyski.

    – Umierałby zdając sobie sprawę, że zawiódł swoją królewnę. Nigdy nie wymyśliłabym lepszej zemsty. Ponieważ jednak przeżył zadowolę się konwencjonalnymi metodami. 

    – Okrutna z ciebie niewiasta – starzec pokiwał głową z uznaniem. – Musisz jednak zrozumieć, że nie możemy dopuścić do spełnienia się tego proroctwa. W taki czy inny sposób dziewczyna zostanie wyłączona z gry. Jest kluczem do pokoju między ludźmi, elfami i demonami. Nawet nie wyobrażasz sobie kataklizmu, który taki pokój mógłby rozpocząć. To byłby koniec naszego świata. Ludzka rasa zostałaby zniewolona przez siłę demonów i magię elfów. Musimy z nimi walczyć, tak, jak czyniliśmy to od wieków. Inaczej zostaną tylko zgliszcza. Ta przepowiednia nie może się spełnić!

    – Zrobię co w mojej mocy, żeby do tego nie dopuścić – powiedziała kobieta uroczyście, wpatrując się w odległy horyzont.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Matthew był wściekły na Łowcę jak nigdy dotąd. Poprzez ograniczenie jakie na niego nałożył w swoim domu, Szarooki nie mógł w ludzkiej postaci zanieść dziewczyny w bezpieczne miejsce. Stanął przed bramą posiadłości tuląc królewnę w ramionach. Nie potrafił się zdecydować co zrobić dalej. Nie chciał Elizy zostawiać samej, a jednocześnie wiedział, że dziewczyna potrzebuje pomocy. Zadrapanie na jej ramieniu wyglądało naprawdę paskudnie, straciła sporo krwi, a przez używanie magii jej organizm był bardzo osłabiony. Odczuł niesamowitą wręcz ulgę kiedy przy bramie pojawił się Leldorin. Wystarczyło tylko, że spojrzał na zakrwawione ubranie dziewczyny, żeby zorientować się w sytuacji.

    – Wyczułem obecność istoty ze świata cienia, szedłem właśnie sprawdzić co się dzieje – powiedział spokojnie. – Jeżeli pozwolisz, wezmę ją od ciebie. Musisz mi jednak powiedzieć co ją tak urządziło, żebym mógł zająć się jej raną.

    Matthew niechętnie podał elfowi nieprzytomną królewnę.

    – Ja – przyznał się cicho i zniknął za bramą w wirze srebrnej mgły przeistaczając się w pełną gracji czarną panterę.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Leldorin spojrzał w ślad za odchodzącym drapieżnym kotem. Ucieszył się, że demon nie będzie im towarzyszył. Chciał przez chwilę porozmawiać z królewną sam na sam, zanim będzie za późno. Długo myślał nad tym, co powinien jej powiedzieć. Zaniósł dziewczynę do swojej sypialni i położył na łóżku nie przejmując się tym, że brudzi białą pościel krwią. Wymówił odpowiednie słowa i delikatnym strumieniem mocy uleczył jej ranę. Teraz czekało go trudniejsze zadanie. Musiał obudzić Elizę, żeby móc z nią porozmawiać. Było to trochę ryzykowne, ale uznał, że nie ma wyboru. Najwyżej odda jej trochę swojej własnej siły. Kiedy skończył kształtować swoją wolę dziewczyna otworzyła oczy. Niepewnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Chciała usiąść. 

    – Nie wstawaj – powiedział elf stanowczym głosem. – Jesteś na to zbyt słaba.

    – Gdzie ja jestem? – spytała cicho.

    – W moim pokoju – odpowiedział zawstydzony – ale nie ma teraz na to czasu. Chcę z tobą porozmawiać, to bardzo ważne, a czas nas nagli.

    Spojrzała na niego pytająco.

    – Więc słucham – powiedziała ciągle słabym głosem.

    – Znasz na pewno historię czterech światów? – spytał z nadzieją w głosie, nie miał ochoty tłumaczyć wszystkiego od początku. Skinęła głową, jednak, tak jak się spodziewał, w jej oczach malowała się niepewność. Westchnął ciężko. – Od wieków istnieją cztery główne rasy – zaczął powoli myśląc jakby to wszystko najlepiej uprościć. – Jedna to elfy, które są istotami władającymi magią, to znaczy zmieniają rzeczywistość przy pomocy siły woli, tak jak ja. Druga to ludzie, którzy roszczą sobie prawo do władzy na podstawie tego, ze rozmnażają się jak króliki. – Królewna uśmiechnęła się na tą uwagę, po raz pierwszy zdając sobie sprawę, że elf miał jako takie poczucie humoru. – Trzecią są demony, polegające na swojej sile i czarnej magii. Gdyby było ich więcej bez problemu mogłyby zniszczyć świat ludzi. Dlatego właśnie starożytni czarodzieje ograniczyli ich moc w tym miejscu. Czwarta rasa to istoty cienia, takie jak nimfy, centaury, smoki czy jednorożce. Są zazwyczaj niezwykle piękne i śmiertelnie niebezpieczne. Nadążasz za mną?

    Spojrzała na niego wymownie.

    – Wyobraź sobie, że mój iloraz inteligencji jest większy niż u przeciętnego „królika”.

    – Przepraszam, nie chciałem cię urazić – powiedział ugodowo elf. – Po prostu to bardzo ważne żebyś zrozumiała całą historię.

    – Niech ci będzie – westchnęła, mimo iż nie wiedziała do czego czarodziej zmierza.

    – Tak więc – kontynuował – między tymi rasami toczyły się długoletnie wojny o władzę nad światem. Były one przerażające i okrutne. Armie niszczyły wszystko na swojej drodze. Wreszcie, po kilkuset latach, zapanował niepisany rozejm. Przedstawiciele poszczególnych ras jednak nigdy nie potrafili dojść między sobą do porozumienia. W żadnym ze światów nie zapanował jak dotąd prawdziwy pokój. Dlatego właśnie powstał Sojusz Zjednoczonych Królestw. Jego podstawowym celem jest dążenie do pokoju. Są w nim przedstawiciele każdej z ras. Jedynie Władca Demonów nie zaszczycił nas nigdy swoją obecnością, jednak nie wypowiedział też, jak dotąd, otwartej wojny. Jego zaproszenie na obrady jest w dalszym ciągu otwarte, pomimo nienawiści jaką wszyscy darzą jego rasę.  

    Eliza pomyślała o Matthew. Była przekonana, że Sojusz ma marną wizję demonów, ponieważ poznali oni tylko wygnanych z własnego kraju przestępców, odbywających swą karę, w obcym, ograniczającym ich moc świecie. Burza uczuć kłębiąca się w Szarookim z pewnością nie mogła należeć do żadnej doszczętnie złej istoty.

    – I co to ma wspólnego ze mną? – spytała sceptycznie królewna.

    – Oto właśnie chodzi, że wszystko. Jesteś dzieckiem z proroctwa.

    Roześmiała się cicho.

    – Niby jakie masz na to dowody? Słowo znienawidzonego przez was wszystkich Władcy Demonów?

    – Na pewno wiele razy słyszałaś przepowiednię. Często powtarza się ją w naszym świecie. Wytłumaczę ci jej słowa.

    Kiedy narodzi się magiczne elfie dziecko

    Dni wojny zostaną nareszcie zakończone

    Urodzi się ono z miłości zakazanej

    Dlatego odnajdzie się w każdym z czterech światów

    Władało będzie starożytną wielką mocą

    Po elfich swych przodkach dumnie odziedziczoną

    W jej żyłach płynąć musi dzika krew demonów

    Dlatego wojowniczką  o wolność zostanie

    I istot cienia cudownych nie z tego świata

    By ich rasę z innymi zjednoczyć tą drogą

    Wśród ludzi odnajdzie rodzinę zaginioną

    Z nienawiścią w ten sposób wygrywając dumnie

    Gdy wiek osiągnie dziedziczka ras odpowiedni

    Przed wyborem wielkim będzie musiała stanąć

    Co gwarancją będzie dla czterech ras pokoju

    To właśnie w tobie płynie krew trzech ras. Twoja matka była driadą, istotą ze świata cieni. Twój dziadek jest królem elfów ze Złotego Dworu, a ojciec jest lub był, ponieważ nie wiem czy jeszcze żyje, demonem.

    Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem usłyszawszy tę rewelację. Do tej pory nigdy nie słyszała niczego o swoim ojcu.

    – Robisz sobie ze mnie żarty. To nie jest możliwe.

    – Owszem jest i to właśnie odkrył Władca Demonów. Dlatego uważa, że jesteś dzieckiem z przepowiedni. Twoja matka tańczyła dla jednego z przedstawicieli tej rasy, a potem poczęła z nim dziecko – ciebie.

    Eiza obrzuciła elfa niedowierzającym spojrzeniem, a potem przed oczami stanęła jej twarz Szarookiego. Po raz kolejny musiała zweryfikować stereotypową, uznaną przez ludzi wizję demonów. Przez jej myśli przepłynęły wszystkie uczucia jakimi darzyła chłopaka, od potwornej irytacji i gniewu jakie w niej wywoływał, po czułość i niechęć do rozstawania się z nim choćby na krótką chwilę. Przypomniała sobie motyle w brzuchu jakie czuła w jego obecności i zdała sobie sprawę, że to wcale nie takie nierealne, że jej matka mogła zakochać się w demonie.

    – Nie rozumiem tylko tego fragmentu o odnalezionej ludzkiej rodzinie – przyznał elf. – Jedynie to się w tym wszystkim nie zgadza.

    – Devor jest moim bratem – powiedziała cicho dziewczyna. – Urodziła go moja matka.

    Czarodziej wyglądał na naprawdę zaskoczonego. Myślał nad czymś przez dłuższą chwilę.

    – To by tłumaczyło naprawdę wiele rzeczy – przyznał wreszcie. – Sama więc widzisz.

    – Nie Leldorinie, to nie zmienia innych faktów. Starożytna moc… wojowniczka walcząca o wolność, do tego jeszcze wygrywająca z nienawiścią. To proroctwo nie mówi o mnie.

    – Przepowiednie nie muszą być dosłowne. Władasz bardzo potężną mocą, mimo, że nad nią nie panujesz. Ja sam nigdy nie zdołałbym uleczyć kogoś skażonego dotykiem cienia. Walka o wolność z kolei może równie dobrze oznaczać to, że nie chcesz słuchać niczyich rozkazów. Jeżeli w to wszystko nie wierzysz, to proszę po prostu przyjmij ten fakt do wiadomości. Będzie ci dużo łatwiej przyswoić sobie rzecz, którą mam do powiedzenia.

    – Dobrze, niech ci będzie – powiedziała zrezygnowana dziewczyna.

    – Przepowiednia ma dalszą część, która nie była przeznaczona dla uszu zwykłych poddanych. Prawdziwa wersja ukrywana była przez całe stulecia. Z tego co znają wszyscy został wycięty pewien istotny fragment. Myślę, że powinnaś go znać. – Elf niechętnie wypowiedział słowa wiersza:

    Gdy wiek osiągnie dziedziczka ras odpowiedni

    Przed wyborem wielkim będzie musiała stanąć

    Poślubić syna najmłodszego z Silva Magna

    Czy Znienawidzonego , co pokój zapewni

    W jej rękach spoczywa los wszystkich czterech krain 

    Oczy dziewczyny rozszerzyły się jeszcze bardziej. 

    – Ale Silva Magna w języku elfów oznacza Wielki Las, chcesz powiedzieć, że…

    – Uwierz mi, robiłem wszystko, żeby do tego nie dopuścić – powiedział zbolałym głosem Leldorin. – Pomogłem ci uciec, dałem w prezencie potężnego demona na twoje rozkazy. Wcześniej, przez kilka miesięcy usiłowałem zmylić Łowcę, żeby w ogóle cię nie odnalazł. Jednak, jak przekonało się wielu przede mną, przeszkadzając proroctwu w spełnieniu się, tylko wpychasz wydarzenia na właściwe tory. W Złotym Dworze ogłoszą nasze zaręczyny i nic nie możemy z tym zrobić.

    Dziewczyna postanowiła, że nic mu na to nie odpowie. Nie zamierzała brać udziały w tej całej farsie.

    – Wiem, że to twój pokój, ale jeżeli pozwolisz, chciałabym zostać sama. – Odwróciła się na bok, żeby nie patrzeć więcej na elfa.

    – Dobrze – powiedział cicho.- Nawet nie wiesz jak bardzo mnie samemu się to wszystko nie podoba – stwierdził pojednawczym tonem i wyszedł z pokoju.

    „Matthew!” – zawołała w myślach dziewczyna. – „Gdzie jesteś? Cholernie cię teraz potrzebuję.”

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Demon, pod postacią czarnej pantery, chodził niespokojnie po korytarzu. W głowie kłębiły mu się chaotyczne myśli. Skrzywdził ją! Miał ją chronić, a nie panując nad sobą ją zaatakował! Teraz odczuwał strach. Bał się, że kiedy dziewczyna się obudzi, nie będzie chciała go więcej widzieć. Cieszył się, że wtedy na plaży nie udało mu się wyznać jej całej prawdy. Nie wyobrażał sobie dalszego życia bez niej u swojego boku. 

    Przypomniał sobie moment, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Siedziała roześmiana na kanapie w kawiarni. Towarzyszyły jej przyjaciółki, jadły jakiś deser. Kiedy doświadczył tego uśmiechu wiedział już, że nie będzie w stanie jej skrzywdzić. Przybył do tego świata z planem zabicia dziewczyny. Tak było by znacznie prościej. Jednak, gdy już ją spotkał, zwyczajnie nie mógł się na to zdobyć. 

    Obserwował królewnę przez kilka długich miesięcy, a z każdym dniem, czuł do niej coraz większą sympatię. Wydawała mu się taka krucha, bezbronna i niewinna. Była w tym świecie jak pozostawiony sam sobie pisklak. Miał ochotę ją chronić.  Mimo, że walczył z tym ze wszystkich sił, powoli zakochiwał się w dziewczynie. 

    Kiedy spotkał Devora postanowił rozegrać z nim tą dziwną małą gierkę. Pozwolił Łowcy sądzić, że sam jest wygnańcem i niczego na świecie tak bardzo nie pragnie jak powrotu do domu. Nie przewidział tylko jednego, że w tym świecie Łowca będzie od niego silniejszy.

    Rozmyślanie przerwały mu rozpaczliwe i błagalne, formujące się w jego głowie słowa.

    „ Matthew, gdzie jesteś? Cholernie cię teraz potrzebuję.”

    Bez namysłu popędził korytarzem, zdecydowany jak najszybciej odnaleźć dziewczynę. 

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Czarny, drapieżny kot wśliznął się cicho do komnaty. Królewna leżała na łóżku wpatrując się w sufit. Odbił się lekko o ziemi i wskoczył na materac, kładąc się przy niej. Z zadowoleniem zauważył, że po ranie na ramieniu nie było żadnego śladu. O niedawnej potyczce świadczyć mogło tylko ubrudzone zaschniętą krwią ubranie. Zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować dziewczyna przesunęła palcami po runach na ramieniu i na miejscu pantery leżał teraz szarooki chłopak. 

    – Nie powinnaś tego tak często używać – westchnął.

    Zamilkł jednak kiedy zobaczył, że w oczach dziewczyny zalśniły łzy. 

    – Przytulisz mnie? – poprosiła niepewnym głosem.

    Matthew nic nie powiedział, niedowierzając własnemu głosowi. Po tym co stało się na plaży był przekonany, że dziewczyna będzie się go bała. Wszystko by dał, zgodził się zapłacić każdą cenę, byleby tylko móc ją przytulić. Poczuł niesamowitą ulgę na myśl, że go nie nienawidzi. Objął ją ramieniem, a ona położyła mu głowę w zagłębieniu barku. Drugą dłonią zaczął delikatnie gładzić jej włosy.

    – Matt… – zaczęła cicho –  znasz słowa proroctwa?

    – Aha, zna je każde dziecko w trzech krainach.

    – Wierzysz, że ono dotyczy właśnie mnie?

    – Wszystko by na to wskazywało – przyznał szczerze.

    – A słyszałeś o wersie, który mówi, że mam poślubić księcia elfów? Leldorin mi go właśnie zadeklamował… Mówił, że to o niego w nim chodzi. Wcale nie był tym faktem zachwycony.

    Matthew pocałował ją w czubek głowy. Nawet, jeżeli zauważyła, jak szybko bije mu serce, nic nie powiedziała.

    – A ty co o tym sądzisz? – spytał, starając się mówić ironicznym tonem, jednak tak naprawdę, po prostu obawiał się tego, co mogłaby mu odpowiedzieć. – Chciałabyś zostać żoną księcia elfów?

    – Żartujesz, prawda? Nawet gdybym nie spotkała ciebie, nie sądzę, żebym wytrzymała długo w towarzystwie tego ponuraka. Nie zrozum mnie źle. Naprawdę go lubię i jestem wdzięczna za jego pomoc, ale mentalnością znacznie bardziej nadawałby się na mojego dziadka niż męża.

    Matthew roześmiał się słysząc tę ostatnią uwagę.

    – W takim razie czego byś chciała? – zapytał.

    – Chciałabym, żeby wszyscy dali nam spokój. Moglibyśmy znaleźć się gdzieś daleko stąd, w nieznanym nikomu miejscu. Chcę być tylko z tobą. Na niczym innym mi nie zależy. – Uniosła delikatnie głowę i popatrzyła mu w oczy. – Kocham cię Matthew – oznajmiła pewnym głosem.

    Chłopak poczuł niesamowitą radość i niewypowiedzianą ulgę. Przytulił ją mocniej do siebie. Z powrotem położyła głowę na jego ramieniu.

    – Ufasz mi? – spytał licząc na pozytywną odpowiedź.

    – Tak – odpowiedziała cicho.

    – W takim razie zostaw to mnie. Obiecuję ci, że nie będziesz musiała brać ślubu z żadnym cholernym elfem. Powinnaś tylko wierzyć w to co robię. Będziemy tylko my i tak jak byś chciała znikniemy gdzieś daleko, gdzie nikt nie będzie się wtrącał do naszego życia. – Zobaczył jak uśmiecha się sennie. – Teraz śpij – powiedział cicho. – Musisz odpocząć.

    – Dobrze, dobranoc.

    Zamknęła oczy, a jej oddech uspokoił się i wyrównał prawie natychmiast. Od razu zasnęła.  Matthew wpatrywał się w leżącą obok dziewczynę urzeczony. Nie chciał spać, kiedy miał okazję trzymania jej w ramionach. 

    – Kocham cię – wyszeptał we włosy śpiącej królewny.

    Jednak i on wyczerpany wydarzeniami całego dnia wkrótce zapadł w sen, nie przestając myśleć o ukochanej dziewczynie.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Stała na tarasie skąpana w promieniach zachodzącego słońca. Miała na sobie długą błękitną suknie o prostym, eleganckim kroju. Złote loki zaczesane były na bok, tak, że opadały luźno na lewe ramię dziewczyny. Była bardzo zdenerwowana. Wiele by dała za możliwość uniknięcia wieczornego balu. Całą swoją nadzieję pokładała w Matthew, który obiecał, że sam zajmie się rozwiązaniem ich problemów. Ufała mu całkowicie, nie miała jednak pojęcia w jaki sposób Szarooki zamierza sobie z tym wszystkim sam poradzić. Kiedy tak o nim rozmyślała, chłopak podszedł do niej, obejmując ją od tyłu ramionami.

    – Jesteś naprawdę śliczna – mruknął jej do ucha. 

    Pocałował delikatnie szyję dziewczyny. Oparła się o niego plecami, a wszystkie troski odpłynęły na dalszy plan. W jego ramionach czuła się cudownie. Cały otaczający ich świat przestał istnieć.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Niechętnie odsunęli się od siebie, kiedy do pokoju weszła mocno zaczerwieniona Sylwia. Do tej pory z nikim nie dzielili się swoimi uczuciami i obydwoje woleli, żeby tak na razie zostało. Wiedzieli, że mówienie o tym głośno, spowodowałoby jedynie dodatkowe problemy.

    Ruda czarownica miała na sobie zieloną, aksamitną suknię. Jej burza kasztanowych loków upięta była w niesforny kok.

    – Eliza, jesteś już gotowa?- zawołała pełnym entuzjazmu głosem. Zarówno ona jak i Wika były zachwycone perspektywą wytwornego przyjęcia. – Musimy iść.

    Królewna otworzyła szklane, balkonowe drzwi i weszła do pokoju , za nią, jak cień stąpał Szarooki.

    – Tak, myślę, że możemy iść.

    Sylwia obrzuciła demona zdumionym spojrzenie. Miał na sobie czarne jeansy i koszulkę z dziwnym nadrukiem.

    – Yyy… a ty nie idziesz? – spytała zaskoczona. Nawet nie przyszło jej do głowy, że właściwie w tym domu powinien być pod postacią pantery, a nie człowieka.

    – Dołączę do was później. Muszę coś jeszcze załatwić. 

    Czarownica wzruszyła ramionami. Chwyciła Elizę za rękę i wyciągnęła oniemiałą dziewczynę z pokoju.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Przyjaciółki siedziały w eleganckiej, pomalowanej na biało bryczce. W ciemnej, połyskującej sukni szczupła sylwetka, czekającej na nie Wiki, wyglądała subtelnie i zmysłowo. Na koźle siedział ubrany w niebieską liberię, dostojnie wyglądający stangret. Kiedy tylko dołączył do nich Devor, ruszyli spod willi. Mężczyzna ubrany był w biało-niebieski mundur, tradycyjne odzienie potomka rodu królewskiego Terony. W takim stroju wyglądał niezwykle szarmancko i dystyngowanie. Dziewczyny co chwila rzucały mu ukradkowe, pełne podziwu i zachwytu spojrzenia.

    Powóz ciągnięty przez dwa piękne, białe, szlachetnej krwi konie rączo potoczył się po piaszczystej drodze. 

    Dom Łowcy był samotnym, stojącym na wzgórzu budynkiem, otoczonym od wschodu i południa lasem. Na północy rozpościerała się piaszczysta plaża, a od zachodu prowadziła doń brukowana, kręta droga. W pobliżu nie było żadnych innych zabudowań. Devor zadbał o to, by jak najmniej niepożądanych obserwatorów kręciło się w pobliżu jego posiadłości.

    Jechali ścieżką prowadzącą przez las, po pewnym czasie skręcili w kierunku plaży. Eliza była coraz bardziej zaniepokojona nieobecnością Matthew, po części ponieważ martwiła się o chłopaka, ale też dlatego, że bała się przeżyć to, co zdarzyło się w samolocie, kiedy Vivien postanowiła ich rozdzielić. 

    Kiedy wyjechali z gęstych zarośli ich oczom ukazał się piaszczysty klif i spokojne, jedynie lekko pomarszczone falami, morze. W pewnym momencie woźnica pogonił konie. Zwierzęta popędziły przed siebie w swobodnym galopie. Zatrzęsło bryczką. 

    – Zatrzymaj się! – wrzasnęła spanikowana Wika.

    Powóz mknął prosto w kierunku wysokiej skarpy. Przed nimi nie było nic, a pod nimi jedynie głęboka, morska woda.

    – Spokojnie – uśmiechnął się Devor. Objął przerażoną dziewczynę ramieniem. – Tu właśnie jest brama. Nic się nam nie stanie.

    Blondynka wtuliła się w niego drżąc. Eliza nigdy jeszcze nie widziała, żeby przyjaciółka się czegoś tak bardzo bała. Dla niej samej i dla Sylwii, takie przejścia między światami były rzeczą normalną. Przecież nie można było umieścić ich tam, gdzie ktoś mógłby na nie przypadkiem natrafić.

    Rozpędzone konie pognały dalej, za granicę klifu. Przez chwilę wydawało się jakby frunęły w powietrzu, a potem ich kopyta dotknęły soczystej, zielonej trawy. Stangret kazał im zwolnić. Wjechali spokojnym kłusem do pięknego, liściastego lasu. Rosły w nim dziwne, nie znane gatunki drzew.

    Zawstydzona Wika odsunęła się od Devora z przepraszającą miną, mimo, że wyraźnie wcale nie miała na to ochoty. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. 

    Jechali tak ponad godzinę, kiedy ich oczom ukazał się wspaniały, skąpany w słonecznych promieniach pałac.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Matthew nie chciał zostawiać Elizy samej. Czuł się bardzo nieprzyjemnie z myślą, że nie może jej chronić. Po wyjściu dziewczyn z pokoju wrócił na taras, zwinnie przeskakując przez barierkę. Sypialnia królewny znajdowała się na drugim piętrze, dla demona taka wysokość nie miała żadnego znaczenia. Lekko wylądował na ziemi. Wyszedł za bramę posiadłości. Kiedy znalazł się na piaszczystej plaży, przybrał postać sokoła wędrownego i płynnie wzbił się w powietrze.

    Latanie pod postacią drapieżnego ptaka było niezwykle szybką formą pokonywania dużych odległości. Miało też jednak swoje wady. Bystry wzrok sokoła spoczął na lecącym samotnie gołębiu. Ptak był zdecydowanie niżej niż drapieżnik. Szarooki z bardzo dużą prędkością zanurkował w dół spadając prosto na swoją bezbronną ofiarę. Uderzył w skrzydło gołębia, tak, by samemu uniknąć urazu. Zraniony ptak zaczął się szamotać w powietrzu, spadając w dół. Sokół był jednak niesamowicie szybki. Chwycił ofiarę pazurami, skręcając jej przy tym kark. 

    Wściekły na siebie Matthew wylądował na jednej z wystających skał. Był zły, że nie potrafi zapanować nad instynktami drapieżnego ptaka. Nie miał jednak czasu do stracenia. Pozbył się martwego gołębia i ruszył w dalszą drogę, prosto przez magiczne przejście.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Szarooki stał na porośniętym wysoką trawą wzgórzu. Pozbył się swojego stroju należącego do świata ludzi. Teraz miał na nogach wysokie buty z miękkiej skóry, a nowe, wełniane spodnie były wpuszczone w ich cholewy i opasane rzemieniami. Na czarną koszulę wdział rozciętą po bokach, obramowaną srebrną taśmą tunikę, również w czarnym kolorze. Pokryta była rozmaitymi, haftowanymi srebrną nicią wzorami. Przepasany był szerokim, skórzanym pasem. Przez prawe ramię miał przełożony pendant  podtrzymujący misternie zdobioną pochwę, z której wystawała rękojeść dwuręcznego miecza. Szerokie ramiona chłopaka okrywała ciemna peleryna, której brzegi utkane były ze srebrnych nici. Zupełnie przestał przypominać zwyczajnego chłopaka, z wielkiego, zatłoczonego miasta. Matthew wyraźnie na coś czekał.

    Z lasu na horyzoncie wyłonili się jeźdźcy. Pędzili ku niemu przez trawiastą równinę. Na szczycie wzgórza znaleźli się nadspodziewanie szybko. Spod kopyt rumaków unosiła się dziwna mgła, a zwierzęta zamiast oczu miały jedynie ciemne, zapadnięte oczodoły. Mimo tego, że wszystkie były potężnie zbudowane ich boki wyglądały na zapadnięte, jakby ktoś je specjalnie głodził. Żaden nie interesował się zieloną, soczystą trawą pokrywającą równinę. Jeźdźców było trzech, jeden z nich prowadził ze sobą luźnego wierzchowca. Kiedy zatrzymali się obok czekającego na nich demona, upiorny koń bez jeźdźca zarżał głośno. Chłopak podszedł do niego, uspakajająco kładąc mu dłoń na szyi. Ogier zadrżał ze szczęścia, rozpoznając swojego właściciela.

    – Czemu nas wezwałeś? – spytał ostro jeden z siedzących na koniu ludzi. Był dobrze zbudowanym mężczyzną po czterdziestce. Miał zimne niebieskie oczy i gładko zaczesane, jasne włosy. Gdyby nie chłodne, surowe spojrzenie i wyraz okrucieństwa wymalowany na twarzy byłby niewątpliwie bardzo przystojną osobą. Mimo skromnego ubioru bił od niego autorytet. Widać było, że nie jest kimś przywykłym do słuchania cudzych poleceń.

    – Zmieniłem zdanie – odparł hardo Matthew. – Zgadzam się na twoją propozycję.

    Tamten roześmiał się głośno. Srogie oblicze odrobinę pojaśniało.

    – Co cię do tego skłoniło? – spytał z nutką drwiny w głosie.

    Szarooki wskoczył zwinnie na siodło. Jedną ręką chwycił wodze, a drugą uspakajająco poklepał szyję wierzchowca.

    – Poznałem ją – powiedział patrząc mężczyźnie odważnie w oczy – i myślę, że ty też powinieneś.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza jeszcze nigdy nie widziała tak wspaniałego miejsca. Cała budowla porośnięta była bluszczem o drobnych złotych listkach. Sprawiało to niesamowite wrażenie, zwłaszcza, że przepiękny śnieżnobiały pałac, przywodził na myśl ten, który można zobaczyć w Disneylandzie. Kiedy przejeżdżali przez bramę, królewna wychyliła się i zerwała mały złoty listek. Gdy tylko dotknął jej dłoni natychmiast rozsypał się w migoczący pył, a na jego miejscu wyrósł od razu nowy. Sylwia zachichotała cicho.

    – Magia elfów – powiedziała tajemniczo.

    Eliza uśmiechnęła się do niej. Wszystkie trzy rozglądały się ciekawie z zachwytem w oczach, który rósł z każdą chwilą. 

    Devor zaprowadził je bezpośrednio do niesamowicie udekorowanej, ogromnej sali balowej. Sufit zdobiły przepiękne freski, a pod sklepieniem unosiły się, leniwie machając skrzydłami, delikatne złote motyle. Pod ścianami stały wysokie wazony, wypełnione przepięknymi białymi kwiatami. Przez wielkie jasne okna wpadały do sali promienie słonecznego światła.

    Dziewczyny z zaciekawieniem przyglądały się różnorodnie ubranym gościom. Ludzkie kobiety miały na sobie bogato zdobione suknie i całe masy kosztownej biżuterii, elfki natomiast nosiły proste, jednobarwne szaty, a ich włosy, nadgarstki i szyje zdobiły różnokolorowe kwiaty. 

    Jedynymi przedstawicielami świata cieni, były maleńkie, skrzydlate wróżki. Eliza patrzyła urzeczona jak latające urwisy znikają co chwila, siejąc wśród gości zamęt i zniszczenie, płatając im różnego rodzaju drobne psikusy. Maleńkie ząbki jednej z wróżek przegryzły sznur eleganckiego naszyjnika poważnie wyglądającej damy i perły z hukiem posypały się na posadzkę, odtaczając w różne miejsca. Dwie inne w tęczowych sukienkach zaczęły skręcać się ze śmiechu, usilnie machając skrzydełkami, żeby przypadkiem nie opaść na ziemię, trafiając na wymachujące pięści jakiegoś bogato odzianego mężczyzny z zaczerwienionym nosem. Jeszcze inna psotnica w zielonej sukience po kryjomu wrzuciła ślimaka do pucharu starszej hrabiny. Mimo, że bal się jeszcze na dobre nie rozpoczął, całe baśniowe towarzystwo najwyraźniej już dawno zaczęło się świetnie bawić.

    Devor odciągnął swoje towarzyszki odrobinę na bok.

    – Przyszli moi rodzice – powiedział sarkastycznym tonem, wskazując na starszego mężczyznę odzianego w taki sam niebieski mundur, jaki on miał na sobie. Tyle, że mundur jego ojca ozdobiony był dodatkowo złotą, przewieszoną przez prawe ramię szarfą. Stała tam też dumnie wyglądająca kobieta w złocistej, sznurowanej na plecach sukni. – Poczekacie tutaj?

    Wyraźnie było widać, że nie jest zachwycony perspektywą spotkania z królewską parą. Przyjaciółki zgodnie skinęły głowami. Łowca, przywdziewając na twarz uśmiechniętą maskę, poszedł przywitać się z rodziną. 

    Eliza ukradkiem zerkała jak radzi sobie jej brat. Zauważyła małą, niesforną wróżkę w niebieskiej, koronkowej spódniczce, która podleciała do macochy Devora i z zadowoloną minką zaczęła rozsznurowywać jej gorset. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie na myśl o katastrofie, którą może wywołać to małe stworzonko, zwłaszcza, że królowa Milena nie wyglądała na specjalnie miłą osobę. Złotowłose maleństwo najwyraźniej jednak było dosyć niezdarną osóbką i zaplątało się w zwisające z gorsetu rozsupłane sznurki. Wróżka szamotała się, wplątana teraz również w długowłosą perukę damy. Królewna, niewiele myśląc, postanowiła jej pomóc. Impulsywnie ruszyła przed siebie, dołączając do oficjalnie rozmawiającego z rodzicami brata. Łowca na jej widok delikatnie pobladł na twarzy. Eliza nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Uśmiechnęła się uroczo do królewskiej pary. Królowa Milena rzuciła jej nieprzyjazne spojrzenie. Spurpurowiała na twarzy i już nabierała powietrza, żeby za pewne w jakiś sposób przegonić natrętną dziewczynę. Eliza jednak nie dała jej wypowiedzieć ani słowa.

    – Nazywam się Elysoun Bellis Miye Maes – powiedziała uroczyście, a jej twarz zdobił niewinny uśmiech małej dziewczynki. – Jestem królewną z rodu Ardanienów, witam was w Turris Aurarius, na dworze mojego dziadka.

    Zszokowany Devor wpatrywał się w nią niedowierzająco. Twarz królowej Mileny z czerwonej i wściekłej stała się śnieżnobiała. Kobieta była przerażona z powodu faux pas, jakiego o mało co nie popełniła. Król Terony natomiast uśmiechnął się do niej uprzejmie, jego uśmiech wyglądał na zupełnie szczery i przyjazny. 

    – Bardzo miło nam wreszcie poznać waszą wysokość – skłonił głowę, a jego małżonka szybko powtórzyła gest męża.

    – Oh! Królowo Mileno, jaka wspaniała suknia! – wykrzyknęła Eliza zachwyconym głosem – Czy mogłabym poprawić waszej wysokości wiązanie z tyłu? Bo widzę, że pokojówka nie spisała się najlepiej.

    Zadowolona z komplementu kobieta ochoczo dała królewnie przyzwolenie, narzekając jednocześnie wylewnie na jakość dzisiejszych służących. Eliza korzystając z okazji stanęła za plecami królowej, po drodze szturchając Devora. Miała nadzieję, że Łowca zauważy szamoczącą się wróżkę i zajmie czymś swojego ojca. Nie zawiodła się na nim. O tym, że zdał sobie sprawę z powagi sytuacji świadczyły jedynie jego przerażone oczy. Przeprosił grzecznie i odciągnął starego króla na bok. Królewna szybko wyciągnęła maleńkiego stworka, wkładając go niepostrzeżenie w fałdę swojego jedwabnego szala. Zawiązała sznurki gorsetu, zapewniając damę, że teraz wygląda wręcz idealnie, jak sama bogini. Potem przeprosiła ją uprzejmie, wymigując się obowiązkami gospodyni. 

    Note