Rozdział 5 – Róże w kolorze krwi
by Vicky
Przez kilka dni sprawdzałam wszystkie możliwości, wypytując o Daniela znajomych Marka i mimo braku rezultatów ciągle do niego dzwoniąc. To był jakiś horror. Nikt nie słyszał o jego istnieniu, nikt nic nie wiedział. W końcu, po tygodniu, rodzice zabrali mnie do psychologa, a ja tylko zastanawiałam się czemu nie do psychiatry. Kobieta, z którą rozmawiałam, stwierdziła, że to szok, który spowodowała wiadomość o śmierci moich przyjaciół i chłopaka kazały mi stworzyć sobie towarzysza, który wraz ze mną ocalał z wypadku. Nie wierzyłam w to. Całą sobą wiedziałam, że nie wymyśliłam sobie Daniela. Zielone oczy, drwiący uśmiech, opalenizna i krótko ścięte włosy – to wszystko stało mi przed oczami. Zaczynałam wariować. Potrzebowałam dowodu – choćby najmniejszego – na to, że on naprawdę istniał. Tym razem metodycznie, bez zbędnego chaosu, zaczęłam sprzątać pokój. Pierwsze rezultaty pojawiły się dopiero po godzinie. W jednej z niechlujnie rzuconych reklamówek znalazłam paragon – dowód na to, że kupowałam koszulkę Jacka Danielsa. To jednak dalej nie było wystarczające. Zmęczona rzuciłam się na łóżko z książką w ręku. Niechętnie przewracałam strony, w poszukiwaniu fragmentu, na którym skończyłam. Coś wypadło spomiędzy stron. Zdjęcie. Chłopak, bez koszulki klęczący z czerwoną różą w zębach. Daniel! Usiadłam gwałtownie. Łzy ulgi spłynęły po moich policzkach. Dlaczego wszystko inne zniknęło? Czemu nie to? Odpowiedź była prosta. Nikt inny o tym, że wydrukowałam zdjęcie nie wiedział, nawet on sam. Tylko czemu chciał się mnie tak drastycznie ze swojego życia pozbyć? Czemu policja chciała, żebym wierzyła, że nigdy nie istniał? Coś było piekielnie nie tak! Skręcił mi się żołądek na myśl, że miałabym go już nigdy więcej nie zobaczyć. Pustka i ból otoczyły moje serce. Spakowałam pospiesznie plecak i po cichu wyszłam z domu. Musiałam go odnaleźć! Nawet jeżeli miałoby to oznaczać wycieczkę do Portugalii.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Miałam szczęście. Udało mi się złapać poranny lot „last minute”. Koło południa następnego dnia znalazłam się pod domem Daniela. Nikt nie odpowiadał na dzwonek, ale drzwi były otwarte, więc weszłam do środka. Rozejrzałam się po wnętrzu, nawołując Daniela i Joyce. Dom okazał się pusty. Z telefonu stacjonarnego po raz kolejny wybrałam numer chłopaka. Znowu nic. Z pokoi zniknęły wszystkie rzeczy, nawet meble. Wszędzie było pełno kurzu. Wyglądało to tak, jakby od dłuższego czasu nikt tu nie mieszkał, a przecież byłam w tym miejscu zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Zrezygnowana usiadłam na gankowych schodkach. Przymknęłam oczy myśląc jak bardzo za nim tęsknię. Wyciągnęłam zdjęcie, które na wszelki wypadek zeskanowałam i zapisałam na dysku, żeby i jego nie stracić. Przyjrzałam się mu uważnie. Gdzie do cholery był? Dlaczego tak nagle zniknął z mojego życia? Z zamyślenia wyrwał mnie obcy głos. Kilka kroków ode mnie stał ciemnowłosy mężczyzna, o orlim nosie. Mówił po Portugalsku. Nie zrozumiałam ani słowa. Zdezorientowana pokręciłam głową. Przerzucił się płynnie na angielski.
– To prywatna własność – oznajmił. – Nie wolno tu przebywać.
– Tak, wiem, to dom mojego przyjaciela – odpowiedziałam cicho.
– Przyjaciela? – zapytał kpiąco, patrząc na zdjęcie w moim dłoniach.
– Tak, przyjaciela – odparłam coraz bardziej poirytowana i to chyba był mój błąd.
Błyskawicznie zbliżył się do mnie. Poczułam na ustach twardą dłoń, z nawilżonym czymś materiałem. Na podjazd wjechał srebrny samochód z zaciemnianymi szybami, a potem straciłam świadomość.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ocknęłam się związana i odrętwiała. Leżałam na podłodze w pustym pokoju. Jakiś sznur boleśnie krępował mi nadgarstki. Zaschło mi w ustach. Czułam nieprzyjemne zawroty głowy. Przez otwarte drzwi zobaczyłam dwóch mężczyzn. Mieli ze sobą karabiny. Jeden z nich spojrzał na mnie twardym wzrokiem. Uśmiechnął się paskudnie, kiedy dostrzegł, że mam otwarte oczy. Jęknęłam kiedy podniósł mnie do pozycji siedzącej. Wszystko mnie bolało i potwornie chciało mi się pić. Z moich ust wyjął knebel o nieprzyjemnym smaku, a ja gwałtownie zaczęłam chwytać powietrze.
– Nie zrobimy ci krzywdy – wyjaśnił powoli, zdziwiłam się, bo mówił odrobinę kaleczoną polszczyzną – jeżeli powiesz nam gdzie on jest. To nie o ciebie tu chodzi.
Spojrzałam na niego zmieszana. Nie miałam pojęcia co się dzieje i o co mu chodzi.
– Twój chłoptaś – wyjaśnił tamten, pokazując zdjęcie Daniela – chcemy go znaleźć.
– Nie wiem – odpowiedziałam zachrypniętym z pragnienia głosem.
Uderzył mnie w twarz. Skuliłam się na tyle, na ile pozwalały mi więzy.
– Zostaw ją – wtrącił się ten drugi w języku angielskim – pewnie i tak niczego nie wie. Jeżeli nie dorwiemy go dzięki niej, to po prostu ją zabijemy i po kłopocie.
– O nie – kucający przede mną mężczyzna wstał. – Zanim to nastąpi przewiduję długą zabawę.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Nie miałam pojęcia ile czasu minęło od kiedy mnie tu przywieźli. Pomieszczenie nie miało nawet okien, żebym mogła zorientować się w porze dnia. Jedynym wyznacznikiem czasu była wymiana strażników. Przy drzwiach, na zewnątrz, zawsze stało dwóch mężczyzn z karabinami. Starałam się myśleć, że mam szczęście, ponieważ nie traktowali mnie źle, a po prostu ignorowali – chociaż w dalszym ciągu na nadgarstkach i kostkach miałam otarcia po sznurze, którym mnie pierwszego dnia związali. Mimo niewygody starałam się jak najwięcej spać. Z jednej z takich apatycznych drzemek ktoś obudził mnie ostrym szarpnięciem. Postawił na nogi, a potem, nie siląc się na delikatność, wypchnął za drzwi. Zasłonili mi oczy i kazali wsiąść do samochodu. W trakcie jazdy zdjęli mi opaskę. Siedziałam skulona na tylnej kanapie, pomiędzy dwoma rosłymi mężczyznami. Srebrny samochód pędził po szosie z niedozwoloną prędkością. Rozmawiali o czymś, ale ja nie rozumiałam ani słowa. Wzdrygnęłam się, kiedy jeden z nich położył rękę na moim udzie. Nie miałam nawet dokąd się odsunąć. Obydwaj się roześmieli. Wreszcie samochód się zatrzymał, a oni wysiedli zabierając mnie ze sobą. Byliśmy na jakimś placu, za wysokim płotem piętrzyły się góry złomu, a nieopodal, za mostem, znajdowała się szosa.
– Przyszedł – odezwał się po Polsku jeden z nich, szturchając mnie w ramię, z wyraźną nutą rozbawienia w głosie. – Nie wierzyłem, że przyjdzie, przecież i tak już jesteś martwa – wyszeptał, a po moich plecach przeszły nieprzyjemne ciarki. Idź! – rozkazał. – Tylko powoli, bo cię zastrzelę.
Dopiero teraz ujrzałam stojącą pod słońce smukłą sylwetkę. Odezwał się krótkim, portugalskim zdaniem, a potem czekał. Przerażona ruszyłam w jego kierunku. Nie mogłam uwierzyć, w to co się dzieje i że Daniel tu naprawdę jest. Z trudem powstrzymałam się, żeby do niego nie podbiec. Chciałam się do niego przytulić, zarzucić mu ręce na szyję, ale on najwyraźniej to przewidując, odsunął się ode mnie.
– Znikaj stąd – syknął. – Wrócisz do domu – odezwał się cicho – tylko nie samolotem, bo wtedy od razu znajdą cię i zabiją. Zaraz za mostem czeka taksówka.
– Daniel… – byłam zbyt przerażona, żeby go posłuchać.
– Wynoś się, natychmiast! – uciął krótko.
Usłyszałam zniecierpliwiony głos jednego z mężczyzn, którzy mnie tu przywieźli. Daniel spojrzał na mnie błagalnie. Zaczęłam się wycofywać. Kilka metrów od mostu już biegłam. Rozległ się wystrzał. Obejrzałam się za siebie. Jeden z porywaczy we mnie celował, ale nie z karabinu, a ze zwykłego pistoletu. Strzelił jeszcze raz, ale i tym razem spudłował. Usłyszałam rozwścieczony głos Daniela. Mężczyzna z pistoletem ponownie wycelował. Nawet z tej odległości widziałam jego podły uśmiech. Za mostem pojawiło się dwóch kolejnych ludzi. Obydwoje byli uzbrojeni w pistolety.
– Złomowisko – usłyszałam krzyk Daniela.
Gwałtownie skręciłam. Zaczęłam biec w stronę płotu. Nie zatrzymując się zniknęłam za narożnikiem. Słyszałam za sobą wrzaski. Gonili mnie. W pewnym momencie moich pleców dopadł Daniel.
– Biegnij, szybciej! – rozkazał zdyszany. – Cały czas przede mną, nie będą ryzykowali, że mnie zabiją.
Posłuchałam. W pewnym momencie chwycił mnie za brudną koszulkę, odciągając w tył. Gwałtownie się zatrzymałam. Gestem wskazał mi dziurę w płocie. Nie była zbyt duża, ale wystarczyła, żebym się w nią wcisnęła. On poszedł zaraz za mną. Nie przerywaliśmy biegu, lawirując między sterami metalu i porozbijanych samochodów. Nie byłam w stanie złapać tchu. Ze zmęczenia zaczęłam się potykać.
– Już niedaleko – szepnął błagalnie.
W oddali rozległo się wycie policyjnych syren. Daniel zaczął przeklinać. Chwycił mnie za ramię i teraz już ciągnął za sobą. Wybiegliśmy z drugiej strony przez bramę. Chłopak dopadł zaparkowanego przed nią motocykla. Błyskawicznie założył mi kask, a potem usiadł zakładając swój. Niepewnie usiadłam za nim. Natychmiast ruszył. Objęłam go w pasie. Zamknęłam oczy. Wszystko było jak w filmie. To nie działo się naprawdę. Nie mogło się dziać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Jechaliśmy przez dłuższy czas, klucząc po mieście. W końcu Daniel najwyraźniej upewnił się, że nikt nas nie ściga, ponieważ wjechał na podwórko jednej z zabytkowych kamienic. Zaparkował, a potem w milczeniu otworzył drzwi budynku i zaprowadził mnie na górę, na samo poddasze. Posłusznie podążałam za nim. Weszliśmy do niewielkiego mieszkania, które było niemal puste, poza leżącym na podłodze szerokim materacem i nierówną stertą książek pod ścianą. Kiedy chłopak zamknął drzwi, przez chwilę wpatrywał się we mnie intensywnie. Dalej nie odezwał się ani słowem, a ja nie miałam zamiaru przerywać ciszy, za to moje serce znów zaczęło bić jak oszalałe. W pewnym momencie Daniel przysunął się do mnie. Pchnął mnie na ścianę, przywierając do mnie całym ciałem. Wszystko wokół nas ucichło i przestało istnieć. Na kilka chwil świat znieruchomiał. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu i wydawało mi się, że trwa to całą wieczność. To on przerwał ten zastój. Zaczął całować – namiętnie, gorliwie i z pasją – a ja odwzajemniałam jego gorące pocałunki. W końcu oprzytomniałam. Poczułam się bardzo głupio, brudna i w noszonym przez kilka dni ubraniu. Odepchnęłam go od siebie, ale on mi na to nie pozwolił. Otoczył mnie ramionami, przyciągając jeszcze bliżej.
– Omal cię nie zabili, przeze mnie – wyszeptał.
– Jestem zmęczona i marzę o kąpieli – powiedziałam patrząc mu w oczy – nie mam teraz siły na tą rozmowę – to była prośba.
Chłopak jakby oprzytomniał. Niechętnie się ode mnie odsunął. Pokazał mi łazienkę i dał mi ręcznik. Chwilę później przyniósł też czystą koszulkę.
– Nic innego tu nie mam – usprawiedliwił się przepraszająco.
– Dzięki.
Skinęłam głową i zamknęłam drzwi. Przez dłuższy czas brałam gorący prysznic, starając się nie myśleć o tym, co się wydarzyło, a potem, jak grom z jasnego nieba, uderzyła mnie pewna myśl. Gardło ścisnął mi strach. Co zrobię, jeżeli Daniel znowu zniknie? Pospiesznie skończyłam kąpiel, wciągając na ciągle wilgotną skórę za długiego na mnie t-shirta. Niemal wybiegłam z łazienki. Odetchnęłam z ulga, dopiero gdy zobaczyłam, że leży w niedbałej pozycji, oparty na łokciu, na materacu. Spojrzał na mnie. W jego wzroku było zachłanne pożądanie. Usiadłam obok niego, a on natychmiast przyciągnął mnie do siebie, kładąc na plecach. Teraz pochylał się nade mną. Znów zaczął porywczo całować. Oplotłam ramionami jego szyję, zdając sobie sprawę, jak bardzo za nim tęskniłam. Jego dłonie zaczęły błądzić po moim ciele. Poczułam na brzuchu wypukłość, która rysowała się w jego spodniach. W pewnej chwili zwolnił. Z jękiem położył się obok, na plecach, nie patrząc na mnie.
– Przepraszam – westchnął. Wyraźnie starał się uspokoić oddech. – Wiem, że jestem cholernym egoistą i to z pewnością nie powinna być pierwsza rzecz, o której myślę.
– Teraz to już trochę za późno – warknęłam na niego w udawanej złości, bo czułam, że tej prawdziwej nie jestem w stanie w sobie wywołać, nawet, mimo świadomości, że powinnam. Był blisko mnie, a to było najważniejsze.
Usiadłam i zaczęłam rozpinać jego rozporek. Spojrzał na mnie podejrzliwie, a potem się uśmiechnął. Jego zielone oczy płonęły. Zsunął spodnie. Posadził mnie na sobie. Byłam aż nazbyt wilgotna. Jęknął, kiedy wśliznęłam się na jego członek. Jego ręce powędrowały najpierw na moje piersi, a potem biodra. Poruszałam się rytmicznie, widząc z jakim błogim uwielbieniem się we mnie wpatruje. Odgarnął z policzka moje mokre włosy.
– Kocham cię – szepnął.
Przylgnęłam do niego, przez cały czas nie przestając się poruszać. Objął mnie ramionami. Poczułam na szyi jego miękkie usta. Drżał. Zdałam sobie sprawę, że Daniel ledwo nad sobą panuje. Miał ochotę na więcej. W końcu nie wytrzymał i również zaczął się poruszać. Zagłębiał się we mnie coraz mocniej, a ocieranie się o niego, sprawiało mi coraz większą rozkosz. Moje serce zatrzymało się na moment. Ogarnęła mnie błoga przyjemność. Daniel zauważył, że doszłam. Przetoczył się tak, że teraz on znalazł się nade mną. Przyspieszył, ciągle patrząc mi w oczy. Uśmiechnęłam się do niego. To co się ostatnio działo, cały mój strach, stały się irracjonalnym snem. Daniel i jego bliskość, to cudowne uczucie spełnienia, jedyne one stanowiły moją rzeczywistość. Nic innego nie miało znaczenia.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Usiadłam na materacu przecierając zaspane oczy. Nagle ogarnął mnie dziki strach. Daniela nigdzie nie było! W panice zerwałam się na równe nogi. Pobiegłam do łazienki, a potem do drzwi. Były zamknięte. Zostawił mnie! Znowu mnie zostawił! Jak on mógł?! Z powrotem usiadłam na materacu. Zwinęłam się w kłębek, a po policzku zaczęły spływać mi łzy. Drzwi się otworzyły. Podniosłam odrobinę głowę. Daniel stanął w drzwiach. W ręku trzymał reklamówki. Spojrzał w moje zapłakane oczy. Upuścił wszystko na podłogę, trzasnął drzwiami i natychmiast znalazł się przy mnie.
– Jagoda, nic ci nie jest? – zapytał zatroskany, oplatając moją postać ramionami.
Na jego widok ogarnęła mnie tak wielka ulga, że przez chwilę nie byłam z siebie w stanie wydobyć ani jednego słowa.
– Myślałam, że znowu mnie zostawiłeś – szepnęłam, wtulona w jego tors.
Chłopak przymknął oczy. Westchnął.
– Miałem nadzieję, że zdążę wrócić, zanim się obudzisz – stwierdził przepraszającym tonem. – Przyniosłem nam śniadanie – wymownie spojrzał w kierunku porzuconych siatek. – Mam też dla ciebie coś, co możesz na siebie włożyć – usprawiedliwił się jeszcze bardziej.
– Wytłumacz mi, dlaczego w ten sposób zniknąłeś – poprosiłam. – Mięli mnie za wariatkę, kiedy mówiłam im o tobie.
Skrzywił się.
– To, że zabili Marka, nie było przypadkiem – mruknął. – Mieliśmy szczęście, że wtedy zostawił cię w porcie, inaczej też byś nie żyła. Szukali mnie – westchnął. – Myślałem, że to już koniec, że mogę żyć normalnie. Próbowałem. Widziałem coś, czego nie powinienem był nigdy widzieć i ukradłem pewną rzecz… – przyznał cicho. – Teraz za to płacę. Policja stworzyła dla mnie i mojej matki zupełnie nową tożsamość, ukrywali nas. To coś, jak system ochrony świadków. Wszystko przycichło – nie patrzył na mnie. – To dlatego nasi rodzice się rozwiedli – przyznał niechętnie. – To moja wina. Kiedy myślałem, że już wszystko skończone, oni zabili mojego brata i naszych przyjaciół – zmroziło mnie, jak bardzo jego głos wyprany jest z wszelkich emocji. Nie było w nim nawet cienia żalu. Tym razem spojrzał na mnie. – Miałem nadzieję, że w Polsce cię nie znajdą. Policja z Interpolu znowu pomogła nam zniknąć. Nie przypuszczałem, że mogą w jakikolwiek sposób połączyć cie ze mną…
Skrzywiłam się odrobinę.
– Sama wpakowałam się w kłopoty – przyznałam. – Nikt nie chciał mi uwierzyć, kiedy mówiłam, że istniejesz, dlatego przyjechałam do Portugalii. Chciałam cię znaleźć.
– To wiele wyjaśnia – stwierdził cierpko, tuląc mnie do siebie mocniej
Nagle coś sobie uświadomiłam.
– Dlaczego więc uciekaliśmy przed policją? – spojrzałam na niego pytająco.
Jego twarz ozdobił smutny uśmiech.
– Ponieważ to właśnie ktoś z nich musiał mnie wydać. Nie ma innej możliwości. To z winy policji zginął Marek.
Musiałam przetrawić to co mi powiedział. Wyplątałam się z jego ramion, żeby wstać.
– To co, robimy to śniadanie? – spytałam, żeby zmienić temat. – Jestem upiornie głodna. Ci ludzie nie karmili mnie najlepiej.
Rozpakowaliśmy zakupy. Były wśród nich nowe ubrania, rozmiarem mniej więcej pasujące na moją osobę. Nie chciałam nawet myśleć o tym, co teraz zrobimy. To wszystko było dla mnie przerażające, a do tego ciągle surrealistyczne i nierealne. Daniel zaklął brzydko.
– Zaraz wrócę – rzucił. – Zostawiłem w sklepie na dole jeszcze jedną siatkę.
Westchnęłam.
– Dobrze, wezmę w tym czasie prysznic – stwierdziłam niechętnie.
Rozebrałam się i poszłam do łazienki. Ciepła woda koiła nerwy i pomagała zebrać myśli. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam, że ktoś wchodzi do łazienki. Rozsunął drzwi kabiny prysznicowej, a ja zamarłam. To nie był Daniel! Rozpoznałam jednego z mężczyzn, którzy pilnowali mnie przez tyle dni. Oblałam go wodą i prześliznęłam się obok. Złapał mnie w drzwiach łazienki. Uderzył.
– Ty mała dziwko, tym razem mi się nie wymkniesz – warknął po angielsku.
Serce z przerażenia biło mi jak oszalałe. Poczułam, jak zapina na moich nadgarstkach kajdanki. Moje próby wyrwania się, kopnięcia, ugryzienia, czegokolwiek, spotykały się z biciem.
– Pożałujesz nawet tego, że pomoczyłaś mi koszulę – syczał.
Na podłodze w pokoju zobaczyłam linę. Podniósł ją i przeciągnął pod kajdankami, a potem przyczepił do belki pod sufitem. Moje nagie ciało wygięło się w łuk. Z trudem stałam na palcach, chciwie chwytając powietrze. Kiedy już rozprawił się z liną ponownie uderzył mnie w brzuch. W oczach stanęły mi łzy. Zachłysnęłam się. Chwycił mnie za włosy, a moją głowę odciągnął w tył.
– Będziesz tego bardzo długo żałowała, szmato – zamruczał, wyraźnie rozkoszując się tymi słowami.
Wyciągnął długi nóż. Nigdy jeszcze dotąd nie czułam tak obezwładniającego strachu. Drzwi się otworzyły, a moim oczom ukazała się szczupła sylwetka Daniela. Zamarł w progu. Wypuścił z dłoni ostatnią reklamówkę. Usłyszałam brzdęk tłuczonego szkła. Mężczyzna coś powiedział, przejeżdżając po mojej wilgotnej skórze nożem i zostawiając cienką linię, z której zaczęła skapywać krew. Daniel wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Porywacz wydał kolejne polecenie, a chłopak posłusznie ukląkł na podłodze, splatając za głową ręce.
– Kto by pomyślał, zależy mu – szepnął stojący za mną mężczyzna, w lekko łamanym języku polskim. – Myślisz, że jesteś taki sprytny – roześmiał się, ciągle mówiąc po Polsku, najwyraźniej życząc sobie, żebym ja również zrozumiała. – Naprawdę uważasz, że nie znaliśmy tej kryjówki?
– Wypuść ją, to nie jej potrzebujesz – zaryzykował Daniel.
– Och nie, ale stanowi przyjemną nagrodę za pracę – oznajmił z rozbawieniem porywacz.
Przesunął dłońmi po moim ciele, na chwilę zatrzymał je na piersiach, a potem zaczął schodzić niżej, błądząc nimi po pośladkach i udach. Z całej siły zacisnęłam nogi. Daniel zerwał się z kolan. Jego oczy płonęły żądzą mordu.
– Nie radzę – oznajmił spokojnie mężczyzna, przystawiając mi do szyi nóż.
Potem wypowiedział jeszcze kilka słów w języku Portugalskim, a chłopak z powrotem opadł na kolana. Z bólem i bezsilnością patrzył na spływające po moich policzkach łzy.
– Może się teraz z nią zabawię… – zasugerował ociekającym słodyczą głosem porywacz.
Teraz, kiedy stałam tak rozciągnięta na palcach, nie był ode mnie wiele wyższy. Jego usta znajdowały się tuż przy moim uchu. Mdlił mnie jego zapach. Daniel był napięty jak struna. Widziałam panikę w jego zielonych oczach.
– Powiem ci gdzie to jest – szepnął – nawet więcej, zabiorę cię tam, tylko ją wypuść – poprosił.
– Masz mnie za głupca? – roześmiał się tamten. – Doskonale wiem, że gdybym na twoich oczach zgwałcił twoją matkę i tak nic byś nie powiedział. Przyniesiesz to tutaj – rozkazał – a ja w tym czasie zaopiekuję się dziewczyną – swoje słowa potwierdził siłą rozsuwając mi nogi.
Krzyknęłam. Poczułam jak oprócz koszmarnego strachu, do mojego umysłu wdziera się również histeria. Szarpnęłam się, a mężczyzna na chwilę odsunął się ode mnie. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Z niedowierzaniem obserwowałam jak Daniel wyciąga broń, jak strzela do mężczyzny, bezbłędnie trafiając. Tamten osunął się na kolana. Chłopak podszedł i z bliska strzelił jeszcze raz. Z przerażeniem i niedowierzaniem obserwowałam jak bandyta na moich oczach umiera. Daniel uwolnił moje dłonie. Zdawało mi się, że chciał mnie przytulić, ale to co zobaczył w moich oczach, sprawiło, że się cofnął.
– Ubierz się, szybko! – rozkazał chłodno.
Posłuchałam, pospiesznie wciągając na siebie nowe ciuchy i już po chwili razem wybiegaliśmy z domu.