Rozdział 7 – Akademia
by Vicky
Minęły niemal dwadzieścia cztery godziny od momentu, kiedy żołnierze zabrali Daniela, a ja do tej pory nie miałam o nim żadnych wieści. Żaden z chłopaków nie miał. Nie było go również widać na ani jednym obrazie z kamer. Dodatkowo niepokoił mnie fakt, że zostało tak niewiele czasu – niecałe trzy dni. Czułam się jak królewna w opresji, którą trzeba uratować z wieży strzeżonej przez smoka. Tyle, że jeden z moich rycerzy siedział w więzieniu, a drugi zapadł się pod ziemię. Czy sama byłam w stanie cokolwiek zdziałać? Wiedziałam, że muszę. Chodziło nie tylko o moje bezpieczeństwo, ale również o życie Sary, Aleksa i być może Daniela.
– Cześć – zaczęłam otwierając drzwi pokoju Sary. – Oj… – wymknęło mi się, kiedy z łóżka gwałtownie podniosły się dwie postacie. Sara była cała czerwona, ale niespecjalnie zdziwił mnie widok towarzyszącego jej Lucasa. – Przepraszam… nie chciałam wam przeszkodzić…
– Zaczekaj! – zatrzymał mnie głos Sary, kiedy chciałam po cichu wyjść. – Coś się stało?
Lucas poprawił koszulę. On również wyglądał na zaniepokojonego. Musiałam im powiedzieć. Wiedziałam, że nic nie zdziałam sama. Podeszłam do nich i usiadłam na skraju łóżka. Opowiedziałam wszystko, czego się dowiedziałam. Kwadrans później powtórnie przedstawiałam te same informacje, bo Lucas zawołał Arona, Christiana i Michaela. Wszyscy zgodnie potwierdzili, że dostali rozkazy i za trzy dni mają wyjechać. Nikt nie wątpił w moje słowa. Pozostawało tylko ułożyć plan działania. Odetchnęłam z ulgą, bo przynajmniej nie byłam już sama.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Obudziły mnie dochodzące z korytarza hałasy. Ktoś siedział na moim łóżku i dotykał mojego ramienia.
– Emily, wstawaj, nie ma czasu – zaskoczona podniosłam wzrok na Mary Ann.
– Co tutaj robisz? – spytałam nieco zachrypniętym po spaniu głosem. – Czy to nie jest dla ciebie niebezpieczne?
Uśmiechnęła się smutno.
– To już nie ma znaczenia. Przyspieszyli całą akcję. Dzisiaj rano zabrali z Akademii kilkanaście oddziałów. Musisz się pospieszyć, masz pół godziny, żeby dotrzeć na plażę. Tam będą czekały na was helikoptery.
Szeroko otworzyłam oczy.
– Nie! Mamy jeszcze czas, jeszcze dwa dni!
Plan, nasz sensowny plan, który miał spore szanse się udać, teraz był na nic!
– Opiekuj się Sarą – poprosiła, gdy zerwałam się z łóżka, pospiesznie wciągając na siebie ubranie i byle jak wiążąc włosy gumką.
– Gdzie Daniel, czy jego też zabrali? – chciałam jak najszybciej uzyskać jak największą liczbę informacji.
Przecząco pokręciła głową.
– Przykro mi. Jest w laboratorium, pilnuje go kilku strażników. – No tak, nie mogli sobie przecież pozwolić na posiadanie niewygodnych świadków… Przestał być ważny potencjał i użyteczność Daniela. Mary Ann, po chwili wahania, podała mi pendrive. – Schowaj go – poleciła – to wyniki naszych badań. Twój ojciec będzie wiedział co z nimi zrobić.
Przyjęłam od niej mini dysk, patrząc pytająco.
- A co z tobą? Nie możesz sama mu go oddać?
Na jej twarzy ponownie zagościł ten smutny, melancholijny uśmiech.
– Emily, ja i tak umieram. Bez laboratorium zostało mi naprawdę niewiele czasu. Nie zamierzam zajmować miejsca w helikopterze osobie, która dzięki temu może przeżyć. – Spojrzała na mnie poważnie. – Nie żałuj mnie. Taka śmierć będzie znacznie bardziej litościwa niż to co zrobiłaby ze mną choroba.
Skinęłam tylko głową, nie zdolna do tego, by jej odpowiedzieć. Byłam już gotowa.
– Ile mamy czasu? – spytałam w głowie układając plan jak dostać się do Aleksa i Daniela.
– Wybuch nastąpi o 6:00 – poinformowała mnie cicho – Sara i reszta czekają przed budynkiem. Razem pobiegniecie na plażę.
Spojrzałam na zegarek. Zaklęłam w myślach. Miałam 27 minut na to, żeby wyciągnąć stąd chłopaków, a potem dobiec z nimi na plażę. Akademia była duża i nawet jeśli nie napotkałabym po drodze żadnych trudności, zadanie było niewykonalne. Czegokolwiek bym nie wymyśliła, jeden z nich będzie musiał zginać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Zostawiłam Mary Ann i pobiegłam. Adrenalina szumiała mi w żyłach. W jednej chwili podjęłam decyzję. Jeśli oni umrą, to zginę wraz z nimi. W mojej głowie rodził się desperacki, niewykonalny plan. Pobiegłam do windy, a potem zjechałam nią na poziom więzienia. Tak jak podejrzewałam, pomieszczenia były puste. Wszyscy, którzy cokolwiek znaczyli, zostali gdzieś odesłani. W pokoju kontrolnym znalazłam panel sterowania i, nie mając pojęcia, które drzwi są właściwie, po prostu otworzyłam wszystkie cele. Chciałam znowu biec, ale najwyraźniej nie musiałam. Alex nie marnował czasu i wyglądało na to, że nie tylko on. Przemknęło obok mnie kilka sylwetek, ktoś potrącił mnie łokciem. Alex chwycił mnie za ramię i odciągnął na bok. Nie wyglądał na specjalnie zaskoczonego moim widokiem.
– Wynośmy się stąd, najlepiej schodami – rozkazał.
– Wiedziałeś o tym? – spytałam nie rozumiejąc.
Niechętnie skinął głową.
– Musiałem się przygotować. Nie mogłem pozwolić, żeby coś ci się stało.
Wziął mnie za rękę i pobiegliśmy. Schody były wąskie, kręte i najwyraźniej niezbyt często używane. Na poziomie wyjściowym chroniły je stalowe drzwi. Spojrzałam na zegarek. Zostało 17 minut. To i tak lepiej niż się spodziewałam. Alex pociągnął mnie w kierunku wyjścia.
– Nie! – zaprotestowałam. – W laboratorium jest Daniel – dodałam szybko, gdy spojrzał na mnie jak na wariatkę.
Przecząco pokręcił głową. Sprawiał wrażenie jakby naprawdę było mu przykro.
– Nie zdążymy – oznajmił, wciąż ciągnąc mnie w stronę drzwi.
– Nie zamierzam zdążyć – odpowiedziałam mu cicho, zapierając się nogami. – Nie mogą wysadzić wyspy jednym wybuchem, bo wywołaliby jakąś katastrofę naturalną, tsunami, albo coś jeszcze gorszego. Nawet ja to wiem.
Alex przytaknął.
– To będzie dużo mniejszych wybuchów, rozłożonych w czasie, ale nas już tu nie będzie, żeby je oglądać – dodał.
– W laboratorium jest schron. Przeczekamy w nim pierwszy wybuch i potem wyjdziemy na zewnątrz – oznajmiłam, wyrywając dłoń z jego uścisku.
Natychmiast chwycił mnie ponowne. Cokolwiek ujrzał w moich oczach, wiedziałam, że mu się to nie spodobało. Adrenalina. Determinacja. Nie zamierzałam się poddać.
– Alex, tracimy czas! – warknęłam na niego.
– Powiedz mi gdzie on jest – oznajmił chłodno, przytrzymując moje nadgarstki. – Ja po niego pójdę, a ty w tym czasie znajdziesz się na plaży.
Czy on zwariował? Nie zamierzałam go zostawić!
– Nie ma mowy!
Chłód jego spojrzenia i szczerość w głosie były nie do zniesienia.
– Emily, tracimy czas – powtórzył moje słowa. – Twój plan jest wykonalny – dodał łagodniej – ale jeżeli pójdę sam. Jestem szybszy i silniejszy, a ty będziesz mi przeszkadzała.
Nie chciałam się na to godzić, a jednak posłusznie ruszyłam w stronę drzwi. Miał rację i nawet nie próbowałam się okłamywać, że jej nie ma. Powiedziałam mu gdzie przetrzymują Daniela i oddałam swoją kartę, tuż przed tym jak wypchnął mnie na dwór. Ponownie spojrzałam na wyświetlacz komórki. Przez tą pieprzoną kłótnię zostało nam tylko dwanaście minut.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Nikt na mnie nie czekał, z czego byłam naprawdę zadowolona. Opuściłam budynek szkoły i pobiegłam na plażę. Zatrzymałam się na szczycie wydmy. Na brzegu stało kilka sylwetek. Poczułam nieprzyjemne ukłucie w dołku. Coś było nie tak, nie wiedziałam jeszcze tylko co. Schowałam się za krzakami, przypadając do ziemi i podczołgałam nieco bliżej. Zobaczyłam Markusa, Andre, Hansa i dwójkę innych chłopaków, których imion nie znałam. Popychali wysokiego, szczupłego chłopaka, w którego sylwetce rozpoznałam przyjaciela Sary, Niko. Ona sama drżała przy jego boku. Miałam ochotę przeklinać. Co oni tu do cholery robili? Wtedy to ujrzałam. Do brzegu płynęła łódź, niewielka motorówka. Z pewnością nie była głębokomorska, ale wystarczyła by dostać się nią na brzeg. Osiem minut. Czego oni chcieli od Niko i Sary? Zepchnęli ich na sam brzeg, tak, że ich buty obmywały najdalsze fale. Andre wyciągnął broń. Odbezpieczył. Celował w Sarę. Łódź była coraz bliżej.
– Nie! – krzyknęłam, zbiegając po stromym zboczu na plażę. To było desperackie i głupie, a jednocześnie nie miałam lepszego pomysłu by w jakikolwiek inny sposób odwrócić ich uwagę.
– No proszę, kogo my tu mamy – uśmiechnął się Andre, gdy znalazłam się bliżej.
Teraz pistolet był wycelowany we mnie. Przez kilka przerażających sekund byłam przekonana, że po prostu do mnie strzeli, ale wtedy usłyszeliśmy warkot helikopterów. Były już widoczne i dopiero teraz uwierzyłam, że naprawdę miały przylecieć. Jednym, płynnym ruchem, Niko rzucił się na Andre, powalając go na piasek. Pistolet wypadł mu z ręki. Sara, ze swoim niesamowitym refleksem, podniosła go i odskoczyła na bok zanim ktokolwiek się zorientował. Łódź była już przy brzegu. Zaniepokojone spojrzenia wędrowały pomiędzy nią a helikopterami. W końcu napastnicy wbiegli do wody i dopadli kołyszącej się na drobnych falach motorówki. Andre wahał się najdłużej, ale ostatecznie on również zrezygnował. Gdy odpływali trzy helikoptery zawisły nad plażą. Wiatr był nie do zniesienia i byłam pewna, że zaraz zwali mnie z nóg. Z jednej maszyny wysunęła się drabina, a po chwili, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, na piasek wyskoczył nie kto inny, tylko mój ojciec.
– Szybko, nie mamy czasu – starał się przekrzyczeć ryk silników.
Cała nasza trójka stała jakby ktoś nas zamurował. Potem, z tego samego helikoptera, wysunął się Lucas i Sara bez wahania do niego podbiegła, a za nią Niko. Ja nie ruszyłam się z miejsca. Ojciec zbliżył się do mnie i spróbował chwycić mnie za ramię, ale od niego odskoczyłam. Jak mógł być jednym z tych, którzy zaplanowali zagładę całej wyspy? Śmierć tylu niewinnych osób? Mój ojciec, który stał się dla mnie zupełnie obcą osobą, dał znak ręką i dwa z trzech helikopterów odleciały. Ku mojej uldze jeden z Sarą, Niko i Lucasem na pokładzie. Potem rozległ się strzał, a po nim niosący się po wodzie odgłos wybuchu. Spojrzeliśmy w stronę oceanu. Wzdrygnęłam się. Znajdująca się daleko od brzegu motorówka wybuchła. Czy którykolwiek z chłopaków miał szansę to przeżyć? Mój ojciec zbliżył się ponownie.
– Emily – odezwał się głośno – odpowiem na wszystkie twoje pytania, zdradzę ci każdą tajemnicę, tylko na litość boską wsiądź do tego helikoptera!
Przecząco pokręciłam głową. Chciałam, naprawdę, ale nie mogłam. Byłam przekonana, że kiedy to zrobię, helikopter odleci, zostawiając na wyspie na pewną śmierć Alexa i Daniela.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Tym razem ojciec najwyraźniej zrezygnował z proszenia. Chwycił mnie za ramię, przygotowany na to, że będę próbowała się wyrwać.
- Nie! – warknęłam na niego.
- Pokłócimy się później! – oznajmił nagląco. – Niedługo nic nie zostanie z tej wyspy!
- Daniel i Alex tam są – krzyknęłam, żeby mnie usłyszał. – Musimy poczekać!
Jego twarz nieco poszarzała, ale ku mojemu zdziwieniu skinął głową.
- Poczekamy w helikopterze – rozkazał swoim wojskowym tonem.
- Nie! – ani trochę mu nie ufałam i zamierzałam walczyć o pozostanie na plaży.
Westchnął cierpiętniczo. Nagle rozległo się echo wybuchu. Ojciec rzucił się na mnie, przygniatając do ziemi. Czy to już? Kłóciliśmy się tak długo? Ogłuszający hałas, popiół i fala ciepłego powietrza, ale nic więcej. Wybuch był za daleko. Przerażenie dławiło mnie w gardle. Jakie były szanse na to, że Alexowi się udało? Co jeżeli wysłałam go tam na pewną śmierć?
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a ja nie przestawałam wpatrywać się w zasłaniający Akademię las. Obok czułam obecność ojca, który stał napięty jak struna. Byłam zaskoczona, że nie próbował mnie zaciągnąć do helikoptera siłą, ale naprawdę tego nie zrobił. Wziął mnie natomiast za rękę, a ja spojrzałam na niego oniemiała. Pułkownik Charles Morrington okazywał córce ludzkie uczucia. W pewnym momencie ścisnął moją dłoń mocniej.
– Emily, silnik nie wytrzyma dłużej – oznajmił, a ja tym razem bardziej domyśliłam się znaczenia jego słów niż je usłyszałam.
Przecząco pokręciłam głową. Jeżeli się udało… jeśli przeżyli wybuch… za chwilę powinni już tu być. Nie zamierzałam rezygnować. Nie dopóki pozostała jakakolwiek nadzieja. Wtedy znów rozległ się huk wybuchu. Tym razem tak blisko plaży, że zostałam przez niego ogłuszona. Nie miałam pojęcia jak znalazłam się na ziemi, ale gdy się podniosłam, z dymu i popiołu wyłoniły się dwie, podtrzymujące się nawzajem, przygarbione sylwetki. Moje serce zabiło jak oszalałe. Mój ojciec podniósł się z piasku i podbiegł by im pomóc. Nie wyglądali dobrze, byli poranieni, a ubrania mieli w zwęglonych strzępach, ale żyli, a to było w tej chwili najważniejsze.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
To nie była nasza letnia posiadłość. To było lotnisko. Na dodatek na początku pasa startowego stał prywatny odrzutowiec.
– Lecimy do Stanów – ojciec odpowiedział na moje nieme pytanie, gdy wysiedliśmy z helikoptera.
– Dlaczego? – spojrzałam na niego zaskoczona.
– Ponieważ tu czeka mnie pluton egzekucyjny za złamanie wszelkich, możliwych rozkazów – uśmiechnął się ponuro. – Emily, to co się stało było katastrofą. Gdybym wiedział, miał cokolwiek do powiedzenia… nigdy bym na to nie pozwolił. Wojsko chciało ukryć swoje eksperymenty i pogrzebać tajemnice, ale to… to nie był dobry sposób i nigdy nie będzie. Chcę żebyście były bezpieczne, ty i Sara. Nikt, nigdy nie powinien dowiedzieć się o tym skąd się wzięła.
Z trudem przełknęłam ślinę. W oczach zbierały mi się łzy. Sara… miałam siostrę… a tam, na wyspie, zginęła jej matka. Chciałam znać odpowiedzi na tyle pytań, ale w tym momencie nurtowało mnie tylko jedno.
– Jak to się stało, że ty i Marry Ann? – nie potrafiłam tego lepiej sprecyzować. – Dlaczego nic o niej nie wiedziałam?
Mój ojciec westchnął, ale nie wyglądał na winnego.
– Nie chciałem żebyś się do niej zbliżała – przyznał. – Nie chciałem, żebyś ją pokochała i straciła, tak jak matkę. To ona, twoja matka, namówiła mnie żebym jej pomógł – mówienie wyraźne sprawiało mu ból. Był nieobecny, zapatrzony w przestrzeń. – Przyjaźniły się, były jak siostry, a Mary Ann umierała. Jej największym marzeniem było posiadanie dziecka, ale przez wzgląd na chorobę nie mogła go urodzić. To doprowadziło do powstania Sary. Miała zostać odsunięta od dalszego udziału w eksperymencie, jako zwyczajne dziecko, ale gdzieś w międzyczasie jakiś kretyn stanął nam na drodze i tak się nie stało, a Sara nigdy nie dowiedziała się, że ma rodziców i przez całe życie myślała, że po prostu w jej przypadku coś się nie udało. – Spojrzał na mnie poważnie. – To, że istnieje, że się urodziła nigdy nie miało żadnego romantycznego podłoża. Chciałbym, żebyś wiedziała, że nigdy nic innego poza przyjaźnią nie łączyło mnie z Mary Ann.
Ogarnęło mnie dziwne, ciepłe uczucie. Pomyślałam o Alexie i o tym, że jeszcze nie zdążyłam z nim porozmawiać. Mój ojciec zbyt wiele ukrywał, ale znacząco różnił się od wyobrażenia, które kształtowało się w mojej głowie przez ostatnich kilka lat. Impulsywnie przytuliłam się do niego, opierając głowę o jego bark, a on otoczył mnie ramionami.
– Zaopiekujemy się Sarą – stwierdziłam z przekonaniem, a on obdarzył mnie ciepłym uśmiechem.
Czekały na nas Stany Zjednoczone i nowe życie. Wolny wybór i przyszłość pełna różnobarwnych perspektyw.
Epilog
College! Nie sądziłam, że to takie cudowne miejsce! Najlepsze było to, że mogłam sama zdecydować czego chcę się uczyć. I oczywiście to, że chodziłyśmy tu razem z Sarą! Moja siostra otrzymała nową tożsamość i oficjalnie stała się daleką kuzynką, która po śmierci matki zamieszkała wraz z nami. Alex również miał teraz własne nazwisko i ku mojemu zdumieniu oraz nie mam pojęcia dzięki jakim argumentom, zaczął należeć do prywatnej armii mojego ojca, która mieszkała i odbywała treningi w naszym nowym, prowincjonalnym, amerykańskim domu. Właściwie bardziej pasowałoby tu określenie farma lub gospodarstwo, ale sama musiałam przyznać, że od pierwszej chwili polubiłam to miejsce. Po tym co wydarzyło się w Akademii Daniel i Alex zawarli cichy rozejm, ale wciąż darzyli się sporą dozą niechęci i nieufności. Bałam się, że to ja jestem tego przyczyną, ale nic nie potrafiłam z tym zrobić. Chyba obydwaj potrzebowali nieco więcej czasu. Wtedy właśnie go zobaczyłam. Stał niedbale oparty o podtrzymujący zieloną skarpę murek, tuż przy wejściu na parking. Motyle w brzuchu zawirowały w dzikim tańcu. Podbiegłam radośnie i rzuciłam się mu na szyję. Posadził mnie na murku i pocałował, oplatając ramionami. Mógł odejść, ale jednak został i nie sądziłam, żeby miały z tym cokolwiek wspólnego nawet najlepsze argumenty mojego ojca.
– Jakie mamy plany na weekend? – spytałam gdy wreszcie udało mi się złapać oddech.
Wzruszył ramionami. Pełen samozadowolenia uśmiech nie schodził mu z twarzy.
– Lucas planował zabrać Sarę nad morze, pomyślałem, że może my też się przyłączymy.
Morze… tutejsze morze w niczym nie przypominało wzburzonej, uderzającej o skały wody otaczającej wyspę. Było błękitne i przejrzyste, a plaża pełna była niemalże białego piasku. Poza tym to, że Alex sam proponował wycieczkę w towarzystwie, również stanowiło miłą niespodziankę. Skinęłam głową, uznając, że to naprawdę cudowny pomysł, ale nie dał mi nic powiedzieć, ponownie wracając do łakomego całowania. Może nie zawsze będzie łatwo, ale przynajmniej teraz, tutaj, w Ameryce, wreszcie czułam się wolna, spełniona i naprawdę miałam ochotę by żyć i czekać na to co przyniesie ze sobą nowy dzień.
The End