Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

     – Skąd mogliśmy wiedzieć, że Władca Demonów pojawi się tu osobiście? – zakapturzona postać zwróciła się cicho do Vivien.

    Stali tuż na granicy lasu. Chcieli być w miejscu do którego nie dociera magia elfów. 

    – To nawet lepiej – uśmiechnęła się wiedźma patrząc na mężczyznę z groźnymi błyskami w oczach. – Uważam, że nie powinniśmy zmieniać planów. Zmienimy jedynie ich obiekt.

    Mężczyzna skinął głową.

    – To nasza ostatnia szansa. Nie udało ci się jej zabić przy pomocy czarnej magii, nie pomogło także rozdzielenie magicznej więzi, twoja umowa z Kelpie okazała się nic nie warta. Nie zawiedź i tym razem wiedźmo.

    Kobieta spojrzała na niego urażona.

    – Jestem jedyną osobą, jaką macie w Radzie Sojuszu. Musicie na mnie polegać – warknęła. – Nie macie innego wyjścia.

    – Na twoim miejscu nie byłbym tego taki pewien – powiedział rozbawiony i zniknął w gęstej, porannej mgle. 

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Tej nocy Łowca i jego przyjaciele spali w gościnnych komnatach Złotego Dworu. Rankiem Devor stawił się na zgromadzeniu Sojuszu Zjednoczonych Królestw. Posiedzenie odbywało się na samym szczycie wysokiej, wschodniej wieży. Komnata w której się wszyscy zebrali była przytulnie urządzonym, okrągłym pomieszczeniem. Na dole przy schodach stało czterech elfich strażników, przed samymi drzwiami pokoju, dwóch kolejnych. Na środku sali znajdował się stół, na którym rozłożone były mapy. Pod ścianami stały wysokie, wygodne fotele. Połowa z nich była już zajęta. 

    Łowca wszedł do środka pewnym krokiem i zajął miejsce przy boku swojego ojca Wilhelma Vayandara, króla Terony. W komnacie oprócz nich znajdowało się jeszcze pięć osób. Byli tam Leldorin, wraz ze swoim ojcem, królem Travianem, wodzem leśnych elfów i panem w Silva Magna – Wielkim Lesie oraz starszym bratem Erevanem. Pod ścianą, najdalej od drzwi, siedział rozparty w głębokim fotelu Marcus Aquila Verreauxii, Lord Północnych Ziem i Władca Demonów, a obok niego, z ponurą miną przycupnął, znienawidzony przez Devora, Matthew. Łowca nienawidził demona z całego serca. Nie dość, że reprezentował sobą wszystko co było w tej rasie najgorsze, to jeszcze śmiał go oszukać i podstępem wkraść się do jego własnego domu oraz w pobliże jego ukochanej siostry, która zaczęła dla Devora w ciągu ostatnich tygodni znaczyć o wiele więcej, niż cała jego dotychczasowa rodzina. 

    Nie czekali długo, kiedy do zgromadzonych dołączyły dwie kobiety. Jedną z nich była Vivien. Towarzyszyła swojej mistrzyni, Pani Doliny Cienia, Anastazji. Kobieta wyglądała na bardzo wiekową. Gdy usiadła w fotelu, młodsza towarzyszka otuliła ją starannie ciepłym, wełnianym pledem. Na koniec do komnaty wszedł król Tertulian Ardanien w towarzystwie smukłej dziewczyny o zielonej połyskującej skórze i srebrnych włosach. Łowca wiedział, że to posłanka świata cieni, leśna bogini o wdzięcznym imieniu Anas. 

    Teraz byli tu już wszyscy. Pierwszy raz od kilkudziesięciu lat na obradach zebrali się przedstawiciele wszystkich czterech ras.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Przyjaciółki siedziały na trawie w przepięknym, pałacowym ogrodzie. Otaczały ich krzewy żółtych i pomarańczowych róż. Eliza zdecydowała się przedstawić im Myo i teraz zarówno Sylwia jak i Wika rozpływały się nad urodą i niezwykłością małej wróżki. Istotka wirowała dookoła nich tańcząc w powietrzu, zachwycona poświęcaną jej uwagą i entuzjazmem. 

    Po pewnym czasie zbliżyła się do nich, ubrana w białą szatę, niezwykłej urody elfka. Miała długie kruczoczarne włosy, opadające na ramiona burzą czarnych loczków. Jej fiołkowe oczy wydały się Elizie wypełnione bezgranicznym smutkiem i tęsknotą, była w nich jednak też jakaś dziwna determinacja.

    – Jestem Aveel – przedstawiła się podchodząc do siedzących na trawie dziewczyn. – Mój ojciec, król Ardanien, prosi was, żebyście udały się do komnaty narad.

    Przyjaciółki popatrzyły po sobie zdziwione. Królewna nie zamierzała słuchać niczyich rozkazów, ale tym razem ciekawość zwyciężyła i wszystkie cztery podążyły za elfką.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Minęły strażników i krętymi schodami doszły do przytulnie urządzonego pomieszczenia na szczycie wieży. Kiedy weszły do środka burzliwa dyskusja jaką toczyli zebrani natychmiast ucichła. Eliza rozejrzała się po komnacie. Spostrzegła, że wszyscy, po za samym gospodarzem i siedzącą koło niego zielonoskórą kobietą, rzucają co jakiś czas nieufne, lękliwe i pełne wrogości spojrzenia w kierunku siedzących w głębi pomieszczenia demonów. Lord Marcus zachowywał się tak, jakby nie zauważał otaczającej go napiętej atmosfery. 

    Matthew na widok wchodzącej do komnaty Elizy przybrał na twarz chłodną, obojętną maskę. Dziewczyna postanowiła go po prostu ignorować. Później znajdzie czas, żeby z nim porozmawiać sam na sam, a rozmowa ta na pewno nie będzie miła. 

    – Teraz nareszcie jesteśmy w komplecie – oznajmił z delikatnym uśmiechem elfi król ze Złotego Dworu. – Poznajcie proszę panienki Weronikę Kownacką, która, jeżeli się zgodzi, będzie przedstawicielką świata zewnętrznego oraz Sylwię Gorianov, czarownicę mówiącą w imieniu swojego rodu. – Spojrzał pytająco na unoszącą się nad ramieniem Elizy wróżkę. – Tej panienki się tutaj nie spodziewałem i z przykrością muszę przyznać, że nie znam jej imienia. Czy zechcesz jednak reprezentować królową Ainę wróżko?

    Myo zmieszała się odrobinę i szepnęła coś do ucha Elizy.

    – To Myosotis, moja towarzyszka. Zgadza się bronić interesów królowej baśniowego ludu, ale mówi, że nie jest już dłużej jej poddaną.

    Elf obdarzył królewnę pełnym uznania uśmiechem. 

    – Wszyscy znacie zapewne także moją córkę, Aveel. Zostanie na obradach u mojego boku.

    Wskazał Sylwii, Wice i Aveel wolne fotele. Eliza została na środku komnaty zupełnie sama. Nie do końca wiedziała co ma ze sobą zrobić. Cieszyła się, że przynajmniej Myo ciągle unosi się nad jej ramieniem,

    – Chciałbym wam także przedstawić  – kontynuował elf spokojnym głosem – Elysoun Bellis Miye Maes, Kwiat Zachodzącego Słońca, Królewnę z rodu Ardanienów, Lady Północnych Ziem i jedyną córkę Lorda Marcusa Aquila Verreauxii, Władcy Demonów.

    W komnacie zapanowała cisza, a potem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Eliza stała wpatrując się niedowierzająco w Marcusa, na którego twarzy błąkał się teraz zadowolony uśmieszek. Przerzuciła spojrzenie na Szarookiego.

    „To dlatego nie chciałeś mi niczego powiedzieć?” – syknęła z wyrzutem nawiązując z demonem myślowy kontakt.

    „Teraz rozumiesz?” – spytał niepewnie, a jego obojętna maska opadła. Patrzył na królewnę pełnym nadziei wzrokiem.

    „Tak, rozumiem i za to nienawidzę cię jeszcze bardziej.” – oznajmiła, ale nie zerwała kontaktu z chłopakiem.

    Szarooki wzdrygnął się zaskoczony. W jego umyśle pojawił się przeogromny smutek i ból. W tej formie kontaktu nie można było kłamać. Jeżeli dziewczyna oznajmiła, że go nienawidzi, to czuła tak naprawdę.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Leśna bogini, Anas, wstała. Jej srebrzysta, mocno uwydatniająca kształtne ciało tunika, zafalowała. Materiał niesamowicie kontrastował z jej zielonkawą skórą.

    – Czy uznajecie w królewnie Elysoun dziecko z przepowiedni? – spytała dźwięcznym głosem.

    – Może i jest przedstawicielką trzech ras, ale nie ma w niej ani kropli ludzkiej krwi – odezwała się Vivien. 

    – Wiedźma ma rację – przytaknął kobiecie ojciec Devora. – Nie może reprezentować ludzkiej rasy, nie ma w tym żadnego interesu.

    – Proroctwo nie mówi o tym, że w jej żyłach ma płynąc ludzka krew – wtrącił cicho Leldorin. – Przepowiednia głosi jedynie, że wśród ludzkiej rasy odnajdzie swoją rodzinę.

    Aveel popatrzyła na elfa swoimi pięknymi fiołkowymi oczami z wyrzutem, jakby miała mu za złe, że odezwał się w obronie dziewczyny.

    – To nie zmienia faktu, że nie o niej mówi proroctwo – uśmiechnęła się Vivien.

    – Właśnie, że zmienia – wtrącił się Łowca. – Mamy tę samą matkę. Eliza jest moją siostrą.

    Wśród zebranych rozległ się niedowierzający pomruk.

    – Czy to prawda Wilhelmie? – spytał Travian, wódz leśnych elfów, zwracając się do króla Terony. – Matką Devora jest driada?

    – Tak, to prawda – niechętnie przyznał tamten. – Nie mogę powiedzieć jednak, że ta sama nimfa urodziła królewnę Elysoun.

    – Ja mogę – powiedział Łowca pewnym głosem. – Sama mi to powiedziała, tuż przed śmiercią. Byłem ostatnią osobą dla której tańczyła.

    – W takim razie ustalone – ucieszył się król z Turris Aurarius. – Miło mi także poznać mojego wnuka – spojrzał na Devora uśmiechając się delikatnie. – Czy ktoś jeszcze zgłasza jakieś zastrzeżenia?

    – Ja, ojcze – odezwała się Aveel delikatnym głosem. – Mamy na to tylko ich słowa. Sprawdźmy czy mówią prawdę. 

    – Zgoda – odpowiedział gospodarz.

    Elfia dziewczyna wstała i podeszła do Elizy. Wzięła ją za rękę i zaczęła śpiewać. Wraz z narastaniem jej głosu po pokoju powoli snuła się świetlista sieć. Sięgała coraz dalej i dalej. Otoczyła kołem królewnę, a potem zatrzymywała się przy niektórych osobach, a inne zupełnie omijała. Kiedy Aveel skończyła pieśń świetliste koła otaczały oprócz królewny jeszcze Marcusa, Devora i  Tertuliana.

    – Więc teraz nasze słowa są już potwierdzone? – spytał cichym, groźnym głosem Władca Demonów. Zebrani niechętnie skinęli głowami. – W takim razie przejdźmy do rzeczy. Chciałbym jak najszybciej się da opuścić to miejsce. 

    – Wszyscy chcemy mieć to za sobą Marcusie – powiedziała uspakajająco Anas.

    Aveel usiadła z bardzo nieszczęśliwą miną. Eliza ciągle stała na środku komnaty nie wiedząc co ze sobą zrobić. Bardzo jej się nie podobało, że ciągle mówią o niej, jakby była rasową świnką morską, a nie myślącą istotą. Wyglądało to tak, jakby po prostu mieli zamiar ją przehandlować. W tym momencie nienawidziła nie tylko Szarookiego.

    – W takim razie, jeżeli wszyscy się zgadzamy, niech dokona wyboru – odezwał się wódz leśnych elfów. – Zgodnie z postanowieniami traktatów i słowami proroctwa, przyprowadziłem mojego najmłodszego syna, księcia Leldorina z Silva Magna, Czarodzieja Białej Magii.

    Złotowłosy elf wstał niechętnie i podszedł do królewny. Wyglądał jak z obrazka. Bardzo smutnego malowidła. Skłonił przed dziewczyną głowę. Milczał. Teraz odezwał się Władca Demonów.

    – I ja przyprowadziłem swojego kandydata. Książę Matthew Corvidae, Czarny Rycerz i Pan Zaginionego Królestwa. – powiedział to z drwiącym uśmieszkiem błąkającym się w kącikach ust.

    Szarooki spojrzał na Elizę przepraszająco i stanął u boku Leldorina. Devor patrzył zszokowany na demona. Na jego twarzy malował się gniew.

    – To ty musisz dokonać wyboru – powiedział król Tertulian Ardanien, pierwszy raz kierując jakiekolwiek słowa bezpośrednio do dziewczyny.

    To przekroczyło wszelakie granice. Królewna już po prostu nie była w stanie więcej wytrzymać.

    – Czy wy naprawdę wszyscy uważacie, że możecie się tak po prostu pojawić i decydować o moim życiu? – wrzasnęła. – Przez dwadzieścia lat nic was nie obchodziłam! Teraz przychodzicie do mnie i mówicie, że to ode mnie zależy pokój na świecie! Nie obchodzą mnie wasze idiotyczne wojny, gdybyście byli chociaż odrobinę mądrzejsi już dawno sami byście sobie z tym wszystkim poradzili. Jestem dla was jedynie pretekstem! – dziewczyna rozkrzyczała się już na dobre. – Nie będę waszą cholerną marionetką. Nie zamierzam poślubić żadnego z waszych kandydatów. To nie o mnie mówi to idiotyczne proroctwo. – Spojrzała wymownie na Władce Demonów. – Ojcze – powiedziała drwiąco – naprawdę sądzisz, że możesz się tak po prostu pojawić i decydować o tym co mam robić? Do tego jeszcze miałeś zamiar wydać mnie za jednego ze swoich pupilków, żeby dzięki niemu mieć dziedzica? Niedoczekanie twoje! – Teraz wściekłym spojrzeniem omiotła Tertuliana. – Dziadku, jesteś osobą ślepą lub zupełnie bez serca. Za Leldorina powinieneś wydać swoją córkę, Aveel, ponieważ jest w nim zakochana bez pamięci. Ja nie jestem i nigdy nie będę. – Dziewczyna pokręciła głową. Miała zdeterminowaną i ponurą minę. – Chcę tylko, żebyście wszyscy zostawili mnie w spokoju i nie wtrącali się do mojego życia!

    „Na podłogę i zakryj uszy” – warknęła w myślach do Matthew, sama łapiąc ciągle unoszącą się przy niej wróżkę. 

    Potem krzyknęła. Dźwięk był naprawdę niesamowity. Szyby w oknach popękały. Zebrane w komnacie osoby osuwały się na podłogę, najpierw te o najwrażliwszym słuchu, a potem także i ludzie. Kulili się w sobie, starając się nie dopuścić do siebie krzyku. Było jednak za późno. Wystarczyło, że usłyszeli sam początek. Po kilku długich, ciągnących się w nieskończoność minutach Eliza przestała. Rozejrzała się wokół po nieprzytomnych osobach. Na nogach stali tylko Devor, Wika i Sylwia. Matthew chwiejnie podnosił się z podłogi. Łowca patrzył szeroko otwartymi ze zdumienia oczami.

    – Coś ty zrobiła? Jak? – zapytał mętnie.

    – Potem – odparła szybko Sylwia. – Wynośmy się stąd!

    „Jakim cudem nic im nie jest?” – Szarooki zadał gnębiące go pytanie. – „Przecież nie mogłaś ich uprzedzić…”

    „Owszem mogłam i uprzedziłam wcześniej. Sylwia podała im specjalną mieszankę przytępiającą słuch. Tylko Devor o niczym nie wiedział. Nie byłam przekonana czy dam radę, ale jak widać podziałało…”

    „Mnie nic nie podawała…”

    „Nie byłam pewna czy włączę cię w moje plany… Musiałam jednak to zrobić przez wzgląd na tą cholerną więź więc nie pochlebiaj sobie za bardzo.”

    Eliza wypuściła z objęć skuloną ze strachu Myo. Wyszli razem z komnaty. Dla trio demona, Łowcy i Wiki elfi strażnicy nie stanowili najmniejszego problemu. Przyjaciele rzucili się biegiem przez Złoty Pałac.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

      Pierwszy ocknął się Władca Demonów. Niepewnie usiadł na podłodze. Rozejrzał się wkoło. Niektórzy zaczynali już dochodzić do siebie. Zaczął się głośno śmiać.

    – Moja córka – wyszeptał cicho z prawdziwą dumą w głosie. 

    Teraz już rozumiał co kierowało Matthew. Dziewczyna miała swój niepowtarzalny charakter. Był ciekaw jak na jej bunt i ucieczkę zareagują inni. Sam zamierzał jej bronić za wszelką cenę.

    Wódz elfów z Silva Magna wstał chwiejnie z fotela na który się osunął, gdy stracił przytomność. Rozejrzał się po komnacie.

    – Uciekła! Musimy ją odnaleźć!

    – Po co? – zdziwił się król Ardanien, a delikatny uśmiech satysfakcji błąkał się w kącikach jego ust. – Ona już dokonała wyboru. Widzisz tu gdzieś księcia Corvidae? Bo ja nie.

    – Ale mój syn… – zaczął tamten.

    – Leldorin chyba jest zadowolony z tego wyboru.  

    Tertulian wskazał głową na klęczącego na podłodze elfa. Czarodziej trzymał w ramionach dochodzącą do siebie Aveel. Obydwoje patrzyli sobie w oczy. Wyglądali tak, jakby znaleźli się w jakimś swoim własnym, zupełnie odizolowanym świecie.

    – Ojcze – odezwał się po raz pierwszy tego wieczoru książę Erevan. – To była słuszna decyzja. Wreszcie w świecie magii zapanuje pokój. Pozwól mojemu bratu być szczęśliwym.

    – Jeżeli taka jest jego wola – Travian spojrzał czule na najmłodszego syna. – Niech więc tak będzie. Dostaną moje błogosławieństwo.

    – Świetnie, chyba rozwiązaliśmy wszystkie nasze problemy? – zadowolonym głosem zapytała Anas.

    Kruczowłosa elfka, dochodząca do tej pory do siebie, usiadła gwałtownie, odsuwając się od Leldorina.

    – Nie ojcze! Przeciwnicy pokoju za chwilę zaatakują pałac! To moja wina! Ja nas zdradziłam!

    Wszyscy spojrzeli na nią zdumieni.

    – Jeszcze nie jest za późno – odezwał się pewnie Marcus. – Skontaktuję się z moimi strażnikami. Musimy działać wspólnie Tertulianie.

    – Jak za dawnych czasów, przyjacielu – odezwał się w odpowiedzi król wysokich elfów, z szerokim uśmiechem na ustach.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Rebelianci wdarli się do Złotego Pałacu. Planowali zabić królewnę Elysoun. Za wszelką cenę nie mogli dopuścić do spełnienia się przepowiedni. Ich oddziały wycinały sobie krwawą drogę na szczyt wschodniej wieży. Zablokowali schody wysyłając śmiertelnie niebezpieczne, zabijające dotykiem cienie, żeby mieć pewność, że dziewczyna nie zdoła im uciec.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Biegli krętymi korytarzami Złotego Dworu. Chcieli znaleźć się jak najszybciej na zewnątrz. Musieli opuścić las wysokich elfów, żeby uwolnić się od działania ich magii. 

    – Tędy – krzyknął Devor prowadząc ich do stajni. 

    Tak jak liczyły na to dziewczyny, postanowił wziąć udział w ich planie. Nie miał zamiaru zostawić Elizy samej, po za tym była z nimi jeszcze Wika. Kiedy dobiegli zaczął wyprowadzać konie.

    – Nie – zaprotestował Matthew. Wszyscy spojrzeli na niego pytająco. – Weźmiemy nasze konie. Będzie znacznie łatwiej.

    – To coś? – warknął Łowca. – Oszalałeś?! Odmawiam!

    – Eliza? – Sylwia zwróciła się do dziewczyny. To był jej plan i do niej powinna należeć ostateczna decyzja.

    Królewna spojrzała na Matthew, a potem skinęła głową.

    „Ufam ci.” – przesłała mu szybką myśl.

    „Chociaż tyle.” – odpowiedział smutno tą samą drogą.

    Osiodłali groteskowo wyglądające konie demonów. Bestie, kiedy usłyszały głos Szarookiego, dały się bez problemów wyprowadzić przed stajnię. Miały dziwaczne siodła, z czymś w rodzaju zabezpieczających przed upadkiem szelek.

    – Jest ich tylko cztery… – zauważyła Wika.

    – Tak, Eliza pojedzie ze mną. Hebanus da radę ponieść nas obydwoje. – Spojrzał z czułością na czarnego jak noc, wychudzonego konia. Tamten odwrócił pysk w jego stronę i zarżał cicho,  jakby wszystko rozumiał.

    Królewna chciała zaprotestować, ale usłyszeli jakieś zamieszanie. Uznali, że nie ma czasu do stracenia i zaprzestali dalszych dywagacji. Dosiedli dziwnych, wyglądających jak żywe trupy koni. Devorowi przypadł w udziale największy, należący do Marcusa siwek, Wika dosiadła smukłej kasztanki, a Sylwia zajęła miejsce w siodle najmniejszego ze stada rudzielca. 

    – Co teraz? – spytała Wika, kiedy okazało się, że żadne z nich nie jest w stanie zmusić konia do zrobienia chociażby jednego kroku.

    Łowca patrzył wściekłym wzrokiem na Szarookiego.

    – Załóżcie szelki – wyjaśnił spokojnie chłopak. – Później po prostu siedźcie w siodłach i starajcie się mocno trzymać. Polecą za mną.

    – Polecą? – wytrzeszczyła oczy Sylwia.

    Pytanie zadała jednak za późno, bo Matthew już posadził w siodle przed sobą Elizę, która tuliła do siebie Myo. Chwycił wodze, obejmując przy tym królewnę ramionami. Z boków konia wyrosły olbrzymie, czarne, pierzaste skrzydła. Potem koń stanął dęba i wzbił się prawie pionowo w powietrze. Trzy pozostałe poszły jego śladem.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    – Nie ma jej w pałacu! – krzyknął zakapturzony mężczyzna. – Nasi magowie to czują! Zastawili na nas pułapkę! Ktoś musiał zdradzić!

    – Wycofać się! – wrzasnął inny, sprawiający wrażenie dowódcy. 

    Na to jednak było już za późno. Drzwi wieży z hukiem wyleciały z zawiasów. Białe światło zalało schody i stojące na nich cienie. Wszystkie te, które się z nim zetknęły, natychmiast wyparowywały w kłębach czarnego dymu. Z przeciwnej strony nadchodzili strzegący Złotego Dworu gwardziści. Rebelianci zostali uwięzieni w pułapce. 

    Zakapturzony starzec wyszeptał kilka słów i rozmył się w powietrzu, zostawiając swoich ludzi na pewną śmierć. Strzała ze świetlistego łuku leśnej bogini trafiła dowódcę wrogiego oddziału prosto w serce. Buntownicy, widząc śmierć swojego kapitana, zaczęli składać broń.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Aveel klęczała przed tronem swojego ojca. Wpatrywała się w ziemię. Milczała. Pobladły Leldorin stał nieopodal zaciskając ręce w pięści. 

    – Dlaczego nas zdradziłaś córko? – mimo, że domyślał się jej motywów, musiał o nie zapytać.

    – Z miłości ojcze. Nie mogłam pozwolić by moja siostrzenica poślubiła księcia Leldorina.

    – Twoje uczucia i własne korzyści postawiłaś wyżej, niż pokój w czterech królestwach?

    – Tak, ojcze – przyznała cicho.

     – Nie jesteś już moją córka i nie należysz więcej do rasy wysokich elfów. – Mimo, że słowa te sprawiały królowi Ardanienowi ból, musiał je wypowiedzieć. Cieszył się, że prawo pozwala mu skazać córkę na banicję, a nie od razu na śmierć. – Musisz opuścić to miejsce. Nie ma dla ciebie powrotu.

    – Rozumiem ojcze – odparła cicho. – Spakuję swoje rzeczy i odejdę przed zachodem słońca. 

    Wstała z kolan i wyszła z komnaty, ani razu nie podnosząc wzroku. 

    – Leldorinie – elfi czarodziej usłyszał cichy szept ojca. – Jeżeli naprawdę ją kochasz, to idź za nią. Nie ma takiego prawa, które zakazuje banitce zamieszkać w Silva Magna.

    Złotowłosy książę zaskoczony spojrzał na ojca, a potem szybkim krokiem wyszedł z komnaty za oddalającą się dziewczyną. Wódz leśnych elfów podszedł do króla Tertuliana i położył mu rękę na ramieniu.

    – Dziękuję ci – wyszeptał tamten wzruszony, zarówno tym gestem jak i propozycją Teruviana.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Vivien była w swojej komnacie. Przeklinała głośno we wszystkich znanych sobie językach. Podniosła z szafki porcelanową misę z wodą i  rzuciła nią o ścianę. Kwiecista miednica roztrysnęła się na setki małych kawałków. W migdałowych oczach kobiety widać było niebezpieczne błyski. 

    Usłyszała ciche pukanie. Z furią otworzyła drzwi. Do pokoju wszedł ojciec Devora, król Terony.

    – I co teraz? Elfka nas zdradziła. Dobrze, że nie wiedziała o naszym udziale w tym planie. – powiedział cicho Wilhelm. – Mój cholerny syn uciekł z tą dziewczyną. Spodziewałem się, że raczej stanie po naszej stronie. Nienawidzi demonów przynajmniej tak samo mocno jak ja. 

    – Nie mam zielonego pojęcia! Nasz plan tylko pomógł proroctwu! Te cholerne elfy są teraz w świetniej komitywie z Marcusem i tą zieloną dzikuską. Nic nie jednoczy tak bardzo jak walka ramię w ramię ze wspólnym wrogiem!

    Nagle w pokoju pojawił się znikąd zakapturzony mężczyzna. Zsunął z twarzy kaptur, ukazując im swoje stare, pomarszczone oblicze.

    – Spokojnie moi drodzy. Ostateczna bitwa ciągle przed nami. Jeszcze nie udało im się wygrać. – na jego twarzy zagościł ciepły, rozmarzony uśmiech.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Lecieli już od dobrych dwóch godzin. Eliza siedziała wygodnie, opierając się plecami o tors Szarookiego. Devor dosiadał demonicznego konia ze skonsternowaną miną, z oczu Sylwii w dalszym ciągu nie zniknął strach, za to Wika bawiła się świetnie. Nauczyła się nakłaniać rumaka, żeby robił to czego ona sobie życzyła i w ten sposób lecieli zataczając dziwne pętle, to przyspieszając, to zwalniając, od czasu do czasu pikując w dół, a potem gwałtownie unosząc się w górę. Królewna uśmiechnęła się na widok czystego szczęścia na twarzy przyjaciółki. Myo spała smacznie, zwinięta w kulkę, w jej ramionach.

    „Dokąd lecimy?” – spytała w myślach Matthew, żeby nie musieć przekrzykiwać szumu wiejącego na tej wysokości silnego wiatru.

    „Do mojego domu” – odpowiedział, zdziwiony, że dziewczyna się w ogóle do niego odezwała. – „Eliza… co ja mam zrobić?”

    „Jak to co?” – zapytała zdziwiona.

    „Nienawidzisz mnie.” – razem z tymi słowami przekazał jej cały swój ból i pustkę. 

    „Owszem” – odpowiedziała chłodno.

    „Proszę… jeżeli mnie nie chcesz, nie będę cię do niczego zmuszał, ale bądźmy przynajmniej przyjaciółmi.”

    „Jak mam przyjaźnić się z kimś, kto mnie okłamał i zdradził? Dodatkowo jeszcze chciałeś oddać Marcusowi MOJE dziecko.”

    „Jakie dziecko?” – zdziwił się Szarooki.

    „Mówiłam ci już, Myo podsłuchała waszą rozmowę. Chciałeś mu oddać naszego pierworodnego.”

    Matthew był wyraźnie skonsternowany. 

    „Niech może ta twoja poczwarka nauczy się lepiej podsłuchiwać… Twój pierworodny będzie dziedzicem Północnych Krain. Jesteś jedynym dzieckiem Marcusa. Demony są jak wilki albo orły. Przez całe życie mają tylko jednego partnera… a, że w jego przypadku padło na driadę, to sama widzisz…”

    Eliza zamrugała. Nie do końca zrozumiała, co powiedział Szarooki.

    „Jak to?” – zapytała niepewnie.

    „Normalnie” – odparł zdziwiony, że tego nie wiedziała. – „Twój ojciec zakochał się w twojej matce i powstałaś ty. Ponieważ ona była driadą, została w swoim lesie przy swoim drzewie. Potem odeszła, tańcząc dla Łowcy swój ostatni taniec. Stała się jednością ze swoim dębem.”

    „Zakochał?” – spytała głupio.

    Chłopak westchnął.

    „Nic nie wiesz o naszej rasie, prawda?”

    Królewna musiała się zgodzić z Szarookim. Znała jedynie to, co przekazywali sobie ludzie w legendach. Sama już zorientowała się, że niewiele z tego było prawdą.

    „Nie jesteśmy jak ludzie. Kiedy odnajdujemy swoją partnerkę zaczyna łączyć nas specyficzna więź. Powstała po to, żeby pomóc nam chronić nasze kobiety. Zawsze wiem gdzie jesteś. Czuję kiedy coś ci grozi. To, że Leldorin połączył nas zaklęciem, tylko wzmocniło magię, która już w nas istniała. Dlatego ta więź jest taka silna. Możliwe, że to dzięki niej możemy rozmawiać w ten sposób.”

    „Co, jeżeli taka kobieta was nie zechce?” – spytała dziewczyna myśląc o swojej matce i Lordzie Marcusie. – „Czy zaczyna was wtedy łączyć więź z inną?”

    Chłopak wzruszył ramionami.

    „Nie. Wtedy żyjemy i umieramy samotnie.”

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Po kilku godzinach lotu zobaczyli przed sobą wielkie czarne zamczysko. Ze środka słonecznego dnia wfrunęli w mrok. Dookoła uderzały pioruny. Przy strzelistych wieżach, głośno kracząc, latały kruki i wrony. Zamek stał na prawie pionowej skale, nad głębokim urwiskiem. W dole pieniło się rozszalałe morze. Wszystko to przedstawiało sobą upiorny obraz. 

    – Tutaj mieszkasz? – spytała przestraszona dziewczyna.

    – Aha – odparł z uśmiechem na twarzy. – Mówiłaś, że mi ufasz. Pamiętasz?

    Królewna niechętnie skinęła głową. Było jej już wszystko jedno. Dalej nie mogła sobie poukładać w myślach, tego co powiedział jej wcześniej. 

    Zaczęli zbliżać się do lądowania. Kiedy tylko demoniczne zwierzęta dotknęły kopytami zamkowego dziedzińca wokół pojaśniało. Czerwona cegła z której zbudowany był zamek prezentowała się okazale w promieniach zachodzącego słońca. Zapanowało wielkie poruszenie. Na dziedziniec zbiegali się ludzie. Matthew zeskoczył z siodła. Podniósł delikatnie Elizę i postawił ją obok siebie.

    – Witaj w moim domu – uśmiechnął się do niej wesoło. – Oto Zaginione Królestwo.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Otoczeni wianuszkiem nadskakującej im służby, szli szerokim korytarzem zamku. Wyglądało na to, że wszyscy cieszą się i wiwatują na widok swojego pana. Jakiś starszy mężczyzna podbiegł do Szarookiego z potężnym plikiem dokumentów.

    – Książę! Wasza wysokość! Jak dobrze panie, że wróciłeś. Mamy tyle niecierpiących zwłoki spraw!

    Matthew pokręcił głową.

    – Falgharze, nie po to mianowałem cię zarządcą, żeby samemu się wszystkim zajmować. Do tej pory, pod moją nieobecność świetnie sobie radziłeś. Myślę, że moje przybycie nie odebrało ci rozumu… dlatego w tej chwili zabieraj te papiery z moich oczu!

    Mężczyzna zarumienił się cały i kłaniając się wycofał w głąb korytarza. Szarooki prychnął rozbawiony. Łowca miał marsową minę. Coś go wyraźnie dręczyło.

    – O co chodzi Devorze? – zaciekawiła się Eliza. – Wyglądasz jakbyś połknął kij od szczotki.

    Blondyn nie wytrzymał. Obrzucił siostrę ponurym spojrzeniem.

    – Wszyscy tutaj… – zaczął jakby chcąc coś z siebie wydusić – to są zwyczajni ludzie!

    Matthew obrzucił go na wpół zaskoczonym, na wpół rozbawionym spojrzeniem.

    – A myślałeś, że co tu zastaniesz? Hodowlę białych króliczków?

    – Ale demony… – odparł tamten zmieszany.

    – Demony co? – weszła mu w słowo Wika. – Nie wiem czy zauważyłeś, ale ludzie nie mają zielonego pojęcia o żadnej z pozostałych ras. Obchodzą ich tylko oni sami. 

    Łowca zamilkł zmieszany.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Spędzili w Zaginionym Królestwie bardzo przyjemny tydzień. Codziennie jeździli zwiedzać wyspę, która wbrew pozorom, wcale nie okazała się mała. Eliza zakochała się w rosnących na niej lasach i wrzosowiskach.

    Królewna i Szarooki zawarli cichy rozejm. Nie gryźli się nawzajem, ale odnosili się do siebie chłodno i trzymali na dystans. Tylko od czasu do czasu Matthew rzucał jej zasmucone spojrzenia od których nie był w stanie się powstrzymać. Za to Myo za każdym razem fukała na demona po czym trwożliwie chowała się za plecami Elizy.

    Między Devorem, a Wiką sytuacja układała się znacznie lepiej. Trzymali się za ręce i patrzyli na siebie maślanym wzrokiem. Tego dnia odłączyli się od reszty grupy szalejąc na demonicznych koniach, do których dziewczyna w jakiś tajemniczy sposób przekonała Łowcę. Planowali romantyczny piknik na wrzosowisku. 

    Sylwia nie czuła się najlepiej. Została w swojej komnacie otoczona przez nadskakującą jej służbę.  Czarownica, kąpiąc się w zimnym strumieniu, złapała jakieś paskudne przeziębienie i nie miała zamiaru dzielić się nim z przyjaciółmi.

    Myo latała zauroczona nad pełną barwnych kwiatów łąką. Eliza śmiała się jadąc w pełnym galopie na jabłkowitej, smukłej klaczy. Już dawno przekonała się, że te dziwaczne konie są znacznie mądrzejsze od zwykłych zwierząt i szybko nauczyła się nimi kierować. Były także szybsze, silniejsze i wierniejsze od normalnych wierzchowców. No i przede wszystkim potrafiły też latać.

    „Ścigajmy się do tamtego wzgórza” – zaproponował Matthew , wskazując dziewczynie szczyt wrzosowiska.

    Roześmiała się wesoło i nie fatygując się odpowiedzią popędziła we wskazanym kierunku. Szarooki z wesołym uśmiechem na twarzy pognał za nią. Szarotka, co prawda, była bardzo szybkim koniem, ale żaden w stajni nie mógł równać się pod tym względem z Hebanusem, dziewczyna więc nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia trochę oszukując.

    – Jak tu pięknie! – pisnęła kiedy dojechali na szczyt.

    W dole pagórka płynął krętą ścieżką strumień. Widać było także spadający ze skał niewielki wodospad. Całe pole pod nimi porośnięte było wrzosami, we wszystkich możliwych kolorach, od jasnej bieli, poprzez róż, aż do ciemnego fioletu. Dalej rozciągał się przepiękny mieszany las.

    Szarooki uśmiechnął się do niej.

    – Już dawno chciałem ci pokazać to miejsce.

    Zeskoczyli z siodeł i usiedli na trawie. Upiorne konie pobiegły luzem ganiając się po wrzosowisku. Nie potrzebowały normalnego jedzenia, lubiły się jednak wyhasać. Nie musieli się martwić, że uciekną. Zawsze bez oporów reagowały na głosy swoich jeźdźców. Siedzieli tak dłuższą chwilę w milczeniu. Eliza poczuła straszną ochotę, żeby przytulić się do chłopaka. Nie chciała tego. Wstała szybko. 

    – Pójdę poszukać Myo. Niedługo wracam.

    Spojrzał na nią uśmiechając się smutno.

    – Jasne – odpowiedział tylko.

    Królewna zbiegła w dół zbocza wołając imię wróżki.

    Note