Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Mirios, Garnizon Gwardii

    Gabinet dowódcy gwardii był jasno oświetlonym, przestronnym pomieszczeniem, o bardzo surowym wystroju. Kamienne, chłodne ściany nie były ozdobione żadnymi obrazami czy draperiami. Na drewnianej podłodze nie było nawet maleńkiego dywanika. Na środku komnaty stało biurko, przy nim zaś wysoki fotel. Pod ścianami znajdowało się kilka regałów, zapełnionych różnego rodzaju księgami i zwojami. Po przeciwległej stronie pokoju wisiały dwie skrzyżowane szable.

    Sam właściciel pomieszczenia, Gilbert Dujon, wręcz idealnie do niego pasował. Dowódca gwardii był szczupłym, wysokim mężczyzną około trzydziestki. Był gładko ogolony. Miał krótko ścięte, schludnie przyczesane blond włosy, tak jasne, że czasami wydawały się prawie białe. Jego niebieskie oczy były zimne jak lód. Wystarczyło jedno spojrzenie w jego ponurą twarz, by móc stwierdzić, że jest człowiekiem okrutnym i bezlitosnym. Po krótkiej ocenie jego wyglądu i zaciętego wyrazu twarzy, nabierało się pewności, że nie cofnie się przed niczym.

    Teraz stał na środku gabinetu z uśmiechem perfidnej satysfakcji malującym się na wąskich wargach. Trzymał mocno młodą dziewczynę, wykręcając jej ręce do tyłu. Kiedyś musiała być bardzo ładna, w tej chwili jednak jej jasne włosy, w kolorze dojrzałego zboża pszenicy, były splątane i brudne. Opadały dziewczynie lepkimi strąkami na plecy sięgając prawie pasa. W jej szaro-niebieskich oczach malowało się przerażenie. Na sobie miała postrzępioną lnianą koszulę i spodnie do konnej jazdy. Mężczyzna chwycił ją za włosy i przekręcił jej głowę tak, żeby musiała na niego spojrzeć.

    – Teraz się doigrałaś kruszyno. Wiesz, że nie puszczę ci tego płazem – powiedział uśmiechając się paskudnie.

    Determinacja i adrenalina pozwoliły Maeve na zebranie resztek odwagi. Plunęła mu w twarz. Uśmiech i triumf mężczyzny zmieniły się we wściekłość. Uderzył ją z całej siły, a potem pchnął, tak, że upadła na podłogę u jego stóp. Próbowała się odsunąć, ale postawił obutą stopę na jej i tak już wyświechtanej i miejscami podartej koszuli.

    – Dokąd się wybierasz? – spytał drwiąco. – Wrzućcie ją do celi z buntownikiem – zwrócił się do stojących przy drzwiach żołnierzy. – Może będzie miał ochotę się dzisiaj zabawić.

    Żołnierze roześmiali się rubasznie. Dziewczyna poczuła na sobie ich pożądliwe spojrzenia. Chwycili ją pod ramiona i z łatwością postawili na nogi. Jeden z nich brutalnie pchnął ją w kierunku drzwi. Kiedy opuścili jasne pomieszczenie, wyższy mężczyzna z czarnymi, tłustymi włosami i paskudną szramą na policzku przygwoździł dziewczynę do ściany. Maeve zadrżała. Przerażenie odebrało jej głos. Nie była nawet w stanie krzyknąć. Wiedziała, że nie jest dobrze, a będzie już tylko gorzej. Żołnierz pożerał ją wzrokiem. Chwycił górę jej koszuli i pociągnął rozdzierając materiał, tak, że guziki wystrzeliły na wszystkie strony. Dziewczyna próbowała się bronić. Starała się zasłonić resztkami ubrania, lecz on chwycił jej ręce, łapiąc za nadgarstki i przytrzymał przy ścianie nad jej głową.

    – Zwariowałeś Kai? – warknął drugi żołnierz. – Gilbert każe nas za to wykastrować!

    – Sam przecież powiedział, żebyśmy wsadzili ją do jednej celi z tym psychopatą… – odparł ten nazwany Kaiem. – On chce, żeby coś jej się stało – powiedział wolno, kładąc nacisk na każde słowo. – Wyluzuj Lans.

    – Owszem, chce, ale nie chce też, żeby wyglądało to na jego robotę i świetnie o tym wiesz! Odpuść i zaprowadźmy ją do celi. Czas na zabawę będzie potem.

    Kai westchnął ciężko, ale posłusznie uwolnił dziewczynę. Maeve starała się nie oddychać zbyt głęboko. Z ulgi przymknęła oczy. Błagała w myślach, żeby tylko nie zmienili zdania. Bała się tego, co czeka ją w celi, ale chwilowo ta dwójka stanowiła bardziej realne zagrożenie. Zaprowadzili ją na sam dół lochów. Z tego co zauważyła, więźniowie przebywali tylko na dwóch pierwszych poziomach, dwa kolejne były puste. Zatrzymali się przed ciężkimi, metalowymi drzwiami. Żołnierze otworzyli je i wepchnęli dziewczynę do środka, po czym starannie je z powrotem zamknęli.

    – Miłej zabawy – usłyszała uwagę rzuconą kpiącym tonem i odgłos cichnących w oddali kroków.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Maeve drżała z przerażenia i chłodu. W celi panował półmrok. Obrzydliwy smród był niemal nie do wytrzymania. Co jakiś czas słychać było chrobotanie albo ciche piski szczurów. Nie było tam żadnego okna, a jedyne światło dochodziło spod drzwi, gdyż na korytarzu stale paliły się pochodnie. W celi ktoś był. Skulona postać leżała pod przeciwległą ścianą. Dziewczyna nie widziała go zbyt dokładnie, ale czuła na sobie jego wzrok. Oparła się o ścianę i przesunęła w róg niewielkiego pomieszczenia, żeby znaleźć się od niego jak najdalej. Zamknęła oczy i zmusiła się do tego, żeby normalnie oddychać. Plecami ciągle opierając się o kamienną ścianę osunęła się na podłogę. Skuliła się, obejmując kolana ramionami.

    Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności, Maeve ponownie spojrzała pod przeciwległą ścianę. Na podłodze leżał chłopak, a właściwie już nie chłopak tylko mężczyzna. Wyglądał na kilka lat starszego od niej. Ciemne, brudne i rozczochrane włosy opadały mu niesfornie na oczy. Wyglądał na mocno pobitego. Dziewczyna odetchnęła z niemałą ulgą, kiedy zdała sobie sprawę, że jest przykuty do ściany. Więc jednak Gilbert nie postradał do końca rozumu. Chciał ją tylko nastraszyć. W każdym razie, jeżeli taki był jego zamiar, to na pewno mu się udało.

    Przyjrzała się uważnie chłopakowi, badając wzrokiem jego odsłonięty tors i podarte, czarne spodnie. W pewnym momencie napotkała jego spojrzenie. On także patrzył prosto na nią. Miał ciemnofioletowe oczy w których było coś dzikiego. Ich wyraz, przywodził jej na myśl, złapane w pułapkę, leśne zwierzę. Kiedy zobaczył, że na niego patrzy odezwał się cichym, zachrypniętym głosem.

    – Cześć – powiedział nie spuszczając wzroku z dziewczyny.

    Maeve nie mogła uwierzyć, że powiedział po prostu „cześć”. Jakoś to proste słowo zwyczajnie nie pasowało do tej całej, paskudnej, sytuacji.

    – Cześć – odpowiedziała ciągle wpatrując się w jego niesamowite, fioletowe oczy.

    – Podasz mi wody? Proszę… – zapytał błagalnie.

    Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Było jej go szkoda, ale bała się podejść na tyle blisko, żeby mógł jej dosięgnąć. Chłopak westchnął. Usiadł z niemałym trudem. Odgarnął z czoła niesforne kosmyki, czarnych jak smoła włosów. Ponownie spojrzał na dziewczynę. Widziała w jego oczach głęboki smutek i ból, ale zauważyła tam coś jeszcze. Była w nich jakaś niesamowita determinacja i wola walki.

    – Nie skrzywdzę cię – powiedział cicho. – Przyrzekam. Pomóż mi proszę.

    Wraz z tymi słowami odsłonił się i Maeve mogła zobaczyć jego aurę. Nigdy nie widziała nic równie mrocznego i przerażającego. Była jak czarna dziura, która pochłania całe światło na swej drodze. Siedząca pod ścianą postać z pewnością nie była człowiekiem. Zobaczyła jednak też, że mówi prawdę. Nie zamierzał zrobić jej nic złego, to nie ona była jego wrogiem. Wstała z wahaniem i przysunęła do chłopaka wiadro stojące w rogu przy drzwiach. Mimo olbrzymiego pragnienia nie ruszył się zanim dziewczyna nie wróciła na swoje miejsce. Kiedy poczuła się bezpiecznie, rzucił się do wiadra z wodą. Pił chciwie przez dłuższą chwilę. Wreszcie skończył i osunął się na podłogę opierając plecami o ścianę.

    – Dzięki – odezwał się odrobinę mniej zachrypniętym głosem, przymykając dziwne, fiołkowe oczy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Maeve obudziła się w celi, na zimnej, kamiennej podłodze. Przez chwilę nie wiedziała gdzie jest. Zemdliło ją od obrzydliwego zapachu. Zadrżała z chłodu. Jej koszula była w strzępach i nie dawała ochrony ani przed zimnem, ani przed pożądliwymi spojrzeniami. Chłopak, z którym dzieliła celę nie spał. Jak na złość, przypatrywał się jej uważnie.

    – Dobrze spałaś? – zapytał pogodnym tonem.

    Warknęła na niego, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo do celi weszli gwardziści. Rozkuli go i wywlekli na korytarz. Została sama. Poczuła irracjonalny strach. Skuliła się pod ścianą, w pustym, ciemnym i śmierdzącym pomieszczeniu. Nie była pewna ile czasu minęło, ale zdążyła na chwilę ponownie przysnąć. Burczało jej w brzuchu. Strażnicy z powrotem przywlekli chłopaka. Wrzucili go do celi, tym razem nie zakuwając. Nie było takiej potrzeby. Słyszała ich oddalające się głosy i wesoły, rubaszny śmiech. Maeve przez chwilę walczyła sama ze sobą, a potem się do niego przysunęła. Oddychał płytko i chrapliwie, był cały zakrwawiony. Niewiele widziała w nikłym, dochodzącym z korytarza świetle. Dotknęła jego sklejonych krwią i potem włosów. Po chwili namysłu, sięgnęła po wiadro z wodą. Śmierdziała tak jak wszystko inne w celi, a na domiar złego pływał w niej zdechły szczur. W tych warunkach w żaden sposób mu nie pomoże. Położyła rękę na jego ramieniu. Gwałtownie chwycił ją za nadgarstek.

    – Nie dotykaj mnie! – syknął.

    – Chciałam tylko pomóc – mruknęła poirytowana.

    – Nigdy więcej mnie nie dotykaj – powtórzył, a jego słowa były niemal zwierzęcym warknięciem.

    Maeve odsunęła się pod ścianę. Usiadła pod nią. Chłopak poruszył się z trudem, na tyle, żeby przekręcić się na bok. Jęknął z bólu.

    „No, no, nieźle nas wpakowałeś” dziewczyna usłyszała w myślach arogancko brzmiący głos.

    Zaskoczona podniosła wzrok. Leżący przy niej chłopak miał zamknięte oczy. Jego oddech w dalszym ciągu był tak samo płytki i chrapliwy.

    „Zamknij się!” tym razem głos brzmiał znajomo, jakby należał do niego, ale on w dalszym ciągu się nie odzywał, Maeve przyszło do głowy, że zwariowała lub z głodu ma halucynacje.

    „Nie podoba mi się to, co zrobili z naszym ciałem, oddaj mi je!” rozkazał ten drugi.

    „Nie!”

    „Dlaczego?” chłopak nie odpowiedział, a głos przez chwilę nad czymś się zastanawiał. „Chodzi ci o tą smarkulę? Jeżeli obiecam, że nic jej nie zrobię, oddasz mi kontrolę?”

    „Twoje obietnice są gówno warte! Zawsze takie były!”

    Dziewczyna usłyszała, rozbrzmiewający w jej głowie, głuchy śmiech. Potem do celi ponownie weszli gwardziści, tym razem, wywlekając ich obydwoje.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Przytrzymywana przez jednego z gwardzistów Maeve, zdążyła zauważyć, jak dwóch innych, rzuciło czarnowłosego chłopaka, na podłogę gabinetu dowódcy. Dopiero teraz, w dziennym świetle, zobaczyła w jak opłakanym jest stanie. Krew pokrywała go dosłownie wszędzie, od zlepionych włosów, po podarte i brudne resztki spodni. Dziewczyna zadrżała. Całą sobą, jeżeli to tylko możliwe, jeszcze bardziej znienawidziła Gilberta Dujon. Mężczyzna wstał zza biurka, podchodząc do niej bliżej. Wzdrygnęła się, kiedy obleczoną w rękawicę ręką, dotknął jej podrapanego policzka. Uśmiechnął się, co w jego wykonaniu wyglądało bardzo złowieszczo.

    – Wychłostać ją – rozkazał chłodnym tonem – tylko, tak, żeby nie było po razach trwałych śladów. – Maeve szarpnęła się, ale gwardzista przytrzymał ją, z taką siłą, że niemal złamał jej rękę. – Co do buntownika – kontynuował niewzruszenie – nie sądzę, żeby był nam do czegokolwiek jeszcze potrzebny. Powieście go na placu, jako przestrogę dla innych.

    Żołnierze zasalutowali, a potem wyprowadzili z pomieszczenia więźniów. Zabrali ich na garnizonowy plac. Maeve poczuła jak zakładają na jej ręce, skórzane bransolety, przywiązując ją do pręgierza. Patrzyła, jak chłopaka, z którym dzieliła celę, prowadzą na szubienicę. Nie był w stanie nawet ustać o własnych siłach na nogach.

    „Oddaj mi kontrolę, bo umrzesz tutaj” warknął w jej myślach znajomy już głos.

    Poczuła jak chłopak się poddaje. Wycofuje gdzieś w głąb swojego jestestwa. Przez chwilę, mimo odległości, ujrzała jego oczy. W ciągu ułamka sekundy zmieniły się w żółte, z podłużnymi, kocimi źrenicami, a potem ponownie wróciły do niezwykłej, fiołkowej barwy. Sylwetka chłopaka wyprostowała się. Odepchnął od siebie strażników. Ruszał się znacznie sprawniej i pewniej niż jeszcze przed chwilą. Zgrabnie zeskoczył z drewnianego podwyższenia szubienicy.

    „Dziewczyna” odezwał się drugi głos. „Zabierz ze sobą dziewczynę.”

    W jej głowie rozległ się głuchy śmiech.

    „Co?! Niby dlaczego?!”

    „Bo jeżeli tego nie zrobisz” odwarknął tamten „przez najbliższy miesiąc będę pił piwo i jadł najtłustsze potrawy, jakie znajdę, w pierwszej lepszej karczmie, chędożąc każdą napotkaną dziwkę i psując twoje cenne ciało”.

    Maeve usłyszała warknięcie. Głos nie wątpił, że jego rozmówca mówi najzupełniej poważnie. Chłopak w jednej chwili znalazł się przy niej. W drugiej już odpinał z jej dłoni skórzane kajdany. Pociągnął ją za sobą, dopadając uwiązanych przy bramie koni. Gwardziści podnieśli alarm. Czarnowłosy niemal wrzucił ją na konia, wskakując na jego grzbiet tuż za nią. Nie zdążyła nawet pomyśleć, dlaczego nie wezmą drugiego, gdy gradem posypały się strzały. Zanim choćby jedna musnęła którekolwiek z nich, opadły niczym zwiędłe liście. Koń na którym siedzieli na oklep, pędził przed siebie cwałem. Na moście, tuż za bramą, czekali już uzbrojeni żołnierze. Chłopak przytrzymał ją w pasie, a ogier wzbił się w powietrze, przeskakując nad ich głowami. To nie było możliwe! Maeve z całej siły złapała się końskiej grzywy, niemal zlatując z grzbietu zwierzęcia. Kary ogier wylądował miękko na ziemi, tuż za plecami oszołomionych mężczyzn. Pogalopował dalej. Słyszała krzyki strażników. Organizowali pościg. Dziewczyna nie zdążyła się nawet zastanowić, kim on do cholery jest, kiedy niespodziewanie zepchnął ją z konia. Zrobił to tuż za wzgórzem, gdzie byli chwilowo niewidoczni. Upadła na miękką trawę. Boleśnie poczuła, jak uderza nogą o leżącą w trawie gałąź. Syknęła z bólu. Chłopak zeskoczył zaraz za nią. Rozpędzony koń, ani na chwilę nie zwolnił biegu.

    – Czemu pozbyliśmy się konia? – spytała poirytowana.

    – Wstawaj! – warknął na nią, nie raczywszy jej odpowiedzieć.

    Jego głos był inny, ostrzejszy, surowszy. Nie taki jak chłopaka, z którym siedziała w celi. Nie zgadzały się nawet barwa, ani tembr. Niechętnie posłuchała. Skrzywiła się, stając na zranionej nodze. Chłopak to zauważył. Zaczął przeklinać, nie wybierając w słowach. Wciągnął ją w niewielki zagajnik, kompletnie ignorując jej słabe protesty i pełne bólu westchnięcia. Kiedy uznał, że są już dostatecznie daleko od drogi, żeby nie było ich widać, brutalnie popchnął dziewczynę na trawę. Obejrzał jej nogę.

    – Skręciłaś kostkę – oznajmił wkurzony – czekaj tu – rozkazał, a ona w jego głosie słyszała nadzieję na to, że nie posłucha.

    Zniknął między drzewami. Maeve podniosła się z trudem. Stanęła na obydwu nogach, a potem znów osunęła się na ziemię. W jej czach zakręciły się łzy. To nie miało sensu. Nie da rady chodzić, z tak bolącą nogą. Zdziwiła się, kiedy chłopak po chwili wrócił. Była pewna, że ją tu zostawił. Nie usłyszała nawet najdrobniejszego szelestu. Z jego włosów i skóry, zniknęła zaschnięta krew. Sam, ubrany w lnianą koszulę i workowate spodnie, rzucił na trawę przed nią jakieś szmaty. To była długa suknia, taka, jakie nosiły pracujące w polu kobiety. Z ulgą włożyła ją na siebie, zastępując resztki przybrudzonej koszuli. Czarnowłosy podszedł do niej i wziął ją na ręce. Spojrzała na niego zaskoczona, ale nie zaprotestowała. Przeszli paręnaście metrów i znaleźli się na piaszczystej plaży.

    – Masz jakiś plan? – zapytała niepewnie.

    Zdziwiła się, kiedy tym razem skinął głową.

    – Ukradnę łódź, wydostaniemy się z tej przeklętej wyspy, a potem znikniesz mi z oczu – powiedział lodowatym głosem.

    Coś zmroziło ją w środku, ale nie odpowiedziała. Chłopak zaniósł ją na pomost. W oddali zamajaczyły sylwetki gwardzistów. Niemal zwierzęcy warkot wydobył się z krtani czarnowłosego. Wepchnął dziewczynę do wody. Sam wsunął się zaraz po niej. Maeve zadrżała z zimna. Przyciągnął ją do siebie, chowając się pod drewnianym pomostem, do którego przycumowane były łodzie. Stali po pas w wodzie, a niezbyt duże fale, rozbijały się wokół nich, o kamienie, stanowiące podstawę pomostu. Chłopak trzymał ją w ramionach, tuląc do siebie, niczym kochanek.

    – Mam nadzieję, że jesteś dobrą aktorką – wyszeptał  tuż przy jej uchu – ponieważ wątpię, żebym dał radę pokonać ich wszystkich.

    Potem poczuła jego stanowcze usta, na swoich miękkich wargach. Oszołomiona otworzyła szerzej oczy. Wplótł palce w jej długie, teraz zupełnie przemoczone włosy. Woń ryb i morza zabiły paskudny zapach celi. Maeve zobaczyła zbliżających się strażników. Czy on naprawdę myślał, że to się im uda? Wtuliła się w niego bardziej, oplatając ramionami jego szyję.

    – Hej! Wy dwoje! Co tam robicie? – usłyszała z plaży odrobinę rozbawiony głos gwardzisty.

    Chłopak odskoczył od niej jak oparzony. Na jego bladej twarzy pojawił się rumieniec.

    – My tylko… – zaczął niepewnie. – Błagam, nie mówcie panie nikomu! – zmienił nagle ton na szczerze przerażony – jej ojciec mnie zabije!

    Teraz mężczyzna roześmiał się już otwarcie.

    – Kto tam jest, Owen? – usłyszeli drugi, nieco zachrypnięty głos.

    – To tylko dzieciaki – odpowiedział tamten uspakajająco. – Powinniście być w domach – zwrócił się do nich ostro. – Z garnizonu uciekli niebezpieczni więźniowie. Został ogłoszony alarm.

    Fioletowe oczy chłopaka rozszerzyły się i teraz wyglądały na jeszcze bardziej przerażone, a Maeve mogłaby przysiąc, że przez chwilę z jego sylwetką, zlała się postać blondwłosego chłopca, podobnego do tych, którzy na wyspie Mirios, pracowali na polach.

    – Dziękuję, panie za ostrzeżenie – odezwał się lekko drżącym głosem.

    Żołnierze odeszli, śmiejąc się. Kiedy tylko zniknęli z ich pola widzenia, czarnowłosy odcumował łódź. Maeve usiadła na drewnianej ławce, mając coraz większe obawy. Z wyspy na kontynent wcale nie było tak blisko, nawet statkiem, na pełnych żaglach, podróż zajmowała cały dzień drogi. Patrzyła niechętnie na swojego towarzysza, wiedząc już, że nie ma sensu go o nic pytać.  Chłopak chwycił za wiosła. Postawił niewielki żagiel, dopiero kiedy odpłynęli spory kawałek od brzegu. Niewielka łódka łagodnie kołysała się na falach. Czarnowłosy opadł ciężko przy sterze. Wyglądał na wykończonego. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, że z jego twarzy zupełnie zniknęła opuchlizna. Widziała jego aurę, wiedziała, że nie jest ludzka, jak więc mógł zostać kapłanem? Jakim cudem władał magią? Bogowie odpowiadali jedynie na modlitwy wybranych ras, a on… nie miała pojęcia czym on był.

    – Jesteś kapłanem? – zapytała wpatrując się w niego intensywnie.

    Roześmiał się ponuro.

    – Broń mnie ciemności nocy, nie.

    – Kim więc jesteś?

    – Nie chcesz tego wiedzieć – uciął krótko, a ona więcej już nie pytała.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Obudziła się czując nieprzyjemny chłód, ciągle jeszcze wilgotnego ubrania. Ziewnęła przeciągle, siadając na zwiniętych sieciach rybackich, na których spała. Zaczynało już zmierzchać. Spojrzała na siedzącego przy sterze chłopaka. Uśmiechnął się do niej dosyć ponuro. Na jego twarzy widać było zmęczenie.

    – Wyspałaś się? – zapytał, a ona natychmiast wyczuła subtelną różnicę w jego głosie.

    – Nie bardzo – stwierdziła rozmasowując obolałe mięśnie.

    Podał jej bukłak z wodą. Była tak spragniona, że nawet nie pytała skąd go ma.

    – Nie zdążyłem się jeszcze przedstawić – powiedział z kąśliwym uśmiechem. – Nazywam się Raven Dagwood.

    – Maeve Merrowing – odpowiedziała mu cicho, lekko zamyślona dziewczyna. On był zagadką, a ona uwielbiała je rozwiązywać. – Długo będziemy płynąć? – zapytała z nadzieją, że może udzieli jej odpowiedzi. Ani odrobinę nie miała ochoty skończyć na dnie morza, jako pokarm dla ryb.

    – Prawdopodobnie przez całą noc, rano powinniśmy być na stałym lądzie – oznajmił pocieszająco.

    Dziewczyna spojrzała w gwiazdy. Nie miała wyboru, musiała mu zaufać. Wraz ze wschodem słońca ujrzeli ląd. Z tej perspektywy, z pełnego morza, wyglądał naprawdę pięknie. Skalne klify zbliżały się z każdą chwilą. Postrzępione skały i pokrywająca je zielona trawa oraz niskie krzaki. Maeve wpatrywała się w nie zachwycona. Nigdy wcześniej nie zwracała na to uwagi. Dwie godziny później znaleźli się na brzegu. Raven wyciągnął łódź na biały piasek.

    – Poradzisz sobie sama? – zwrócił się do dziewczyny z delikatną nutą troski w głosie.

    Uśmiechnęła się do niego pogodnie, odganiając zmęczenie. Teraz była pewna, że albo on jest psychicznie chory i ma dwie różne osobowości, albo głosy, które słyszała w głowie, musiały być prawdziwe.

    – Zawsze sobie radzę – odpowiedziała spokojnie. – Dziękuję, że mnie ze sobą zabrałeś. Żegnaj.

    – Powodzenia Maeve – powiedział, ciągle stojąc przy łodzi, podczas gdy ona, spacerowym krokiem, by rozprostować zdrętwiałe nogi, ruszyła w kierunku wydm.

    Dworskie Bale, Carenvall

    Tańczyła. Uwielbiała to uczucie swobody i cudownego spełnienia. Bal z okazji letniego przesilenia, na zamku w Carenvall zawsze obchodzony był bardzo hucznie i uroczyście. Wino odrobinę szumiało Maeve w głowie. Pozwoliła sobie na to. Tego dnia to co robiła, jej praca, będzie dziecinnie prosta. Uśmiechnęła się uroczo do syna Diuka Mendersona, Davida. To właśnie dzięki temu idiocie dostała się na dzisiejszy bal. Wieczór dopiero się rozpoczynał, a ona już zdążyła złowić kilka łakomych kąsków. W pewnym momencie, w tłumie gości, dostrzegła znajomą sylwetkę. Raven? Co on tu robił… Nigdy wcześniej nie widziała go na żadnym z balów czy uroczystych przyjęć. Tego była pewna. Ciekawość zwyciężyła. Kiedy orkiestra na chwilę przestała grać, przeprosiła swojego partnera i wyszła na taras. Chłopak stał tam, niedbale opierając się o barierkę. Od czasu do czasu popijał wino, przyglądając się wirującym w tańcu parom.

    – Dawno się nie widzieliśmy – uśmiechnęła się podchodząc do niego.

    Spojrzał na nią lekko zakłopotany.

    – Przepraszam, ale czy mogłabyś mi przypomnieć pani, skąd się znamy? – zapytał uprzejmie.

    Maeve obrzuciła go skonsternowanym spojrzeniem. Minął zaledwie tydzień od ich wspólnej ucieczki z wyspy Mirios. Naprawdę jej nie pamiętał? Może jednak był chory psychicznie albo też z jakiejś przyczyny świetnie grał.

    – Całkiem niedawno całowaliśmy się na plaży wyspy Mirios – spróbowała w ten sposób.

    Chłopak zakrztusił się winem. Przez chwilę jego fiołkowe oczy oceniały ją wzrokiem, a potem się roześmiał.

    – No, no – stwierdził z lekkim podziwem i zaskoczeniem – a byłem pewien, że to Ravena zaczepiają moje porzucone kochanki. Jak widać bywa także na odwrót. Żałuję niezmiernie, że nie spotkałem cię w takim razie przed moim bratem – oznajmił wesoło. – Jednak jeżeli zechcesz, możemy to jeszcze naprawić – zasugerował. – Nazywam się Andre Dagwood, a Raven Dagwood, to mój bliźniaczy brat.

    Maeve spojrzała na niego naprawdę zaskoczona. Takiej odpowiedzi się w żadnym razie nie spodziewała. Jeżeli chłopak mówił prawdę, to byli do siebie podobni, jak dwie krople wody. Nie znała go na tyle dobrze, żeby wiedzieć czy to Raven czy też nie, za to była pewna, że rozpoznałaby ten drugi, chłodny głos. Nie zdążyła mu jednak w żaden sposób odpowiedzieć, gdy przyjęcie przerwała, wkraczająca do zamku gwardia. Żołnierze wywołali na sali zamieszanie i popłoch. Podeszli bezpośrednio do nich. Maeve zamarła na chwilę, rozpoznając sylwetkę kroczącego na ich czele Gilberta. Potem się rozluźniła. Wiedziała, że tutaj, w pełnym świadków pomieszczeniu, niczego nie odważy się jej zrobić. Mężczyzna uśmiechnął się chłodno, zupełnie ją ignorując. Przyzwalająco skinął gwardzistom głową, a oni pochwycili zaskoczonego Andre. Chłopak zaczął się wyrywać. Natychmiast powalili go na ułożoną z drobnych kamyczków, mozaikową, posadzkę.

    – Andre! Andre! – przez tłum zaczęła się przepychać zaczerwieniona na twarzy, ubrana w połyskującą suknię i obwieszona nadmiarem klejnotów, kobieta. – Puśćcie go! – zażądała. – Czego od niego chcecie?!

    Gilbert skłonił się lekko.

    – To niebezpieczny przestępca, markizo De Blois – oznajmił spokojnym głosem. – Jesteśmy zmuszeni go aresztować.

    – Nonsens! – zawołała oburzona dama.

    – Mamy świadków, przy których zamordował z zimną krwią przynajmniej tuzin ludzi.

    Fioletowe oczy chłopaka rozszerzyły się ze strachu. Jego usta poruszyły się, ale nie wymówił ani jednego słowa. Maeve jednak była przekonana, że wie co tamten chciał powiedzieć. Kobieta stała jak sparaliżowana. Gilbert dał znak i żołnierze wywlekli z sali szamoczącego się młodzieńca. Sam został, w chłodny, ale uprzejmy sposób, przepraszając za całe zamieszanie uczestniczących w balu gości. Kiedy wychodził, podszedł prosto do Maeve.

    – Z tobą się jeszcze policzę, kruszyno – wymruczał, a ona była przekonana, że jest to ostrzeżenie.

    – Popełniasz błąd – powiedziała cicho, patrząc w jego zimne, stalowe oczy. Bała się go. Naprawdę się go bała i nie miała pojęcia dlaczego próbuje mieszać się w sprawę Andre. Gilbert spojrzał na nią pytająco. – To nie Raven – oznajmiła cicho.

    Uśmiechnął się zimno. W jego oczach pojawił się nikły cień uznania.

    – Wiem – odpowiedział lekko rozbawiony – ale ktoś musi zawisnąć, a chwilowo tylko on jest pod ręką. Udanych łowów – dodał – za nie również się policzymy.

    Skłonił się drwiąco, a potem skierował prosto, do wyjścia z balowej sali. Maeve wahała się przez chwilę, a potem, przeklinając się w duchu za głupotę, ukradkiem wymknęła się za nim.

    Note