Rozdział 1 – Pieśń księżyca
by Vicky
Rozdział I
Na niebie jasno świeciło słońce. Nie zasnuwały go żadne chmury, dzięki czemu widać było aż pięć z siedmiu księżyców Dareshi. Niewielu śmiałków zapuszczało się tak głęboko w Anduriańską puszczę, ale Emi szła pewnym krokiem przez gęsty las. Czuła się tu jak w domu. Nie było tu nic, co mogłoby chcieć ją skrzywdzić. Tym razem jej cel stanowiła niewielka, urokliwa polana, gęsto pokryta mchem, a o tej porze roku także drobnymi, niebieskimi kwiatkami ardenii. Marzyła o tym, żeby położyć się na miękkim poszyciu i godzinami wpatrywać się w to cudowne, olśniewające niebo. Zawsze też, w przewieszonej przez ramię, płóciennej torbie, oprócz najbardziej przydatnych rzeczy, nosiła ze sobą książkę. Najbardziej lubiła te przyrodnicze, ale równocześnie nigdy nie potrafiła oprzeć się ciekawej powieści.
Kiedy wreszcie dotarła do upragnionego celu, jej uwagę przyciągnął cichy skowyt. Zaniepokojona zrobiła kilka kroków w kierunku skąd dochodził. W głębokim, wąskim rowie leżał wilk. Jego przednia łapa zatrzaśnięta była w myśliwskich wnykach, po jego szarym futrze spływała krew. Na widok dziewczyny wstał i zjeżył sierść. Warknął groźnie. Nie szarpał się jednak, wyraźnie nie chcąc bardziej uszkodzić nogi.
Emi bez zastanowienia usiadła na brzegu rowu i zsunęła się na pupie po stromej, porośniętej trawą krawędzi. Jak zwykle działała impulsywnie, nie myśląc o takich drobiazgach, jak na przykład to, czy uda jej się stamtąd wyjść. Nie wahając się ani chwili podeszła do nastroszonego wilka. Zatrzymała się dopiero jakiś metr przed nim. Pokazała zwierzęciu puste ręce. Poruszyło się niespokojnie, wlepiając swoje mądre oczy w postać dziewczyny.
– Pomogę ci, jeśli mi pozwolisz – oznajmiła cicho, podchodząc bliżej.
Wilk przyglądał jej się przez chwilę, a potem skinął głową. Wyjęła z torby składany nóż i podeszła z nim powoli do drapieżnika. Ukucnęła przy nim, a potem nożem zablokowała sprężynę, kłusowniczego narzędzia, żeby mimo swojej wątpliwej siły móc je otworzyć, nie robiąc wilkowi jeszcze większej krzywdy. Uwolnione zwierzę cofnęło się o kilka kroków. Warknęło wściekle. Potem jego postać zaczęła się rozmazywać i przez chwilę w jednym miejscu stali człowiek i wilk jednocześnie. Moment później, w rowie, przed Emi stał już tylko obnażony od pasa w górę chłopak. Z jego łopatek wyrastały, w tym momencie złożone, pokryte sztywnymi piórami, ogromne, czarne skrzydła. Kosmyki czarnych, nieco przydługich włosów, niesfornie opadały mu na oczy w dziwnym, bursztynowym kolorze. Spojrzał na dziewczynę z pogardą i nieskrywaną nienawiścią. Przycisnął do torsu zakrwawioną rękę. Mięśnie wyglądały na groźnie poszarpane. Spróbował rozłożyć skrzydła, ale w rowie było zbyt wąsko.
Emi przyjrzała mu się z zainteresowaniem, a potem podeszła do niego pewnym krokiem. Warknął na nią nieprzyjaźnie. Odsunął się. Zbyła to wzruszeniem ramionami. Nie bała się go. Od dzieciństwa wpajano jej, że powinna. Illi’andin byli śmiertelnie groźną rasą. Nie mieli żadnych skrupułów przed zabijaniem. W ich prawie nawet nie istniał paragraf zabraniający zabójstw. Ona jednak nie potrafiła się ich bać. Nie chciała też demonów nienawidzić. W jej prywatnym pojęciu logiki, skoro rasa ta potrafiła przyjmować zwierzęce kształty, działała według instynktów, to po prostu nie mogła być zła. Wyczuwała też w chłopaku coś z wilka, był częścią jego istoty, a ona, jako czarodziejka natury zwyczajnie nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby się bać jakiegokolwiek zwierzęcia. Nawet najgroźniejszego drapieżnika. Zresztą i tak tutaj, tak blisko terenu szkoły niewiele mogło jej grozić.
– Pokaż mi rękę – poprosiła łagodnie, podchodząc do niego jeszcze bliżej.
– Czemu? – warknął, patrząc na nią nieufnie.
– Czy wszyscy mężczyźni muszą być jak dzieci? – westchnęła.
Prychnął, ale podał jej zranioną kończynę. Wzięła jego dłoń w swoją, a potem przesunęła drugą tuż nad powierzchnią poszarpanej tkanki, która w oczach zaczęła się odbudowywać. Po chwili rana zasklepiła się całkowicie, a jedynymi dowodami na jej istnienie była cienka, biała blizna i pobrudzona krwią skóra.
Chłopak wyszarpnął rękę z jej dłoni. Z nadludzką szybkością, jednym pełnym gracji ruchem chwycił dziewczynę w pasie, a potem trzymając ją, zwinnie skoczył w górę. Te kilka metrów głębokości rowu, bez wysiłku pokonał jednym skokiem. Kiedy znaleźli się na górze, z obrzydzeniem odepchnął od siebie dziewczynę, z taką siłą, że klapnęła pupą na miękką trawę. Wyszedł na skąpaną w słonecznym blasku polanę, rozłożył czarne skrzydła i wzbił się w powietrze, po chwili znikając nad czubkami drzew.
Emi wzruszyła ramionami. Przynajmniej był tak miły, że nie zostawił jej tam na dole, żeby sama musiała szukać wyjścia. Nie winiła go za to, jaką nienawiścią pałał do ludzi, a zapewne zwłaszcza do tych posługujących się magią. Nie wiedziała w jaki sposób wpadł we wnyki, ale była przekonana, że maczali w tym palce jej koledzy ze szkoły. Nienawiść między czarodziejami, a Illi’andin była wręcz legendarna. W końcu jednak, po długiej, wyniszczającej obie rasy wojnie, musieli zawrzeć pokój. Szkoła do której uczęszczała Emi była swoistym rodzajem eksperymentu. Dzieci obu ras miały żyć ze sobą w zgodzie, pod czujnym okiem opiekunów. Na szczęście nikt nie był na tyle głupi, żeby zmusić ich do stałego kontaktu, dlatego więc na zielonych terenach szkoły, od północnej strony, pod samą ścianą Anduriańskiej Puszczy, stała czarna wieża Illi’andin, zaś od południa, nad brzegiem morza Durskiego zbudowano biały pałac czarodziejów, obecny dom Emi.
Dziewczyna z żalem spojrzała w niebo. Przegapiła najlepszy moment i teraz widać było jedynie wędrujące wysoko po niebie słońce i trzy księżyce Dareshii. Wyjęła książkę, położyła się na miękkim mchu, zwijając torbę pod głową i korzystając z resztek dziennego światła pokrążyła się bez reszty w lekturze.
Rozdział II
Na tej wysokości powietrze było przejrzyste i chłodne. Jay rozkoszował się lotem. Dzień był pochmurny, ale nie padało. Idealna pogoda na łowy. Chłopak z żalem musiał obniżyć wysokość lotu, ponieważ gęste chmury ograniczały mu widoczność. Teraz znalazł się tuż nad czubkami drzew. Illi’andin byli naturalnymi drapieżnikami, nie działali jednak bezmyślnie, jak to mają w zwyczaju ludzie. Ich naturalny instynkt bardziej przypominał ten zwierzęcy. Zachowywali się jak drapieżne koty czy wilki. Potrzebowali raz na jakiś czas świeżej krwi i surowego mięsa, zabijali jednak tylko najsłabsze sztuki, dokonując w ten sposób zgodnej z naturalną selekcji wśród zwierząt.
Nagle Jay poczuł znajomy zapach. Rozłożył olbrzymie, porośnięte piórami skrzydła na całą szerokość i zawisnął w powietrzu. Spojrzał w dół. W cieniu rozłożystego, osamotnionego orzecha, jak gdyby nigdy nic siedziała dziewczyna. Czytała książkę. Chłopaka ogarnęła złość. Co ona sobie wyobrażała?!
W normalnym wypadku dałby znać reszcie swojego stada. Po prostu miłe urozmaicenie polowania… Jednak zapach wydawał mu się za bardzo znajomy. Zbyt świeży. Bezszelestnie wylądował na miękkiej trawie. Podszedł do niej z gracją prawdziwego drapieżnika. Nie zdradził go najmniejszy szelest. Stanął tuż przed dziewczyną, a ona nawet nie podniosła wzroku znad książki. Przyjrzał się jej uważnie. Długie, proste, ciemnobrązowe włosy kaskadą opadały jej na ramiona. Były rozpuszczone i najwyraźniej mocno poplątane. Miała jasną karnację, a jej postać była mizerna i drobna. Jay był pewien, że jeżeli dziewczyna podniesie głowę, zobaczy duże, karmelowe oczy, delikatnie zaczerwienione policzki i drobny, lekko zadarty nosek. Poczuł jeszcze większą złość. Co ta cholerna, wtrącająca się w nieswoje sprawy smarkula tu robi?! Przez chwilę walczył sam ze sobą, a potem zdecydował. Nie zamierzał się dłużej skradać. Liczyła się każda chwila.
– Popieprzyło cię?! – warknął bez zbędnych wstępów, a zaskoczona dziewczyna zerwała się z ziemi. – Co ty tu robisz?!
Spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Po chwili jednak jej zaniepokojoną twarz ozdobił leciutki, ironiczny uśmiech.
– Czytam – mruknęła. – To taka zbrodnia?
Chłopak nie wiedział czy śmiać się czy płakać.
– I tak, żeby lektura była ciekawsza, wybrałaś sobie akurat teren wyznaczony dla nas na polowanie? – zapytał z trudem hamując swoją wściekłość.
Dziewczyna pobladła. Spojrzała na niego. Poczuł satysfakcję, ponieważ teraz jej oczy wypełniało niekłamane przerażenie.
– Nie wiedziałam, że to wasz teren – szepnęła.
Irytowała go coraz bardziej.
– I uznałaś, że te wszystkie bariery ktoś postawił sobie dla zabawy? – syknął rozeźlony na jej głupotę. – Zresztą od rana mówili o tym w szkole, nie wypuszczają uczniów poza mury zamku. – Obrzucił ją zagadkowym spojrzeniem. – Swoją drogą jestem bardzo ciekawy jak się przemknęłaś.
Dziewczyna na chwilę spuściła wzrok. Potem znowu spojrzała na niego, patrzyła mu prosto w oczy.
– Spędziłam tutaj noc – oznajmiła cicho, a on nie mógł uwierzyć w to co usłyszał, wydawało się jeszcze mniej prawdopodobne, niż to, że wymknęła się pilnującym szkoły nauczycielom.
– Więc jesteś głupsza niż myślałem – roześmiał się drwiąco. – Są prostsze sposoby na to, żeby rozstać się z życiem.
Pokręciła głową.
– Nie rozumiesz – westchnęła. – Zresztą nikt nie rozumie… – dodała jeszcze ciszej. – Tutaj nic mi nie grozi. W lesie jestem u siebie…
– Oprócz nas i naszych łowów? – przerwał jej aroganckim tonem.
Pobladła jeszcze bardziej. Spojrzała na niego błagalnie. Teraz nabrał pewności, że nic nie wiedziała o polowaniu, że znalazła się tutaj czystym przypadkiem. Zdał sobie sprawę, że jest na nią za to jeszcze bardziej wściekły. Rozłożył skrzydła. Jednym susem znalazł się przy niej. Porwał ja w powietrze. Zaskoczony poczuł, jak drobne ramiona oplatają jego szyję. Spojrzał dziewczynie w oczy. Spodziewał się jeszcze większego strachu, może nawet prawdziwej paniki, ale zobaczył w nich tylko niekłamany zachwyt. Usłyszał wycie. Jego stado było coraz bliżej. Przeklął się w duchu za to, że tracił czas na zbędną dyskusję, zamiast od razu ją stamtąd zabrać. W szkole zaczęli tak starannie ogradzać ich łowiecki teren, ponieważ od czasu do czasu jakiś ciekawski, zadufany w sobie, młody mag zapuszczał się we fragment lasu wyznaczony dla nich do polowania. Zdarzyło się kilka nieprzyjemnych wypadków. Jay był pewien, że jego, opętani żądzą krwi, towarzysze zabiją dziewczynę bez najmniejszego śladu wahania. Gdyby mu wtedy nie pomogła, gdyby nie ten dziwny, kuszący, przyciągający jego uwagę zapach, sam bez mrugnięcia po prostu skręciłby jej kark. I nie wątpił, że sprawiłoby mu to prawdziwą przyjemność.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Emi stała na skraju lasu tuż za nieprzepuszczającą nikogo, magiczną barierą. Wpatrywała się w oddalający się z każdą chwilą, znikający na pociemniałym niebie punkt. Wzdrygnęła się. Teraz dopiero do jej świadomości w pełni zaczęło docierać niebezpieczeństwo w jakim się znalazła. Odwróciła się plecami do ściany lasu i pędem puściła w kierunku bezpiecznego zamku.
Mimo pochmurnej pogody, biały pałac czarodziejów lśnił w porannym słońcu. Zawsze tak było, od kiedy tylko pamiętała. Nie wiedziała czy to skutek jakiegoś trwałego zaklęcia, czy może po prostu działały tak jego śnieżnobiałe ściany. Stanowiło to w każdym razie niesamowity kontrast, do stojącej po drugiej stronie rozłożystych, zielonych łąk, czarnej wierzy Illi’andin, która wyglądała tak, jakby swoją materią pochłaniała całe światło dnia.
Dziewczyna minęła patrzących na nią srogo, pilnujących bramę strażników. Czuła wokół siebie bardzo silną magię. Chłopak miał rację. Nauczyciele starannie przygotowywali szkołę do polowania. Trzeba by nie lada umiejętności, żeby przedostać się przez taką osłonę. Przez nikogo nie niepokojona poszła prosto do jadalnej sali. Śniadanie trwało już w najlepsze. Wśliznęła się po cichu i usiadła na swoim miejscu przy jednym z długich, drewnianych, suto zastawionych stołów.
– Gdzie byłaś? – syknął na nią siedzący tuż obok, dobrze zbudowany brunet.
Westchnęła, a taką miała nadzieję, na uniknięcie tej rozmowy, jeżeli rano pojawi się na wspólnym śniadaniu. Sięgnęła po dzbanek z mlekiem, żeby zyskać na czasie. Nigdy nie była dobra w okłamywaniu brata.
– Wyszłam na spacer – mruknęła cicho. – Dusiłam się już tutaj.
– Martwiłem się o ciebie – westchnął Andre. – Nie mogłem cię znaleźć, kiedy rano ogłoszono polowanie.
Emi podniosła głowę. Spojrzała w jego karmelowe oczy, tak bardzo podobne do jej własnych. Jednak podczas gdy u niego stanowiły szczyt doskonałości i obiekt zachwytów wielu dziewczyn, u niej samej sprawiały tylko, że wiecznie wyglądała na zagubioną i niepewną, a jej i tak już blada karnacja, wydawała się przez te duże, jasnobrązowe oczy, tylko jeszcze bledsza.
– Przepraszam – powiedziała łagodnie, chcąc udobruchać brata.
Nigdy nie lubiła się z nim kłócić. Westchnął cierpiętniczo. On też nie potrafił się na młodszą siostrę długo gniewać.
– Następnym razem, jak coś się będzie działo, a ty postanowisz gdzieś wyjść, zwyczajnie uprzedź mnie o tym – burknął, a ona zadowolona, że jednak odpuścił skinęła głową.
Nasypała do miski płatków zbożowych, hojnie okraszonych mieszanką suszonych owoców, zalała je mlekiem i zaczęła nieśpiesznie jeść, podczas gdy jej brat, zajął się wesołą rozmową z siedzącą naprzeciwko nich, złotowłosą pięknością.
Rozdział III
Większość zajęć w szkole magii odbywała się indywidualnie dla każdego ucznia, ponieważ czarodzieje mieli diametralnie różne zdolności, ale bywały też takie w większych grupach. Tych Emi nienawidziła najbardziej. Nie potrafiła się zaprzyjaźnić ze swoimi rówieśnikami, była od nich inna, a żadne z nich nawet nie próbowało zrozumieć tej dziwnej dziewczyny. Miała już szesnaście lat, a jej uroda ciągle była jak u małej dziewczynki. Szczupła sylwetka, ledwo zarysowane kobiece kształty, wiecznie spłoszone, wielkie oczy i słodka twarzyczka, które kiedy tylko mogła, chowała pod kaskadą ciemnobrązowych, długich włosów. Dodatkowo wszyscy jej rówieśnicy mieli w tym wieku już wyraźnie ukierunkowany talent. Emi nie miała. Była dobrą uzdrowicielką, potrafiła spowodować szybki wzrost roślin, wiecznie kręciły się przy niej jakieś obłaskawione zwierzęta, ale nie pokazało się nic, co mogłoby stanowić jej powołanie. Od dawna zazdrościła bratu, który okazał się bardzo silnym magiem żywiołów. Cudowny talent. Ona sama wiedziała, że jest czarodziejką natury, nie miała tylko pojęcia co to tak naprawdę oznacza. Nigdy nikt przed nią nie był po trochu dobry w różnych dziedzinach, nie mając talentu do żadnej konkretnej. Emi czuła się więc jak jakieś dziwadło, obiekt, tolerowany w szkole magii, tylko ze względu na pochodzenie, z uznanego, starożytnego rodu czarodziejów. Zaczęła więc unikać towarzystwa, uciekając w świat książek i marzeń. Odpowiadało jej też samotne włóczenie się po lesie, który stał się jej drugim domem. Mimo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w głąb puszczy Anduriańskiej, Emi nie czuła cienia lęku. Nie wiedziała w jaki sposób to działa, ale instynktownie czuła, że nie istnieje żaden drapieżnik, którego nie potrafiłaby obłaskawić. Tak więc jej przyjaciółmi stały się wilki, niedźwiedzie, olbrzymie pająki, wietrzydła, mgłowce, dzikie konie i wszystkie inne, zamieszkujące las stworzenia. To właśnie dzięki nim dziewczyna nie czuła się nieszczęśliwa, ani tak naprawdę samotna.
Teraz Emi siedziała w samym rogu przestronnej szklarni i zajmowała się niewielką roślinką w kolorze sinego fioletu. Starała się odciąć od otoczenia i nie słuchać narzekań Kasandry, która nie chciała sobie ubrudzić rąk ziemią. Kiedy Annani, starsza, lekko przygarbiona od pracy w ogrodzie nauczycielka, ogłosiła koniec zajęć, Emi jako jedyna nie porzuciła przesadzanej właśnie rośliny. Bała się, że maleństwo wyschnie, jeżeli odpowiednio starannie nie włoży go do nowej doniczki. Za żadne skarby nie chciała stać się morderczynią, nawet jeżeli chodziło o roślinę. W końcu ona też była żywą istotą.
Kiedy wreszcie skończyła, nikogo już nie było. Z ulgą wyszła z dusznej szklarni, na świeże, późnowiosenne powietrze. Przed wejściem do szkoły spotkała Jaspera, jedną z nielicznych osób, które nie miały w zwyczaju się z niej naśmiewać. Prawdopodobnie było spowodowane to tym, że z powodu swojej tuszy i fajtłapowatości, chłopak sam nie jeden raz był ofiarą podłych żartów i drwin. Uśmiechnęła się do niego promiennie, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie na nią tutaj czekał.
– Emi… – zaczął niepewnie, kiedy razem weszli do wnętrza budynku.
– Tak? – spojrzała na niego pytająco.
– Czy poszłabyś ze mną na bal z okazji nocy Walpurgii? – wypalił, a żywy rumieniec objął całą jego okrągłą twarz.
Noc Walpurgii! Zupełnie zapomniała o święcie złych duchów, o ofierze, którą będzie musiała im złożyć. Dla czarodziejów było to historyczne święto, obchodzone wyłącznie jako tradycja. Kolejna idealna okazja do integracji między władającymi magią ludźmi, a Illi’andin.
Nie dla niej. Wzdrygnęła się lekko. Jasper źle odczytał ten znak. Nadzieja w jego oczach zgasła. Z twarzy zniknął nieśmiały uśmiech. Wyglądał jakby miał ochotę zaszyć się pod ziemię. Emi przeklęła w duchu, zła na siebie, że znowu zatopiła się we własnych myślach, zupełnie ignorując chłopaka. Obdarzyła go najradośniejszym uśmiechem, na jaki potrafiła się zdobyć.
– Bardzo chętnie z tobą pójdę – powiedziała wesoło.
Jasper cały się rozpromienił. Zdziwiła się, że jednym, prostym zdaniem, sprawiła mu taką radość. Żałowała, że nie potrafi w tak prosty, dziecinny sposób wpływać także na nastroje innych. Zwłaszcza, ostatnio ciągle ponury, nastrój Andre.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Zbliżał się zachód słońca. Dawno już skończyły się dzienne zajęcia. W nocy od czasu do czasu zajmowano się astronomią. Grupa starszych chłopców stała na dziedzińcu białego zamku, rozprawiając o czymś żywo. Emi wypatrzyła wśród nich swojego brata, podeszła więc do nich bez wahania. Koledzy Andre, mimo, że tylko o dwa lata starsi, traktowali ją zawsze jak małą dziewczynkę. Czuła się wśród nich, jakby była żywą maskotką. Nienawidziła tego, dlatego najczęściej unikała także ich towarzystwa. Tego dnia było inaczej, ponieważ nie chciała narażać się zaniepokojonemu bratu znikając na kolejną noc w lesie. On także nie potrafił jej zrozumieć. Widział w Emi jedynie swoją małą, wymagającą opieki i ciągłego dozoru, nieporadną siostrzyczkę, która od czasu do czasu wywijała jakąś psotę, żeby zwrócić na siebie uwagę rodziców i otoczenia. Kiedy tylko podeszła, opiekuńczo objął ją ramieniem.
– Emi, cieszę się, że jesteś – mruknął. – Mamy na dzisiaj w planach dobrą zabawę.
Roześmiał się, a kumple zawtórowali mu gromkim śmiechem. Spojrzała na nich pytająco. Odwróciła wzrok w kierunku Andre, ale to nie on udzielił odpowiedzi na jej nieme pytanie.
– Idziemy na arenę – oznajmił zadowolony z siebie Robert, najbliższy przyjaciel brata Emi. – Będziemy z zachwytem przyglądać się, jak obrywa się tym skurwielom.
W kręgu znów powstało ogólne rozbawienie. Emi zadrżała na samą myśl o formie rozrywek, jaka bawiła Andre i pozostałych. W czarnej wieży, Illi’andin mieli bardzo surową dyscyplinę. Za każde, nawet najdrobniejsze przewinienia, karani byli publiczną chłostą. Czarodzieje nie mieli co prawda wstępu na arenę i ku ich wielkiemu żalowi, nie mogli obserwować widowiska z trybun, ale spokojnie pozwalano im stać ponad górną barierą ćwiczebnego placu, skąd, mimo pewnego oddalenia, mogli wszystko dokładnie widzieć.
Pomimo, że nie było naprawdę zimno Andre najwyraźniej uznał, że jego młodsza siostrzyczka marznie, bo przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby jej nie bawić oglądanie publicznych egzekucji. Zdjął swoją sportową kurtkę, o której marzyła połowa dziewczyn w szkole i narzucił na jej szczupłe ramiona.
– W każdym razie ciebie zabieram ze sobą – mruknął zadowolony ruszając na czele grupy w stronę zwodzonego mostu i szerokiej bramy. – Nie zamierzam cię dzisiaj spuszczać z oczu, mała.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Arena była po prostu dużym placem ubitej ziemi, otoczonym pokaźnych rozmiarów murem i rozległymi trybunami. To właśnie tutaj odbywały się wszystkie pokazy i walki. Illi’andin w większości byli urodzonymi wojownikami. Również tutaj, niemal na środku placu stał pręgierz.
Usiedli rzędem na kamiennym murze zerkając w dół, na to, co działo się w środku. Dalej nie mieli wstępu. Miejsce chroniła potężna, nieprzepuszczająca ludzi, magiczna bariera. Emi z przykrością rozejrzała się wokół. Wielu czarodziejów przyszło popatrzeć na odbywającą się w dole kaźń. Najwyraźniej nie tylko jej brat lubił tego rodzaju chorą rozrywkę. Dziewczyna wiedziała, że nigdy tego nie zrozumie. W jej karmelowych oczach nie było iskierek radości, a jedynie ciche, pełne żalu, współczucie.
Młodzieńcy Illi’andin, świadomi czujnej obserwacji, łasych na każde ich potknięcie magów, wyczytywani z listy, podchodzili do pręgierza dumnie z podniesioną głową. Rzadko zdarzyło się, żeby którykolwiek choćby jęknął. Każde takie potknięcie wywoływało jednak wśród czarodziejów ogólną radość i poruszenie. Podczas gdy chłopcy przywiązywani byli do pręgierza, nauczyciel, a raczej w ich przypadku dowódca, obojętnym tonem wyczytywał ich przewinienia i naliczał razy. Emi siedziała cierpiąc w milczeniu. Wiedziała, że żadna z otaczających ją osób nie byłaby w stanie zrozumieć jej uczuć.
– Jay Wairudo – rozległ się tubalny głos.
Po wyczytaniu nazwiska, kolejny chłopak wstał z trybun, żeby z dumnie uniesioną głową udać się w kierunku drewnianego słupa. Dziewczyna zamarła. Rozpoznała zwichrzone, czarne włosy i smukłą, opaloną od latania w promieniach słońca sylwetkę. Widziała już wcześniej te ciemne, pokryte sztywnymi piórami skrzydła.
– Za samowolne opuszczenie terenu polowania – wyczytał beznamiętnym głosem starszy mężczyzna, a Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku – dwadzieścia razów – była to zdecydowanie najwyższa, wyznaczona tego dnia kara. – Za niewyjaśnienie powodu swoich działań, kolejnych pięć.
Dziewczyna siedziała jak ogłuszona. Do oczu cisnęły jej się łzy. Zacisnęła pięści w bezsilnym gniewie. Więc to była jej wina. Ukarali go za to, że jej pomógł. Całą sobą zapragnęła znaleźć się w innym świecie, krainie ze swoich marzeń, w której nie ma wojen, przemocy, a wszystkie żywe istoty współpracują i troszczą się o siebie nawzajem.
Patrzyła na pobladłą z bólu twarz chłopaka, na jego związane ręce, na rozpięte na całą szerokość, czarne skrzydła. Widziała pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach otaczających ją czarodziejów. Zobaczyła taki sam uśmiech na twarzy Andre, a to dotknęło ją do żywego. Nie, zdecydowanie nie chciała należeć to tego okrutnego, cieszącego się z cierpienia żywych istot, podłego świata.
Rozdział IV
Czarna wieża była wysoką budowlą, z pochłaniającego światło kamienia. Mieściła w sobie dwanaście pięter i cztery podziemne poziomy. Uczniowie spali na szóstym i siódmym piętrze, wyżej i niżej odbywały się zajęcia. Na najniższym, podziemnym poziomie były lochy. Do szkoły uczęszczali Illi’andin z dwóch różnych sfer. Na niższym piętrze swoje kwatery mieli wojownicy. Były to proste, niewielkie, pozbawione wygód cele. W rogu takiego pomieszczenia stało łóżko, a po przeciwnej stronie zwyczajny drewniany stolik i kufer na rzeczy osobiste. Piętro wyżej natomiast mieszkały dzieci arystokracji. Błękitna krew Illi’andin. Było ich niewielu, w całej szkole tylko dziewięciu. Ich prywatne komnaty były wygodne i rozciągały się na całym piętrze. Różnili się od innych przedstawicieli swojej rasy. Bili szybsi i silniejsi od ludzi, ale nie mieli skrzydeł. Nie posiadali też instynktu drapieżników, jedynie co jakiś czas potrzebowali świeżej krwi. Za to władali magią. Nie byli wojownikami, ale stanowili jedyną skuteczną broń w wojnie z czarodziejami.
Damien niespokojnie chodził po komnacie. Miał ochotę zamordować tego kretyna, którego szumnie nazywał swoim przyjacielem. Co on sobie w ogóle myślał?! Dlaczego wiecznie musiał pakować się w jakieś bezsensowne kłopoty?! Najbardziej bolało go to, że nie zawsze był w stanie go z nich wyciągnąć. Tak było i tym razem. Chłopak zacisnął pięści. Potem je rozluźnił. Przeczesał palcami wiecznie tworzące na głowie artystyczny nieład, jasne włosy, poprawił eleganckie ubranie i przejrzał się w dużym, stojącym lustrze. Z drugiej strony patrzyły na niego żywe, jasnoniebieskie oczy. Cóż, efekt był zadowalający. Przywdział na twarz leniwy, arogancki uśmiech. Nie miał zamiaru pokazywać komukolwiek, że się przejmuje. Chwycił z poręczy krzesła czarną marynarkę i niespiesznie wyszedł z pokoju.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Gwiazdy świeciły jasno na nocnym niebie. Do ciasnego pomieszczenia przez niewielkie okienko wpadało białe światło najbliższego księżyca Dareshi. Jay leżał na brzuchu, na twardym materacu. Bolały go całe plecy. Zagryzał zęby, starając się nie ruszać skrzydłami, żeby nie drażnić jeszcze bardziej dotkliwie poranionej skóry. W końcu, zrezygnowany, złożone ułożył wzdłuż ciała. Zaskrzypiały drewniane drzwi. Uniósł głowę, żeby zobaczyć kto, nieproszony, wtargnął do jego pokoju. Położył ją z powrotem na wypełnionej pierzem poduszce, całą siłą woli powstrzymując się, żeby nie jęknąć. Damien, tylko jego mu tu brakowało. Słuchanie wykładu na temat nieodpowiedniego zachowania było teraz ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę.
Smukły blondyn wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Zgrabnie przysiadł na blacie drewnianego stolika. Przeczesał palcami przydługie włosy, z konsternacją przyglądając się leżącemu na łóżku przyjacielowi. Chciał coś powiedzieć, ale w pewnym momencie jakby zmienił zdanie. Rozejrzał się po pokoju.
– Co to za zapach? – spytał zaciekawiony.
– Jaki zapach? – warknął zaskoczony Jay, który przygotowywał się już w duchu, na długi, zwyczajowy ochrzan.
– To od ciebie – mruknął zamyślony nad czymś Damien.
– Chcesz powiedzieć, że śmierdzę? – zadrwił leżący na brzuchu chłopak.
– Nie – westchnął blondyn. – To coś innego. Jest znajomy. Ładny. Z czymś mi się kojarzy.
Jay przypomniał sobie dziewczynę z lasu. To nią teraz pachniał. Dotykała go, kiedy niósł ją w powietrzu. W jego bursztynowych oczach zatańczyły iskierki złości. Idiotka! To wszystko jej wina! Gdyby mu wtedy nie pomogła… właściwie to nie był pewien czy mimo wszystko zostawiłby ją wtedy na pastwę polujących Illi’andin. Jeżeli miał być szczery przed samym sobą musiał przyznać, że i tak by ją stamtąd zabrał. W każdym razie nie było to coś o czym miałby ochotę rozmawiać z Damienem. Ani teraz, ani nigdy.
– Nie mam pojęcia o czym mówisz – mruknął splatając pod głową ręce i przymykając swoje niezwykłe, bursztynowe oczy.