Rozdział 1 – Zauroczeni
by Vicky
Laura
Miasteczko Shadowfall, niewielkie i dość ponure, ale niedaleko była plaża, ze skalistymi urwiskami, dookoła zaś górzysty teren i las. Do najbliższego, cywilizowanego miejsca, jechało się jakieś dwie godziny. Mogło być gorzej. Przymknęła oczy. Była w nowej szkole, w zupełnie innym mieście. Tu nie powtórzy się to samo. Będzie uważała. Wyszła z gabinetu dyrektorki na pusty jeszcze korytarz. Naciągnęła na głowę kaptur za dużej, szarej bluzy. To musiało wystarczyć. Wiedziała jednak, że tak nie będzie. Już chwilę później korytarz zapełnił się uczniami. Odetchnęła z ulgą, gdy przechodzili koło niej obojętnie. Stanęła z planem zajęć przy swojej nowej szafce. Nie mogła jej otworzyć, zacięła się. Jęknęła w duchu, kiedy podszedł do niej jakiś chłopak. Chciał być miły.
– Proszę – otworzył jej szafkę, uśmiechnął się i wtedy, nieopatrznie spojrzał jej w oczy.
Przez chwilę patrzył oniemiały, a potem ujrzała to maślane, rozmarzone spojrzenie. Nie! Tylko znowu nie to! Zasłoniła się bardziej jasnymi włosami i kapturem. Włożyła do szafki świeżo otrzymane książki, zamknęła ją i uciekła.
– Hej! Jak masz na imię?! – usłyszała za sobą jego rozpaczliwe wołanie.
Zignorowała je, jak najszybciej znikając za zakrętem korytarza. Odrobinę uspokojona znalazła gabinet nauczycielski, jednak to wcale nie było lepsze. Korytarz ponownie opustoszał. Szła nie rozglądając się na boki, za srogo wyglądającą nauczycielką. Ta zatrzymała się pod klasą.
– Zdejmij kaptur – rozkazała. – Nie możesz tak wejść.
– Ale… – zaprotestowała dziewczyna słabym głosem.
– No już – pogoniła ją zimnym głosem nauczycielka. – To, że jesteś tu nowa, nie znaczy, że masz jakąś taryfę ulgowa.
Zacisnęła usta w wąską linię, ale posłusznie pozbyła się z głowy szerokiego kaptura, odsłaniając falę jasnym włosów. Wyraźnie było teraz widać jej okolone ciemnymi rzęsami, błękitne oczy. Niesamowite oczy. Niczym źródlana woda albo letnie niebo. Dostrzegła przelotny grymas niezadowolenia na twarzy kobiety, ale zignorowała go. Tak było zawsze i już się z tym pogodziła. Nigdy nie będzie normalna. Czegokolwiek nie próbowałby jej wmawiać ojciec. Niechętnie weszła do sali, by stanąć przed innymi uczniami.
– To nowa uczennica, Laura Alice Kendare – przedstawiała już opanowanym, chłodnym tonem nauczycielka. – Przyjechała do nas aż z Walii, z Wysp Brytyjskich. Usiądź proszę pod oknem, w wolnej ławce – skierowała te słowa bezpośrednio do nowej uczennicy.
Dziewczyna posłusznie usiadła na wskazanym miejscu. Czuła na sobie spojrzenia rówieśników. Nie musiała rozglądać się, żeby wiedzieć. Było tak jak zwykle. Zauroczone oczy chłopców i ciskający błyskawice, nienawistny wzrok nowych koleżanek. Nienawidziła tego z całego serca. Zaraz po lekcji uciekła, nie dając nikomu szansy na to, by mógł ją zaczepić. Ile razy by się nie przeprowadzali, zawsze i wszędzie było tak samo.
Cole
Cole z wściekłością spojrzał przez okno na szybko przesuwające się drzewa. To było niedorzeczne! Do osiągnięcia pełnoletności został mu tylko rok, a mimo wszystko rodzice mieli nad nim tą koszmarną władzę, dzięki której mogli pogrzebać jego karierę muzyczną. On, wschodząca gwiazda rocka, musiał chodzić do szkoły! Oczywiście zaproponowano mu nauczanie indywidualne, ale tu okoniem stanął producent. Cole miał chodzić do zwykłego, państwowego liceum, ponieważ to podobno była dla niego najlepsza reklama. Tyle, że jego kumple z zespołu, perkusista Mark, któremu było wszystko jedno, bo i tak skończył już szkołę, i jego rówieśnik, oraz najlepszy przyjaciel, gitarzysta Ian, nie mieli nic przeciwko temu, on jeden miał. Na dodatek ta dziura, Shadowfall… dlaczego nie mógł uczyć się choćby w Nowym Jorku albo najlepiej w Los Angeles, ale nie! Tam znało ich zbyt wielu ludzi, to było niebezpieczne, wymagałoby codziennie specjalnych przygotowań. Tutaj, w tej zacisznej i nic nieznaczącej karykaturze miasta on, Cole Salvadore, mógł w świętym spokoju skończyć szkołę. Z tym, że spokój był ostatnią rzeczą, której chciał.
Ian zatrzymał sportowe Porsche, które wywoływało w tej zabitej deskami mieścinie niemałą sensację. Na parkingu szkolnym, pośród zdezelowanych dżipów i samochodów, którymi jeździło już drugie, jeżeli nie trzecie pokolenie, auto sprawiało wrażenie róży w ogrodzie chwastów. Natychmiast otoczyło ich stado piszczących dziewczyn. Tym razem, to Ian spochmurniał, a Cole wreszcie poczuł się odrobinę lepiej. Przybrał na twarz swój zwyczajowy arogancki, leniwy uśmiech i otworzył drzwi samochodu. Fanki zawyły, wpatrując się w chłopaka jak w tęcze. Niewiele trzeba było. Wystarczył dobry stylista, który starannie wybrał jego podarte dżinsy i kraciastą koszulę. Pracowicie, przez pół godziny, układane przez specjalistę, w urokliwy sposób przydługie włosy, wyglądały na idealnie roztrzepane, co w efekcie dało fryzurę, którą określić można było jedynie jako artystyczny nieład. Cole znosił to wszystko ze stoickim spokojem i pozwalał traktować się jak lalkę, bo wiedział jakie przyniesie to w rezultacie efekty. Ian tego nie rozumiał. Kiedy szeroko uśmiechnięta kobieta chciała go zmienić po raz pierwszy, z wściekłością wbił fryzjerskie nożyczki w stół. Tuż obok jej ręki. Od tego czasu dali mu spokój. Cola to na wpół bawiło, na wpół irytowało. Jednak tak naprawdę to nie Ian był ważny. Wystarczało, że robił swoje, czyli naprawdę zajebiście grał. Reszta należała do Cola.
Wysiadł, obdarzając je swoim najlepszym, firmowym uśmiechem. Zapiszczały niemal zgodnym chórem. To było interesujące. Zawsze go ciekawiło czy może jakoś grupowo to ćwiczą? Nie zaprzątając sobie tym dłużej głowy, poczekał na Iana i razem ruszyli w kierunku szkoły. Pożegnali się na korytarzu i każdy ruszył do klasy, w której obecnie miał zajęcia. Cole wszedł do pomieszczenia i zamarł z poirytowaną miną. Ktoś siedział na jego miejscu. Ci, którzy siedzieli już w swoich ławkach, zafascynowani czekali, co teraz zrobi. Chcieli sensacji. Doskonale, więc on im ją da. To była dziewczyna. Miała na sobie szarą, niekształtną bluzę i kaptur. Kolejna, na dodatek niemodna, kretynka. To musiała być ta nowa, która od jakiegoś czasu była na językach wszystkich. Był ciekaw, co zrobi, kiedy dowie się, że siedzi na miejscu Cola Salvadore, w jego ławce.
– Hej, mała – odezwał się zaczepnie, podchodząc do niej. – Siedzisz na moim miejscu – oznajmił, od razu, żeby wywrzeć większy efekt.
Podniosła na niego wzrok. Kaptur opadł z jej jasnych, układających się w miękkie fale włosów. Zobaczył jej oczy. Niesamowite. Niebieskie. Głębokie. Zatonął w nich, czując, jak przeszywa go przyjemny dreszcz. Nie zareagowała tak jak się tego spodziewał. Nie pisnęła na jego widok. Nie zaczęła jąkać się i przepraszać. Nie poprosiła o autograf.
– Przeszkadza ci to? – zapytała cichym, jedwabistym głosem.
Cole zaniemówił. Pragnął by powiedziała coś jeszcze. Cokolwiek. Mógłby też się w nią po prostu wpatrywać – przez całe wieki. Nigdy w życiu nie spotkał jeszcze takiej dziewczyny… Dla niej mógłby… Nagle oprzytomniał. Wpatrywała się w niego wyczekująco. Tylko na co ona czekała? Zmusił się by przeanalizować sytuację, w której się znalazł. To kosztowało go sporo wysiłku. W końcu sobie przypomniał. Zadała pytanie. W międzyczasie nauczycielka historii zdążyła wejść do sali. Wszyscy zajęli już swoje miejsca. Tylko on, jak idiota, stał nad jej ławką.
– Nie, oczywiście, że nie – zapewnił natychmiast, pragnąc by była z niego zadowolona.
Uśmiechnęła się do niego lekko, a jego serce na chwilę zamarło, a potem podskoczyło i zaczęło pędzić w dzikim galopie. Potem ponownie spuściła wzrok. Poczuł się odprawiony. Niechętnie zajął miejsce w pierwszej ławce, tuż przy biurku nauczycielki i dopiero wtedy poczuł na sobie palące, zaskoczone spojrzenia innych uczniów. On, Cole Salvadore, dobrowolnie odstąpił swoje miejsce nowej dziewczynie.
Laura
Wymknęła się jak zwykle, tuż po zajęciach, ale tym razem to nie wystarczyło. Plany spokojnego lunchu w bibliotece spełzły na niczym. Nawet nie zdążyła zniknąć za rogiem, kiedy ktoś chwycił ją za rękę. Laura patrzyła niedowierzająco. To była dziewczyna!
– Hej, zaczekaj – rozkazała nieznajoma. A może jednak znajoma? Chyba miała z nią jakieś zajęcia… Niebieskie pasmo na tle kruczoczarnych włosów i podarte dżinsy rzucały się w oczy. – To co zrobiłaś, było super! Jesteś cholernie odważna! Nigdy nie widziałam jeszcze, żeby ktoś tak utarł nosa Colowi! – mówiła zachwycona. – Jestem Elena Maes – przedstawiła się wesoło.
– Laura Kendare – odpowiedziała odruchowo, w dalszym ciągu nieco zaskoczona, a teraz jeszcze speszona, tak bezpośrednim kontaktem. – Colowi? – spytała.
Przez chwilę przyszło jej na myśl, że tak może wygląda życie normalnych ludzi, ale potem szybko odepchnęła od siebie iskierkę radości. Jakakolwiek nić sympatii skończy się natychmiast, w momencie, gdy chłopak Eleny, teraźniejszy lub przyszły, po jednym spojrzeniu zauroczy się w niej. Wiedziała, że nie jest stworzona do tego, by zawierać przyjaźnie.
– Naprawdę nie wiesz kim jest Cole? – dziewczynie najwyraźniej trudno było w to uwierzyć. Nierozumiejący wzrok Laury chyba jednak ją ostatecznie przekonał. – To leader zespołu Cuervo. Nie wierzę, że o nich nie słyszałaś!
– Słyszałam – przyznała wzruszając ramionami – chyba każdy zna przynajmniej kilka ich piosenek. Bezustannie lecą w radiu.
Elena przytaknęła.
– Tak i są naprawdę nieźli – westchnęła. – Co nie zmienia faktu, że Cole to totalny dupek. Nie ma tygodnia, żeby jakaś dziewczyna przez niego nie płakała. Kiedy go tak potraktowałaś, musiało to dać mocnego kopa jego ego – uśmiechnęła się wesoło.
Tym razem Laura również się uśmiechnęła. Teraz zrozumiała wreszcie te wszystkie niedowierzające spojrzenia. Nie protestowała, kiedy Elena wzięła ja pod rękę i wyciągnęła na świeże powietrze. Mogła sobie przecież pozwolić na jeden, przyjemny dzień.
Ian
Chłopak westchnął znudzony. Ile to jeszcze będzie trwało? Chciał mieć święty spokój! Na dodatek Cole zachowywał się jakoś dziwnie. Bez przerwy wodził wzrokiem, jakby szukając kogoś. Zupełnie już tracił kontakt z rzeczywistością. Jego cierpliwość się skończyła.
– Co jest? – zapytał prosto z mostu.
Cole spojrzał, jakby Ian brutalnie wyrwał go ze świata marzeń.
– Nie, nic – mruknął tamten, nawet nie uśmiechając się do patrzących na niego maślanym wzrokiem dziewcząt.
To było dziwne. Nietypowe. Czyżby się rozchorował? Zabrali swoje tace i wyszli na dwór. Ian warknął, gdy wpadł na Cola, który gwałtownie się zatrzymał. Podążył za jego wzrokiem. Wpatrywał się w dziewczynę. Siedziała na uboczu. Miała na sobie szarą bluzę z kapturem. Nie była jedną z tych wymuskanych panienek, którymi zazwyczaj interesował się Cole. Była całkiem ładna. Długie jasne włosy, niebieskie oczy, ale przecież każdy z nich mógł mieć takich na pęczki. Ian nie pojmował co w niej takiego specjalnego, że jego przyjaciel stał i wpatrywał się w nią, jak kretyn. W końcu szturchnął go łokciem.
– Gdzie siadamy? – zapytał dość chłodno.
– Tam – Cole natychmiast ruszył w kierunku dziewczyny.
Ian przewrócił oczami, ale posłusznie poszedł za nim.
– Cześć, można tu usiąść? – zapytał uprzejmie Cole.
Obojętnie wzruszyła ramionami, nawet nie podnosząc na nich wzroku. To również była nowość. Cole jednak niezrażony usiadł naprzeciwko niej, a Ian, chcąc nie chcąc, poszedł w jego ślady.
– Zastanawiałem się czy może masz wolny wieczór. Ja jestem Cole, a to Ian. Zapewne znasz nas z…
– Nie – przerwała mu brutalnie, nasuwając kaptur tak, że zasłaniał jej twarz.
– Co nie? – Cole zamrugał zaskoczony.
– Nie mam wolnego wieczoru – odpowiedziała miękko, bez żadnej złośliwości, a jednak ucinając rozmowę.
Sytuacja wydała się Ianowi tak absurdalna, że chciało mu się śmiać. Z trudem stłumił wesołość, wiedząc, że przyjaciel by mu takiego wybuchu łatwo nie wybaczył.
– Jak ci na imię? – spytał, wcinając się do tej dziwnej rozmowy.
Chciał wiedzieć, kto odważył się w taki sposób potraktować Cola. Był przekonany, że dziewczyna w ten sposób skreśliła się towarzysko. Nie wiedziała czy też jej to w ogóle nie obchodziło? Czyżby to właśnie tak zadziałało na Cola? Tym razem podniosła wzrok. Spojrzała na niego najbardziej niebieskimi oczami na świecie.
– Laura – usłyszał jej imię i zdziwił się, że odpowiedziała mu na pytanie.
Ciekawe czy była wariatką? W każdym razie z pewnością musiała mieć interesującą osobowość.
– Miło było cię poznać, Lauro – oznajmił wstając i ciągnąc za sobą Cola. Rzucił na stół dwa, wydrukowane na czarnym kartonie, zabezpieczone hologramami bilety. – Dzisiaj gramy w Krypcie. Przyjdź, jeżeli zmienisz zdanie.
Odchodząc od stołu miał nadzieję, że to co właśnie zrobił, chociaż na kilka godzin otrzeźwi kumpla z tego dziwacznego stanu.
Elena
Wypuściła z płuc długo wstrzymywane powietrze. Jak ona ich nienawidziła! Najgorsze było to, że jednocześnie nie potrafiła uwolnić się od ich muzyki. Laura intrygowała ją teraz coraz bardziej. Kiedy odeszli na odpowiednią odległość, wróciła do stolika.
– Czego od ciebie chcieli? – zapytała zaciekawiona.
Dziewczyna wskazała na leżące na stole bilety.
– Zaprosili mnie na koncert – mruknęła.
Elena wzięła do ręki bilety i zamarła. Miejsca w sektorze tuż pod sceną! Nigdy nie udałoby się jej takich dostać!
– Kogo zabierzesz? – zapytała starając się zabrzmieć obojętnie.
Laura nie spojrzała na nią. Na kolanach trzymała otwartą książkę.
– Nie idę – oznajmiła. Zatrzasnęła gruby tom. „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” Edgar Alan Poe, zdążyła zauważyć, zanim dziewczyna schowała książkę do torby. Podniosła na nią wzrok, uśmiechając się nieco blado. – Możesz je wziąć jeśli chcesz.
Elena zawahała się. Tylko przez chwilę. Szybko schowała bilety, stawiając sobie za cel, zabrać ze sobą, swoją nową przyjaciółkę. Choćby nie wiem co.
Laura
Przeklęła w duchu. Zbyt długo zwlekała. Poczuła jak kręci jej się w głowie. Idiotka! Jeżeli nie chce… nie powinna tyle czekać! Szary kaptur bezwładnie opadł jej na plecy. Była słaba. Nawet chodzenie stanowiło w tym momencie wysiłek. Przy jednej z szafek stał szeroki w ramionach blondyn, w kurtce drużyny futbolowej. Był sam. Lepiej nie mogła trafić. Uśmiechnęła się do niego, kiedy na nią spojrzał. To nic trudnego. Podeszła bliżej. Patrzył na nią z niekłamanym zachwytem i… pożądaniem.
– Chciałbyś mnie pocałować? – zapytała łagodnie.
Z trudem przełknął ślinę. Jego oczy mówiły, że o tym marzy. W końcu udało mu się skinąć głową. Oplotła ramionami jego szyję. Był za wysoki. Spojrzała na niego z lekkim wyrzutem, a on natychmiast nachylił się nad nią. Całował ją tak, jakby było mu to potrzebne do życia. Zawsze bawił ją ten paradoks. Przygarnął ją do siebie blisko, zaborczo, zachłannie. Pozwoliła mu na to, a potem odsunęła go od siebie. Czuła się już lepiej. Właściwie to całkiem dobrze. Chwilowo wystarczyło, ale i tak potrzebowała kogoś na stałe. Wcale jej się to nie uśmiechało.
– To na razie – odwróciła się do niego plecami.
– Zaczekaj! – złapał ją za rękę. Przez chwilę jego oczy były mętne. – Jesteś taka piękna… – wyszeptał. Nagle oprzytomniał. – Jak masz na imię? Gdzie cię znajdę? Dasz mi swój numer?
Roześmiała się srebrzyście. Dotknęła gładko ogolonego policzka chłopaka.
– Jeżeli chcesz, żebym była z ciebie zadowolona, to mnie nie szukaj – odpowiedziała powoli wymawiając słowa, niczym do niesfornego szczeniaka. – Gdybyś kiedyś był mi potrzebny, sama cię znajdę. Po prostu zostań tutaj i dokończ to co robiłeś, zanim ci przerwałam – uśmiechnęła się do niego jeszcze raz, a potem nie odwracając się za siebie odeszła korytarzem.
Ian
Nie wierzył w to co widzi. Mark Jonson, jeden z najlepszych sportowców w szkole, całował się z Laurą. Nic dziwnego, że ignorowała Cola. Zaraz… tylko czy on czasem nie miał dziewczyny? Jak jej było na imię? Caroline? Kiedy tylko zobaczył, jak się całują, natychmiast się stamtąd zmył. Zarzucił na jedno ramię plecak i ruszył w kierunku drzwi. W pewnym momencie coś, a raczej ktoś, z impetem na niego wpadło. Niedopięty plecak spadł na podłogę, wypluwając swoją zawartość. Ian zaklął brzydko. Grafitowy notatnik upadł na podłogę, wysypując ze środka luźne kartki.
– Przepraszam – usłyszał skruszony głos Laury.
– Nie ma sprawy – burknął, kucając, żeby wszystko pozbierać.
Schyliła się, żeby mu pomóc. Nie chciał, żeby ktoś oglądał jego szkice, a tym bardziej, żeby przeczytał którąś z jego piosenek. Chwycił dziewczynę za nadgarstek.
– Poradzę sobie – z trudem powstrzymał się od warknięcia. – Nie musisz mi pomagać.
Chyba zorientowała się, że na podłodze leżą rysunki. Uśmiechnęła się delikatnie. Spojrzała mu prosto w oczy.
– Chciałabym zobaczyć – oznajmiła.
– Ale ja nie mam zamiaru ci nic pokazywać – tym razem naprawdę warczał.
Wyglądała na zaskoczoną. Jakby zbitą z tropu. Po krótkiej chwili odzyskała rezon.
– Dlaczego nie chcesz ich pokazać?
– Bo nie tworzę dla publiczności – odpowiedział po prostu. – Są tylko moje.
Zastanawiała się nad tym przez moment.
– Szkoda, wyglądają na niezłe – oznajmiła w końcu.
– Tego się w każdym razie nie dowiesz – oznajmił, puszczając jej nadgarstek, składając kartki i zamykając zeszyt.
Zgarnął resztę rzeczy do plecaka, wstał i odszedł, zostawiając tą dziwną dziewczynę samą, na korytarzu. Dopóki nie zniknął za drzwiami, czuł na plecach jej przenikliwy, palący wzrok.
Elena
Odetchnęła z ulgą, kiedy odebrała telefon od Laury. Nie tylko nie chciała iść na koncert sama, ale na dodatek było jej głupio. W końcu to nie ona dostała te bilety… Nie miała pojęcia co wpłynęło na zmianę zdania dziewczyny, ale najwyraźniej bardzo zaczęło jej zależeć, żeby tam jednak pójść. Spotkały się na placu, w centrum miasteczka, kilka ulic od klubu. Tu przynajmniej nie było tak tłoczno, jak tam… Elena przygotowywała się dobrą godzinę i była dumna z efektu swoich starań. Ciemne włosy związała wysoko, w koński ogon, a luźno wypuściła jedynie niebieskie pasmo. Miała na sobie obcisłe, czarne dżinsy i kontrastujący z nimi, biały top z nadrukiem Jacka Danielsa. Na nogi natomiast wciągnęła długie buty. Uznała, że lepiej już być nie mogło. Nie oceniała innych, nie zwracała uwagi na cudze stroje, jednak Laura… jak ona do cholery miała się z nią tam pokazać? Dziewczyna kompletnie olała sprawę. Nie zrobiła nic, by choć trochę ładnie wyglądać. Nosiła wytarte, niebieskie dżinsy i to naprawdę wytarte od długiego noszenia, a nie takie kupione w designerskim sklepie z „firmowymi” dziurami, a do tego włożyła czarną koszulę, zdecydowanie na nią za dużą, a na dodatek męską! Na nogach nosiła zniszczone trampki. Nie miała żadnego makijażu, nie użyła nawet błyszczyka, a włosy miała zwinęła byle jak, tak, że teraz luźne kosmyki wystawały z gumki na wszystkie strony. To była katastrofa! Czy jej na niczym nie zależało?
– Cześć – przywitała się niechętnie, zastanawiając się, jak poważny popełniła błąd.
– Hej – Laura obdarzyła ją promiennym uśmiechem.
– To idziemy? – zapytała zrezygnowana.
Tamta skinęła głową i obie ruszyły w kierunku klubu. Przed drzwiami kłębił się tłum. Kolejka była nieziemska. Elena aż jęknęła w duchu, ale Laura w ogóle się nie zatrzymała. Ominęła wszystkich i podeszła bezpośrednio do sprawdzającego bilety ochroniarza. Pokazała mu ich wejściówki, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.
– Wpuścisz nas? – zapytała, ale to nie było pytanie, przynajmniej nie do końca.
Laura brzmiała tak, jakby była pewna, że tak właśnie się stanie. Ochroniarz wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem odsunął na bok blokującą bramkę, żeby mogły przejść. Nawet nie sprawdził biletów, tylko od razu skierował je do mężczyzny, który wskazywał sektory, w mającej kilka wejść sali. Jak na małe miasteczko, Shadowfall miało całkiem porządny klub. Zresztą na koncert ludzie najwyraźniej zjeżdżali się zewsząd. Weszły do środka i zajęły miejsca z boku sceny. Elena miała ochotę znaleźć się jeszcze bliżej, ale dalej była oszołomiona zachowaniem Laury i nie protestowała, kiedy ta stanęła na uboczu. Jako suport grała jakaś miejscowa kapela. Nie trwało to jednak długo, ponieważ cała sala aż wrzała. Tłum wariował. Zwłaszcza dziewczyny. Krzyczały imię Cola, co jakiś czas powtarzały się również imiona Iana i Marka. Kiedy lider zespołu wśród okrzyków wyszedł na scenę, wyglądało na to, że kogoś szuka. Elenę przeszły ciarki, kiedy jego wzrok zatrzymał się na Laurze. Dopiero wtedy się uspokoił, uśmiechając szeroko. Rozpoczął swój występ. Dziewczyna zastanawiała się co jest grane. Może oni znali się już wcześniej? To jednak wydawało się mało możliwe. Dlaczego taki playboy jak Cole tak bardzo zainteresował się Laurą? Elena nie widziała w niej niczego niezwykłego. Może poza jednym… zdecydowanie nie była miła dla chłopaka i właściwie uporczywie go ignorowała. Czy dlatego właśnie zwrócił na nią uwagę? Przestała myśleć. Skakała razem ze wszystkimi i dała się ponieść muzyce. Dopiero po pewnym czasie zdała sobie sprawę, że Laura stoi spokojnie obok niej. Wpatrywała się w scenę, ale jej wzrok kompletnie ignorował Cola. Ona patrzyła bezpośrednio na Iana.
Cole
Nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Wszystko dookoła straciło barwy. Jaśniała tylko ona. Była jak promień słońca, jak narkotyk. Bez niej nic nie miało już sensu. Kiedy wyszedł na scenę, spanikowany szukał jej wzrokiem. Nie miał pojęcia co zrobiłby, gdyby się nie pojawiła. Ale ona tam była. Przyszła na ich koncert. Cole odetchnął z ulgą. Setki dziewczyn, które się za nim uganiały, przestały istnieć, a on sam był zdecydowany zrobić wszystko, byleby zdobyć właśnie tą jedną. Publiczność była wspaniała. Jak zwykle wszyscy świetnie się bawili. Koncert przemknął aż nazbyt szybko, ponieważ Cole myślał tylko o niej. Wiedział, że nie powinien improwizować, zwłaszcza, że nie uprzedził o tym Marka i Iana, ale w tej chwili go to kompletnie nie obchodziło. Piosenka, specjalnie dla niej, istniała dopiero od nieco ponad godziny, ale on już dokładnie, na pamięć znał każde słowo.
– Teraz chciałbym zaśpiewać coś dla pewnej, bardzo specjalnej dziewczyny – oznajmił, wprawiając w konsternację przyjaciół i ekipę organizacyjną, nie spuszczając wzroku z Laury.
Są wystarczająco zgrani, wiedział o tym. Jakoś sobie poradzą. Śpiewał o gorącym uczuciu, o płomieniu, który w nim rozpaliła, o oczach jak wiosenne niebo. Wiedział, że każda z nich ma nadzieję, że to właśnie o niej. Utwór wyszedł rewelacyjnie, bo włożył w niego całe swoje serce. Przyjaciele również dali radę z akompaniamentem, więc menadżer nie będzie miał pretensji, uzna, że to zaplanowali. Chwycił białą różę, którą wcześniej przygotował, a potem, przy wtórze wrzasków publiczności, zeskoczył ze sceny i podszedł prosto do Laury. Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy. Mimo, że otaczał ich tłum, nikt inny mógłby nie istnieć. Zdał sobie sprawę, że nie oddychał, dopiero w momencie, gdy przyjęła od niego kwiat. Zalała go fala cudownej ulgi i uniesienia. Nie była speszona, ani trochę. Jej blada twarz nie zmieniła barwy. Obdarzyła go natomiast lekkim uśmiechem aprobaty, a on poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Pozwoliła mu objąć się ramieniem i poprowadzić na scenę.
– Elena – wskazała stojącą obok w osłupieniu dziewczynę – to moja przyjaciółka – powiedziała szeptem – jeżeli mam iść z tobą, to ją też zabierz.
Jasne, nie ma problemu, pomyślał Cole. Zrobiłby dla niej znacznie więcej niż tylko to. Wszystko by dla niej zrobił. Ją również objął i teraz z dwiema dziewczynami po bokach, wrócił do zespołu.
Laura
Właściwie dlaczego nie Cole? Co za różnica kto? Poza tym on zachowywał się nieco inaczej niż powinien. Był nią bardziej zauroczony niż inni. Nie zapominał. Poza tym przy nim nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia. Należało mu się za te wszystkie dziewczyny, którym złamał serca. Pierwszy dzień w nowej szkole, a już słyszała, jak przez niego płaczą. Poza tym to może przynieść również inne korzyści, a już z pewnością pozbawi ją problemu. Koncert skończył się widowiskowym pocałunkiem. Publiczność szalała, nawet jeżeli fanki Cola miały problem z tym, by ukryć swój zawód. Był przystojny i nieźle całował, czego miałaby chcieć więcej? Jej myśli były chłodne i pełne sarkazmu. Po koncercie odbywała się impreza. Chłopak nie odstępował jej na krok. W końcu się zirytowała. To nie dla niego tu przyszła.
– Chcę trochę od ciebie odpocząć – oznajmiła mu cicho, tak żeby nikt inny nie usłyszał.
Jego twarz wykrzywił grymas bólu, jakby mu czymś przyłożyła.
– Dlaczego? – zapytał naiwnie. – Pragnę mieć cię blisko – wyjaśnił, jakby to cokolwiek miało zmienić.
Uśmiechnęła się do niego łagodnie. To zawsze działało.
– Jeżeli nie chcesz, żebym od ciebie uciekła, to musisz mi dać trochę przestrzeni, wtedy, kiedy jej potrzebuję – wyjaśniła.
Mocno zacisnął szczękę. Był niezadowolony. Proszę, tylko się nie porycz, westchnęła w duchu dziewczyna. Nie, Cole nie był mięczakiem. Opuścił obejmujące ją do tej pory ramię.
– Gdzie cię znajdę? – spytał, dalej nie pozbawiony nadziei.
– Nie szukaj – mruknęła, odchodząc.
Ian
Zdziwił się, kiedy do niego podeszła. Specjalnie siedział na uboczu, żeby nikt go nie zadręczał. Potrafił odpychać od siebie ludzi. Doskonale to umiał. Ją również spławi. Dalej nie mógł uwierzyć w to co zrobił Cole. Ryzykował fiasko całego koncertu i to dlaczego? Żeby zaimponować dziewczynie, którą dzisiaj poznał. To nie było normalne, a Ian darzył ją coraz większą niechęcią. Przez chwilę wpatrywała się w niego uważnie, poważnym wzrokiem. Potem usiadła obok niego, w okiennej wnęce, którą zajmował. Odważnie patrzyła mu w oczy. Nie miał pojęcia, czego od niego chce.
– Jesteś homoseksualistą? – zapytała w końcu.
– Co?!
Ian zdębiał.
– Pytam, czy jesteś gejem – wyjaśniła usłużnie, nie drwiła z niego, była wyraźnie zaciekawiona.
Przez jego umysł przelało się całe morze emocji. Zaskoczenie, złość, uraza. W rezultacie jednak po prostu prychnął śmiechem. Za kogo ona się ma?
– Czy jesteś aż taką egocentryczką, że uważasz, że każdy bez wyjątku facet będzie na ciebie leciał? – wybuchnął zirytowany.
Nie odwróciła wzroku.
– Tak – przyznała spokojnie.
Miał ochotę ją przełożyć przez kolano i dać jej w tyłek. Głupia smarkula!
– Więc ja na ciebie nie lecę – warknął – i nie, dla twojej informacji nie jestem gejem. Jestem w stu procentach hetero.
Wstał, nie kryjąc swojej złości. Nie wystarczyło jej, że Cole na jej punkcie kompletnie zwariował? Kiedy wyszedł z gwarnego pomieszczenia na klatkę schodową, zdał sobie sprawę, że ona idzie za nim. Zatrzymał się tak nagle, że na niego wpadła.
– Czego ode mnie chcesz?! – wrzasnął.
Jej twarz nie wyrażała niczego. W ogóle się nie przejęła tym, jak bardzo go wkurzyła.
– Żebyś na mnie zaczekał. Chcę iść z tobą.
– Nie ma mowy! – syknął i ruszył dalej, ale ona i tak ciągle za nim szła.
– Jak długo zamierzasz mnie prześladować? – zapytał wychodząc na dwór.
Tego wieczoru miał ze sobą motocykl, nie porsche. Stał teraz nad nim, wahając się. Jeżeli na niego wsiądzie, bez wyjaśnienia z nią tej sytuacje, to będzie tak, jakby uciekał. Tyle, że on nie był tchórzem i nie zamierzał zwiewać nawet przed wariatką.
– Dopóki nie dowiem się w czym rzecz – uśmiechnęła się do niego zdawkowo. – Odwieziesz mnie do domu? – poprosiła patrząc na motor.
Warknął. Co ona sobie myślała?! Słowo „nie” cisnęło mu się na usta i miał ochotę je wywrzeszczeć, ale przecież nie zostawi jej w środku nocy samej… Była niezrównoważona, a nie chciał mieć jej na sumieniu.
– Obiecuję po drodze nie odzywać się ani słowem – dodała, a to przeważyło szalę.
Niechętnie podał jej kask i pozwolił, żeby usiadła za nim.
Elena
Impreza, po koncercie! Niewiele osób ze szkoły mogło się pochwalić, że na takiej było. I to co zrobił Cole… to było takie… romantyczne. Nie sądziła, że stać go na takie gesty. Z łatwością przyszło jej teraz wybaczenie Laurze tego, jak się ubrała. Zwłaszcza, że nie zapomniała o niej. Poszukała wzrokiem nowej przyjaciółki. Nigdzie jej nie było. Znalazła natomiast Cola. Rozmawiał z innymi i udawał, że się bawi, ale znała go już pewien czas i wyraźnie czuła, że nie był sobą. Rozglądał się co chwila, najwyraźniej, tak jak ona sama, w poszukiwaniu Laury. Nagle odezwała się jej komórka. Przyszedł sms. Był od Laury.
„Wróciłam do domu. Powiedz Colowi, że będę mu bardzo wdzięczna, jeżeli cię odwiezie.”, brzmiała jego treść.
Elena poczuła się odrobinę wystawiona. Posłusznie jednak podeszła do chłopaka. Jego zielone oczy rozbłysły. Wyglądał, jakby sprawiło mu radość, że może zrobić coś dla Laury. Spełnić jej życzenie. Na imprezie zostali jeszcze przez godzinę, a on przez cały ten czas jej nadskakiwał, traktując jak królową. Był zabawny, szarmancki i czarujący. W ogóle nie była w stanie porównać go z tym nadętym, aroganckim Colem ze szkoły. Kiedy wychodzili, chłopak na chwilę zniknął, a ona znalazła leżący na parapecie kwiat, białą różę. Schowała ją do torebki, z mocnym postanowieniem, że odda ją Laurze, ale zanim jeszcze zamknęła suwak, wiedziała już, że go zatrzyma. Skoro ona zostawiła tu różę, znaczyło, że jest jej wszystko jedno. Elenie, mimo że chciałaby zupełnie inaczej, w tym momencie jednak nie było.