Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wieczorem, kiedy Eliza położyła rozbrykane dzieciaki spać, usiedli razem w przytulnym salonie, wiktoriańskiego domu w Kilkenny. Dziewczyna nie mogła przestać uśmiechać się na widok Cahira. Tak bardzo za nim tęskniła! Zresztą zawsze traktowała go jakby był jej rodzonym synem, najstarszym z jej własnych dzieci. 

    – Ty pierwszy – powiedziała do niego stanowczo, a on nie potrafił się nie roześmiać.

    – Właściwie to nie ma o czym opowiadać – mruknął rozpierając się wygodnie na kremowej kanapie. – Pomagałem Danielowi z rozbrykanym stadem wilkołaków i potrzebowaliśmy jakiejś przynęty. Współpracował z nami pewien wampir… Jakoś tak wyszło, że zaprzyjaźnili się z Gabrielą, a potem ona stwierdziła, że woli jego ode mnie i tak zostało.

    – Cahir! – powiedziała z naganą w głosie Eliza, a chłopak spojrzał na nią lekko speszony.

    – No dobrze – westchnął. – W międzyczasie się trochę pogniewałem, bo wilkołaczy dzieciak, którego złapaliśmy z Danielem rzucił się na Gabrielę, a potem jeszcze zdenerwowało mnie to, że go pocałowała… To znaczy wampira nie wilkołaka – zaczął dość mętne tłumaczenie. – W każdym razie teraz ona się mnie tak jakby boi… – spojrzał na Elizę przepraszająco. – Ja ją kocham i kompletnie nie wiem co mam z tym dalej zrobić.

    Dziewczyna pokręciła głową. Uśmiechnęła się do niego łagodnie. Chciała coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła, bo do środka, ze spuszczoną głową i zamyślonym wyrazem twarzy wszedł Matt, burząc panującą w środku radość i beztroskę. Był sam, nie było przy nim Gabrieli.

    Eliza natychmiast zerwała się z kanapy, rzucając się w ramiona męża. Przytulił ją do siebie, opiekuńczym, zaborczym gestem.

    – Co się stało? – zapytała cicho. – Gdzie Gabriela?

    – Nie mogłem za nią pójść – powiedział przepraszająco. – Próbowałem, ale nie mogłem.

    W jego smutnym spojrzeniu, szarych oczu był brak jakiejkolwiek logiki. Wyglądało to tak, jakby myślał o czymś zupełnie innym i z trudem skupiał się na otoczeniu.

    – Matt, co się do cholery stało? – niemal warknęła Eliza. Nie chciała na niego naciskać, ale za bardzo martwiła się o córkę.

    Westchnął. Puścił ją i poddając się zupełnie, opadł na kanapę. Natychmiast usiadła, przytulając się do niego. Patrzyła wyczekująco. Cahir, wyraźnie spięty, także z niecierpliwością i obawą czekał na słowa mężczyzny.

    – Znacie bajki dla dzieci? – spytał ni stąd ni zowąd. – Na przykład te braci Grimm? -Przytaknęli mu obydwoje. Żadne z nich nie wiedziało do czego właściwie Matt dąży, ale nie chcieli mu przerywać. – Może nie wszystkie, ale niektóre z nich są jak najbardziej prawdziwe… na przykład ta o Jasiu i Małgosi – westchnął.

    – Matt, z całym szacunkiem – Cahir starał się pohamować swój gniew – ale nie mamy ochoty słuchać bajek! Gdzie jest Gabriela? Czy nic się jej nie stało?

    Mężczyzna spojrzał na niego chłodnym spojrzeniem, takim, jakiego chłopak jeszcze nigdy u niego nie widział.

    – Jako dziecko byłeś znacznie mądrzejszy – syknął.

    Cahir pierwszy odwrócił wzrok. Eliza, która znacznie lepiej znała swojego męża, pociągnęła go delikatnie za rękaw czarnej koszuli.

    – Mów – poprosiła cicho.

    Matt skinął głową. Objął ją ramieniem i przytulił do siebie.

    – Jakiś czas temu popełniłem poważny błąd, za który najwyraźniej przyszło mi płacić do dzisiaj – zaczął mówić cichym, poważnym głosem. Przymknął oczy. – Dawno temu podróżowałem po lasach Ameryki Północnej, tych, które już w dzisiejszych czasach nie istnieją. Znalazłem samotny, doszczętnie spalony dom w zgliszczach którego stał jakimś cudem nietknięty, duży piec, w jego wnętrzu było niemal doszczętnie spalone ciało. Chciałem je pochować, ale… – kontynuował smutno. – Widziałem już czarny, jednak nie tak straszne, jak kobieta, która żyła mimo takiego stanu. Wyciągnąłem ją stamtąd. Mijały godziny. Staruszka powoli dochodziła do siebie. To było okropne. Nie sądziłem, że może być jeszcze gorzej. Mijały dni, bardzo powoli staruszka zaczęła odzyskiwać zrujnowane ciało. Wraz z upływem czasu stan kobiety się poprawiał i rozumiałem ją coraz lepiej. Nauczyła mnie które rośliny i grzyby są jadalne. Żyło się nam całkiem spokojnie, a już wtedy byłem wykończony różnymi okrutnymi i bezsensownymi działaniami mojej rasy. Miałem dość nienawiści, zabijania i krwawych wojen. Pragnąłem, prawdę mówiąc, żeby te chwile trwały jak najdłużej, obawiałem się jednak, że tak nie będzie. Kiedy już zupełnie doszła do siebie, opowiedziała mi swoją historię. – Obydwoje słuchali uważnie. Żadnemu z nich, do tej pory, Matt nigdy nie opowiadał niczego ze swojej przeszłości. – Urodziła się w plemieniu Mglistej Góry, siedem lat po tym jak z krainy cofnęły się lody. W czternastym roku życia stała się kobietą. Gdy pojawiły się pierwsze krwawienia miesięczne zaczęła mieć widzenia i przeczucia. Początkowo były słabe. Mogła powiedzieć, kiedy zacznie padać i kiedy przestanie. Często była w stanie przewidzieć, gdzie należy polować. Co jakiś czas potrafiła nawet przewidzieć, który z wojowników zginie albo odniesie rany na polowaniu. Jej dar był dla plemienia bezcenny. Wkrótce przeniesiono ją do chaty szamana. W tym pełnym przywilejów życiu, inni zbierali za nią jedzenie, a ona wykonywała dzieło. Była urocza i każdy to widział. Niedługo trwało, nim jej wzrok zaczął często spoczywać na synu wodza, Auracu. On też na nią spoglądał. Wiedziała, że będzie dla niego dobrą żoną. On też to wiedział i okazał jej to pewnej rozgwieżdżonej nocy. Parzyli się jak króliki w czasie rui – uśmiechnął się ponuro – na szczycie skały, o której mówiono, że zapewnia urodzenie chłopca po takim uniesieniu. Ale nadeszła katastrofa. Plemię Rwącej Rzeki przybyło z nizin by zająć ich kraj. Po kilku takich potyczkach ich wódz odsunął widmo wojny, wydając Auraca za córkę wodza Rwącej Rzeki. Przeraziła się co zrobiliby członkowie plemienia, gdyby dowiedzieli się, co rośnie w jej brzuchu. Aurac też to wiedział. By uchronić się przed wyrzuceniem z wioski, sprytny Aurac ją wydał. Oznajmił, że widział, jak w nocy oddawała się złym duchom i słyszał jak obiecywały jej straszliwe moce i dziecko-potwora. Nie mogła przeżyć sama, chyba, że udałoby się jej odkryć moce większe od tych, które dawała krew miesięczna. Postanowiła rozlać najbardziej niewinną krew – westchnął smutno Matt. – Gdy urodziła syna, natychmiast pchnęła go noże. I moc przyszła, ogromna. – Eliza patrzyła na niego szeroko rozwartymi oczami. Nie do końca docierało do niej to o czym opowiadał jej ukochany. Jak można zabić własne dziecko? Cahir słuchał ze skupieniem na pobladłej twarzy. – Z wielkiej odległości nakazała, by ciało jej niegdysiejszego ukochanego pokryły czyraki, wrzody, otwarte rany i wszelkiego rodzaju ohydne pryszcze – nie przerywał opowieści Matt. – Kradnąc i składając  w ofierze jedno dziecko rocznie, zawsze miała moc. Poświęcając dwoje w roku przestała się starzeć. Mijały lata. Plemię Mglistej Góry przeminęło, cierpiąc każde upokorzenie, jakim tylko mogła je dotknąć. Mijały wieki, a ona się nie zmieniała. Z wyjątkiem tego, że stawała się coraz potężniejsza i bardziej przebiegła. Pomagała tym, którzy byli dla niej mili. Tych, którzy byli choć trochę niemili, karała. Zawsze też prowadziła osobistą wojnę z ładnymi, młodymi książętami i innymi możnymi dżentelmenami. Była to jej ulubiona rozrywka, której oddawała się często i w niezliczonych wariantach. W owych czasach nie była jednak w stanie, oprzeć się urokowi przystojnych młodzieńców, tak jak kiedyś nie mogła oprzeć się Auracowi. Młode ciało ogarniają czasem żądze… więc zaczęła się starzeć. Ciągle toczyła swą wojnę, ćwiczyła się w rzemiośle, rujnując życie tym, którzy ją zawiedli i darząc łaską tych którzy jej słuchali. Zawsze oddawała duchom ich doroczną daninę. W końcu zmęczyła się obcowaniem z ludźmi. Skryła się w chacie w samym sercu lasu. Raz albo dwa razy w roku przystrajała ją ciastkami i słodkościami by zwabić przypadkowe dzieci. Czasami do następnych takich odwiedzin upływał rok, wtedy jej moce słabły. Tak się właśnie stało i tamtym razem. Dwójka dzieci pokonała ją i wepchnęła do pieca. Właśnie rozpoczynała długą podróż powrotną z krainy umarłych, gdy ją odnalazłem. Byłem zbyt zadufany w sobie, żeby uznać, że grozi mi niebezpieczeństwo. Opowiedziałem jej o Illi’andin. To był mój największy błąd – westchnął cicho. – Uznała, że moja krew da jej znacznie więcej niż krew dzieci. Tyle, że ona też się przeliczyła, bo nie byłem aż tak łatwą ofiarą jak jej się zdawało. – Podniósł wzrok, spojrzał na Elizę, a potem na Cahira. – Kiedy spróbowała mnie zabić, ponownie spłonęła żywcem. Dla pewności pogrzebałem ją we wnętrzu czynnego wulkanu. Najwyraźniej jednak jej magia była silniejsza niż myślałem, bo jakoś się stamtąd wydostała. Ma znacznie większą moc niż miała wtedy… Schwytała Gabrielę i uwięziła ją gdzieś w przejściu między światem żywych, a umarłych. Zostawiła otwartą bramę i powiedziała, że mogę po nią pójść, bo jej wszystko jedno czyją krew dostanie, ale wyjdzie stamtąd tylko jedno z nas. – Odwrócił od Cahira wzrok. – Nie mogłem przejść przez to pieprzone przejście, ponieważ Gabriela nie jest moja córką. 

    – Zostawiłeś ją tam? – sapnął oskarżycielsko chłopak. Nie był w stanie dłużej powstrzymać swojego gniewu.

    Matt przecząco pokręcił głową.

    – Nic nie mogłem zrobić. Daniel po nią poszedł – wyszeptał cicho. – Mógł przejść przez bramę, ponieważ w ich żyłach płynie ta sama krew.

    – Daniel? – wyszeptał niedowierzająco Cahir. 

    Mężczyzna siedział ze spuszczona głową, Eliza spojrzała na chłopaka przepraszająco.

    – Chcieliśmy ci powiedzieć, ale… – zaczęła cicho.

    – Ale nie powiedzieliście! – warknął, gwałtownie wstając z kanapy i niczym podmuch jesiennego wiatru wybiegł z domu. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Wiał lekki wiatr. Pełne czerwonych kwiatów pole falowało łagodnie. Dolina wyglądała jak rajski ogród. Daniel osłonił oczy przed rażącym słońcem. W oddali widział kamienny ołtarz. Skierował się bezpośrednio ku niemu. Szedł szybkim krokiem, ale zamiast przybliżać, ciągle się oddalał. Zaklął szpetnie. Rozwinął olbrzymie, szare skrzydła i wzbił się w powietrze. Tu działo się to samo. Im szybciej leciał, tym dalej był. Jak miał dotrzeć do tego pieprzonego ołtarza? Starał się nie myśleć. W głowie miał nieprzyjemny mętlik. Tyle lat milczeli… Eliza nic mu nie powiedziała. Uśmiechnął się do siebie ponuro. Doskonale wiedział dlaczego. Był kim był, a oni nie chcieli go w swoim życiu. Teraz, kiedy Gabriela miała dziewiętnaście lat, on sam i tak, na nic nie miał już wpływu. Wzdrygnął się zawisając w powietrzu. Na jedno jednak miał wpływ. Spojrzał w kierunku ołtarza. Sterta kamieni była w tym momencie jedynie majaczącym w oddali punkcikiem. Opadł na ziemię. Zamknął oczy. Stał w miejscu. 

    – Krew z krwi – powiedział cichym szeptem.

    Kiedy otworzył oczy, był przy samym ołtarzu. Gabriela miała na sobie białą, zwiewną szatę. Leżała na twardym kamieniu, a jej twarz była bardzo blada. Łagodnie dotknął ramienia nieprzytomnej dziewczyny. Było zimne jak lód. Jakby nie żyła. Ona jednak otworzyła oczy. Usiadła. Spojrzała na niego zaskoczona.

    – Gdzie ja jestem? – wyszeptała.

    – Na południe od nigdzie i na wschód od gdziekolwiek – zakpił.

    Wpatrywała się w niego nie rozumiejąc, a on zdał sobie sprawę, że dziewczyna go nie poznaje. Nie było teraz na to czasu.

    – Chodź – wyciągnął do niej rękę. – Musimy się stąd wydostać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Nie! To nie było możliwe, ona nie mogła być jego córką! Nie Daniela! Tyle, że Cahir doskonale wiedział, że to prawda. Zdawał sobie sprawę, co niegdyś łączyło jego przybraną matkę z Danielem. Czas również się zgadzał. Chłopak zagryzł zęby. Pięścią uderzył z całej siły w kamienny mur. To był błąd. Zapomniał o swojej sile. Ściana rozpadła się na kawałki. Syknął wściekle. Dlaczego mu nie powiedzieli?! Zawsze do tej pory myślał, że Gabriela jest córką Matta, że będzie taka jak on, jak Eliza, w żadnym wypadku nie jak Daniel! Jednak te jej wiosennie zielone, niesamowite oczy. Mógł się tego domyśleć. Powinien był. Zadał sobie dręczące go, od kiedy tylko usłyszał tą rewelację pytanie. Czy to znaczyło, że już jej nie kochał? Nie, doskonale, boleśnie wręcz zdawał sobie sprawę, że to w najmniejszym nawet stopniu nie zmienia uczuć, którymi darzył dziewczynę. Rozłożył czarne, jak noc skrzydła, które pojawiły się znikąd i wzbił się w powietrze. Noc była krótka, a on musiał odnaleźć swoje wilkołaki.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Gabriela czuła strach. Nie wiedziała gdzie jest ani co się dzieje. W głowie miała pustkę. Nie była nawet pewna kim sama jest. Spojrzała w zielone oczy mężczyzny. Takie same, jak jej własne oczy. Wydawało się, że dobrze ją zna. Instynktownie postanowiła mu zaufać. Teraz szła u jego boku przez pole czerwonych kwiatów. W powietrzu unosił się cudowny, kuszący zapach. W końcu, po prawie godzinnej wędrówce, stanęli przed wysokim, kamiennym łukiem. Mężczyzna zatrzymał się. Niechętnie spojrzał na bramę, przez którą widać było jedynie jeszcze więcej czerwonych kwiatów. Potem odwrócił wzrok ku dziewczynie.

    – Przejdziesz przez łuk i znajdziesz się w zupełnie innym miejscu – oznajmił spokojnie. – Niestety nie mam pojęcia gdzie. – Wyjął z kieszeni telefon komórkowy, podał wpatrującej się w niego dziewczynie. – Wybierzesz ten numer i zadzwonisz. Powiesz im, że niczego nie pamiętasz, a oni ci na pewno pomogą.

    Gabriela pokręciła głową, cofnęła się chowając ręce za plecami.

    – A ty? – zapytała cicho. – Nie idziesz?

    Daniel roześmiał się.

    – Jeżeli znajdę jakiś sposób, żeby stąd wyjść, na pewno to zrobię – oznajmił drwiącym tonem.

    Nie zrozumiała.

    – Dlaczego nie możemy pójść razem?

    Skrzywił się.

    – To magiczne miejsce i może stąd wyjść tylko jedno z nas – stwierdził wzruszając ramionami.

    – Więc czemu ty nie pójdziesz?

    – Bo przyszedłem tutaj po ciebie – warknął na nią poirytowany. Dziewczyna usiadła na trawie. Utkwiła w nim przenikliwe spojrzenie zielonych oczu. – Co robisz? – zapytał.

    – Zostaję – oznajmiła.

    – Co?!

    – Nigdzie nie idę bez ciebie – odpowiedziała spokojnie.

    Mężczyzna westchnął, opadając przy niej na trawę. To będzie trudniejsze niż się spodziewał. Żałował, że nie może jej po prostu wepchnąć przez bramę, magia jednak nie działała w ten sposób. Wiedział też, że nie da rady jej tutaj zostawić.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Eliza otworzyła drzwi, wpuszczając do środka, wiktoriańskiej posiadłości, wilkołacze dzieci i Natalię. Usiedli przy drewnianym stole w kuchni, z wdzięcznością przyjmując zaproszenie na domowy obiad. Cahir stał w drzwiach, patrząc na nią wściekłym wzrokiem. Podeszła do niego. Spojrzała niepewnie.

    – Nie rozumiem! – wyrzucił z siebie. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?!

    Uśmiechnęła się do niego smutno.

    – Nie chciałam, żeby Daniel się dowiedział – przyznała cicho. – On nie mógł się dowiedzieć! Nie podobała mi się też myśl, że Gabriela będzie wiedziała.

    – Ale dlaczego ja nie mogłem wiedzieć?

    – Pomyśl – warknął na niego Matt, stając tuż za plecami żony. – Sam chciałeś wrócić do Daniela. Zastanów się jak dużą miał nad tobą władzę, jako twój mentor. 

    – Rozumiesz, dlaczego on się nigdy o tym nie dowiedział? – westchnęła zrezygnowana Eliza.

    Cahir przytaknął. Doskonale rozumiał. Zdawał sobie sprawę jak Danielowi ciężko było odejść od ich rodziny. Gdyby jeszcze dowiedział się o tym, że ma córkę… Gdyby chciał ją zabrać… Matt z pewnością by na to nie pozwolił, a to, prawdopodobnie oznaczałoby śmierć Daniela. To jego Eliza chciała chronić. Nagle jego oczy się rozszerzyły. Zaklął.

    – Ona go nie zostawi – powiedział niemal histerycznie.

    – Okłamie ją – wzruszył ramionami Matt.

    Cahir przecząco pokręcił głowa.

    – Nie pomyśli o tym. Zostaną tam obydwoje. 

    Eliza spojrzała Cahirowi w oczy.

    – Daniel coś wymyśli – stwierdziła stanowczo.

    – On jej nie rozumie – zaprzeczył chłopak.

    W jego ciemnych, niemal czarnych oczach, zapłonął ogień. Wyszedł na zewnątrz. Rozwinął czarne, jak hebanowe drewno skrzydła i wzbił się w nocne powietrze.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Leżeli na zielonej trawie, otoczeni morzem czerwonych kwiatów, podziwiając krajobraz jak z barwnego malowidła. Daniel nie miał już siły z nią dyskutować. Dziewczyna należała do tych upartych, to trzeba jej było przyznać. Nie przemawiały do niej żadne, logiczne argumenty. Po kilku godzinach niebo pociemniało, mimo, że tak naprawdę nigdy nie było na nim słońca. Wiedział, że nie zostało im wiele czasu. Był przekonany, że gdyby go pamiętała, nie zawahałaby się ani chwili. W ciągu tych kilku godzin zdążył się jednak przekonać, jak niewiele przypomina sobie Gabriela. Wiedziała jak ma na imię, znała podstawowe rzeczy, ale wszyscy dookoła byli dla niej obcy. To nie wróżyło niczego dobrego, ale to już nie jego problem. Do niego należało jedynie przekonanie jej, żeby przeszła przez tą cholerną bramę. Potem zostanie sobie tutaj na zawsze, a raczej dopóki wiedźma nie zorientuje się, że została oszukana i wcale nie ma tego, czego chce. Był pewien, że wówczas po prostu go zabije. Nagle zobaczył, że ktoś ku nim idzie. Podniósł się gwałtownie. Gabriela usiadła. Spojrzała na niego pytająco. Daniel wskazał na zbliżającą się postać. Zaskoczony rozpoznał smukłą sylwetkę Eryka. Co do cholery robił tutaj wampir?! Młodzieniec podszedł do nich. Uśmiechnął się do dziewczyny, która natychmiast schowała się za plecami Daniela. Eryk spojrzał na nią zaskoczony.

    – Co się stało? – zapytał zamiast wyjaśnić co właściwie w tym miejscu robi.

    – Nie ważne – warknął na niego mężczyzna – co tutaj robisz?! Jak się do tego miejsca dostałeś?

    Wampir roześmiał się.

    – Przyszedłem was zmienić – wyjaśnił. – Piłem zarówno twoją jak i jej krew. I tak jestem już martwy, więc przejście przez bramę jako ostatni raczej mnie nie zabije. 

    Oczy Daniela rozszerzyły się ze zdumienia. Technicznie rzecz biorąc, Eryk miał rację. W każdym razie bez znaczenia było czy zabije go portal czy czarownica. Chwycił Gabrielę za rękę i pociągnął w stronę łuku. 

    – Idź – rozkazał.

    Spojrzała na niego nieufnie, ale tym razem nie protestowała. Nie puszczając jego dłoni, przeszła przez bramę, a on podążył za nią.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Rosie obejrzała swoją lekko przybrudzoną, białą sukienkę. Zaczęła zastanawiać się co tutaj właściwie robi. Przejrzała się w tafli jeziora. Jej niebieskie, duże oczy lśniły niczym dwa szmaragdy. Złote loczki okalały dziecięcą twarzyczkę. Wyglądała niemal jak porcelanowa lalka. Lalka! Jak ona marzyła o tym, żeby mieć własną lalkę! Taką prawdziwą, w sukience i płaszczyku. Głos jej to obiecał. Powiedział, że jeżeli wykona polecenia, które jej szeptał, to odnajdzie JEGO, a ON da jej nie tylko lalkę, ale i piękne sukienki, kotka i co tylko będzie chciała. Rosie musiała posłuchać głosu. To było jej przeznaczenie. Podniosła do góry swoje blade rączki.

    – No, musisz tam gdzieś być – wyszeptała ponaglająco. 

    Potem jej drobną twarzyczkę rozjaśnił uśmiech triumfu. Znalazła! 

    – Chodź do mnie – zamruczała.

    Przez jakiś czas nie działo się nic, a potem na zielonkawej tafli jeziora zaczęły pojawiać się zmarszczki. 

    – Jeszcze tylko troszeczkę – mówiła do siebie dziewczynka, jakby dodając samej sobie sił.

    Na powierzchnię wody wyskoczył duży kawałek drewna, a potem zaczął płynąć ku brzegowi. Im bardziej się zbliżał, tym łatwiej można było w nim rozpoznać zarys trumny. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Daniel rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie miał pojęcia gdzie są. Była to sporych rozmiarów komnata, na której kamiennych ścianach, wisiały czerwone, podarte draperie. W pokoju stało trochę zniszczonych mebli. Uwagę mężczyzny przyciągnął kominek, w którym wesoło podskakiwały płomienie. Nieopodal ognia stał wysoki, skórzany fotel. Dopiero po chwili rozpoznał w półmroku siedzącą w nim, znajomą sylwetkę. Cahir zerwał się z miejsca, w ułamku sekundy podbiegając do nich.

    – Gabi! Nic ci nie jest? – zwrócił się pełnym troski głosem do złotowłosej dziewczyny.

    Gabriela zachowała się instynktownie, chowając za plecami Daniela. Mężczyzna westchnął cierpiętniczo. Smarkula w ogóle nie przypominała siebie. Teraz bardziej przypominała spłoszona wiewiórkę niż krnąbrną, rozkapryszoną dziewuchę, jaką była wcześniej. Tylko dlaczego wolał właśnie tamtą…

    – Nie bój się, to Cahir, nie zrobi ci krzywdy – wyjaśnił spokojnie, odwracając się ku dziewczynie. – To nasz przyjaciel.

    Czarnowłosy chłopak spojrzał na nich pytająco, ale nie zdążył nic powiedzieć, ponieważ w pomieszczeniu pojawił się Eryk. Uśmiechnął się szelmowsko, ukazując szereg śnieżnobiałych zębów. 

    – Żyjecie? – upewnił się na wszelki wypadek.

    Gabriela kurczowo chwyciła się ręki Daniela, a on zrezygnowany, otoczył ją ramieniem. 

    – Ona nic nie pamięta – odpowiedział na nieme pytanie Cahira. – Nie wie kim jest, ani co się z nią działo. Gdzie my w ogóle do cholery jesteśmy? – sam zażądał wyjaśnień.

    Mimo tego, że ani na chwilę nie spuszczał wzroku z Gabrieli, tym razem to Cahir się uśmiechnął.

    – Witaj w ruinach zamku Camelot, Sir Danielu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Ogród? Polana? A może cmentarz? Nie stanowiło żadnej różnicy, gdzie właściwie się znajdował. Ważne w tym momencie było jedynie symboliczne znaczenie tego miejsca, a stanowiło ono swego rodzaju odcięte od świata zewnętrznego sanktuarium. Matt stanął na zielonej trawie, niewielkiej polany, tuż przy linii drzew. Potem cierpliwie czekał. Mijały minuty i nic się nie działo, ale po chwili, w oświetlonym jasnym światłem księżyca, centrum polany, zaczęło coś się dziać. Jakby z tego właśnie białego światła, w powietrzu zaczął formować się przezroczysty kształt. W końcu stał się na tyle duży, by móc przybrać ludzką postać. Teraz, zamiast mgły, na polanie znajdowała się eteryczna, unosząca się lekko nad ziemią, skąpana w jasnej poświacie księżyca, przepięknej urody kobieta.  

     – Wieczna – mężczyzna skłonił się przed nią z szacunkiem.

    Obdarzyła go łagodnym, delikatnym uśmiechem. Jej głębokie oczy w kolorze rtęci, patrzyły na niego z czułością. Potem jednak spoważniała.

    – Przykro mi, wszyscy nie żyją. Z wściekłości zabiła całą Radę. Żaden z żołnierzy nie ocalał, a teraz chce dostać także i was.

    Matt z trudem panował nad własnym gniewem, z całej siły zacisnął pięści. Jeden po drugim, jak kwiaty, które zwiędły, umierała jego własna, ponadczasowa rasa. Mimo, że w wielu sprawach się z nimi nie zgadzał, nie popierał ich działań, to jednak… byli to jego ludzie! W szarych oczach mężczyzny było widać bezgraniczny smutek.

    – Czystokrwiści? – zapytał.

    Przecząco pokręciła głową.

    – Jest was teraz na świecie pięcioro – odpowiedziała zagadkowo – ale jedna istota jest niezwykła.

    – Bardziej niezwykła niż Cahir? – zaryzykował Matt.

    Mglista postać spojrzała na niego łagodnie.

    – Nie wyobrażasz sobie jak bardzo.

    – Czego ode mnie żądasz, Wieczna? – zapytał spokojnym już głosem.

    Kobieta znów obdarzyła go ciepłym, matczynym uśmiechem. 

    – Ty już wykonałeś wszystkie swoje zadania Mattcie Cuttbert, od ciebie nie żądam niczego.

    – Nie będę stał z założonymi rękami, patrząc jak moja rasa ginie! – zaprotestował ostro mężczyzna.

    Poczuł jak to łagodne spojrzenie otacza go całego, niemal fizycznie czuł, jak wszystko w nim się uspakaja. Utonął w srebrnych, eterycznych oczach.

    – Widziałam widmo przyszłości. Skończył się czas Illi’andin, a nadszedł czas śniących. Jeżeli się wtrącisz, zginie cała twoja rodzina, a ty przeżyjesz, by mieć ich na sumieniu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Cahir nie mógł tego znieść. Patrzył jak Gabriela śpi na starej, obitej wyblakłym materiałem sofie, zwinięta jak kociak, tuż przy siedzącym obok Danielu. Wbijał sobie do głowy, że jego mentor, właściwie przyjaciel… – chociaż takie myślenie od zawsze przychodziło mu z trudem – był przecież jej biologicznym ojcem. No tak, tylko, że przecież dziewczyna o tym nie wiedziała. W obecnej chwili nie zdawała sobie sprawy w ogóle z niczego… W progu pojawił się Eryk, wyraźnie w dobrym humorze z czego Cahir wywnioskował, że wampir uzupełnił zapas świeżej krwi. Gabriela otworzyła oczy, a blondyn podszedł do kanapy i uśmiechnął się do niej promiennie.

    – Dobrze spałaś? – zapytał przyjemnym, aksamitnym głosem. 

    Cahir w tym momencie najchętniej przebiłby go kołkiem, uciął mu głowę czy coś w tym stylu. Zazdrość budziła się w nim za każdym razem na nowo, gdy tylko Eryk pojawiał się w pobliżu. To chyba była jedyna dobra strona tego, że Gabriela nic nie pamięta. Zapomniała również o wampirze. Musiał jednak przyznać, że prawdopodobnie to właśnie jemu dziewczyna zawdzięcza życie, bo jak bardzo chciałby temu zaprzeczyć, to jednak wiedział, że bez Eryka by sobie nie poradził. Gabriela ziewnęła. Przeciągnęła się rozkosznie. 

    – Tak, dziękuję – odpowiedziała odwracając się ku Danielowi, jakby chciała sprawdzić, czy na pewno tam jest.

    W jej życiu był Eryk, w jej życiu był Daniel i tylko jego, Cahira, w życiu dziewczyny nie było. Nie mając pojęcia, jak długo jeszcze jest w stanie nad sobą panować, odwrócił się od sielankowego obrazka i wyszedł na wielki, prowadzący ku schodom do wewnętrznego, zamkowego ogrodu, balkon. Zamek Camelot… Legendarna siedziba Króla Artura i Rycerzy Okrągłego Stołu… Wybrał to miejsce specjalnie. Było zagubione, nikt go nie znał, nikt z żyjących o nim nie słyszał, poza tym leżało na wyspie, no i było magiczne…

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Ogród, mimo, że zaniedbany, uważnego obserwatora przekonywał o swej dawnej wspaniałości. Pod pokruszonym murem wiły się krzewy róż, gdzieniegdzie rosły niespotykane gatunki karłowatych drzew, które wyglądały tak, jakby na wiosnę obsypane miały być powodzią kwiatów, przy obecnie porośniętej chwastami ścieżce, co jakiś czas poustawiane były stare, kamienne ławki. Gabriela szła przez to niesamowite miejsce, starając się nie wywoływać zbędnego hałasu. Zatrzymała się dopiero, gdy zobaczyła smukłą, siedzącą na ławce sylwetkę. Na jej widok chłopak podniósł głowę tak, że jego burza czarnych włosów zafalowała, opadając mu niesfornie na oczy. Obdarzył dziewczynę pytającym spojrzeniem. Uśmiechnęła się do niego blado. Usiadła przy nim. 

    – Podobno to ty nas uratowałeś – odezwała się nieśmiało, kompletnie nie przypominając tonem głosu dawnej siebie.

    – Tak jakby – mruknął niechętnie Cahir.

    Gabriela podeszła i usiadła przy nim.

    – Daniel mówił, że się przyjaźniliśmy – wyznała zaniepokojona.

    Chłopak skinął głową, nie spuszczając wzroku z jej jadowicie wiosennych, zielonych oczu. Zobaczył, jak na jej twarzy pojawia się ulga. 

    – Mam nadzieję, że nie przyjaźniliśmy, a przyjaźnimy dalej – przyjął dobrą minę, do złej gry
    Cahir.

    Uśmiechnęła się do niego promiennie, tak, że aż go to zabolało gdzieś w środku. Potem jednak jej twarz spochmurniała.

    – Bardzo chciałabym pamiętać – wyznała cicho.

    – Nie martw się, jakoś sobie z tym poradzimy – obiecał, nieświadomie dotykając leżącej na kamiennej ławce, ręki dziewczyny.

    Zdziwił się, kiedy wsunęła dłoń w jego palce i położyła mu głowę na ramieniu.

    – To było coś więcej niż przyjaźń, mam rację? – zapytała cichutko. – Daniel nie chciał mi niczego powiedzieć, ale ja to po prostu czułam! – nagle podniosła wzrok, jakby się czegoś wystraszyła. – Tylko nie mów mi, że jestem w tobie beznadziejnie i bez wzajemności zakochana!

    Cahir odwrócił wzrok. Tak bardzo chciał jej powiedzieć, że to co mówi, to prawda! Całym sobą pragnął znów trzymać ją w swoich ramionach, całować jej usta, ale zwyczajnie nie mógł jej okłamać.

    – Tak naprawdę, to wystraszyłaś się, zerwałaś ze mną, a potem umawiałaś się z Erykiem – wyznał niechętnie.

    – Z Erykiem? – spytała zaskoczona dziewczyna. – Kiedy ja przy nim kompletnie niczego nie czuję! – oznajmiła pewnym głosem, a Cahir poczuł, jak jego serce gwałtownie przyspiesza. – To znaczy jest bardzo miły i w ogóle, ale to nie to… nie to samo co przy Tobie – wyjaśniła, dotykając jego policzka i zmuszając go, żeby na nią patrzył. – Poza tym czego się przestraszyłam? – zapytała mniej pewnie.

    – Mnie – wyznał szczerze, wbrew sobie, Cahir.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Gabriela nie była w stanie tego zrozumieć. Nikt nie chciał jej niczego wyjaśniać. Nie powiedzieli jej dlaczego mieszkają w tej starożytnej ruinie zamku, ani kim jest Maurycy, chłopak, który na jej oczach przemienił się z rudego wilka w człowieka. Nie zamierzali jej niczego tłumaczyć. Daniel im zabronił, a oni wszyscy słuchali go jak karne dzieci. Nawet Natalia, dziewczyna, która podobno była jej szkolną przyjaciółką, o niczym teraz nie chciała Gabrieli powiedzieć. Najgorszy ze wszystkiego był Cahir, który nie zaprzeczył, kiedy spytała otwarcie czy ją kocha, ale cały czas trzymał ją na dystans. W najmniejszym stopniu jej się to nie podobało. Irytował ją również zawsze pełen kurtuazji, nadskakujący jej przy wszystkim Eryk. Sprawiało jej przykrość pełne bólu spojrzenie Cahira. Kiedy miała swoje „ja”, swoją pamięć, czy naprawdę mogła być aż taka ślepa, by tego nie zauważyć? Nie zamierzała się poddawać. Dołączyła do stojącego przy jednym z ogromnych, skierowanych ku wzburzonej wodzie zatoki, okien, Cahira. Podeszła tak blisko, by mogli zetknąć się ramionami, nie odsunął się, ale niemal fizycznie czuła, jak chłopak toczy w sobie wewnętrzną walkę z chęcią, aby ją objąć. Nie rozumiała, dlaczego tego nie zrobi.

    – Czemu tu jesteśmy? – zapytała.

    – Ponieważ tu jest bezpiecznie – wyjaśnił spokojnie.

    – Przed czym się chowamy? – nie zrozumiała.

    – Kiedy dowiedziałem się, że Daniel jest twoim ojcem… – wypalił bez zastanowienia.

    Dziewczyna odsunęła się od niego, robiąc wielkie oczy, ze zdumienia. 

    – Co?!

    Cahir lekko pobladł na twarzy.

    – Przepraszam, ja… – ale Gabriela nie dała mu dokończyć, bo kiedy te słowa unosiły się z jego krtani, ona już biegła przed siebie szerokim, zamkowym korytarzem.

    Note