Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Rozdział Czwarty

    Lila

    Byłam przerażona. Dzień zawodów nadszedł szybciej niż się spodziewałam. Zdecydowanie zbyt szybko. Staliśmy na dachu najwyższego budynku z całego kompleksu akademii, czekając na helikoptery, które miały nas zabrać na miejsce. Oczywiście nikt nie raczył poinformować nas gdzie dokładnie znajduje się nasz cel. W pewnym momencie Martin znalazł się obok mnie. Stanął tuż za moimi plecami. Mimowolnie zadrżałam. Nie miało znaczenia ile byśmy razem nie trenowali. Jego obecność, jego dotyk wciąż działały na mnie tak samo. Najwyraźniej hormony miały na jego temat swoje własne zdanie, zupełnie odmienne od mojego. 

    – Posłuchaj – powiedział cicho, zbliżając usta do mojego ucha. – Chcę, żebyś wygrała w strzelaniu z łuku, ale tylko minimalnie. Zawsze tylko odrobinę przebijaj wyniki przeciwników. Rozumiesz?

    Nie rozumiałam, ale mimo tego niepewnie skinęłam głową. Dlaczego w ogóle był taki pewien tego, że wygram?

    – Walkę przegrasz, chcę, żebyś odpadła na samym początku – kontynuował.

    – Co? Dlaczego? To po cholerę tyle ją trenowaliśmy? – poczułam się skonsternowana. 

    Patrzył na mnie jakby nieco rozbawiony, nie uśmiechał się jednak. Nigdy tego nie robił. Moja irytacja wciąż rosła, szybko przekraczając bezpieczny poziom.

    – Będziesz jeszcze miała okazję, żeby się wykazać, ale pamiętaj, że efekt zaskoczenia możesz wykorzystać tylko jeden, jedyny raz. Nie warto go teraz marnować.

    – Rozumiem – odpowiedziałam mu niechętnie i… rzeczywiście rozumiałam co miał na myśli. 

    Skoro bez trudu potrafiłam pokonać Arona, który był na naszym roku niekwestionowanym mistrzem, to być może – ale tylko być może – udałoby mi się wygrać. Tym razem miałam jednak nie pokazywać, że byłabym do tego zdolna.

    – Co do strzelania z pistoletu, chcę żebyś była bardziej konkretna. W pierwszej rundzie 100 i dwie 25. Niech myślą, że masz szczęście. W drugiej 10, 15 i 5. Jakbyś była już zmęczona. Zapamiętasz? – spytał, jakby rzucał mi wyzwanie. 

    – Tak – odpowiedziałam ledwo dosłyszalnym głosem. 

    – Świetnie.

    Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążyłam, bo dalszą rozmowę uniemożliwił hałas wytwarzany przez śmigła nadlatujących helikopterów. 

    ***

    Zrobiłam dokładnie to czego chciał. Nawet niespecjalnie musiałam się wysilać. Poczułam jednoczesne ukłucie ulgi i zawodu, że to właśnie było to czego ode mnie oczekiwał, powód dla którego zmuszał mnie do treningu. Pierwsze miejsce w turnieju łuczniczym zagwarantowało mi kolejne pół roku względnego bezpieczeństwa. Aron zwyciężył w walce wręcz. Na strzelnicy wygrała dziewczyna z innej szkoły. To był koniec naszego przedstawienia. 

    – Zaczekaj! – zawołał za mną Aron, kiedy szliśmy oglądać zawody starszych roczników. – Dlaczego tak szybko się poddałaś? – spytał zrównując się ze mną w korytarzu.

    Wzruszyłam ramionami. Nie było sensu okłamywać Arona. W końcu to on ze mną trenował i widział do czego jestem zdolna.

    – Kazał mi wygrać tylko jedną konkurencję.

    Wyglądał na zaskoczonego, ale nic na to nie powiedział. W milczeniu weszliśmy na trybuny stadionu. Ogłuszył mnie odbijający się echem hałas trąbienia i głośnych rozmów. Mimo gęstego tłumu Aron wypatrzył dwa wolne miejsca i poprowadził mnie w ich kierunku. Niedługo po tym jak usiedliśmy hałas ucichł, a komentator zapowiedział walki. Słyszałam o tym, ale jeszcze nigdy nie widziałam na żywo. To było niesamowite. Jakbym oglądała film o X-menach. Jeden z pierwszych zawodników przywoływał błyskawice – dosłownie. Był jak burza z piorunami. Walczył przeciwko dziewczynie, która powodowała, że z podłogi wyrastały bujne pędy roślin. Tak się wciągnęłam w oglądanie niesamowitych pojedynków, że dopiero po kilku kolejnych zauważyłam na swoim udzie dłoń Arona. Spojrzałam na niego pytająco. Nie sprawiał wrażenia zmieszanego. Zamiast zabrać rękę przesunął ją i chwycił moją dłoń, splatając razem nasze palce. Nie wiedziałam jak na to zareagować i nie zareagowałam w ogóle bo zupełnie co innego rozproszyło moją uwagę. Stadion rozświetliła niesamowita, unosząca się w powietrzu, oślepiająca kula ognia.

    Aron

    Od kiedy Lila wygrała turniej koledzy przestali patrzeć na mnie jak na wariata. Jej wyniki w nauce także znacząco się poprawiły. Mimo że kompletnie nie było w tym mojej zasługi, postanowiłem napawać się dobrym wyborem. Co podobało mi się jeszcze bardziej to fakt, że dziewczyna nie była brzydka. Właściwie to nawet była bardzo ładna. Czarne, proste włosy sięgały jej do pasa. Gdy pozbyła się chorobliwej bladości, jej policzki potrafiły się cudownie zarumienić. Usta miała delikatnie różowe, ale pełne i… niezwykle kuszące. Nawet w wojskowych bojówkach, czarnej bokserce i zdecydowanie za dużej bluzie wyglądała całkiem seksownie. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi, bo tutaj, w akademii, uroda zdecydowanie była sprawą drugorzędną. Zacząłem cieszyć się z faktu, że stanowimy zgrany duet i po cichu liczyłem, że uda mi się zdobyć coś znacznie więcej niż tylko samo jej towarzystwo. 

    Lila

    Hester obrzuciła mnie wkurzonym spojrzeniem. Od paru dni była na mnie naprawdę zła, a teraz coś najwyraźniej musiało przeważyć szalę.

    – Więc, wyjaśnisz mi jak to się stało? – spytała chłodno. Spojrzałam na nią pytająco. – Jesteś do niczego. Zaprasza cię najlepszy na roku chłopak. Bam! Wygrywasz zawody w łucznictwie, w którym notabene, przez cały czas byłaś beznadziejna. Bam! Chłopak, którego nawet nie lubiłaś, zaczyna być twoim chłopakiem.

    Zamrugałam. Z całej wypowiedzi Hester zrozumiałam tyle, że jest… zazdrosna. Zazdrosna o Arona. Co gorsza Arona, którego miałam w dupie.  

    – On nie jest moim chłopakiem – odpowiedziałam nie łudząc się nawet, że mi uwierzy.

    – Skoro nie jest twoim chłopakiem, to dlaczego siedzi u nas w pokoju na t w o i m łóżku? – wycedziła. 

    Co? Co on do cholery robił w moim pokoju?! Przymknęłam oczy. Miałam go naprawdę dość. Po zawodach płynnie przeszedł od chłodnej niechęci do jakiejś chorej natarczywości. Z przyjemnością powiedziałabym mu, żeby spadał. Tylko, że… nie mogłam. W dalszym ciągu był mi potrzebny. Kiedy dotarłyśmy do drzwi pokoju niechętnie weszłam do środka.  

    Rozdział Piąty

    Lila

    Przed nami niebieskim światłem migotało otwarte przejście. Nie tylko ja byłam naprawdę przerażona. Słyszałam wokół siebie ciche, pełne niedowierzania szepty. Poczułam jak stojący tuż za mną Aron sztywnieje. 

    – To będzie sprawdzian nie tylko waszej zdolności do współpracy, ale przede wszystkim tego czy potraficie przezwyciężyć swoje lęki – kontynuował Jonathan, jeden z grona nielicznych nauczycieli starej gwardii, to znaczy tych, którzy posiadali sporą wiedzę, ale nie mieli żadnych nadprzyrodzonych zdolności. 

    Nasze zadanie było bajecznie proste, a jednocześnie było to najtrudniejsze z dotychczasowych zadań. Jedna osoba miała zostać zamknięta w czymś na kształt magicznej bańki, a zadaniem drugiej było ją uratować. Tyle, że pierwsza z osób miała być zamknięta w koszmarze i musiała stawić czoła swoim największym lękom. Nie ważne czy ktoś bał się wody, ciemności, pająków, węży czy czegokolwiek innego – to właśnie czekało go w tym zadaniu. 

    – Tym razem to do was należy decyzja kto znajdzie się w jakiej roli. Macie pięć minut, żeby o tym zdecydować – oznajmił … i wtedy dopiero rozpętało się piekło. 

    Stojąca obok nas Hester i będący z nią w parze Dominik kłócili się podniesionymi głosami. Inni krzyczeli na siebie lub wręcz brutalnie się przepychali. Nikt nie chciał znaleźć się w bańce. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu Aron nie odezwał się ani słowem. Po prostu wpatrywał się w niebieskie światło. Byłam przekonana, że za chwilę mnie tam wepchnie, albo zrobi coś równie nieprzyjemnego. On jednak tylko położył mi rękę na ramieniu i pochylił się do mnie odrobinę.

    – Ja pójdę – wyszeptał niemal niedosłyszalnie, a potem, ignorując cały, otaczający nas harmider, po prostu zniknął w magicznym przejściu.

    Zostałam sama w tłumie walczących ze sobą ludzi i wpatrywałam się oniemiała w pulsujące, niebieskie światło.

    Aron

    Otworzyłem oczy i zaraz tego bardzo pożałowałem. Związany i zakneblowany leżałem na podłodze targanej wiatrem gondoli diabelskiego młynu. Nad sobą widziałem zachmurzone niebo, a od nicości dzieliła mnie jedynie niezbyt wysoka barierka. W dół wolałem nie patrzeć, podejrzewałem jednak, że zatrzymałem się na samej górze. Powoli usiadłem, ale wtedy znów zawiał wiatr. Sparaliżował mnie strach i nie byłem w stanie wykonać żadnego, kolejnego ruchu.

    Lila

    Znalazłam się w wesołym miasteczku. Przez chwilę zastanawiałam się czego Aron mógłby się tu bać, bo przecież nie klaunów? Wtedy jednak to zobaczyłam. Ogromny diabelski młyn na tle burzowego nieba. Karuzela zatrzymała się w miejscu. Granatowe gondole kołysały się na czerwono-białym rusztowaniu. Pojawiłam się tutaj tak jak stałam w szkole – w wojskowych butach, bojówkach, bokserce oraz przewiązanej w pasie bluzie. Przy sobie miałam też nóż sprężynowy i z żalem stwierdziłam, że niestety nic więcej. Obwód koła diabelskiego młynu połączony był ramionami w kształcie siedmioramiennej gwiazdy, które tworzyły swojego rodzaju, niezbyt poręczną drabinę. Co prawda nie bałam się wysokości, ale to cholerstwo miało wielkość wieżowca! Czy naprawdę ktoś ode mnie oczekiwał, że będę się po tym wspinać?! Podbiegłam w kierunku karuzeli i weszłam do znajdującej się przy podeście budki kontrolnej. Cholera! Nie było prądu. To tyle jeżeli chodzi o proste zadania. Niechętnie pokonałam ogrodzenie i stanęłam pod rusztowaniem. Odwiązałam bluzę, żeby służyła mi za coś w rodzaju liny asekuracyjnej i powoli zaczęłam się wspinać.

    Aron

    Znów zakołysało gondolą, tym razem jednak mocniej. Związanymi rękami kurczowo złapałem się barierki. Bardziej poczułem niż zobaczyłem, że coś wśliznęło się do środka, bo nawet nie zdawałem sobie sprawy, że wciąż mam zamknięte oczy. 

    – Aron, nic ci nie jest? – usłyszałem zaniepokojony głos.

    Ok. Nie coś, a ktoś. Jak jej udało się tutaj dostać?! Zdobyłem się na to by otworzyć oczy i spojrzeć na nią. Przysunęła się i zręcznie zdjęła mi knebel, w dalszym ciągu nie byłem jednak w stanie się odezwać. 

    – Dobrze, że przynajmniej dostaliśmy linę – mruknęła, przecinając nożem krępujące mnie więzy. – Boję się, że zejść będzie trudniej niż wejść. 

    – Zejść? – wydukałem.

    Skinęła głową, uśmiechając się do mnie nieśmiało. 

    – Jakoś musimy się stąd wydostać, prawda? – jej słowa podkreślił daleki grzmot. – I to lepiej szybko – dodała niespokojnie.

    – Nie dam rady – mruknąłem niewyraźnie.

    Chwyciła mnie za rękę. Drugą wciąż kurczowo trzymałem się barierki. Spojrzała mi w oczy.

    – Myślę, że nie mamy wyjścia.

    Następna godzina była dla mnie prawdziwym koszmarem. Lila przewiązała mnie w pasie liną, a potem wciąż coś do mnie mówiła. Nie miałem pojęcia w jaki sposób znalazłem się poza gondolą. Dziewczyna co kilka chwil musiała odrywać moje palce od stalowych prętów, które notorycznie chwytałem. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jesteśmy na ziemi dopóki się o coś nie potknąłem i nie przewróciłem. Bolały mnie wszystkie mięśnie, ale poczułem przypływ czystego szczęścia. Zamiast tam na górze, byłem tutaj na dole, a to był wystarczający powód do euforycznej radości. Potem pojawiła się brama i obydwoje weszliśmy w niebieskie, opalizujące światło.

    – Aron, udało nam się! Udało! – Lila podskakiwała jak mały króliczek z reklamy Duracella. – Jesteśmy pierwsi!

    Spojrzałem na nią rozbawiony. W tym momencie nabrałem pewności, że naprawdę mógłbym ją polubić. 

    Rozdział Szósty

    Lila

    Czułam irytację. Do tej pory koleżanki mnie po prostu ignorowały. Teraz dla odmiany wyraźnie okazywały mi swoją niechęć. Nienawiść była wszechobecna. Nie miałam pojęcia czy powinnam winić za to Arona czy może swoje niewielkie, turniejowe zwycięstwo. Miałam tylko nadzieję, że skończy się na nieprzychylnych spojrzeniach i żadna z nich nie postanowi posunąć się dalej. Musiałam przyznać, że niecierpliwie wyczekiwałam popołudniowych treningów. Dzięki temu, że nabrałam kondycji nie były już takie mordercze, a stały się nawet całkiem przyjemne, zwłaszcza od kiedy mogłam coś zjeść i odpocząć podczas nauki czy rozwiązywania zadań. Mimo że było już po  zawodach, to Martin nie przestał mi pomagać. Wciąż jednak nie mogłam znieść jego bliskości, której jakby nie patrzeć nie dało się uniknąć podczas treningów. Za każdym razem, nawet sam jego widok, rozbudzał w moim brzuchu stado wściekłych motyli, a ja nie potrafiłam powyrywać im skrzydełek. Dodatkowo bezpodstawnie irytowało mnie to, że dzielił swój czas pomiędzy mnie a Arona, bo to jasno świadczyło o tym, że nie jestem dla niego nikim wyjątkowym. 

    – Będziecie kontynuowali wspólne treningi. Również w następnym semestrze – oznajmił nam trener, kiedy weszliśmy na matę.

    Cudownie! Tylko tego mi brakowało! Jakbym za mało czasu musiała spędzać z Aronem… Myślałam, że przynajmniej to się skończy, zwłaszcza, że jeżeli byłam choć trochę skupiona, to chłopak nigdy jeszcze ze mną nie wygrał.

    – I nie ważne jakie pojawią się u was zdolności – kontynuował – i tak chcę was widzieć u mnie. Czy to jasne?

    Niepewnie skinęliśmy głowami. Jego ton był ostry i zdecydowanie zbyt rozkazujący. Wzdrygnęłam się jednak nie z tego powodu, a na samą wzmiankę o umiejętnościach. Od następnego półrocza mieliśmy zacząć je rozwijać, a ja jak do tej pory jeszcze żadnych nie miałam, chyba, że uznać za nie naturalną zdolność do walki wręcz i strzelania, ale wówczas, przy praktycznie magicznych umiejętnościach innych, wypadałyby bardzo blado. Byłam ciekawa czy Aron już coś u siebie zauważył. Widziałam co potrafi zrobić Hester i ani odrobinę mi się to nie podobało. 

    Aron

    Podczas nauki aikido nie dało się uniknąć kontaktu fizycznego, to oczywiste. Tylko, że on… dotykał jej zbyt poufale. Zupełnie jakby… jakby była jego własnością! Co to do cholery miało znaczyć?! Sam nie wiedziałem dlaczego, ale zaczęło mnie to naprawdę wkurzać. Dodatkowo był taki pewien, że to jego wybierzemy na swojego mentora, a to przecież do cholery było n a s z e  prawo wyboru! On tak jednak wyraźnie nie uważał. Piętnaście minut przed końcem treningu Lilien stanąłem przed drzwiami sportowej hali. Kiedy wreszcie wyszła, mój widok ją wyraźnie zaskoczył. Czarna koszulka ciasno opinała jej kształty. Ciemne włosy miała wciąż wilgotne po prysznicu. Niedbale zwinęła je na czubku głowy w taki sposób, że z powstałej konstrukcji wysuwały się luźne kosmyki. Wyglądała naprawdę ślicznie. 

    – Hej – odezwałem się, w myślach po raz kolejny układając planowaną rozmowę.

    – Hej, co tu robisz? – spytała podejrzliwie.

    – Tak się zastanawiałem… Chcesz iść ze mną na jutrzejszą imprezę? – zapytałem nie do końca pewny czy się zgodzi. Wszyscy wiedzieli z czym to się wiąże, a ona była kompletnie nieprzewidywalna.

    – Dobrze – odpowiedziała po dłuższej chwili namysłu. 

    Poczułem jakby ktoś zdjął mi z barków ogromny ciężar. To było dziwne. Nigdy jeszcze nie czułem się przy jakiejkolwiek dziewczynie tak bardzo skrępowany. 

    – Odprowadzę cię – oznajmiłem, obejmując ją ramieniem. 

    Nie protestowała. Genialnie! W obecnej chwili niewiele więcej było mi trzeba.

    Lila

    Ku swojemu własnemu zaskoczeniu chciałam wyjść i bawić się razem z innymi… bawić się z  Aronem. Naprawdę chciałam. Chłopak był przystojny i to urodą księcia z bajki. Tego nie mogłam mu odmówić. Jasne włosy, żywo niebieskie oczy i atrakcyjna, już nie chłopięca, a zupełnie męska sylwetka. Poza tym posiadałam swoją małą, ukrytą motywację – miałam nadzieję, że jego bliskość pozwoli mi przestać myśleć w ten sposób o Martinie. To było świetne rozwiązanie, właściwie jedyne jakie w tej chwili widziałam. Drażniło mnie tylko, że Hester, do tej pory po prostu obrażona, teraz była na mnie otwarcie wściekła.

    – Naprawdę chcesz tam iść?! – warknęła.

    – Przecież ty też idziesz – spojrzałam na nią oskarżycielsko. – Z Dominikiem.

    – Może z nim idę, ale to nie on miał mnie zaprosić – wyrzuciła z siebie coraz bardziej rozzłoszczona.

    – Skoro nie on, to kto? – zapytałam niewinnie.

    – Nie ważne, zapomnij, że cokolwiek mówiłam – złość w jednej chwili z wprawą przemieniła w chłód, a raczej lodowate zimno. 

    – Nie zawsze możesz mieć to czego chcesz – odpowiedziałam jej właściwie myśląc bardziej o sobie niż o niej.

    ***

    Mimo że właściwie byliśmy dorośli, bo jak inaczej określić wiek studencki… to nie sądziłam, że wymknięcie się w nocy z budynku akademii będzie aż takie łatwe. Może po prostu nikt specjalnie nie zawracał sobie nami głowy. Przynajmniej dopóki nie próbowaliśmy wychodzić do ludzi. Ludzi, którzy panicznie się nas bali. Impreza została zorganizowana na polanie, w środku lasu, mniej więcej kilometr od szkoły. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że jest tam tłum ludzi. Bawili się w najlepsze. Było ognisko, głośna muzyka i dużo alkoholu. Aron od niechcenia obejmował mnie ramieniem. Idąca obok nas Hester wciąż rzucała mi wściekłe spojrzenia, mimo że nie protestowała, kiedy ręka Dominika ześliznęła się z jej talii na ciasno opiętą dżinsami pupę. Kiedy Aron z Dominikiem zniknęli na chwilę po alkohol, Hester nie odezwała się do mnie ani słowem. Obserwowałam więc z niechęcią jak inni uczniowie popisują się swoimi świeżo odkrytymi talentami. Póki co były jeszcze bardzo słabe, ale przynajmniej istniały. Niewielkie kule ognia, zbyt silny wiatr podwiewający jakąś mini spódniczkę, iskry, rośliny i wiele, wiele innych, ledwo zauważalnych szczegółów. Ja miałam tego pecha, że widziałam je niestety zbyt dobrze. Kiedy Aron przyniósł mi drinka smakującego jak paskudnej jakości whisky z colą, wypiłam go duszkiem i poszłam po następnego. Chciałam przestać myśleć, a alkohol zdecydowanie w tym pomagał. Przystopowałam po trzecim, plastikowym kubeczku. Nie miałam zamiaru zasnąć gdzieś w trawie. Przystanęłam na skraju polany obserwując niewielki pokaz stworzonych z iskier fajerwerków, które tańczyły tuż nad ogniskiem. W pewnym momencie wszystkie zerwały się i podleciały do mnie. Okrążyły mnie w radosnym tańcu, a po chwili wróciły, by zgasnąć nad płomieniami. Poczułam jak obejmują mnie silne ramiona.

    – Ty je stworzyłeś? – zapytałam próbując ukryć zawiść. 

    – Tak, ale to dopiero początek – w jego głosie było słychać jak bardzo jest z siebie zadowolony. – Myślę, że niedługo nauczę się tworzyć prawdziwe kule ognia. 

    Doskonale! Więc wszyscy coś potrafią, tylko nie ja… Jeżeli mam tylko ten zalążek talentu… Aron odwrócił mnie ku sobie i pocałował przerywając moje ponure rozmyślanie. Alkohol przyjemnie szumiał mi w głowie. Tak cudownie było nie musieć myśleć kompletnie o niczym!

    ***

    Byłam całkiem mocno wstawiona. On również. Wracaliśmy. To znaczy konkretnie Aron zaprosił mnie do swojego pokoju, a ja za nim poszłam. Idąc korytarzami śmialiśmy się zbyt głośno, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Nie tej nocy. Gdy zatrzymaliśmy się na chwilę Aron oplótł mnie ramionami. Jego dłonie znalazły się na moich plecach, potem niżej, na talii. Pochylił się by ponownie tego wieczora mnie pocałować. Przymknęłam oczy starając się sobie nie wyobrażać, że jestem z kimś innym. Czy naprawdę nie wystarczał mi chłopak, na którego widok śliniły się wszystkie dziewczyny w szkole? Poza tym byłam dorosła, mogłam robić co chciałam, starałam się usprawiedliwić sama przed sobą. Czemu ten głupi alkohol tak słabo na mnie działał?! Aronowi raczej nie przeszkadzało to, że myślami krążę zupełnie gdzie indziej. Czułam w ustach jego język i starałam się bezmyślnie odwzajemniać jego zachłanne pocałunki. W ten sposób, zatrzymując się co kilka metrów, dotarliśmy pod drzwi jego pokoju. 

    ***

    Nawet nie zauważyłam kiedy się pojawił. Wynurzył się z mroku niczym cień. Co on tu do cholery robił?! Na jego widok Aron przytulił mnie do siebie mocniej jakby w obronnym geście. Wyraźnie czułam jego napięcie. Po chwili zrozumiałam już czemu tak bardzo się denerwuje. To co ujrzałam w oczach Martina tym razem nie było jedynie chłodem. To była wyraźna wrogość. 

    – Wracaj do siebie – rozkazał Aronowi.

    – Chodź – chłopak popchnął mnie delikatnie w kierunku swoich drzwi.

    – Ona zostaje – warknął Martin.

    Wyczułam, że Aron chce zaprotestować. To nie był dobry pomysł. Nie tym razem. Protest mógłby go zbyt wiele kosztować. 

    – Idź – oswobodziłam się z jego objęć. – Nic mi nie będzie.

    Chłopak spojrzał na mnie niezbyt przekonany. Był pijany, ale nie na tyle, żeby się nie bać Martina. Niechętnie skinął głową i powoli otworzył znajdujące się niedaleko drzwi. Wszedł do środka nie odwracając się za siebie. Adrenalina spowodowała, że natychmiast niemal całkowicie wytrzeźwiałam. Nie bałam się. Zdałam sobie sprawę, że jestem zwyczajne wściekła. I miałam ku temu powody!

    – Idziemy – Martin złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą korytarzem.

    Minęliśmy w ten sposób kilka zakrętów, aż w końcu zaparłam się nogami.

    – Nigdzie z tobą nie idę – warknęłam.

    Spojrzał na mnie zaskoczony. W jego spojrzeniu nie było już chłodu, teraz malowała się tam irytacja.

     

    – Odprowadzę cię do pokoju – wyjaśnił spokojnie.

    – Nie, nie chcę wracać do żadnego pieprzonego pokoju! – wydarłam się na niego. – Zmusiłeś Arona, żeby został moją parą, to teraz przynajmniej pozwól mi z tego skorzystać!

    Nawet nie próbował zaprzeczyć. Czyżby moje domysły okazały się prawdą? Po prostu… W jednej chwili znalazłam się przy ścianie. Swoim ciałem odciął mi drogę ucieczki.

    – Nie będziesz pieprzyła się z Aronem! – zawarczał. 

    – A co jeżeli mam na to ochotę? – spytałam buntowniczo. – Czego ode mnie chcesz?

    Jego oddech przyspieszył jeszcze bardziej. Powietrze między nami było jak naelektryzowane. Teraz już nie tylko zagradzał mi drogę. Chwycił moje nadgarstki. Pochylił się nade mną przyciskając mnie do ściany. Napięcie między nami stało się nie do wytrzymania.

    – Nie będziesz pieprzyła się z Aronem – powtórzył tym razem już spokojniej – ani z nikim innym – dodał. Znalazł się jeszcze bliżej. Teraz na policzku czułam jego ciepły oddech. – Jedyną osobą, z którą możesz się pieprzyć jestem ja – wyjaśnił cicho. 

    Kiedy zaczął mnie całować mój świat roztrzaskał się na drobne kawałki. Puścił moje nadgarstki tylko po to, żeby swoje ręce położyć najpierw na mojej talii, a potem niżej. Nie protestowałam. Nie miałam zamiaru protestować. Oplotłam ramionami jego szyję. Kiedy mnie podniósł objęłam go w pasie nogami. Nasze twarze znalazły się teraz na tej samej wysokości. Pocałował mnie, ale to nie był delikatny, niepewny pocałunek. To było… Traciłam wszystkie zmysły. Kiedy mnie tak zachłannie i łapczywie całował, czułam, że zaraz oszaleję. Plecami opierałam się o twardą ścianę do której mnie przyciskał, rękami błądziłam po jego włosach i marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się jeszcze bliżej niego. Jęknęłam z zawodu, kiedy po kilku chwilach postawił mnie na podłodze. Jego oczy pociemniały z pożądania. Wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą, a ja tym razem bez protestów podążyłam za nim. Kiedy się wreszcie zatrzymaliśmy otworzył jakieś drzwi. Pokój? Mieszkanie? To nie miało żadnego znaczenia. Ponownie utonęliśmy w morzu pocałunków. Zdjął przez głowę koszulę, zdałam sobie niejasno sprawę, że rozdarł moją bluzkę. Z trudem łapałam oddech. Przewrócił mnie na jakieś duże łóżko. Znalazł się nade mną. Całował każdy skrawek mojego nagiego ciała, jednocześnie ściągając ze mnie spodnie. Nie zauważyłam nawet kiedy pozbył się swoich i że nie mam już na sobie stanika. Jego usta i dłonie błądziły po moich piersiach. Z mojej krtani wydobywały się ciche jęknięcia. Dłońmi dotykałam jego włosów, nogami oplatałam go w pasie, na brzuchu czułam twardą wypukłość jego członka. Przesunął się niżej, zdejmując ze mnie majtki. Całował mój brzuch i uda, jego język odnalazł najbardziej intymne części mojego ciała. Przez chwile przyszło mi do głowy, że zaraz oszaleję. Moje ciało zaczęło drżeć w niekontrolowanym spełnieniu. Martin przesunął się wyżej. Znów znalazł się nade mną. Przez chwilę czułam jak jego członek ociera się o moje podbrzusze, a potem gwałtownie i bez ostrzeżenia wbił się do środka. Jęknęłam. Przyciągnęłam go do siebie oplatając ramionami. Oddychałam zbyt szybko i tak z trudem łapiąc powietrze. Zaczął mnie całować, a wtedy już zupełnie zabrakło mi tchu. Poruszał się we mnie silnymi, stanowczymi pchnięciami, a ja całą sobą czułam jego męskość. Rozkosz. Szaleństwo. Rozkoszne-szaleństwo. Cokolwiek to było nie chciałam żeby kiedykolwiek przestawał.

    ***

    Jeżeli chociaż w niewielkim stopniu czuł to co ja, to nie miałam pojęcia jakim cudem wytrzymywał tak blisko mnie przez te wszystkie miesiące wspólnych treningów. Następny raz był bardziej leniwy, nie tak gwałtowny, ale równie niesamowity. Patrzył na mnie, a ja nie mogłam oderwać wzroku od jego niezwykłego spojrzenia. W końcu opadł na poduszki, a jego oddech był tak samo przyspieszony jak mój własny. Poczułam bardzo nieprzyjemny uścisk w gardle. To był koniec… Teraz, kiedy już zaspokoił swoje potrzeby, byłam pewna, że mnie stąd wyrzuci. Po prostu – każe mi wstać i się ubierać. Ku mojego ogromnemu zaskoczeniu, ale i niesamowitej uldze, nic takiego się nie wydarzyło. Martin oplótł mnie ramionami, przyciągając do siebie stanowczo. Palcami delikatnie zaczął błądzić po mojej nagiej skórze, najpierw po brzuchu, potem po udzie. To było niesamowicie przyjemne. Przylgnęłam do niego całą sobą. Prawie natychmiast zasnęłam zbyt zmęczona na jakiekolwiek dalsze rozważania. 

    Aron

    Wkurzony to mało powiedziane. Byłem naprawdę wściekły! Dlaczego on do cholery musiał się we wszystko wpieprzyć?! Co go to obchodziło? Co na tym zyskiwał? Przynajmniej nabrałem pewności, że Lila też na mnie leci, ale ta pewność miała słodko-gorzki smak. Była taka sama jak inne dziewczyny. Nie była nikim wyjątkowym… Nawet jeżeli wcześniej tak mi się wydawało… Nawet jeżeli… Cóż… z pewnością pojawi się inna okazja. Zwłaszcza, że przynajmniej przez jakiś czas byliśmy na siebie skazani.  

    Lila

    Kiedy się obudziłam było już jasno, a ja byłam sama. W jego łóżku! Nagle poczułam się okropnie skrępowana własną nagością. Na ramie łóżka wisiała moja bielizna i… jego bluza. No tak. Przypomniałam sobie, że poprzedniego wieczora zniszczył moją własną. Pośpiesznie wciągnęłam na siebie przygotowane rzeczy. Bluza sięgała mi do połowy uda i sprawiała wrażenie krótkiej, luźnej sukienki ze zdecydowanie zbyt długimi rękawami. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że miejsce w którym stało łóżko nie było osobnym pokojem, a raczej czymś w rodzaju wnęki. Nieco przestraszona, ale również bardzo ciekawa tego co będzie dalej, wysunęłam się na zewnątrz.

    ***

    Mimo że kosztowało mnie to sporo odwagi, śmiało podniosłam wzrok. Pokój był przestrony. Znacznie większy od tego, który dzieliłam z Hester. Przypominał raczej mieszkanie niż klitkę w akademiku. W rogu stała czarna, skórzana kanapa i dwa fotele, nieopodal wisiał telewizor. Pod przeciwległą ścianą znajdował się aneks kuchenny, oddzielony od reszty pokoju wysokim blatem przy którym stały barowe stołki. Martin stał przy ekspresie, trzymając w ręku kubek. Cholera! Dlaczego nagle zaczęłam czuć się w jego obecności tak bardzo skrępowana?! Na domiar złego miał na sobie wyłącznie bokserki, nawet nie pofatygował się, żeby włożyć koszulkę! 

    – Cześć – odezwałam się nieśmiało, żeby zwrócić na siebie jego uwagę.

    – Wyspałaś się? – zapytał. Niepewnie skinęłam głową. – Nalać ci kawy? – ponownie przytaknęłam. 

    Podeszłam i usiadłam na jednym z wysokich stołków. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Po chwili postawił przede mną parujący kubek, a obok niego wyjęte z lodówki mleko. Patrzyłam niedowierzająco. Zamiast mnie od siebie wyprosić zaparzył dla mnie kawę. Nie chciało mi się wierzyć, że to ten sam mężczyzna, który każdego dnia katował mnie sześciogodzinnymi treningami. To znaczy… już dawno przestałam traktować go jak nauczyciela, ale wciąż był dla mnie intrygującą zagadką. Po pierwsze nie dzieliła nas duża różnica wieku, po drugie zachowywał się przy mnie zupełnie inaczej niż kiedy prowadził trening dla grupy. To znaczy… wyglądało to tak jakby się zapominał i wówczas zaczynał się zachowywać zbyt poufale. Nie jakby był lepszy ode mnie. Nie jakbym powinna się go bać. Tylko tak po prostu, zwyczajnie. Niemal jakbyśmy się przyjaźnili. Nawet zamiast numeru używał mojego imienia, co tutaj raczej nigdy się nie zdarzało. Dolałam do kawy mleka i upiłam kilka łyków, a on w tym czasie dokończył swoją i odstawił kubek na blat. Cisza pomiędzy nami była wręcz namacalna, ale ku mojemu zdziwieniu nie była niezręczna. Raczej… pełna napięcia. Jakby każde z nas oczekiwało, że to drugie wykona jakiś ruch. Jak polowanie. … i jeżeli była to gra, to chyba ją wygrałam. Martin stanął za mną, tak, że plecami dotykałam jego torsu. Jedną ręką objął mnie w pasie, a drugą położył na moim udzie. Jego usta znalazły się tuż przy moim uchu. Delikatnie przygryzł jego płatek. Przesunął ręką po mojej nodze. Starałam się go zignorować, ale nie było to łatwe. Upiłam kolejny łyk kawy i odstawiłam kubek. Jego dłonie znalazły się pod materiałem bluzy. Powoli wędrowały najpierw na brzuch, a potem odnalazły piersi. Przesunął się tak, by móc mnie pocałować, a ja zachłannie odwzajemniłam jego namiętny pocałunek. 

    ***

    Zdyszani leżeliśmy na kanapie. Właściwie to on leżał na kanapie, a ja leżałam na nim. Całowaliśmy się leniwie, a ja rozpływałam się w morzu przyjemności. W pewnym jednak momencie Martin usiadł. Znalazłam się na jego kolanach. Pocałował mnie namiętnie i posadził obok, a sam podniósł się z kanapy. Spojrzałam na niego pytająco.

    – Bardzo chciałbym zostać, ale muszę załatwić pewną sprawę – wyjaśnił.

    W środku ogarnął mnie bardzo nieprzyjemny chłód. Coś ścisnęło mi żołądek. Cholera! Dlaczego zaczęłam robić sobie jakąś dziwną nadzieję? Doskonale zdawałam sobie sprawę, że byłam tylko jednonocną zachcianką. Niechętnie wstałam.

    – Dobrze, daj mi chwilę – poprosiłam. – Pozbieram swoje ubrania.

    Wyglądał na zaskoczonego. Zagrodził mi drogę.

    – A dokąd ty się wybierasz?

    – Do siebie… – nie zrozumiałam pytania.

    – O nie, nie ma mowy – oznajmił. – Czekasz tu aż nie wrócę. 

    – Jak to? – poczułam się jeszcze bardziej zgubiona.

    Oplótł mnie ramionami i zaborczo przyciągnął do siebie.

    – No chyba, że nie przeszkadza ci chodzenie w mojej bluzie – mruknął nachylając się i całując mnie w usta. – Wtedy możesz jechać ze mną.

    Jechać? Dokąd? Zresztą nieważne… Jeśli miało to oznaczać więcej czasu spędzonego z Martinem to nic innego nie miało zbyt dużego znaczenia. 

    Note