Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Koło południa weszłam do pomalowanej na biało, sprawiającej niemal sterylne wrażenie, szpitalnej sali. Julka miała na sobie flanelową, rozpinaną piżamę w żółte, drobne kwiatki. Wyglądała bardzo blado i smętnie, w moich oczach z każdym dniem coraz gorzej. Siedziała na łóżku i czytała książkę. Kiedy zorientowała się, że ktoś przyszedł podniosła znad niej głowę. Uśmiechnęła się do mnie łagodnie. 

    – Jak się czujesz słoneczko? – zapytałam wesoło podchodząc do niej. 

    Nie była ode mnie dużo młodsza, a jednak od zawsze się nią opiekowałam, a ona przyjmowała to z uśmiechem, jak prawdziwy dar niebios. Ogólnie zawsze była bardzo pogodna i wesoła, zdecydowanie bardziej niż ja kiedykolwiek potrafiłabym być.

    – Dobrze – powiedziała swoim cichym, słabym głosem. – Bardzo chciałabym wrócić do domu.

    – Niedługo – powiedziałam jak zwykle okłamując  siostrę. – A teraz mam coś dla ciebie.

    Rozpięłam swój granatowy, wysłużony plecak i wyjęłam z niego blok rysunkowy w twardej oprawie i suche pastele. Oczy Julki rozbłysły. Zatańczyły w nich wesołe iskierki. Na policzki wpełzł delikatny rumieniec. Zawsze uwielbiała malować. Uśmiechnęłam się do niej pogodnie, a ona odpowiedziała mi pełnym entuzjazmu i dziecięcej radości uśmiechem. Resztę popołudnia spędziłyśmy na wspólnym malowaniu, a ja nie potrafiłam wyobrazić sobie przyjemniej płynących chwil.   

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Po szesnastej znalazłam się w mieszkaniu Marty. Przyjaciółka natychmiast zaczęła mnie o wszystko wypytywać, a ja nie miałam najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. Usiadłyśmy u niej w pokoju, a ona zaczęła przetrząsać swoją szafę.

    – Poczekaj Emila! Zaraz znajdę coś idealnego dla ciebie – oznajmiła entuzjastycznie skacząc dookoła mnie jak mały króliczek.

    Przyglądałam się jej siedząc na łóżku, jak wyciąga coraz to nowe ubrania z szafy powiększając jedynie rosnącą na fotelu bezładną stertę.

    – Wiesz Martuś, nie sądzę, żeby ich tak naprawdę obchodziło w co jestem ubrana… – powiedziałam delikatnie, nie chcąc urazić przyjaciółki.

    Odwróciła się do mnie gwałtownie. Na jej twarzy malowało się przerażenie.

    – Ich?! – zapytała. – Robisz to więcej niż z jednym?!

    Roześmiałam się, tak absurdalnie to dla mnie zabrzmiało. Zresztą, co za różnica…

    – Nie Martuś, robię to z jednym, a właściwie jeszcze tego z nim nie robiłam, zapłacił mi za zrobienie sobie laski… 

    – Więc czemu mówiłaś w liczbie mnogiej? – zapytała wracając do przekopywania szafy.

    – Bo jest ich dwóch – westchnęłam – tyle, że ten drugi najwyraźniej załatwia za Sebastiana wszystkie interesy.

    – Sebastian? – zapytała zamyślona. – Ładne imię – stwierdziła. – Jest chociaż trochę przystojny?

    – Ujdzie – powiedziałam wymuszając na swojej twarzy uśmiech. 

    Przed oczami natychmiast stanęły mi jego lodowato zimne, złowieszcze, czekoladowe oczy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kilka minut przed dziewiętnastą stałam pod drzwiami mieszkania w centrum Krakowa. Tym razem ze środka przywitała mnie jedynie głucha cisza. Zadzwoniłam do drzwi. Po dłuższej chwili otworzył mi wyraźnie zaspany Rafał. 

    – Shit! Już tak późno? – niemal jęknął. – Sebastiana jeszcze nie ma, wejdź – powiedział odsuwając się, żebym mogła wejść do środka.

    Odrobinę skrępowana zdjęłam popielaty płaszcz i usiadłam na samym brzegu skórzanej kanapy. Blondyn przyjrzał mi się uważnie. Tym razem miałam na sobie białą, krótką sukienkę w drobne czarne kwiaty, kabaretki i delikatny makijaż wyraźnie podkreślający oczy. Wysoko upięte włosy spływały kaskadą po moim lewym ramieniu. W takim stroju czułam się znacznie bardziej pewna siebie.  

    – Z każdym dniem lepiej wyglądasz – stwierdził z ponurym wyrazem twarzy. – Znowu to on miał rację, a ja się myliłem. Nawet nie wiesz, jak bardzo tego nienawidzę.

    – Dzięki, jeżeli to miał być komplement – mruknęłam w odpowiedzi. 

    Uśmiechnął się do mnie bezczelnie. 

    – Owszem, miał – odpowiedział – a jednocześnie chciałem ponarzekać na mój los idioty – stwierdził sarkastycznie.

    Roześmiałam się. Zdziwiło mnie, jak swobodnie czułam się w towarzystwie Rafała. Ogromnie mnie irytował, ale jednocześnie nie potrafiłam nie odpowiedzieć uśmiechem na jego szeroki uśmiech. Rozsiadł się wygodnie na jednym z towarzyszących kanapie wysokich, czarnych foteli. 

    – Posłuchaj, jest taka sprawa – powiedział przyglądając mi się uważnie. – On chciałby, żebyś została na dłużej… powiedział, że się zgodzisz… nie wiem skąd wysnuł takie wnioski, ale jeszcze nie widziałem, żeby się kiedyś pomylił.

    Skinęłam głową.

    – Miał rację – powiedziałam cicho, nie zastanawiając się nad tym specjalnie. – Zostanę.

    – Tyle, że jest kilka „ale” – oznajmił jakby niepewnie. – Po pierwsze on chce mieć cię na wyłączność, dopóki będzie twoim sponsorem, nie będziesz miała żadnych innych, nazwijmy to, zobowiązań.

    Wzruszyłam ramionami, nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby coś takiego planować. Dopóki będzie mi płacił, nie miało to zresztą większego znaczenia.

    – Masz na myśli partnerów do seksu? – spytałam uszczypliwie. – Nie planowałam żadnych innych.

    – Świetnie – odparł ponuro – uznaję, że to zgoda na ten warunek. Po drugie, jakichkolwiek przekonań byś nie miała – kontynuował – dostaniesz telefon komórkowy i zaczniesz go używać. Pasuje? 

    Skinęłam głową. To był kolejny nieistotny szczegół.

    – Po trzecie – ciągnął dalej – ale za to najważniejsze, Sebastian potrzebuje dziewczyny nie tylko do seksu… Będziesz musiała uczestniczyć w jego życiu towarzyskim, oczywiście o ile się nadasz – dodał cierpko. – Czy to stanowi dla ciebie jakiś problem?

    – Nie, nie stanowi – odpowiedziałam nie do końca zastanawiając się nad tym, co Rafał powiedział. 

    Chciał dodać coś jeszcze, ale w słowo wszedł mu głośny dzwonek telefonu. Usłyszałam znajome słowa piosenki Nirvany. Zaskoczona spojrzałam na blondyna, który szybkim ruchem sięgnął po leżący na stole telefon. Odebrał. Rozmawiał przez krótką chwilę. Właściwie to najwyraźniej słuchał dzwoniącej osoby, bo jedynie od czasu do czasu coś potwierdzał lub przytakiwał. Odetchnął jakby z ulgą, kiedy zakończył toczoną rozmowę. Niedbale odrzucił telefon na stół. 

    – Dzwonił Sebastian, będzie za kilkanaście minut – oznajmił. Odwrócił ode mnie wzrok. Wyglądał na lekko zawstydzonego. – Chciał żebyś poszła do niego do sypialni i czekała rozebrana na łóżku.

    – Jasne – odpowiedziałam wstając z gracją z kanapy – w końcu to jego życzenia mam spełniać. 

    Rzuciłam Rafałowi przelotny uśmiech i zniknęłam za drzwiami, poznanej ostatnio, sypialni.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Leżałam naga na srebrnoszarej narzucie łóżka. Bałam się. Oczekiwanie na to co nieuniknione jedynie wzmagało mój strach. Nie chciałam żeby przychodził, a jednocześnie całą sobą błagałam żeby się nareszcie pojawił i żeby było już po wszystkim. 

    Kiedy wreszcie stanął w drzwiach serce biło mi jak oszalałe. Mimo całego wysiłku woli na jaki byłam w stanie się zdobyć nie potrafiłam uspokoić przyspieszonego oddechu. Mężczyzna przyjrzał mi się uważnie. W kącikach jego ust błąkał się ironiczny uśmieszek. Wyglądał niesamowicie. Był gładko ogolony, miał na sobie grafitowe jeansy i czarną, klasyczną koszulę. Gdyby nie ten drwiący uśmiech i lodowato zimne oczy, uznałabym, że jest nieziemsko przystojny. 

    Sebastian zapalił nocną lampkę, zgasił górne światło i wolnym krokiem podszedł do łóżka na                                   którym leżałam. Usiadł na brzegu, łakomie wpatrując się w moje ciało. Podniosłam się na łokciu.

    – Nie wstawaj – powiedział cicho, jednak w tonie jego głosu słyszałam wyraźny rozkaz.

    Nie zamierzałam protestować. Spojrzał mi w oczy, a ja znów poczułam niewyjaśniony, irracjonalny lęk. Jakim sposobem oczy w kolorze czekolady mogły być aż tak zimne? Twardą, ciepłą dłonią przesunął po moim udzie. Nie potrafiłam powstrzymać drżenia. Nie zwrócił na to uwagi. Jego ręka powędrowała na mój naprężony ze zdenerwowania brzuch, a potem piersi. Zdjął z siebie koszulę i spodnie. 

    – Odwróć się na brzuch – rozkazał zupełnie wypranym z wszelkich emocji tonem.

    Posłuchałam. Uklękłam na łóżku, podpierając się na rękach. Głowę położyłam na przykrytej srebrnoszarą tkaniną poduszce. Sebastian znalazł się za mną. Poczułam na swoich pośladkach jego sztywny członek. Nie przestawał mnie dotykać. Rozsunął mi nogi. Jego palce zaczęły się przesuwać po moim intymnym miejscu. Przymknęłam oczy walcząc ze sobą, żeby się od niego nie odsunąć. Miałam ochotę zaprotestować, nie pozwolić mu na to. Jego dłoń stawała się coraz bardziej natarczywa. Wsunął we mnie palec, potem dołączył do niego drugi. Moje ciało reagowało na jego dotyk, mimo ponurych myśli stawałam się coraz bardziej wilgotna. 

    W końcu przerwał na chwilę, podniósł z podłogi spodnie i wyciągnął z nich zafoliowaną paczkę prezerwatyw. Naciągnął jedną z nich na swój naprężony, sterczący członek. Uklęknął za mną, podciągając mnie odrobinę wyżej. Wtuliłam twarz w poduszkę. Zamiast się rozluźnić, tak jak powinnam to zrobić, spięłam się tylko jeszcze bardziej. Wszystko we mnie krzyczało w głośnym proteście. Mężczyzna ostatni raz przesunął palcami po moim łonie, a potem zaczął napierać członkiem na moją ciasną szparkę. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, kiedy wszedł do środka. Zaczął się we mnie poruszać. W dole brzucha poczułam ostry, kujący ból. Zagryzłam zęby. Dłonie Sebastiana błądziły po moich wyprężonych w łuk plecach i napiętych pośladkach. Wchodził we mnie coraz głębiej, za każdym razem szybszymi i mocniejszymi pchnięciami. Podniecenie i przyjemność mieszały się w moim umyśle z bólem i upokorzeniem. Nie tak wyobrażałam sobie moje życie seksualne. Nikt jednak nie okłamywał mnie, że marzenia się spełniają. 

    Coraz boleśniej odczuwałam jego niegasnące podniecenie. Całą sobą błagałam, żeby wreszcie skończył. Dopiero po kilkunastu minutach poczułam jak jego męskość zaczyna prężyć się i pulsować. Wyszedł ze mnie po kilku stanowczych, końcowych pchnięciach. Zdjął wypełnioną białą cieczą prezerwatywę, zawiązał na supeł i odrzucił na podłogę, potem, zmęczony, opadł obok mnie na łóżko. Usiadłam czekając na to, co będzie dalej.

    – To wszystko – powiedział nie patrząc na mnie. – Możesz już iść.

    Poczułam się bardzo nieprzyjemnie, jakbym była jakąś zabawką. Zabrałam ze stojącego pod szafą krzesła swoje ubrania i przemknęłam się do znajdującej się za sąsiednimi drzwiami łazienki. Wzięłam szybki prysznic. Chciałam się stąd wynieść, najlepiej natychmiast, ale po prostu po tym co się stało, nie mogłam się nie wykąpać. Czułam się naprawdę paskudnie. Wyszłam spod prysznica na wiśniowe kafelki podłogi. Oparłam się o zimną ścianę. Za wszelką cenę starałam się powstrzymać napływające do oczu łzy. W końcu wytarłam się jednym z leżących na szafce, złożonych w równą kostkę, białych ręczników. Pospiesznie włożyłam na siebie ubranie i otworzyłam drzwi z jedną przewodnią myślą w głowie – byle tylko znaleźć się jak najdalej stąd. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Zegar w salonie pokazywał godzinę drugą. Jęknęłam w duchu. Marek miał randkę, a o tej porze nie będę przecież dobijała się do Marty. Musiałam coś zrobić ze sobą przez resztę nocy. Na dworze było naprawdę chłodno, a nocne spacery nigdy nie należały do moich ulubionych zajęć. Włożyłam swoje długie buty i sięgnęłam po popielaty płaszcz. Kiedy wychodziłam, w drzwiach zatrzymał mnie Rafał.

    – Poczekaj, wezwę ci taksówkę – powiedział wciskając mi do ręki stuzłotowy banknot.

    – Dzięki – odpowiedziałam ponuro, w tym momencie nie potrafiąc się zdobyć nawet na lekki uśmiech – poradzę sobie.

    Schowałam pieniądze do kieszeni i wyszłam z mieszkania. Noc była chłodna, a ja nie wzięłam nawet głupiego szalika. Stanęłam na przystanku, chowając się przed porywistym wiatrem, w przeszklonej wiacie. Zastanawiałam się dokąd mogłabym pojechać. Był sobotni wieczór, a właściwie to już niedzielny ranek, a ja nie miałam żadnego pomysłu co mogłabym ze sobą zrobić. Usłyszałam czyjeś szybkie kroki. Nie podniosłam nawet głowy, dopóki nie usłyszałam wkurzonego głosu.

    – Co ty do cholery robisz na przystanku?! – warknął stojący nade mną Rafał. – Miałaś wsiąść w taksówkę i jechać do domu!

    Spojrzałam na niego zaskoczona. Czy on za mną wyszedł? Po co? Dlaczego? Nie miałam najmniejszej ochoty mu się tłumaczyć.

    – To nie twoja sprawa co robię w wolnym czasie – prychnęłam. – To mój prywatny wybór. 

    – Właśnie, że moja – warknął. – Wyszłaś od nas i czuję się za ciebie odpowiedzialny. Pomyśl co mogłoby ci się stać!

    Rozbawił mnie jego komentarz. Prychnęłam.

    – Poradzę sobie – odpowiedziałam jednak tylko gorzkim tonem. 

     – Świetnie – odparł. – Odprowadzę cię na taksówkę, a potem radź sobie dowoli. 

    – Czekam na autobus – oznajmiłam coraz bardziej zirytowana.

    Spojrzał na mnie spode łba.

    – Ok. Super. Dokąd jedziemy? – zapytał ironicznie.

    – Nie mam zielonego pojęcia – odparłam już zupełnie zrezygnowana. 

    – Yyy, jak to? – obrzucił mnie pytającym spojrzeniem.

    – Normalnie – odpowiedziałam wzdychając – mój brat ma dzisiaj randkę, więc w domu mogę pokazać się najwcześniej o dziesiątej. Nie przejmuj się mną, poradzę sobie. Zawsze sobie jakoś radzę.

    – Zauważyłem – mruknął, a ja nie miałam pojęcia co to stwierdzenie miało właściwie oznaczać. – Chodź, pogadamy gdzieś, gdzie jest ciepło. Jestem upiornie głodny. Ja stawiam – dodał uprzedzając jakiekolwiek protesty z mojej strony.

    Niechętnie powlekłam się za chłopakiem w kierunku ciągle tętniącego życiem, rozświetlonego setkami ulicznych latarni, centrum miasta.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kwadrans później siedzieliśmy w otwartym przez całą dobę Mc Donaldzie. Rafał zostawił mnie na chwilę samą przy stoliku, a potem wrócił z kawą i jakimiś dużymi zestawami. Nie wiedziałam dlaczego tu ze mną przyszedł, ale było to o niebo lepsze od samotnego, nocnego spaceru, po jesiennym, ponurym Krakowie. Miałam tylko szczerą nadzieję, że chłopak niczego nie oczekuje „w zamian”. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie jest mi wszystko jedno. 

    Burczało mi w brzuchu. Uświadomiłam sobie, że właściwie jadłam tego dnia jedynie kanapki, którymi rano poczęstowała mnie sąsiadka, ale to była moja norma. Niemal rzuciłam się na frytki, które wyciągnęłam ze swojej papierowej torby. Rafał obrzucił mnie rozbawionym spojrzeniem, ale wyglądało na to, że jest przynajmniej równie głodny co ja.

    Przez restaurację przewijało się sporo, najwyraźniej imprezujących w sobotnią noc, grup i par. Właściwie to z zewnątrz w żaden sposób nie różniliśmy się od innych. Sytuacja wydała mi się tak abstrakcyjna i absurdalna, że wybuchłam śmiechem. 

    – Co cię tak rozbawiło? – spytał blondyn kończąc przeżuwać swojego hamburgera.

    – Nic, nic – odpowiedziałam próbując stłumić swoją wesołość.

    Rafał tylko wzruszył ramionami. 

    – Jak sobie chcesz – powiedział obojętnie. – Mieszkasz tylko z bratem? – zapytał.

    Skinęłam głową.

    – Zazwyczaj kiedy się umawia z dziewczynami śpię u przyjaciółki, nie włóczę się nocami po mieście – odpowiedziałam.

    – Nie mogłaś nic powiedzieć? – zapytał z lekkim wyrzutem.

    – A niby po co? – prychnęłam. – Twój przyjaciel nie płaci mi za narzekanie.

    – Ja nie płacę ci za nic – oznajmił obrzucając mnie zagadkowym spojrzeniem. – Za to tak długo jak u nas przebywasz, jestem za ciebie odpowiedzialny, tyczy się to też bezpiecznego powrotu do domu. Następnym razem wolałbym wiedzieć, ok.? 

    – Jak chcesz – odpowiedziałam wpatrując się w swoją kawę.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Przesiedzieliśmy w restauracji prawie godzinę, a potem Rafał uparł się, że nie zostawi mnie samej. Razem wyszliśmy w chłodne, jesienne powietrze. Chłopak miał na sobie trekkingową, ocieplaną polarem kurtkę, ale ja w swoim starym, znoszonym płaszczu zwyczajnie drżałam zimna. 

    – Gdzie chcesz iść? – zapytał. 

    Wzruszyłam ramionami. Nie miałam pojęcia. Po prostu poszłam przed siebie, a on, z malującą się na twarzy konsternacją, poszedł za mną.

    – Posłuchaj Rafał – powiedziałam zatrzymując się i odwracając się w jego stronę. – Dziękuję za kolację, śniadanie czy co to tam było, ale naprawdę sobie poradzę. Nie musisz za mną chodzić. 

    Teraz znów zaczął wyglądać na rozbawionego całą sytuacją.

    – Spoko – odpowiedział – i tak chwilowo nie mam nic lepszego do roboty. Tyle, że włóczenie się po nocy chyba nie jest dobrą opcją. Zmarzniesz. Jeżeli chcesz, pokażę ci miejsce, do którego zawsze uciekam. To niedaleko.

    Popatrzyłam niepewnie na chłopaka, a potem westchnęłam zrezygnowana. Było mi naprawdę cholernie zimno.

    – Jasne, prowadź – odpowiedziałam  mu, po chwili wahania. 

    Szybkim krokiem minęliśmy planty i skręciliśmy w jedną z otaczających je, wąskich uliczek. Mniej więcej kwadrans później Rafał zatrzymał się przed jedną z zakratowanych, sklepowych wystaw. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął klucz, otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Nie zapalając światła popchnął mnie w kierunku drzwi na zaplecze. Dopiero tam włączył dającą nikłe światło, podwieszoną pod sufitem żarówkę. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Był to swoistego rodzaju, niewielki magazyn. Znajdowało się w nim pełno sportowego sprzętu. Na podłodze pod jedną ze ścian leżały gąbkowe materace. 

    – Nic wielkiego – powiedział blondyn – ale przynajmniej nie jest tu zimno. – Siadaj – powiedział wskazując zielony materac, a sam zabrał się za uruchamianie olejnego grzejnika.

    Zdjęłam z siebie płaszcz i usiadłam pod ścianą nakrywając nim nogi. Chłopak rzucił mi koc, po czym sam usiadł pod przeciwległą ścianą niewielkiego pomieszczenia. Przykryłam się, otulając starannie polarową tkaniną.

    – Zaraz zrobi się ciepło – oznajmił wesoło.

    – Cieszę się – odpowiedziałam. – Zamarzam.

    Uśmiechnął się do mnie szelmowsko. 

    – No widzisz, a chciałaś się całą noc włóczyć po Krakowie – powiedział z naganą. – Teraz możesz mi podziękować, za to, że cię uratowałem.

    Westchnęłam teatralnie.

    – Dobrze, niech ci będzie: dziękuję! – oznajmiłam dobitnie. – Jesteś moim księciem na białym koniu czy kimkolwiek tam chcesz być.

    – Właśnie, tak ma być – roześmiał się wesoło. 

    Wyciągnął rękę i sięgnął do niewielkich rozmiarów turystycznej lodówki. Wyjął z niej dwa butelkowe piwa. Otworzył jedno, wstał i mi podał, potem z drugim wrócił na swoje miejsce. Spojrzałam na niego lekko zaskoczona, ale nie protestowałam. Mimo, że rzadko piłam, teraz byłam przekonana, że alkohol zdecydowanie mi się przyda.

    – Rafał, co to za miejsce? – zapytałam po dłuższej chwili ciszy.

    Chłopak znów się roześmiał. Spodobało mi się to, że jego oczy śmieją się wraz z nim.

    – Sklep mojego dziadka – odpowiedział wesoło. – Kiedyś często tu przychodziłem, przestałem, kiedy zacząłem pracować dla Sebastiana. Mam teraz znacznie mniej wolnego czasu. Za to przynajmniej kasy mi nie brakuje.

    – Myślałam, że to twój przyjaciel – odpowiedziałam zaskoczona. – Co właściwie dla niego robisz?

    – On nie ma przyjaciół – odpowiedział ciągle rozbawiony. – Załatwiam za niego różne sprawy. Na przykład ciebie. – Skrzywiłam się nieznacznie. Nie zabrzmiało to miło. Rafał zauważył moją konsternację. – Przepraszam, nie chciałem cię urazić – powiedział patrząc mi w oczy. – Po prostu starałem się wyjaśnić co robię dla Sebastiana.

    – Jasne, nie ma sprawy – odpowiedziałam przyglądając się jego żywo niebieskim oczom. Zafascynowały mnie. Były autentycznie niebieskie, a nie takie szaro-nijakie jak u mnie czy mojego brata. – Coś jeszcze robisz poza tym? – zapytałam, żeby podtrzymać rozmowę.

    – Studiuję na AWF-ie – odpowiedział, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. – No co? – zapytał.

    – Nie, nic – uśmiechnęłam się do niego – myślałam, że jesteś trochę starszy.

    Znowu się roześmiał, zdążyłam polubić jego szczery śmiech.

    – No to pewnie cię zaskoczę, mówiąc, że w tym roku zdaję licencjat? – zapytał wesoło.

    Przytaknęłam. Nie mogłam uwierzyć, że Rafał ma dwadzieścia jeden lat, wyglądał znacznie poważniej od mojego brata. Przynajmniej ten AWF tłumaczył jego sylwetkę sportowca, a sklep dziadka markowe ciuchy. Wypiliśmy po jeszcze jednym piwie, a potem poczułam się zbyt zmęczona na dalszą rozmowę. Co drugie słowo podkreślałam ziewnięciem. Położyłam się na materacu przykrywając kocem. Było mi ciepło i wygodnie. Z całych sił starałam się nie zamykać oczu.

    – Idź spać – powiedział chłopak, sam również układając się wygodnie, na swoim materacu. – Jutro niedziela, możemy tu zostać do której chcemy. 

    Zamknęłam oczy i wtuliłam twarz w płaszcz, z którego zrobiłam sobie poduszkę.

    – Rafał… – zaczęłam cichutko.

    – Mhm? – mruknął sennie.

    – Dziękuję…

    – Spoko, nie ma za co – odpowiedział jakby speszony.

    Wystarczyła chwila ciszy, żebym pogrążyła się w spokojnym, pokrzepiającym śnie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Rankiem obudziła mnie piosenka Nirvany. Usłyszałam znajome słowa, które rozbrzmiewały teraz w całym pomieszczeniu: ”Load up on guns and bring your friends. It’s fun to lose and to pretend. She’s over bored and self assured. Oh no, I know a dirty word.” Dopiero po chwili zorientowałam się gdzie ja właściwie jestem i, że muzyka wydobywa się z telefonu komórkowego śpiącego obok Rafała. Chłopak spał w najlepsze. Podniosłam się ze swojego materaca i ukucnęłam przy nim potrząsając go za ramię. Otworzył oczy, spojrzał na mnie, a potem jakby oprzytomniał. Błyskawicznie sięgnął po leżący przy materacu telefon, który dzwonił już drugi raz. Natychmiast odebrał. Po krótkiej, wyraźnie niezbyt miłej rozmowie, odłożył komórkę i zaczął przeklinać. Usiadł na materacu. Popatrzył na mnie wzrokiem zbitego psa.

    – Emilko, muszę cię przeprosić – powiedział smętnym, zaspanym głosem. – Dzwonił Sebastian, jest zły, że mnie nie ma. Jest już po dziewiątej, poradzisz sobie?

    Uśmiechnęłam się do niego ciepło, byłam mu naprawdę wdzięczna, za to, że się mną zaopiekował poprzedniej nocy. 

    – Oczywiście, że sobie poradzę, zawsze sobie radzę, zapomniałeś? – zapytałam wesoło.

    Rafał odwzajemnił mój szczery uśmiech. Pozbieraliśmy się szybko i odprowadził mnie na przystanek autobusowy. Pogoda była w dalszym ciągu paskudna. Świat opanowała szaruga, w twarz co chwilę uderzały mnie porywiste podmuchy wiatru. 

    – Emilko, możesz być jutro o siedemnastej w Galerii Krakowskiej? – spytał mnie chłopak, jakby nagle z czegoś zdał sobie sprawę. – Sebastiana nie będzie, ale we wtorek czeka cię „sprawdzian” – oznajmił niechętnie – i musisz mieć jakieś lepsze ubranie…

    – Przecież potrafię się ubrać elegancko – zaprotestowałam.

    – Nie aż tak elegancko – roześmiał się Rafał. – Poza tym musimy rozwiązać kwestię telefonu. Przyjdziesz?

    – Skoro nie będzie Sebastiana, to mogę zabrać przyjaciółkę? – zapytałam nieśmiało, byłam pewna, że Marta będzie zachwycona, chociażby dla samej satysfakcji zaspokojenia swojej próżnej ciekawości.

    – Pewnie – uśmiechnął się zawadiacko – a ładna ta przyjaciółka? – zapytał szczerząc zęby.

    – A idź ty – roześmiałam się wsiadając do autobusu, który właśnie podjechał na przystanek.

    – Do zobaczenia jutro – zawołał za mną, zanim zamknęły się przeszklone drzwi pojazdu.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Kiedy wysiadłam z autobusu zaczynało padać. Bardzo nie lubiłam takiej wietrznej, mżystej pogody. Szybkim krokiem weszłam do naszej kamienicy. Kiedy stanęłam pod drzwiami niewielkiego mieszkania usłyszałam rozwścieczony głos Marka. Z jakiegoś powodu krzyczał na swoją dziewczynę, a ona histerycznie płakała. Przez chwilę zastanawiałam się czy wejść do środka, ale po namyśle zrezygnowałam. Po chwili znowu znalazłam się na zewnątrz, a zimny, jesienny wiatr targał moimi włosami i płaszczem. Padało coraz mocniej. Wielkie krople deszczu uderzały o puste ulicy, rozbryzgując się na wszystkie strony. Uśmiechnęłam się do siebie, jak wariatka. Przyszło mi do głowy, że lubię deszcz, bo w deszczu nie widać łez.

    Dwadzieścia minut później suszyłam się w pokoju Marty. Moja przyjaciółka przecierała dłońmi zaspane oczy. Miała na sobie wyciągniętą różową piżamę z niebieskim króliczkiem. Jej krótko ścięte kasztanowe włosy sterczały na wszystkie strony jak u stracha na wróble. Taka zaspana i rozczochrana wyglądała przeuroczo. Jej mama powiesiła na kaloryferze mój mokry płaszcz, a potem przyniosła gorącej herbaty z miodem i malinami. Ścisnęło mnie w gardle na wspomnienie tego, jak robiła to moja własna mama. Wiedziałam, że nie będę płakać, nigdy nie płakałam. Marek miał mi ciągle za złe, że nie uroniłam ani jednej łzy na jej pogrzebie, a ja po prostu nie potrafiłam. Gdybym się wtedy rozpłakała, nie przestałabym już chyba nigdy. 

    Szybko przebrałam się w swoje własne ubranie, podarte jeansy i spraną flanelową koszulę. Opowiedziałam jej pokrótce historię wczorajszych wydarzeń i zapytałam czy pójdzie ze mną jutro do centrum, a ona wcale nie zaskoczyła mnie zadając tylko jedno pytanie.

    – Przystojny ten cały Rafał? – zapytała uśmiechając się nerwowo jak dziecko, które oczekuje na gwiazdkowe prezenty

    – On zadał dokładnie to samo pytanie – roześmiałam się – kiedy spytałam czy możesz przyjść usłyszałam tylko „a ładna ta twoja przyjaciółka?”.

    Marta wybuchła śmiechem.

    – Widzisz, w takim razie idealnie do siebie pasujemy! – oznajmiła dobitnie. – Zapowiada się ciekawy poniedziałek.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    W poniedziałek lekcje kończyłyśmy o szesnastej, więc do Galerii Krakowskiej poszłyśmy od razu po szkole. Usiadłyśmy na ławce przy roztańczonej fontannie. Rafał spóźnił się o ponad kwadrans. 

    – Cześć, przepraszam, że tak późno – rzucił podchodząc do nas – odwoziłem Sebastiana na lotnisko i po drodze były korki… Jestem Rafał – przedstawił się uśmiechając zawadiacko do mojej przyjaciółki.

    – Marta – powiedziała wesoło, podając mu rękę, kiedy obie wstałyśmy z ławki. 

    W jej oczach zobaczyłam te niepokojące iskierki. Byłam przekonana, że wybrała chłopaka na nowy cel swoich licznych podbojów. Marta była naprawdę ładną i przebojową dziewczyną. Bez najmniejszego wysiłku potrafiła zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Miała w zwyczaju zakochiwać się przynajmniej raz w miesiącu. Wybierała zawsze tych najprzystojniejszych chłopaków, a potem, kiedy już rozkochała w sobie takiego delikwenta, zostawiała go ze złamanym sercem, najczęściej w rękach jakiejś innej pocieszycielki, bo dziewczyny jak sępy polowały na odrzucone zdobycze Marty. Zawsze jednak powtarzała, że kiedy naprawdę się zakocha, będzie zupełnie inaczej.

    Na twarzy Rafała i tym razem gościł pogodny uśmiech. Wyglądał tak, jakby z jakiegoś powodu odczuwał wyraźną ulgę. Zastanawiałam się czy może spowodował to, chwilowy, wyjazd jego szefa. W sumie teraz chyba „naszego szefa”, pomyślałam niechętnie.

    – Jesteście prosto ze szkoły, dziewczyny? – zapytał. – Może chcecie zostawić kurtki i plecaki w samochodzie?

    Dopiero teraz zauważyłam, że on sam był tylko w szarej, dresowej bluzie.

    – W sumie to chętnie – powiedziałam podnosząc z ziemi swój wyładowany zeszytami plecak.

    Rafał pokręcił głową i zabrał mi go z ręki, a potem schylił się po drugi, stojący koło Marty. Chwilę później chodziliśmy już labiryntem podziemnego parkingu Galerii. Blondyn zatrzymał się przy czarnym Volvo z przyciemnianymi szybami. Wrzucił do bagażnika nasze ciężkie plecaki. Podałyśmy mu kurtki. 

    – To samochód Sebastiana – odpowiedział na moje pytające spojrzenie, uśmiechając się ponuro. – Jeżdżę nim czasem, kiedy on chce wypić, albo jak go nie ma.

    Ułożył nasze płaszcze na tylnym siedzeniu, a potem starannie zamknął auto. Wróciliśmy do barwnego, wypełnionego oglądającymi wystawy ludźmi centrum handlowego.

    – Bogaty ten twój facet – szepnęła do mnie konspiracyjnie Marta, kiedy mijałyśmy zawiły labirynt podziemnego parkingu.

    Popatrzyłam na nią wrogo, ale nic na to nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że nigdy nie mogłabym pomyśleć o Sebastianie w kategoriach „mój facet”. Wątpiłam nawet, czy kiedykolwiek byłabym w stanie go polubić. Przypomniało mi się, co dwa dni wcześniej powiedział mi Rafał. „On nie ma przyjaciół” brzmiały słowa chłopaka, a ja ani odrobinę nie byłam zdziwiona dlaczego. W każdym razie tak długo, jak długo zamierzał mi płacić, mogłam go uważać po prostu za swojego szefa i wcale nie musiałam go przy tym lubić. Za to czułam coraz większą sympatię to wiecznie uśmiechniętego Rafała.

    Najpierw poszliśmy po telefon. Blondyn bez mrugnięcia zapłacił za zestaw startowy na kartę, co zdziwiło mnie najbardziej, wcale nie wybrał najtańszego. Potem zaczął się raj dla Marty. Rafał nieprecyzyjnie wytłumaczył, że szukamy ubrań na kolację w restauracji, więcej nie potrafił powiedzieć. Zwiedziliśmy przynajmniej dwadzieścia różnych sklepów, a ja wybór pozostawiłam całkowicie w rękach Marty. Wreszcie, po prawie trzech godzinach, skończyliśmy z długą tuniką w brązowo-kremową kratę, ciemnobrązowym jesiennym płaszczem, wysokimi, skórzanymi oficerkami, zamszową torebką i delikatną, jasną bielizną w złociste wzory. Blondyn był wyraźnie usatysfakcjonowany, a ja bałam się spojrzeć nawet na ceny ubrań, biorąc pod uwagę sklepy, w których robiliśmy zakupy. Mimo bardzo zadowolonej miny Rafała i wręcz oczarowanej Marty, czułam się nieprzyjemnie i nieswojo. Nie potrafiłam zapomnieć w jakim celu kupujemy te wszystkie rzeczy. 

    Po skończonych zakupach chłopak zaprosił nas na kawę. Atmosfera była naprawdę wesoła i przyjazna. Rafał okazał się być bardzo miłym, zwyczajnym chłopakiem. Żartował i śmiał się razem z nami. Pożałowałam, że to nie on jest na miejscu Sebastiana. 

    Kiedy tak siedzieliśmy nad gorącymi kubkami z kawą, blondyn rozpakował telefon, włożył do niego kartę i wpisał mi numer do siebie i swojego szefa, potem spisał sobie mój i dopiero wtedy wręczył mi telefon, mówić, że mogę z nim robić co chcę. Potem Marta, niby to w żartach, wyciągnęła numer do niego. Bawiłam się coraz lepiej, zupełnie zapominając dlaczego się tu znalazłam. 

    Było koło dziewiątej, kiedy Rafał zaproponował, że odwiezie nas do domu. Z jakiejś przyczyny poczułam, że nie chcę, żeby wiedział gdzie mieszkam. 

    – Martuś, mogę dzisiaj zostać u ciebie? – zapytałam niemal błagalnie.

    – Jasne, nie ma sprawy – uśmiechnęła się do mnie przyjaciółka. – Jaśminowa czternaście – oznajmiła chłopakowi wesoło.

    – Ok. – stwierdził tylko prowadząc nas podziemnym parkingiem do samochodu – skąd cię jutro odebrać Emilko? – zapytał. – Kolacja jest na dziewiętnastą, Sebastian będzie jechał prosto z lotniska, ale żebyśmy się wyrobili to najpierw przyjadę po ciebie, tak o osiemnastej. Wiem, że masz szkołę, ale koło południa umówiłem cię z fryzjerem… Poradzisz sobie?

    Spojrzałam na niego zaskoczona. Jakim do licha fryzjerem? Nie chciałam opuszczać zajęć, ale zdarzało mi się to już niejednokrotnie wcześniej. Westchnęłam. Moje nowe życie było chyba ważniejsze.

    – Niech będzie, ale nie rób tego więcej – poprosiłam.

    – Obiecuję – obdarzył mnie pogodnym uśmiechem – to wyjątkowa sytuacja. Przyrzekam, że się nie powtórzy.

    – Będę u Marty – powiedziałam nie chcąc rozmawiać więcej o opuszczaniu szkoły.

    Rafał odwiózł nas pod dom mojej przyjaciółki. Wyciągnął z bagażnika nasze zakupy, pożegnał się z nami uprzejmie i odjechał. Podekscytowana Marta mówiła o nim przez prawie pół nocy, a ja tylko słuchałam uprzejmie, starając się nie myśleć o tym, co czeka mnie następnego dnia.

    Note