Rozdział 2 – Mroczna natura
by VickyVI
Mieszkanie przy Finchley Road składało się z połączonego z salonem i kuchnią korytarza, oraz prowadzących na poddasze spiralnych, drewnianych schodów. Na górze znajdowały się dwie niewielkie sypialnie i całkiem spora, komfortowo urządzona łazienka. Nic specjalnego, ale nie było też na co narzekać. Ian jednak był w na tyle złym humorze, że tego dnia przeszkadzało mu dosłownie wszystko. Już poprzedniego dnia przywłaszczył sobie jedną ze znajdujących się na poddaszu sypialni, teraz wszedł tam i rzucił się na przykryte grafitową narzutą łóżko. Ze złością zauważył wiszący na ukośnej ścianie plakat z czarnobiałą wieżą Eiffla. Zeskoczył z łóżka i zerwał go jednym płynnym ruchem. Przedarł na pół kredowy papier. Oba kawałki zgniótł w rękach i wrzucił do stojącego przy drzwiach śmietnika. Z powrotem walnął się na łóżko.
To zdecydowanie nie był dobry dzień. Ci głupcy wyznaczyli mu zadania, których nie był w stanie wykonać w pojedynkę, a doskonale wiedział, jak niepewnym kompanem był Rjiav. Gdyby nie to, że cała odpowiedzialność spadnie na niego, już dawno przestałby interesować się tym koszmarnym dzieciakiem. Od początku były z nim same problemy. Rjiav nie do końca był jednym z nich. Z urodzenia był półczłowiekiem, więc co jakiś czas targały nim ludzkie uczucia. Do tego był naiwny i łatwowierny. Ian był przekonany, że nie mógł trafić na gorszego ucznia. Gdyby tylko miał pewność, że sam nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności, już dawno postawiłby Rjiava przed sądem. Co prawda jego rasa nie skazywała swoich na śmierć, ale zdradzenie tajemnicy ich istnienia ludziom było tak dużym wykroczeniem, że na długie lata miałby spokój od nieznośnego chłopaka.
Jego wyczulony słuch wyłapał hałas otwierających się na dole drzwi. Usłyszał podniesione głosy.
– Zostawiłeś mnie! Jak mogłeś mnie tak po prostu zostawić?! – powiedziała głośno dziewczyna, a w tonie jej głosu, nie było gniewu a jedynie zawód i rozpacz.
Ian uśmiechnął się do siebie. Może nie będzie tak źle, skoro ta dwójka postanowiła mu dostarczyć rozrywki. Uwielbiał różnego rodzaju gierki.
– Uznałem, że tak będzie najlepiej – warknął Rjiav, najwyraźniej powtarzali ten dialog już któryś raz z kolei, bo w głosie chłopaka słychać było prawdziwą irytację. – Sądziłem, że Ian pójdzie za mną, a ciebie zostawi w spokoju. Popełniłem błąd.
Czyżby? – pomyślał rozbawiony mężczyzna. Był przekonany, że Rjiav uciekł, zostawiając dziewczynę na pastwę losu, byleby tylko ratować własną skórę. Nie wierzył w istnienie takiego uczucia jak miłość. Za to wiedział, że na wpół ludzkiego chłopaka musiało dręczyć sumienie. Nie potrafił tak po prostu, z zimną krwią skazać niewinnej dziewczyny na śmierć. Za to Ian bez mrugnięcia okiem skręciłby jej kark i poszedł dalej. Tak, to właśnie tak bardzo odróżniało go od Rjiava. Roześmiał się cicho. Nigdy nie powiedział chłopakowi, że jego poprzednia „ukochana” była testem i gdyby jej nie zabił, zostawiłby dowód na to, że Rjiav zdradził swoją rasę. Teraz takim chodzącym dowodem była urocza Effie. Wszystko jednak miało swój czas. Chwilowo dziewczyna była bardziej użyteczna żywa, a on sam naprawdę potrzebował współpracy Rjiava.
– I co teraz? Czego on ode mnie chce? – zapytała dziewczyna gorzko.
– Nie wiem – westchnął chłopak. – Jest znacznie silniejszy niż ja, ale z jakiejś przyczyny mnie potrzebuje. Inaczej nie wahałby się ani chwili.
– Powiedział mi, że i tak jestem już martwa – westchnęła zrezygnowana Effie. – Cokolwiek nie zrobisz i tak mnie zabije.
– Nie on – odezwał się odrobinę spokojniej Rjiav – tak stanowi nasze prawo. To dlatego starałem się trzymać od ciebie z daleka – przyznał. – W momencie kiedy dowiedziałaś się kim jestem, zaczęło ci grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Jeżeli się dowiedzą, ciebie zabiją, a mnie wrzucą do więzienia. Przepraszam Effie – wyszeptał. – Pod tym względem Ian ma rację, jestem skończonym głupcem.
– Gdybyś mnie wtedy nie uratował i tak byłabym już trupem – powiedziała cicho dziewczyna.
– Zrobię wszystko co tylko będę w stanie, żeby nikt cię nie skrzywdził z mojego powodu, Effie – wyszeptał cicho chłopak.
Ian uśmiechnął się pod nosem. Humor mu się znacznie poprawił. To było lepsze od jakiejkolwiek opery mydlanej. Wreszcie zobaczył szansę na to, żeby rozwiać odrobinę zasłonę egzystencjonalnej nudy. Czekała go z tą dwójką wesoła zabawa. Ciekawe czy uda mu się sprawić, żeby słodka Effie z własnej woli zaproponowała mu, że będzie należała do niego. Dla zabawy miał ochotę zniszczyć tą dziewczynę.
VII
Dni mijały nieubłaganie jeden po drugim. Rjiav przestał chodzić na uczelnię, za to na całe dnie lub noce znikał gdzieś z Ianem. Często z takich wypraw wracał pobity lub w inny sposób poharatany, w odróżnieniu od mrocznego Iana, który zawsze wyglądał nieskazitelnie. Effie z każdym dniem martwiła się coraz bardziej. Najgorsze jednak było to, że chłopak ciągle chodził zły i rozdrażniony. Coraz częściej dochodziło między nimi do bezsensownych kłótni. Sprawiał wrażenie naprawdę nieszczęśliwego. Effie z ulgą przyjęła fakt, że póki co przynajmniej Ian postanowił ją zupełnie zignorować.
W sobotę wieczorem Rjiav chodził po pokoju napięty jak dobrze naciągnięta struna. Przez ostatnie tygodnie robił rzeczy na które w najmniejszym stopniu nie miał ochoty. Czy tak właśnie miało wyglądać jego dalsze życie? Kiedy tylko do pomieszczenia weszła Effie, natychmiast na nią nadskoczył, mimo, że nie zdawał sobie sprawy, podświadomie uważał, że to była wyłącznie jej wina. Gdyby nie była taką idiotką i nie wepchnęła się tej piekielnej nocy na tą cholerną łódź!
– Pakuj się – warknął. – Rozmawiałem z Ianem, ja zostanę, a tobie pozwoli odejść.
Spojrzała na niego pytająco. W jej chabrowych oczach zalśniły łzy. Znowu wydawała się taka smutna, zagubiona i nieporadna, że Rjiava aż coś ścisnęło w środku.
– Chcę zostać z tobą – wyszeptała spuszczając wzrok. – Potrzebujesz mnie…
– Niby do czego? – warknął rozwścieczony chłopak.
Przerwali dyskusję, kiedy otworzyły się prowadzące do mieszkania drzwi. Spojrzeli w ich stronę, obydwoje równie zaskoczeni. Do środka wszedł Ian, jego twarz nie wyrażała kompletnie niczego. Towarzyszyło mu dwóch postawnej budowy mężczyzn. Effie w oczach Rjiava ujrzała strach i niepokój. Natomiast nowoprzybyli uśmiechali się paskudnie, wyraźnie z czegoś zadowoleni. Jeden z nich spojrzał pytająco na Iana, a tamten skinął mu głową.
– Rjiavie Davies – odezwał się ostro – jesteś aresztowany za nieposłuszeństwo względem swojego mentora i zdradę naszej rasy.
– Ty sukinsynu! – warknął chłopak – Tylko dlatego się zgodziłeś na ten układ! Przez cały czas to planowałeś!
Ian uśmiechnął się drapieżnie. Mężczyźni powalili szamoczącego się i próbującego walczyć Rjiava na podłogę. Effie chciała mu pomóc, nie zdążyła jednak. Czarnowłosy w jednej chwili znalazł się tuż przy niej. Brutalnie wykręcił do tyłu rękę dziewczyny. Pisnęła z bólu, w jej oczach zalśniły łzy. Dużą, twardą dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła się odezwać.
– Co z dziewczyną? – zapytał jeden z trzymających Rjiava mężczyzn.
– Nie zawracajcie sobie nią głowy, sam się nią zajmę – stwierdził chłodnym tonem Ian.
Mężczyzna uśmiechnął się paskudnie, obrzucił Effie pożądliwym wzrokiem. Spojrzał ze zrozumieniem na czarnowłosego.
– Pamiętaj tylko, że ona jest chodzącym trupem. Nie baw się nią zbyt długo – powiedział uradowany.
– Zajmę się nią – powtórzył spokojnie Ian, a przerażona toczoną rozmową Effie, znowu zaczęła się szamotać.
Czarnowłosy puścił dziewczynę, dopiero kiedy mężczyźni wywlekli Rjiava z mieszkania. Odskoczyła od niego, odsuwając się pod samą ścianę. Jej oddech gwałtownie przyspieszył. Serce trzepotało się w piersi jak szalone. Nie wiedziała co Ian uważa za „zabawę” ale nie sądziła, żeby mogło się jej to w jakikolwiek sposób spodobać.
– Co chcesz ze mną zrobić? – spytała najspokojniej jak potrafiła, mimo to jej głos był cichy i drżący.
Ian wzdychając opadł na kanapę. Spojrzał na dziewczynę obojętnie.
– Nic – odpowiedział.
– Czyli po prostu mnie zabijesz? – zapytała sucho, ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że ta perspektywa znacznie mniej ją przeraża.
– Nie – odpowiedział po prostu. – Masz pół godziny, żeby się stąd wynieść – odparł szorstko. – Jeżeli potem kiedykolwiek spotkam cię na swojej drodze, to z pewnością nie zawaham się przed skręceniem ci karku.
Effie nie wierzyła własnemu szczęściu. Nie była pewna co powoduje Ianem, ale to nie miało znaczenia. Jedyne czego teraz się obawiała, to to, że mężczyzna zmieni zdanie zanim ona stąd zniknie. Nie patrząc więcej na niego wbiegła po kręconych schodach do swojej i Rjiava sypialni. Ściągnęła z szafy sportową torbę podróżną i zaczęła do niej chaotycznie wrzucać swoje rzeczy. Potem zbiegła na dół. Dopiero kiedy zaczęła nakładać buty, coś ją tknęło. Ręce same zacisnęły jej się w pięści. Przymknęła oczy. Nie mogła go tak po prostu zostawić! Wypełniło ją uczucie determinacji. Zbierając w sobie całą odwagę, na jaką było ją stać, z podniesioną głową weszła do salonu.
Ian leżał na kanapie, podparty na łokciu. Wydawał się nad czymś zastanawiać. Spojrzał zaskoczony, kiedy podeszła bliżej. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie.
– Co tu jeszcze robisz? – warknął.
– Co oni zrobią Rjiavowi? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Wzruszył ramionami. Wyraźnie nic go to nie obchodziło.
– Pewnie to na co sobie zasłużył łamaniem prawa – oznajmił chłodno.
– Możesz mu jakoś pomóc, prawda? – zapytała cicho, z nadzieją w głosie.
– Niby czemu miałbym to zrobić? Nic na tym nie zyskam – prychnął chłopak, wyraźnie rozbawiła go sugestia Effie. – I tak tylko same z nim problemy.
– Ian – powiedziała błagalnie, pierwszy raz bez nienawiści wymawiając imię mężczyzny – proszę, nie możesz go tak zostawić.
W jej dużych, chabrowych oczach po raz kolejny pojawiły się łzy. Smukłe dłonie tak mocno zacisnęła w pięści, że aż pobielały jej kłykcie.
– Nie mogę? – spytał teraz już naprawdę rozbawiony. – Oczywiście, że mogę i właśnie to robię. Na tym świecie nie ma nic za darmo. Znikaj stąd, zanim zmienię zdanie. Nie przepadam za niedotrzymywaniem obietnic, a przyrzekłem mu za pomoc właśnie twoje bezpieczeństwo.
Effie zdała sobie sprawę, że w ten sposób niczego nie osiągnie. Postanowiła zmienić taktykę. Postawiła wszystko na jedną kartę, nie będąc do końca pewną jak dobrze poznała przez te kilka tygodni Iana.
– W takim razie proponuję ci układ – powiedziała cichym, poważnym głosem.
– Niby co możesz mi zaoferować? – zainteresował się czarnowłosy.
Dziewczyna zdała sobie sprawę, że dopóki wzbudza w nim ciekawość, ma jakieś szanse. Przypomniała sobie, jak Rjiav mówił, że Ian uwielbia różnego rodzaju gry.
– Siebie – odpowiedziała po prostu, patrząc bezpośrednio, w jego, w tym momencie czarne jak bezgwiezdna noc oczy.
Roześmiał się. Effie poczuła jak jej ciało się unosi, a potem uderza mocno, o coś miękkiego. Leżała teraz na kanapie, Ian był nad nią, trzymał jej nadgarstki jedną ręką tuż nad głową dziewczyny. Jego uścisk był stalowy. Wiedziała, ze nie ma szans się z niego wyswobodzić.
– Gdybym cię chciał – powiedział cichym głosem, w którym brzmiała wyraźna groźba – to bym sobie po prostu wziął. Skoro tego nie zrobiłem, widocznie znaczy, że nie jestem zainteresowany – oznajmił podnosząc się do pozycji siedzącej i puszczając dziewczynę.
Usiadła przy nim na kanapie. Podwinęła pod siebie nogi.
– Nie zrozumiałeś mnie – oznajmiła odważnie. – Nie mówiłam o seksie. Już dawno przedstawiłeś mi swój punkt widzenia na ten temat – stwierdziła gorzko. – Proponuję ci innego rodzaju układ, grę. Będę twoja. Moje ciało, moje myśli, moje życie, wszystko będzie należało do ciebie. Zrobię wszystko co zechcesz, spełnię każde twoje życzenie, a on o tym nie będzie wiedział. To wszystko będzie działo się za jego plecami. W zamian ty będziesz się nim opiekował. Nie znam waszego świata, ale zdaje sobie sprawę, że jest śmiertelnie niebezpieczny, a ty jesteś od Rjiava znacznie silniejszy.
Ian uśmiechnął się, pełnym drwiny uśmiechem. Tym razem wyglądał jednak na zainteresowanego ofertą dziewczyny.
– Prościej mówiąc proponujesz mi rozrywkę? – zapytał dalej rozbawiony.
Skinęła głową.
– Tak, można to tak ująć – odpowiedziała cicho.
– Udowodnij, na co cię stać – oznajmił rozpierając się wygodnie na kanapie.
– Co mam zrobić? – spytała pełnym determinacji głosem.
– Rozbierz się – rozkazał.
– Co? – jęknęła.
– To co słyszałaś – uśmiechnął się wrednie. – Sama powiedziałaś, że wszystko.
– Pomożesz mu? – upewniła się dziewczyna. Rozbawiony skinął głową. Jego znowu spokojne, szare oczy oceniały ją wzrokiem. – Obiecujesz?
– Pomogę – odpowiedział spokojnie – jeżeli uznam, że warto. Masz swoją szansę, czy nie o to ci właśnie chodziło?
Nie odpowiedziała. Z wdziękiem wstała z kanapy. Powoli, pełnymi gracji ruchami, zaczęła rozpinać kraciastą koszulę. Była zwinna i zgrabna, niczym młoda sarenka. Jej przedstawienie wprawiłoby w zachwyt niejednego mężczyznę. Ian patrzył na nią beznamiętnie, jedyną oznaką podniecenia chłopaka były oczy, które pociemniały i z szarych, zwyczajnych i lodowato zimnych stały się teraz upiornie czarne. Effie odrzuciła w tył swoje jedwabiste jasne włosy. Przestała się krępować, przecież i tak widział ją już nagą, a sama wiele razy rozbierała się w ten sposób dla Rjiava. Kiedy zsunęła z siebie niebieskie jeansy, przyszła pora na bieliznę. Rozpięła stanik, ukazując drobne, ale krągłe i ładne piersi. W kącikach ust Iana pojawił się drwiący uśmieszek. Effie zdjęła majtki i stanęła przed chłopakiem zupełnie naga, osłonięta jedynie wątpliwą, ażurową zasłonką z długich, złocistych włosów. Wstał z kanapy. Podszedł do niej. Był tak blisko, że czuła na sobie jego oddech, wzdrygnęła się, zwalczyła jednak w sobie pragnienie, żeby się od niego odsunąć.
– To niemal jak podpisać cyrograf z diabłem – roześmiał się Ian, po czym zniknął, jakby rozmywając się w powietrzu, a jedynym dowodem na to, że wyszedł, był hałas zatrzaskujących się za nim drzwi.
VIII
Godzinę później Ian wrócił do mieszkania z na wpół przytomnym Rjiavem. Chłopak był mocno pobity, a jego ciało zdobiły czarne, dziwaczne wzory, jednak linie układały się zupełnie inaczej niż na tatuażach u Iana. Effie zajęła się chłopakiem nie zadając zbędnych pytań, kiedy jednak zasnął w sypialni, w swoim własnym łóżku, nie mogła zwalczyć ciekawości.
– Co to za wzory? – zapytała siedzącego na krześle przy drzwiach, obserwującego ich obojętnie Iana.
– Runy posłuszeństwa – odpowiedział wzruszając ramionami – to był ich główny warunek.
Effie wiedziała, że nie zamierza jej nic więcej na ten temat powiedzieć, zmieniła więc kierunek zadawanych pytań.
– Takie jak te twoje? – spytała z zainteresowaniem.
– Nie, moje znaczą zupełnie co innego – roześmiał się szczerze rozbawiony.
Rjiav spał ponad dobę, kiedy się obudził, wyglądał całkiem dobrze. Rany na jego ciele goiły się nadzwyczaj szybko. Ian oznajmił mu, że zmienił zdanie co do dziewczyny i Effie zostanie na jakiś czas z nimi. Tak długo, jak długo będzie konieczne, żeby przestało jej grozić niebezpieczeństwo. Rjiav przełknął to obwieszczenie gładko, ponieważ jedną z nielicznych pozytywnych cech Iana było to, że nigdy nie łamał złożonych wcześniej obietnic.
Po umowie, którą Effie zawarła z Ianem, jej życie zamieniło się w istne piekło. Bez przerwy próbowała sobie powtarzać, że robi to dla Rjiava, którego przecież kochała i któremu bądź co bądź zawdzięczała życie. Wbrew pozorom, jeżeli trzeba było, potrafiła być twarda. Stworzyła wokół siebie niewidzialną, mentalną tarczę, która chroniła ją chociaż trochę przed grą, jaką prowadził z nią Ian. Mężczyzna był praktycznie wszędzie. Dotykał jej, drażnił się z nią, brał do łóżka, kiedy tylko przyszła mu na to ochota, a wszystko to tuż pod nosem Rjiava, z którym Effie w dalszym ciągu była. Bywały takie noce, kiedy dziewczyna kładąc się spać, błagała, żeby już nigdy nie musieć się budzić.
Za to Ian ze swojej obietnicy wywiązywał się w stu procentach. Zostawił chłopaka w spokoju, ich wspólne wypady stały się znacznie rzadsze, a kiedy wracali do mieszkania, po Rjiavie nie było widać nawet śladu toczonych wspólnie walk. Wyglądało na to, że Ian roztoczył nad nim swoje opiekuńcze skrzydła.
Już po kilku pierwszych dniach, Effie zauważyła, że kiedy nie stara się niczego przed Ianem ukrywać, mężczyzna traktuje ją znacznie łagodniej, a w jego niesamowitych oczach nie widać tego przerażającego błysku okrucieństwa. Ona także musiała prowadzić swoja grę, toczyła się ona jednak o znacznie większą stawkę niż rozrywka. Chodziło tu o własną przyszłość jej i Rjiava. W jej głowie coraz wyraźniej formułował się skomplikowany plan. Zdawała sobie też sprawę, że ze wszystkich sił musi walczyć o to, żeby Ian nie stracił nią zainteresowania, a jego uwagi wcale nie było łatwo utrzymać.
Ian uwielbiał dominować. Wyraźną przyjemność sprawiało mu to, że Effie bez gadania spełniała jego rozkazy. Za to dziewczyna po kilku bolesnych lekcjach, przynajmniej częściowo nauczyła się jak zwalczać jego sadyzm. Tak długo, jak długo patrzyła na niego z zimną furią, odrazą i nienawiścią w oczach, tak długo on się nad nią znęcał zarówno fizycznie jak i psychicznie. Wszystko jednak robił z umiarem, tak, żeby Rjiav niczego nie zauważył. Należał do tego typu osób, które w każdej grze muszą być najlepsze, wygrywać.
Była burzliwa noc. Effie kuliła się na kanapie w salonie pod cienkim, brązowym kocem. Była sama. Ian z Rjiavem po raz kolejny zniknęli gdzieś na wiele godzin. Dziewczyna nie wiedziała już sama czy woli kiedy są w pobliżu i to co jej grozi jest znajome czy też takie niepewne oczekiwanie na coś, co może, ale wcale nie musi się wydarzyć. Od czasu do czasu udawało jej się, przy zapalonym świetle, zapaść w krótką, niespokojną drzemkę. Obudziła się, słysząc dochodzący z korytarza hałas. Ian wrócił do mieszkania ranny. Rjiav przyprowadził go i zamiast swojego nauczyciela udał się złożyć w „sztabie” raport. Effie natychmiast zajęła się krwawiącą obficie raną na brzuchu mężczyzny. Dotykała go delikatnie i z wprawą. W jej oczach zobaczył prawdziwą troskę. Tej nocy był łagodnym i czułym kochankiem. Wyraźną satysfakcje sprawiało mu dawanie Effie przyjemności, nie tylko takiej pomieszanej z upokorzeniem i bólem. Dziewczyna wyciągnęła z tego swoje własne wnioski. Jego logika była pokrętna, ale całkiem sensowna. Karał ją, ponieważ to ona nie dotrzymywała swojej części umowy. Zaczęła się bardziej starać. Traktowała go jak przyjaciela, chłopaka, kochanka. Rozmawiała z nim, tuliła się do niego, ukrywała całą swoją nienawiść, którą do niego żywiła. Ian, mimo, że dalej znęcał się nad nią psychicznie przestał zadawać dziewczynie fizyczny ból. Był jak chodząca łamigłówka, a ona stawała się nim coraz bardziej zafascynowana.
IX
Pogoda w Londynie nikogo nie zaskoczyła. Dni były mżyste i nieprzyjemne. Tak było i teraz. Effie szła przez park w towarzystwie milczącego Iana, właściwie nie zastanawiając się nad tym gdzie jest i co robi. Jej myśli krążyły wokół zupełnie innych spraw. Każdy dzień stawał się dla niej coraz trudniejszy od poprzedniego. Żyła w ciągłym napięciu i stresie. Nigdy nie wiedziała co spotka ją za kwadrans czy za godzinę. Postępowanie Iana było nieprzewidywalne i nigdy nie brakowało mu nowych pomysłów na dręczenie jej. Traktował dziewczynę jakby była zabawką. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że oczekiwała tych chwil z równym strachem co i ciekawością. Nosiła w sobie jakąś straszliwą potrzebę, niezaspokojone pragnienie. Chłonęła całą sobą, każdą spędzoną z Ianem minutę, a jednocześnie nienawidziła go każdym, nawet najmniejszym nerwem swojego ciała. Wiedziała, że to Rjiava kocha, ale kiedy leżała wtulona w ramiona ukochanego, nie potrafiła się powstrzymać od wyobrażania sobie, że to właśnie Ian ją w ten sposób dotyka. To była gra, a ona w niej przegrywała. Boleśnie zdawała sobie sprawę, że kiedy osiągnie dno, będzie pod nim jeszcze sześć stóp mułu.
Od wyjścia z domu nie zamienili ani jednego słowa. Po prostu spacerowali w milczeniu. Rjiava miało nie być aż do wieczora, dlatego Ian zasugerował wyjście na wspólny spacer. Effie jak zwykle nie miała pojęcia co mu właściwie chodzi po głowie, szybko się jednak o tym przekonała. Ubranie, które kazał jej włożyć Ian przypominało to, jakie najczęściej noszą uczennice w animowanych pornosach japońskich, potocznie zwanych hentai. Już nawet nie zwracała uwagi na to, że marznie. Pod cienkim płaszczykiem, miała białą, krótką koszulę i mini spódniczkę w szkocką kratę. Jedynym odpowiednim ubraniem na taką pogodę były wysokie, skórzane oficerki na niskim obcasie, naprawdę wygodne i przede wszystkim nieprzemakalne buty. Włosy zaplotła w dwa długie, luźne warkocze. Czuła się trochę jak dziewczyna z reklamy telewizyjnej, takiej puszczanej dopiero po godzinie dziesiątej wieczorem.
Minęli stary budynek z czerwonej cegły, który teraz był opuszczony i cierpliwie oczekiwał na nadchodzący remont. Ian uśmiechnął się drapieżnie i kiedy przechodzili koło budowli, pociągnął ją w tamtą stronę. Serce Effie natychmiast podeszło do gardła. Mężczyzna przyparł dziewczynę do ściany. Wsunął ręce pod jej krótką, kraciastą spódniczkę. Pocałował ją w usta. Odwróciła głowę. Spróbowała się od niego odsunąć, jednak przytrzymał ją stanowczo.
– Ian, nie tutaj – jęknęła błagalnie.
Znów ją pocałował. Miękkimi wargami przesunął po jej karku. Jego usta znalazły się tuż przy jej uchu.
– Czemu nie? – zapytał cicho. – Mnie się to miejsce podoba. Mam na ciebie ochotę.
– Ian… – zaczęła znowu wypowiadać swoją prośbę.
– Wszystko Eff – przerwał jej chłodnym tonem. – Powiedziałaś, że dasz mi wszystko, czego zapragnę, a ja chcę właśnie tego.
Dziewczyna przestała się wyrywać. Przymknęła oczy. Mężczyzna odwrócił ją tak, że teraz stała przodem do ściany. Zdjął z niej jasny płaszcz, odrzucając go na wilgotną trawę. Podwinął jej króciutką spódniczkę jeszcze wyżej. Chwycił jej ręce i położył tak, że teraz pochylona opierała się o kamienny mur, wypinając w jego stronę zgrabną pupę. Rozsunął jej nogi. Oddech dziewczyny przyspieszył, łzy spływały po jej bladych policzkach. Potrafiła jedynie błagać w myślach, żeby nikt tędy nie przechodził. Ian twardymi dłońmi przesuwał po jej napiętych pośladkach. Włożył rękę pod jej koszulkę i przesunął nią po jej wygiętych w łuk, wyprężonych plecach, potem brzuchu, aż wreszcie zawędrował dłonią na piersi dziewczyny. Drugą rękę wsunął między jej nogi, pieszcząc ją między nimi nadzwyczaj łagodnie i delikatnie. To przeraziło ją tylko jeszcze bardziej. Nie było rzeczą, jakiej mogłaby się po nim spodziewać. Coraz bardziej zastanawiała się co mu chodzi po głowie. Ian wsunął w nią palec, potem drugi i trzeci. Effie nie była w stanie powstrzymać cichych jęków. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego on tak na nią działał. Czemu zrobiła się cała mokra? Nienawidziła tego mężczyzny każdym skrawkiem swojego umysłu, a jednocześnie całe jej ciało pragnęło jego dotyku. Czy Ian miał rację i naprawdę była masochistką, jak oznajmił jej kiedyś podczas jednej z ich długich, dziwacznych rozmów?
Mężczyzna poruszył w niej jeszcze kilkakrotnie palcami, po czym wysunął je ostrożnie. Rozpiął rozporek. Gwałtownie wsunął w nią swój sztywny, czekający niecierpliwie członek. Boleśnie poczuła jego wielkość. Ręce położył na jej biodrach, przyciągając ją mocno do siebie. Trzymał ją tak, wchodząc gwałtownie w jej wnętrze. Jego ruchy były płynne, mocne i szybkie. Dziewczynę zalała kolejna fala podniecenia, pomieszana ze wstydem i upokorzeniem. Coraz bardziej bała się, że ktoś będzie przechodził, że jakaś obca osoba ich zobaczy.
Ian wysunął się z dziewczyny. Podniósł ją, opierając plecami o mur. Chcąc nie chcąc objęła go za szyję ramionami. Oplotła nogami w pasie. Ponownie nadział ją na swoją sterczącą, śliską od jej własnych soków, męskość. Jego ręce leżały na pośladkach Effie, unosząc ją w górę i w dół. Jego usta zawędrowały ku rozdartej, białej koszulce dziewczyny. Pocałował jej dekolt, potem pierś, delikatnie przygryzł sterczący sutek. Później jego usta znalazły się przy ustach dziewczyny. Bezmyślnie, niemal mechanicznie odwzajemniała jego namiętne, natarczywe pocałunki.
W pewnym momencie Ian zwolnił swoje ruchy. Wchodził teraz w Effie równie głęboko, ale wolniej, delikatniej. Dziewczyna jęknęła. Po krótkiej chwili zalała ją fala prawdziwej, niekłamanej rozkoszy. Mężczyzna znowu przyspieszył. Poczuła jak jego członek pulsuje. Jej wnętrze zalała ciepła, lepka ciecz. Ian wysunął się z niej po kilku ostatnich, końcowych ruchach. Postawił ją na ziemi. Zachwiała się. Oparła o chłodną, ceglaną ścianę. Zdziwiła się, kiedy zdjął z siebie czarną, skórzaną kurtkę. Narzucił ją na ramiona Effie, a kiedy włożyła ręce do rękawów, starannie zapiął. Objął ją ramieniem.
– Gdyby ktoś tędy przechodził – szepnął do jej ucha – zabiłbym go bez wahania. Nikt nie będzie bez pozwolenia oglądał mojej własności.
Effie z trudem przełknęła ślinę. Wtuliła się w bok Iana. Wiedziała, że czarnowłosy mówi jak najbardziej poważnie.