Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    pamiętniki

    Konkurencje mijały szybko i w przyjaznej, wesołej atmosferze, a ja siedziałam jak na szpilkach czekając na pokaz talentów. Dopiero teraz, kiedy pogodziłam się z Gabrielem, byłam w stanie zwracać uwagę na to jak dobrze dzięki mojemu pomysłowi bawią się inni. Chodziłam między zestresowanymi nadchodzącym występem ludźmi, starając się za wszelką cenę dodać im odwagi. To nie był dobry czas, żeby ktoś zaczął panikować, ale nie dziwiłam się im, w końcu na przygotowanie tego wszystkiego mieliśmy zaledwie dwa dni.

    Włożyłam na siebie wypożyczoną z teatru ciemnozieloną, sięgającą ziemi, aksamitną suknię, rozpuściłam włosy i niecierpliwie czekałam na swoją kolej. Wszystko po prostu musiało pójść idealnie! Nie było innej opcji.

    Kiedy wreszcie nadeszła moja kolej z głośników zaczęła lecieć spokojna muzyka Danny’ego Elfmana. Z gracją weszłam na scenę.

    – Nasz pokaz, przygotowany przez klasę IA i przyjaciół będzie trochę niecodzienny, dlatego chciałabym zaprosić wszystkich na dwór – oznajmiłam starając się ukryć podekscytowanie w głosie.

    Na sali zapanowało poruszenie. Wszyscy zaczęli wychodzić i nikt nie krył swojej ciekawości. Kiedy wreszcie znaleźli się na zewnątrz, ja już byłam gotowa. Chłopacy wynieśli na dwór głośniki, a ja zniknęłam za rogiem szkoły, tam gdzie czekała reszta mojej ekipy.

    W chłodnym już nie zimowym, ale jeszcze nie wiosennym powietrzu unosiła się muzyka z filmu „Brave Heart”, a my rozpoczęliśmy nasze przedstawienie. W zielonej, aksamitnej sukni, dosiadłam karego konia. Zza budynków wypadli moi rycerze, rozpoczynając na oczach publiczności wielką bitwę. Mieli ze sobą pożyczone z bractwa rycerskiego miecze i topory. Teatralne stroje nadawały scenie wyrazu rzeczywistości. Bitwa była trochę chaotyczna, ale i tak dawała niesamowity efekt. Były też uciekające i płaczące kobiety, zabrakło nam tylko dzieci, ale ich nie dało się znikąd zdobyć. Po kilku minutach trwających walk, wyjechałam na karym koniu z rozwianymi włosami, a wokół mnie wirowały w niewidzialnym tańcu słowa piosenki Tal Bachman’a „She’s so high”. Kiedy ucichły, zarówno słowa jak i zdumione szepty publiczności, wygłoszonym po francusku przemówieniem Joanny D’arc zaczęłam zagrzewać swoich ludzi do walki. Moja mała, prywatna armia wygrała bitwę, kończąc wszystko głośnym wiwatem, a ja sama wylądowałam w ramionach jej generała – Daniela, kończąc przedstawioną scenę filmowym pocałunkiem. Nauczyciele mieli spory problem z tym, żeby zagonić rozszalałą publiczność z powrotem do sali gimnastycznej, a całą moją małą armię rozpierała niewątpliwie zasłużona duma. Uwielbiam, kiedy wszystko idzie po mojej myśli.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Kiedy wyszłam z prowizorycznej garderoby, w srebrnej, opinającej sylwetkę sukni, natknęłam się na stojącego pod ścianą Daniela.

    – Nieźle wyglądasz – mruknął, uśmiechając się do mnie szyderczo.

    Poczułam na karku nieprzyjemne dreszcze.

    – O co chodzi? – spytałam cicho, z jakiegoś powodu będąc pewną, że mój przyjaciel nie zamierza powiedzieć mi nic miłego.

    – Nie idę na bal, pogodziłaś się z sir Galahadem, więc mnie nie potrzebujesz – oznajmił.

    Jęknęłam w duchu.

    – A Ola? – spytałam błagalnie.

    – Wcześniej cię jakoś nie obchodziła – prychnął.

    – Daniel, proszę… – zaczęłam cicho.

    Poruszył się z gracją. W jednej chwili znalazł się bardzo blisko mnie. Przyparł mnie do ściany.

    – Jak bardzo zależy ci, żebym z nią poszedł? – zapytał szepcząc mi czule do ucha, jak kochanek.

    – Zrobię co zechcesz – odpowiedziałam lekko zaniepokojona jego zachowaniem.

    Uśmiechnął się leniwym, kocim uśmiechem.

    – W takim razie wycofaj się z wyborów – powiedział stanowczo. – W innym wypadku nie idę.

    – Co?! – zapytałam nie dowierzając w to co właśnie mi zasugerował.

    – To co usłyszałaś – odpowiedział spokojnie. – Jesteś wredną egoistką. Na nikim ci nie zależy, tylko na tobie samej. Udowodnij mi, że się mylę i wycofaj się z konkursu.

    – Daniel, ja… – zaczęłam niepewnie.

    – To twoja decyzja Vick – wszedł mi w słowo, nie pozwalając dokończyć. – Jeżeli tego nie zrobisz, po konkursie powiem Oli, że nigdzie nie idę – oznajmił beznamiętnie, a potem odwrócił się i spokojnie, jak gdyby nigdy nic odszedł korytarzem, a ja stałam oniemiała wpatrując się w jego plecy.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    W srebrnej sukni siedziałam w pustej garderobie, z trudem powstrzymując się od łez. Cholerny Daniel, niech go piekło pochłonie! Tak bardzo go w tym momencie nienawidziłam! Zgłosiłam się do jury, że rezygnuję z konkursu i do tej pory czułam na sobie ich zdumione, nierozumiejące spojrzenia. Byłam przekonana, że wygram, ale teraz kiedy ochłonęłam, kiedy nie byłam taka wściekła na cały świat, a przede wszystkim na Gabriela, wiedziałam, że po prostu nie mogę tego zrobić Oli. Była moją najlepszą przyjaciółką, a ja już o jeden raz za dużo chciałam zachować się jak zimna suka. Tym razem po prostu musiałam odpuścić. Pozostałe dziewczyny były teraz na scenie, oceniane przez jury, a publiczność mogła oddawać swoje głosy.

    W drzwiach szatni stanął Gabriel. Z miejsca zorientował się, że coś jest nie tak.

    – Vicky, co się dzieje? – spytał podchodząc do mnie i otulając swoimi ramionami. – Czemu nie wyszłaś na scenę?

    Wtuliłam się w niego jak mała dziewczynka. Zacisnęłam palce na jego sportowej bluzie, a on przygarnął mnie do siebie czułym gestem. Coraz trudniej było mi powstrzymać cisnące się do oczu łzy.

    – Wycofałam się z konkursu – powiedziałam cicho, starając się by głos mi nie zadrżał.

    Skinął głową nie wypuszczając mnie z objęć. Nie zapytał dlaczego, a ja byłam mu za to naprawdę wdzięczna.

    – Może pójdziemy chociaż popatrzeć? – zaproponował po chwili ciszy.

    – Dobrze – zgodziłam się niechętnie.

    Wiedziałam, że muszę przynajmniej podziękować wszystkim tym, którzy mi pomagali. Sama obecność Gabriela przy moim boku, dodawała mi otuchy na tyle, żebym była w stanie to zrobić.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    W sali gimnastycznej panowało poruszenie. Sędziowie ogłaszali wyniki konkursu. Stanęliśmy pod ścianą przy drzwiach, a Gabe nie przestawał opiekuńczo obejmować mnie ramieniem. Przy moim drugim boku pojawił się Daniel. Patrzył na mnie z mieszaniną konsternacji, podziwu i dumy w piwnych oczach.

    – Nie sądziłem, że zrezygnujesz – mruknął cicho, a ja spojrzałam na niego z nienawiścią.

    Potem z żalem przeniosłam wzrok na finalistki. Sędziowie gratulowali dziewczętom trzech pierwszych miejsc, a ja wiedziałam, że bez trudu mogłam być jedną z nich. To, że tu stałam naprawdę bolało. Potem na sali zapanowało jeszcze większe poruszenie.

    – Wiktoria Aleksandrowicz – usłyszałam wypowiedziane przez mikrofon swoje nazwisko.

    Nie wiedziałam o co chodzi, ponieważ wcześniej nie słuchałam co mówią. Popatrzyłam pytająco na Gabriela i zobaczyłam radosny uśmiech na jego twarzy.

    – No idź, zasłużyłaś sobie na to, wredoto – ponaglił mnie Daniel popychając w kierunku sceny.

    Zdezorientowana stanęłam na środku podwyższenia. Rozległ się aplauz i wiwaty. Spojrzałam pytająco na jury konkursowe.

    – Mimo, że sama zrezygnowała z nieznanej nam przyczyny, z dalszego udziału w konkursie, Wiktoria Aleksandrowicz zostaje jednogłośnie wybraną przez publiczność Miss Wiosny, bo jakby nie chciała, to przed demokracją nie da się uchronić – odezwał się przez mikrofon, rozbawionym głosem nasz nauczyciel od historii.

    Dostałam naręcze czerwonych róż, białą szarfę i srebrny diadem-koronę. Rozległy się gromkie brawa. Wyglądało na to, że wszyscy są zadowoleni. Moja ekipa podskakiwała pod sceną z radości. Ponad tłumem gapiów widziałam dumne spojrzenie Gabriela i rozbawiony, irytujący uśmiech Daniela.

    – Chciałbym też – kontynuował nauczyciel – przyznać specjalną nagrodę klasie IA i przyjaciołom – dodał naśladując moje wcześniejsze określenie – za – odchrząknął – oryginalne wykonanie, pomysłowość i duży wkład w zaprezentowaną scenę.

    Wszyscy zgodnie zawyli, pakując się hurmem na scenę. Otoczyli mnie ściskając radośnie. Chwilę później jakimś cudem przez ten tłum przecisnął się Gabriel. Objął mnie ramieniem i sprowadził ze sceny na dół, zostawiając tam moją wniebowziętą klasę. Zniknęliśmy w pustym korytarzu. Schowaliśmy się za rogiem. Pocałował mnie. Nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Wieczorem leżałam na swoim własnym, przykrytym błękitną narzutą łóżku rozmyślając. Mojej mamy jeszcze nie było w domu i nie miałam się komu pochwalić osiągniętym dzisiaj sukcesem. Po szkole była u mnie Ola, a ja zrobiłam co tylko mogłam, żeby przygotować ją na jutrzejszy bal. Wiedziałam, że żeby osiągnąć wymarzony efekt, przed zabawą będę musiała zrobić znacznie więcej niż zwykła regulacja brwi, ale zamierzałam podjąć wyzwanie. Ola była brzydkim kaczątkiem, z którego miał szansę wyrosnąć całkiem zgrabny łabędź.

    Wstałam z łóżka, wciągnęłam na siebie podarte niebieskie jeansy, nałożyłam wyciągniętą bluzę z kapturem i wyszłam z pokoju. Zatrzymałam się na chwilę przed wyjściowymi drzwiami, nie było sensu nakładać kurtki, bo miejsce do którego chciałam się udać znajdowało się zbyt blisko, za to nie mogłam iść przecież bez butów.

    Chwilę później stałam już przed drewnianymi drzwiami, z których wiecznie obłaziła zielona farba, wejściem do domu Daniela. Boleśnie zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę chłopak jest jedyną osobą na której zawsze i wszędzie mogłam polegać. Po prostu nie wyobrażałam sobie, że mogłabym być z nim dłużej pokłócona i właśnie tę nieprzyjemną sytuację przyszłam teraz naprawić. Wreszcie zaczęłam rozumieć o co przyjaciel może mieć do mnie żal.

    Bez pukania weszłam do środka. Nie lubiłam tego miejsca. Korytarz był mroczny i nieprzyjazny, w domu panował chłód, bo nikomu nie chciało się napalić w piecu. Na dole była wiecznie brudna kuchnia i niewielka, zastawiona butelkami po spirytusie i taniej wódce łazienka. Daniel nigdy nie pił, z powodu ojca nienawidził alkoholu i zawsze unikał większych imprez, na których bawili się przy alkoholu jego znajomi.

    Weszłam na górę po skrzypiących, drewnianych schodach. Bez pukania otworzyłam ostatnie drzwi po prawej stronie korytarza. Pokój Daniela był jedynym miejscem, które w całym tym przerażającym domu jako tako nadawało się do życia. To znaczy oprócz sterty brudnych ubrań na podłodze było tu łóżko, biurko i zawalona książkami półka. Chłopak siedział na łóżku zwinięty pod grubą, puchową kołdrą. Kiedy weszłam, nawet nie podniósł wzroku znad czytanej właśnie książki. Zdjęłam buty i wśliznęłam się pod pierzynę, żeby usiąść obok niego. Oparłam mu głowę na ramieniu, sprawdzając co czyta. Legendy Arturiańskie, jego ulubiona książka. Uśmiechnął się blado. Objął mnie ramieniem i odłożył lekturę. Przytuliłam się do niego mocniej, wiedząc, że to mu w zupełności wystarczy za moje „przepraszam”.

    – Już mnie nie nienawidzisz? – zapytał.

    – Moja nienawiść do ciebie utrzymuje się średnio kwadrans – westchnęłam cicho. – Nigdy nie mogłabym cię naprawdę nienawidzić – szepnęłam po chwili zgodnie z prawdą.

    Na dole usłyszeliśmy hałas i trzaśnięcie drzwiami. Daniel zerwał się z łóżka. Zaczął przeklinać. Spojrzałam na niego pytająco, odrobinę wystraszona.

    – Ojciec wrócił – odpowiedział niechętnie na moje nieme pytanie.

    Wzruszyłam ramionami.

    – Widziałam już przecież twojego ojca.

    – Nie w takim stanie w jakim przychodzi ostatnio – mruknął niechętnie. – Wolałbym, żebyś stąd poszła – powiedział cicho, a w jego głosie słyszałam wyraźną prośbę. – Przyjdę do ciebie później, dobrze?

    Skinęłam tylko głową, bo nie miałam pojęcia co mogę mu odpowiedzieć. Zeszliśmy razem na dół. W korytarzu minęliśmy ojca Daniela, był rozczochrany i nieogolony, cuchnęło od niego alkoholem. Na moje odruchowe „dzień dobry” obrzucił mnie wściekłym spojrzeniem przekrwionych oczu. Chłopak otworzył drzwi i prawie wypchnął mnie na dwór. Uciekłam do domu, jednak nie wystarczająco szybko, żeby nie słyszeć okraszonego przekleństwami krzyku i dźwięku tłuczonego szkła.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Leżałam w łóżku zwinięta w kłębek, tuląc do siebie białego królika, którego dostałam od Oli. Było już po dziesiątej, a moja mama jeszcze nie wróciła. Przyzwyczaiłam się już. Mogło być gorzej, na przykład tak jak u Daniela… Wzdrygnęłam się na samą myśl. W tym momencie byłam naprawdę zadowolona, że właściwie formalnie nie mam żadnego ojca.

    Drzwi na dole cicho otworzyły się, a potem zamknęły. Chwilę później w progu mojego pokoju stał Daniel. Nie zapalając światła podszedł do łóżka i wśliznął się pod moją kołdrę. Niemal natychmiast przylgnęłam do niego całą sobą. Przytulił mnie mocno do siebie. Nie potrafiłam dłużej powstrzymać łez. Płakałam cicho przez dłuższą chwilę, kompletnie mocząc mu koszulkę, a potem, zmęczona własnym łkaniem zasnęłam wtulona w jego ramiona.

    21 marca, piątek

    Rano postanowiłam, że będę dobrą przyjaciółką i przyniosę Danielowi śniadanie do łóżka. Był pierwszy dzień wiosny i obudziłam się w naprawdę znakomitym humorze. Ponure wydarzenia poprzedniego dnia wyblakły i teraz prześladowały mnie tylko ich cienie. Wstałam zwinnie i popędziłam na dół przygotować kanapki. Przy Danielu przynajmniej nie musiałam przejmować się swoją flanelową piżamą i ukochanym szlafrokiem w kaczuszki. Widział je już zresztą milion razy.

    Mama zdążyła już wyjść do pracy, zresztą i tak nigdy nie miała nic przeciwko obecności Daniela. Nie jeden raz już u nas nocował. Kiedy wróciłam z tacą pełną kanapek i gorącą herbatą, chłopak ciągle spał. Byłam przekonana, że potrafiłby przespać cały dzień. O niedoczekanie jego! Usiadłam przy nim na łóżku. Leżał nakryty kołdrą po same uszy. Ściągnęłam ją z niego i zaczęłam łaskotać. Zwinął się w ciaśniejszy kłębek, żeby się uwolnić od moich natarczywych rąk i przez to jęknął z bólu. Dopiero teraz przyjrzałam mu się uważniej. Jego czarna koszulka była w kilku miejscach podarta. Zauważyłam też, że gdzieniegdzie widać na niej plamy zaschniętej krwi. Chłopak otworzył oczy. Musiałam wyglądać na naprawdę przestraszoną, bo spojrzał na mnie z konsternacją.

    – Vick? – zapytał cicho.

    Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, ale przede wszystkim nie wiedziałam co zrobić z nim. Patrzył na mnie zdumiony, kiedy przysunęłam się do niego i zaczęłam rozbierać z koszulki. Był chyba w zbytnim szoku, żeby mnie powstrzymać, bo po chwili siedział już bez niej. Jęknęłam ze zgrozy. Skórę na jego żebrach pokrywały nieprzyjemne, sine plamy. Obejrzałam go dokładniej. Na ramieniu i nad łopatką miał krwawe kreski, zupełnie jakby pociął się szkłem. Na szczęście ranki nie wyglądały na specjalnie głębokie, za to pod nimi na skórze widniał nieprzyjemny, śliwkowo-bordowy, rozległy siniak. W końcu oprzytomniał na tyle, żeby złapać mnie za ręce.

    – Vick, odpuść – poprosił.

    – Odpuść?! – wrzasnęłam na niego, a do oczu znów napłynęły mi łzy. – Jak niby mam to zrobić?!

    – Nie musimy iść dzisiaj do szkoły – westchnął poddając się zanim podjął walkę. – W końcu jest „dzień wagarowicza”. Zresztą i tak są w takim miejscu, że nie będzie ich widać…

    On się martwił do cholery czy nie będzie ich widać?! Czy nikt nie dowie się, że został pobity?! W tym momencie sama miałam ochotę go zepchnąć z łóżka, powstrzymałam się jednak natychmiast na sam upiorny widok sinych plam na jego ciele. Ani trochę nie dziwiłam się teraz Gabrielowi, że uderzył jego ojca, a nawet uznałam, że powinien mu przyłożyć jeszcze bardziej. Całą sobą nienawidziłam tego człowieka. Na samą myśl łzy przestały mi cisnąć się do oczu. Ogarnął mnie zimny, bezsilny gniew, co jednocześnie podarowało mi determinację i całkowitą jasność myślenia.

    – Wstawaj – powiedziałam stanowczo.

    Daniel wzruszył ramionami. Posłuchał, o dziwo bez protestów. Pociągnęłam go za rękę, prowadząc prosto do łazienki. Delikatnie umyłam go z zaschniętej krwi, a on po prostu tam stał i pozwolił mi robić ze sobą co chciałam. Wyciągnęłam z szafki gazę i rivanol, a potem najlżej jak potrafiłam przemyłam krwawe ślady na jego plecach. Skrzywił się nieznacznie, ale w dalszym ciągu nie protestował.

    – Rozbił na mnie butelkę – mruknął nie patrząc na mnie.

    Nie odpowiedziałam. Nie miałam pojęcia co powiedzieć. W milczeniu skończyłam przemywać wąskie ranki. Odstawiłam butelkę z rivanolem, a potem po prostu się do niego przytuliłam. Przez kilka minut delikatnie gładził moje włosy, a potem odsunął się ode mnie.

    – Znajdę ci jakąś koszulkę – powiedziałam starając się uśmiechnąć do niego, ale mój uśmiech wyszedł raczej ponury.

    Z ubraniem dla Daniela nie miałam najmniejszego problemu, ponieważ zawsze coś mu kradłam, albo sam u mnie zostawiał. Zresztą i tak nasza przychodząca dwa razy w tygodniu gosposia robiła mu pranie. Kiedy wróciłam z czystym t-shirtem, chłopak siedział u mnie na łóżku i z apetytem jadł kanapki. Jego twarz przybrała zwyczajowy znudzony wyraz, a na usta wpełzł leniwy, koci uśmiech.

    – To co, chcesz zostać dzisiaj w domu? – zapytał.

    – Aha – odpowiedziałam siadając obok niego i zabierając mu z talerza kanapkę. – Jak sam stwierdziłeś, mamy w końcu dzień wagarowicza – teraz, kiedy był sobą, znacznie łatwiej było mi uśmiechnąć się do niego – ale o trzeciej znikasz, bo przychodzi Ola. To znaczy nie musisz sobie iść, bylebyś siedział na dole – dodałam szybko, żeby mnie źle nie zrozumiał.

    – No problem – odpowiedział tylko, wyciągając rękę po kubek z herbatą.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Kiedy po piętnastej przyszłą Ola, Daniel nie uznał za stosowne nawet się przywitać. Rozwalił się na kanapie przed telewizorem, od niechcenia przeskakując z kanału na kanał. Uznałam, że to może nawet i lepiej. Gdyby to mnie przeszkodził, w na przykład przebieraniu się, po prostu wywaliłabym go za drzwi, nie byłam jednak pewna, jak zareagowałaby na taką rewelację Ola.

    Przed nami było dużo pracy. Włosy mojej przyjaciółki były nijakie, a ubrania kupowali jej konserwatywni rodzice, więc wszystkie sprawiały wrażenie wyciągniętych z kufra po babci. Na dodatek, ze względu na Gabriela, ja sama także chciałam wyglądać rewelacyjnie. Poprzedniego dnia zrobiłyśmy potrzebne nam zakupy, teraz pozostawało tylko działać.

    Przed godziną siedemnastą włosy Oli z mysich stały się kasztanowe. Zdziwiłam się jak śliczny odcień brązu udało im się przybrać. O osiemnastej były już do ramion i modnie postrzępione. Moje natomiast po długiej i monotonnej walce z prostownicą przestały się na jeden wieczór zwijać w niesforne loki i kaskadą opadały mi po ramionach, sięgając teraz aż do pasa.

    Zrobiłam przyjaciółce delikatny makijaż, a potem zajęłam się sobą. Kiedy skończyłyśmy, efekt był piorunujący. Byłam przekonana, że w stojącej przed lustrem dziewczynie, absolutnie nikt nie rozpozna Oli Malinowskiej. Sięgające ramion kasztanowe włosy, delikatny makijaż, czarna koszula o asymetrycznych rękawach, półdługa spódniczka w szkocką kratę i błyszczące z zachwytu szare oczy. Tylko nieśmiały uśmiech w tej dziewczynie przypominał dawną Olę.

    – Rodzice mnie zabiją – roześmiała się wesoło – ale warto zapłacić każdą cenę!

    Zaraził mnie jej entuzjazm. Obróciłam się wokół własnej osi, oglądając w lustrze swoją ciemnozieloną sukienkę. Ostatnio często nosiłam ten kolor, ale chyba głównie dlatego, że Gabriel go lubił. Wyglądałam jak elfia księżniczka, ale to czy było warto powiedzą mi za chwilę, te jego cudowne, niebieskie oczy. Zdałam sobie sprawę, że zrobię wszystko, byleby jak najczęściej widzieć chłopięcy, rozjaśniający całą twarz uśmiech Gabe’a.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Kiedy zeszłyśmy na dół Gabriel siedział razem z Danielem w salonie. Rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami. Zaczęłam się zastanawiać czy to dobrze wróży, kiedy się nie kłócą. Obydwaj wstali, gdy tylko zauważyli naszą obecność. Mój chłopak przywitał mnie delikatnym pocałunkiem i długą, białą różą. Miał na sobie niebieskie jeansy i białą koszulę. Wyglądem przywodził na myśl jedynie księcia z bajki. Niechętnie oderwałam od niego wzrok, kiedy objął mnie ramieniem i delikatnie odwrócił w stronę Oli i Daniela. Zamurowało mnie. Mój przyjaciel miał na sobie czarną koszulę i grafitowe, nie podziurawione jeansy! Zawsze był przystojny, ale teraz! Gabriel wyszczerzył do mnie zęby w uśmiechu i już wiedziałam, że w jakiś sposób maczał w tym palce. Spojrzałam na niego z wyrzutem, że nawet nie raczył mnie uprzedzić, a on jedynie uśmiechnął się jeszcze szerzej w odpowiedzi.

    Był ciepły dzień, a do szkoły nie mieliśmy daleko, dlatego postanowiliśmy przejść się piechotą. Trzymałam Gabriela za rękę i z zainteresowaniem przyglądałam się coraz bardziej skonsternowanej minie Daniela, kiedy Ola wpatrywała się w niego bezustannie sarnim, pełnym uwielbienia wzrokiem. Życie czasami potrafiło być takie cudowne!

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Sala balowa udekorowana była przez klasę artystyczną wiosennymi motywami. Przyszło mi na myśl, że wygląda trochę jak dla dzieci z podstawówki, ale potem zobaczyłam poustawiane w rzędach pod ścianami ławki, przykryte długimi do ziemi zielonymi obrusami – idealne miejsce by schować się z piwem. Nie dość, że podciągną sobie oceny, to jeszcze dodadzą zabawie pikantnego smaczku. Naprawdę kochałam swoją zwariowaną szkołę. No tak, oczywiście tego typu zabawy nie wchodziły w grę z Gabrielem… ale jakoś ani trochę ta myśl nie zepsuła mojego doskonałego humoru.

    Rozdzieliliśmy się prawie na samym początku. Daniel toczył swoją własną grę i miał ochotę pokazać wszystkim mniej lub bardziej zainteresowanym, że przyszedł na zabawę z Olą. Błagałam tylko w duchu, żeby w żaden przykry sposób nie odbiło się to później na mojej przyjaciółce. Ja natomiast potrzebowałam cichej i spokojnej rozmowy z Gabrielem.

    Prześliznęliśmy się przez kiepsko pilnowane tylne wejście i niezauważeni przez żadnego z nauczycieli, wbiegliśmy w prowadzący do szkoły korytarz. Wspięliśmy się na trzecie piętro i usiedliśmy na tonących w mroku, pustych schodach. Obydwoje staraliśmy się stłumić ataki śmiechu, spowodowane naszą małą akcją. W końcu Gabe objął mnie ramieniem, a ja przytuliłam się do niego. Kiedy pomyślałam o Danielu i jego sytuacji w domu, natychmiast przestało mi być wesoło.

    – O co chodzi? – spytał Gabriel, który natychmiast wyczuł moją zmianę nastroju.

    Przez chwilę walczyłam sama ze sobą. Chciałam mu powiedzieć, nie wiedziałam tylko czy mogę. W końcu moja bezradność zwyciężyła, przecież i tak już co nieco wiedział… Zebrałam się w sobie, ponieważ powiedzenie mu tego wcale nie było dla mnie łatwe.

    – Ojciec Daniela jest potworem – szepnęłam cicho – pobił go wczoraj, a ten kretyn martwi się tylko o to czy nikt nie zauważy… Nie wiem co zrobić – poskarżyłam się z trudem powstrzymując łzy, które napłynęły mi do oczu.

    Gabriel na chwilę zesztywniał, a potem przytulił mnie do siebie mocniej. Pocałował moje włosy.

    – Nic nie da się zrobić – odpowiedział spokojnie, a ja nie mogłam uwierzyć w to co właśnie usłyszałam.

    On, zawsze taki wrażliwy na cudzą krzywdę, teraz chłodnym, opanowanym tonem mówi mi, że tak już zostanie. Czy to dlatego, że aż tak nienawidził Daniela? Odsunęłam się od niego gwałtownie. Jeżeli naprawdę tak myślał, to to nie był mój Gabriel.

    – Kiedy ja coś muszę zrobić! – warknęłam na niego.

    Spojrzał na mnie, a ja mimo panującego na schodach półmroku widziałam smutek w jego niebieskich oczach.

    – Myślałem o tym – powiedział cicho. – Daniel nie chce, żeby ktoś mieszał się w jego sprawy. Można by to zgłosić na policję, ale jego ojciec wyląduje na izbie wytrzeźwień, zapłaci za nią jak za hotel, a potem wróci do domu jeszcze bardziej wściekły. Poza tym on ma siedemnaście lat, jego matka jest za granicą, jeżeli nawet aresztują jego ojca on wyląduje w pogotowiu opiekuńczym. Vick, nie zrobisz mu tego, prawda? – zapytał łagodnie, a mój świat się zawalił.

    Logika tkwiąca w słowach Gabriela zabolała mnie do żywego. Znaczyło to, że życie Daniela będzie wyglądało w ten sposób przynajmniej jeszcze przez rok, a ja nie potrafiłam się z tym pogodzić. Tylko co mogłam zrobić?

    – Nie, nie zrobię – odpowiedziałam cicho, łamiącym się głosem, na powrót przysuwając się do chłopaka.

    Tulił mnie do siebie czule przez kilkanaście długich minut, a potem zdecydowaliśmy się zgodnie wrócić na imprezę, a ja postanowiłam przynajmniej tego wieczora, więcej nie martwić się podłą sytuacją najlepszego przyjaciela.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Pierwsza wiosenna noc, a ja prawie całą przetańczyłam w ramionach księcia z bajki. Brakowało tylko zgładzonego smoka i czekającego na zamkowym dziedzińcu, białego rumaka. No cóż, pod moim domem stał ciemnozielony Opel Gabriela, a chłopak raz zasłonił mnie przed dużym, warczącym na nas wilczurem. Dobre i to na początek. Zadowolona, z jedynie lekką nutką niepokoju tuż pod powierzchnią myśli, zostawiłam mojego cudownego chłopaka w grupie szkolnych kumpli i poszłam porozmawiać na osobności z podskakującą entuzjastycznie u mojego boku Olą. Martwiłam się o nią odrobinę, ponieważ w ciągu pierwszej godziny Daniel, ze skonsternowaną miną i rezygnacją w piwnych oczach, podchodził do mnie chyba z dziesięć razy pytając co zrobić, żeby ona wreszcie zaczęła się do niego odzywać. Przez dwie następne natomiast, żadne z nich nie podeszło ani razu.

    Schowałyśmy się z Olą za drzwiami nowocześnie wyposażonej, eleganckiej jak na szkolne warunki, damskiej toalety. Byłyśmy tu chwilowo same. Podciągnęłam się na rękach i usiadłam na dzielącej szereg zlewów, kafelkowej półce. W jasnym świetle zauważyłam, że moja przyjaciółka jest blada jak duch. Wyglądało też na to, że za chwilę wybuchnie, jeżeli wreszcie nie opowie mi tego co się wydarzyło. W myślach zaczęłam przeklinać Daniela.

    – Vicky, on mnie pocałował! On mnie naprawdę pocałował! – niemal wykrzyknęła podskakując niespokojnie.

    – Co? – miałam ochotę wyjść i mu przyłożyć.

    Układałam w głowie, to co mu powiem, kiedy tylko na chwilę zostaniemy sami. Nie było to nic miłego. Jak on mógł?!Teraz przekleństw pod adresem chłopaka było znacznie więcej a ich wydźwięk znacznie ostrzejszy. Opanowałam się jednak na tyle, żeby żadnego nie wypowiedzieć na głos i spokojnie wysłuchać opowiadania przyjaciółki.

    – Najpierw myślałam, że ma mnie dość… – powiedziała smętnie spuszczając głowę. – Co chwila gdzieś znikał… Chyba nie bawił się zbyt dobrze. Potem długo staliśmy pod ścianą, a on się w ogóle przestał odzywać. Wydawało mi się, że się na mnie za coś obraził, tylko nie byłam pewna za co i nie wiedziałam jak mogę przeprosić… Jeszcze później podeszła do nas Karolina, wiesz, ta która rozpuszczała o tobie i Gabrielu plotki… – z ust mojej przyjaciółki jak zwykle wylewał się nieprzerwany potok słów, a ja nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu na myśl ile kosztowało ją to nieśmiałe milczenie w obecności Daniela. – Leciał akurat wolny kawałek i wyciągnęła go na parkiet, a ja usłyszałam jak mu mówi, że mógł zaprosić kogoś ciekawszego od „tej myszy”, żeby wywołać w niej zazdrość. – Na samo wspomnienie przykrej chwili, w szarych oczach Oli stanęły łzy, ale nabrała tylko oddechu i mówiła dalej. – Tańczyli przez chwilę razem, a mnie było tak cholernie źle… – jęknęła cicho. – Potem on coś jej powiedział, a ona wybiegła z sali, cała czerwona na twarzy. Wtedy wrócił do mnie i wyciągnął mnie na korytarz. – Tu jej pobladła twarz zarumieniła się uroczo. – Stanął tak blisko mnie, że na całym ciele poczułam dreszcze. Pochylił się nade mną i wyszeptał mi do ucha, że jeżeli powiem pod rząd dziesięć zdań na jakikolwiek temat, to mnie pocałuje.

    Pieprzony Daniel! Z trudem powstrzymałam się od śmiechu, bałam się, że to mogłoby do żywego dotknąć moją przyjaciółkę.

    – I co było dalej? – zapytałam coraz bardziej zainteresowana.

    – Powiedziałam – westchnęła rozmarzonym tonem – to znaczy te dziesięć zdań, a on dotrzymał słowa i mnie pocałował. Naprawdę to zrobił! Chyba tak naprawdę powiedziałam znacznie więcej niż dziesięć – jęknęła cicho, zawstydzona.

    Tym razem nie potrafiłam powstrzymać szczerego, wesołego śmiechu. Ola spojrzała na mnie z konsternacją. W jej szarych oczach widziałam nutkę urazy.

    – Cały Daniel – mruknęłam, starając się opanować śmiech, od którego zaczął mnie już boleć brzuch.

    – Więc nie powiem ci co było dalej – powiedziała nieprzyjaźnie, wyraźnie obruszona moją reakcją.

    – Oluś, proszę – próbowałam ułagodzić przyjaciółkę, już prawie zupełnie uspokojona. – To nie z ciebie się śmieję, a z pomysłów Daniela. Zwłaszcza z tego jak potraktował Karolinę, wiesz, że jej nie lubię – dodałam na wszelki wypadek małe nieszkodliwe kłamstwo.

    Moja przyjaciółka natychmiast przestała być nachmurzona, zresztą nigdy nie potrafiła się długo gniewać.

    – Kiedy przestał mnie całować – oznajmiła z żalem – wróciliśmy do sali i zapytał czy z nim zatańczę. Jak cudownie było się móc do niego przytulić! Kiedy tańczyliśmy, powiedział, że nie pocałuje mnie więcej, jeżeli nie będę się do niego odzywała. A ja bardzo chciałam, żeby mnie znowu pocałował… no więc – westchnęła – chyba zaczęłam mówić za dużo, bo się ze mnie śmiał… ale nie tak złośliwie, to znaczy nie był niemiły – odpowiedziała na moje skonsternowane spojrzenie. – Stwierdził nawet, że taką mnie bardzo lubi. No i to już wszystko, bo potem kazał mi iść poszukać ciebie, bo się pewnie martwisz… Poza tym zbliża się północ, a rodzice mnie zabiją jak zaraz po dyskotece nie wrócę do domu…

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Wraz z wybiciem północy zakończyła się szkolna zabawa. Z żalem obserwowałam wybierające się dalej bawić na mieście grupki ludzi. Jeszcze miesiąc wcześniej dołączyłabym do nich z prawdziwą przyjemnością, ale teraz wiedziałam, że idąc na taką imprezę, zmusiłabym Gabriela do uczestniczenia w czymś, na co wcale nie miał ochoty. Nie, zdecydowanie nie było warto.

    We czwórkę wróciliśmy na ulicę Jaśminową, tuż pod mój dom. Gabriel pocałował mnie na pożegnanie, obiecał, że wpadnie do mnie rano, a potem zabrał wpatrującą się w Daniela jak w tęczę Olę i razem odjechali.

    – Dobranoc – mruknął Daniel i zaczął oddalać się w kierunku własnego domu.

    Zagrodziłam mu drogę.

    – Nie tak szybko – warknęłam. – Co to miało być?! Czemu ją pocałowałeś?!

    W jego oczach mignęła iskierka złości.

    – A co, nie wolno mi się całować? – syknął wściekle.

    – Nie z moją przyjaciółką! Dlaczego to zrobiłeś? Ty draniu! Doskonale wiesz co ona do ciebie czuje! – wyrzuciłam z siebie wszystkie swoje nagromadzone przez drogę do domu pretensje.

    Daniel, zamiast odpyskować, jak się spodziewałam zrobił coś, o co nigdy w życiu nie mogłabym go podejrzewać. Przyciągnął mnie do siebie, stanowczym, zaborczym gestem, a potem, nie wypuszczając z ramion pocałował. Nie był to zwyczajny, przyjacielski pocałunek. To było coś znacznie, znacznie więcej. Przymknęłam oczy. Nie mogłam złapać tchu. Moje ciało mimowolnie reagowało na jego dotyk. Powoli zaczęłam się rozpływać. Nagle poczułam na szyi zimne, mokre pacnięcie. Ostatnie resztki śniegu stopiły się, by teraz spłynąć na mój odsłonięty kark, z górującego nad nami cisu. Natychmiast oprzytomniałam. Odskoczyłam gwałtownie od Daniela. Uderzyłam go w twarz.

    Spojrzał na mnie płonącym wzrokiem.

    – Jeżeli nie o to ci chodziło to do diabła o co?! – warknął wściekle. W jego oczach widziałam urazę i gniew. – Nie przyszło ci na myśl, że może Ola po prostu mi się podoba, że ją lubię?! – wykrzyczał mi prosto w twarz, a potem odwrócił się i rzucił biegiem w kierunku swojego domu, by po chwili zniknąć za zielonymi drzwiami.

    Stałam tam oniemiała i jak idiotka wpatrywałam się nic niewidzącym wzrokiem w pustą, oświetloną białym światłem latarni ulicę.

    22 marca, sobota

    Przez całą noc wpatrywałam się w ukośną, pokrytą drewnem ścianę swojego pokoju, na której wisiał plakat z czarnobiałą wieżą Eiffla. Nie mogłam zasnąć. Wszystko wydawało się dziwne i takie paskudnie surrealistyczne. Tylko nie Daniel! On po prostu nie mógł mi tego zrobić! Każdy tylko nie on! Stałam na granicy swojego największego koszmaru. Bałam się, że będę musiała wybierać pomiędzy nim, a Gabrielem i było to coś, czego nie potrafiłam znieść. 

    Nad ranem musiałam wreszcie przysnąć, ponieważ obudziła mnie melodia sms’a. Dochodziła dziesiąta. Podniosłam leżący na nocnej szafce telefon i spojrzałam na wyświetlacz.

    „Będę u Ciebie za pół godziny” pisał Gabriel.

    Jęknęłam cicho. Był dzisiaj ostatnią osobą, z którą miałam ochotę się widzieć. Za bardzo mi na nim zależało, żeby wyładowywać na nim swój podły nastrój.

    „Gabe, nie dzisiaj, paskudnie się czuję” – odpisałam z żalem. – „Możemy spotkać się jutro?”

    „Dobrze, jasne, co tylko zechcesz Vicky” – po chwili przyszła odpowiedź, a ja mimowolnie wyobraziłam sobie zawód malujący się w bystrych niebieskich oczach. 

    „Kocham cię” – brzmiał mój kolejny sms, mimo, że nigdy nie powiedziałam mu tego na głos.

    „Ja ciebie też” – odpowiedź przyszła prawie natychmiast.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Ubrałam się w swoje domowe, dziurawe jeansy i wyciągniętą, za dużą bluzę. Zeszłam do kuchni zrobić sobie śniadanie. Na stole leżała karteczka od mamy i pieniądze.

    „Zamów sobie pizzę kochanie, wrócę dzisiaj późno.” – głosił pospiesznie naniesiony napis.

    Westchnęłam. Nic nowego. Odechciało mi się jedzenia. Planowałam wrócić do swojego pokoju, ale zatrzymałam się jeszcze zanim weszłam na schody. Nie miałam pojęcia co mam ze sobą zrobić. Natrętne, nieprzyjemne myśli wartką rzeką przepływały przez moją głowę. Wreszcie, zniechęcona usiadłam pod ścianą w korytarzu. Zrezygnowana podciągnęłam pod siebie kolana i wtuliłam twarz w dłonie. Niech się dzieje co chce. 

    Pół godziny później dalej siedziałam na korytarzu. Nie miałam dzisiaj żadnej motywacji, żeby wstać. Kiedy więc drzwi wejściowe się otworzyły, a do środka wsunął się Daniel, zastał mnie wyglądającą jak siedem nieszczęść. W jednej chwili zauważyłam jak gniewny wyraz jego oczu znika, zastąpiony niepokojem i troską. 

    – Co się stało z sir Galahadem? – nieufnie spytał od drzwi. – Zawsze przychodził do ciebie mniej więcej o tej porze…

    – Poprosiłam go, żeby dzisiaj nie przyjeżdżał – odpowiedziałam cichutko, odwracając od Daniela wzrok. 

    Nie miałam ochoty się w tym momencie tłumaczyć chłopakowi. Zaiskrzyła we mnie tylko cicha nadzieja, że w dalszym ciągu jest moim przyjacielem i nic między nami się nie zmieniło. Nawet nie zorientowałam się kiedy Daniel usiadł koło mnie, tak blisko, że stykaliśmy się ramionami. Z ulgą zdałam sobie sprawę, że wcale nie czuję się przez to nieswojo.

    – W takim razie co będziemy dzisiaj robić? – zapytał, a wszystko we mnie radośnie zaśpiewało z ulgi.

    – Nie mam żadnych planów, ale za to na obiad będzie pizza – odparłam podnosząc głowę i uśmiechając się lekko do niego.

    – Mhm – mruknął uśmiechając się do mnie. – Jak zawsze wybrałem dobry moment, żeby przyjść. – Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, a potem delikatnie objął mnie ramieniem. Widać było po nim, że wyraźnie o coś sam ze sobą walczy. W końcu wygrał ten Daniel, który planował mi coś powiedzieć. – Natalia dostała stałą pracę w Londynie, wynajmuje kawalerkę – poinformował mnie cicho, a ja skrzywiłam się z niesmakiem, nienawidziłam tego, że po imieniu zwraca się do własnej matki. – W maju chce mnie do siebie zabrać… na dobre… Liceum skończyłbym już w polskiej szkole w Anglii.

    Nie! – wszystko we mnie krzyknęło. – Nie możesz mnie zostawić! Nie powiedziałam tego jednak na głos. Wystarczyło, że pomyślałam o ojcu Daniela, o tym w jakich warunkach tutaj mieszka. Nie, nie mogłam mu tego powiedzieć.

    – Więc wyjeżdżasz? – spytałam cichutko.

    – Tak chyba będzie najlepiej – westchnął, a ja mimo, że bardzo nie chciałam, w duchu musiałam mu przyznać rację. 

    23 marca, niedziela

    Leżałam wtulona w ramiona Gabriela cicho łkając. Byliśmy w jego pokoju, na jego łóżku. Po tym jak mnie dzisiaj spokojnie wysłuchał, byłam pewna, że mogę powiedzieć mu dosłownie wszystko. Teraz delikatnie całował moje włosy, a potem płynące z oczu łzy. Kiedy wreszcie się wypłakałam i wierzchem dłoni otarłam oczy, zauważyłam niepokój błąkający się w niebieskich oczach Gabe’a. Odniosłam wrażenie, że też chciał mi coś powiedzieć. Podniosłam rękę, żeby dotknąć jego policzka. Przytrzymał ją swoją, jakby za wszelką cenę nie chciał, żebym się od niego odsunęła.

    – Vicky, ten sms wczoraj… to było na poważnie? – zapytał, patrząc prosto w moje zielone, wiosenne oczy.

    Gabrielu Andrzejewski, niech cię szlak trafi! – pomyślałam. W całym moim życiu, jeszcze żaden chłopak mnie tak nie zawstydził jak on teraz. Czasami po prostu nienawidziłam tej jego bezpośredniości. Niechętnie skinęłam głową. Uśmiechnął się do mnie, swoim czarującym, chłopięcym uśmiechem. Śmiały się także jego wypełnione szczęściem, błękitne oczy.

    – To dobrze – powiedział jednak zupełnie poważnym tonem, unosząc się na rękach, tak, żeby znaleźć się bezpośrednio nade mną. – Bo ja cię naprawdę kocham i nie zamierzam z ciebie rezygnować, z żadnego względu.

    Moje serce zabiło jak oszalałe. Całą sobą pragnęłam usłyszeć te słowa właśnie od niego. Otaczający nas świat przestał istnieć. Oplotłam ramionami jego szyję, przyciągając go jak najbliżej siebie. Pocałował mnie czule i delikatnie, a jednocześnie w tym geście była jakaś taka niesamowita stanowczość i pewność siebie. Dopiero teraz tak naprawdę rozwiały się moje obawy. Nie byłam jedną z tych dziewczyn, które Gabe postanowił wyswatać z którymś ze swoich przyjaciół. On naprawdę chciał być ze mną. Zdałam sobie sprawę, że jeżeli będzie musiał, Gabriel będzie o mnie walczył do końca.

    26 kwietnia, sobota

    Siedzieliśmy w moim domu w salonie, oglądając przerażająco śmieszny horror. W pokoju co chwilę rozbrzmiewał głośny, szczery śmiech. Leżałam z głową podpartą na łokciu, na miękkim, puchatym dywanie. Tuż za mną leżał w podobnej pozycji Gabriel. Jego bliskość sprawiała mi niekłamaną przyjemność. Po jednej, wyjątkowo zabawnej scenie, odwróciłam się do niego, przewracając go na podłogę. Pocałowałam go delikatnie w usta. 

    – Mam dość tego filmu – jęknęłam niechętnie odrywając się od niego, by to powiedzieć.

    – Ja też – mruknął z uśmiechem.

    – Cicho bądźcie, my to oglądamy – warknął na nas z kanapy rozłożony wygodnie Daniel.

    – Właśnie – zawtórowała mu wtulona pod jego ramię Ola.

    Spotykali się już od ponad miesiąca, a ja byłam w szoku, jak duży wpływ miał na dziewczynę Daniel. Na początku krępowały ją zazdrosne, niechętne spojrzenia szkolnych koleżanek, ale po niecałym tygodniu zaszła w niej diametralna zmiana. Przestała być zahukaną szarą myszką i zaczęła żyć pełnią życia. Cieszyła się z każdej spędzonej wspólnie z chłopakiem chwili, bo Daniel postawił sprawę jasno. Oznajmił jej, że w maju wyjeżdża i to będzie definitywny koniec ich związku, ale ma nadzieję, że dalej pozostaną przyjaciółmi. Myślałam, że zamorduje go za te słowa, ale dla Oli było to więcej niż kiedykolwiek mogłaby się spodziewać. Mimo smutku zbliżającego się rozstania, żyła na co dzień z zasadą „Carpe Diem”  niemal wypisaną na czole. Była radosna i wesoła jak jeszcze nigdy dotąd, więc i mnie udzielił się jej entuzjazm i pogodny nastrój. To było zaraźliwe. Zamiast zadręczać się tym, że mój przyjaciel wyjeżdża, postanowiłam, że będziemy się doskonale bawić. I właśnie to robiliśmy przez ostatni miesiąc.

    – To sobie oglądajcie – oznajmiłam dobitnie i teatralnym gestem sięgnęłam po pilota, zatrzymując odtwarzający się film.

    Wystawiłam do nich język. Daniel rzucił we mnie poduszką. 

    – Oddawaj to! – rozkazał. 

    – O, tego mi było trzeba – mruknęłam kładąc głowę, na złapanym przed chwilą, miękkim jaśku, tylko po to, by chwilę później od Oli oberwać drugim.

    1 maja, czwartek

    Wspólnie spędzone dni minęły nam naprawdę szybko, zbyt szybko. Gabriel uczynnie odwiózł Daniela na lotnisko. Pożegnał się z nim przy samochodzie. Podali sobie ręce. Byłam zadowolona, że utworzyli między sobą jakąś nić porozumienia, żałowałam tylko, że nastąpiło to tak późno. Ola także została, nie chciała iść dalej, bo obiecała Danielowi, że nie będzie przy nim płakała. Ja niczego nie obiecywałam. Poszłam z przyjacielem, mocno uczepiona jego ramienia. Kiedy oddał bagaż, stanęliśmy w długiej kolejce do odprawy biletowej. Przylgnęłam do niego całą sobą, w ogóle nie chcąc się z nim rozstawać. Przytulił mnie na chwilę, a potem, kiedy łzy zaczęły spływać po moich policzkach, odsunął od siebie stanowczo.

    – Trzymaj, głupolu – powiedział, podając mi białą kopertę. Uśmiechał się do mnie aroganckim kocim uśmiechem, zupełnie jakby coś właśnie zbroił.

    – Co to? – zapytałam zaciekawiona.

    – Zobacz – mruknął.

    W kopercie był bilet do Londynu na moje nazwisko z datą pierwszego lipca, prawie sam początek wakacji. Spojrzałam na niego pytająco. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

    – To był jedyny warunek, jaki postawiłem Natalii – oznajmił zadowolony z siebie. – Spędzasz u mnie wakacje. Przynajmniej twój sir Galahad będzie miał chwilę spokoju i może dzięki temu dostanie się na jakieś porządne studia – powiedział z wyraźną drwiną w rozbawionym głosie. – Przyjedziesz? – zapytał poważniejąc. 

    Oplotłam ramionami jego szyję. Odruchowo obdarzyłam go delikatnym pocałunkiem w usta i pierwszy raz w życiu, na twarzy Daniela Brzozowskiego zobaczyłam bladziutki rumieniec.

    – Oczywiście, że tak – odpowiedziałam, rozwiewając jego wątpliwości, jeżeli w ogóle jakiekolwiek miał.

    – Z Londynu, do tego twojego ukochanego Paryża są niecałe trzy godziny drogi pociągiem – mruknął kusząco. – W każdym razie myślę, że nie będziemy się nudzić.

    Nawet nie zauważyliśmy, kiedy długaśna kolejka przesunęła się tak, że teraz staliśmy pod samą bramką. Daniel wyjął swój bilet.

    – Będę za tobą tęskniła – oznajmiłam stanowczo, a brzmiało to niemal jak obietnica.

    Uśmiechnął się do mnie leniwie, rozczochrał mi włosy, czego naprawdę nienawidziłam, a potem zniknął w bramce, której ja już nie mogłam przekroczyć.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Zbliżał się wieczór. Siedzieliśmy z Gabrielem na szerokiej, drewnianej huśtawce w jego ogrodzie i podziwialiśmy cudowny zachód słońca. Wtuliłam się w niego tak bardzo jak tylko się dało, mając nadzieję, że może w jakiś sposób, fizycznie pochłonie moją melancholię i smutek z powodu wyjazdu przyjaciela. Podkuliłam pod siebie nogi, a Gabe usiadł tak, żeby zrobić z siebie całkiem wygodny fotel. Co jakiś czas delikatnie całował moje włosy. Wiele razy powtarzał mi jak bardzo lubi ich kokosowy zapach.

    – Więc wakacje spędzasz w Anglii? – zapytał cicho.

    – Powiedział ci? – zdziwiłam się odrobinę, przynajmniej już nie musiałam się zastanawiać jak ja mu o tym zakomunikuję.

    – Właściwie, to zapytał czy może – westchnął smętnie Gabriel. – Chyba liczył na to, że mu nie pozwolę i wywiąże się między nami kłótnia, ale nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym ci to zrobić.

    Nie wiedziałam co powiedzieć. To właśnie było to, co tak bardzo mnie przy nim trzymało.

    – Kocham cię – wyszeptałam w końcu, wyginając ramiona do tyłu, żeby móc objąć jego szyję.

    – Ja też cię bardzo kocham Vicky – mruknął cicho, opierając policzek o moje rudoblond włosy. – Jak nikogo na świecie.

    Nad zielonym ogrodem, nad drzewami wiśni i krzewami agrestu, nad równo przyciętym żywopłotem, zachodziło słońce. To samo słońce, które teraz zachodziło także nad rozległym, przepięknym Londynem, nad miastem w którym przebywał mój najlepszy przyjaciel, osoba, która zawsze będzie tak bardzo istotnym punktem w moim życiu. 

    The End

    Note