Rozdział 3 – Black & White
by Vicky
Rozdział siódmy
Lila
Kiedy opuściliśmy rozległe tereny szkoły, poczułam się jakbyśmy trafili do zupełnie innego świata. Jak szybko odzwyczaiłam się od wszechobecnej technologii! W akademii nawet niektóre książki mieliśmy papierowe. Testy pisaliśmy na kartkach! W normalnym świecie nie byłoby o tym mowy. Tablety i super lekkie, cienkie komputery wiele lat temu zastąpiły zeszyty i książki. Było to niezwykle praktycznie rozwiązanie… dopiero teraz przyszło mi do głowy pytanie czemu w akademii jest zupełnie inaczej? Rozważania jednak szybko ulotniły się na rzecz rosnącej adrenaliny. Wyjechaliśmy na autostradę, a Martin… on nie włączył autopilota. Pędziliśmy z prędkością ponad 350 kilometrów na godzinę. Cholera! Czy on chciał nas zabić?!
– Zwariowałeś?! – spytałam zupełnie szczerze.
– Nie denerwuj się – sprawiał wrażenie rozbawionego. Zupełnie jakby robił to… specjalnie. Miałam na niego ochotę warknąć, ale jednocześnie bałam się go rozproszyć. – W jaki sposób zawsze wygrywasz z Aronem? – spytał.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Więc nie chodziło to, że wierzy w swój super-szybki refleks. On realnie potrafił spowolnić czas! Tak jak ja… podczas walki… Nagle zapragnęłam dowiedzieć się czy ta umiejętność sprawdziłaby się również w innych okolicznościach.
– Co jeszcze potrafisz? – spytałam zaciekawiona.
Skrzywił się nieznacznie, jakby zniesmaczony własnymi umiejętnościami.
– Wolałabyś nie wiedzieć – stwierdził.
Właśnie, że nieprawda! Cholernie chciałam wiedzieć! Na tyle, że zupełnie przestałam zwracać uwagę na prędkość z którą jechaliśmy.
– Więc mi nie powiesz? – byłam zawiedziona.
Przecząco pokręcił głową, a ja poczułam narastającą irytację. Szybko jednak mi przeszło gdy w oddali ujrzałam ogromne konstrukcje z czarnego metalu. Roboty pilnujące miasta. Zbliżaliśmy się do celu, a ja przypomniałam sobie, że boleśnie wręcz tęskniłam za cywilizacją!
***
Miasto było niewielkie za to bardzo wysokie. Zaledwie nieliczne budynki posiadały mniej niż dwanaście pięter, a i te były tutaj rzadkością. Akademie rzeczywiście były niezwykłymi miejscami. Rozległe, zaledwie kilkupiętrowe budynki, do tego otoczone naturalnym lasem. Dodatkowo szkoły ukrywały się pod kopułami z pola energetycznego, niczym baśń zamknięta w bańce. „Cywile”, jak teraz powinnam ich określać, nie mieli tam dostępu. Tylko, że rzeczywistość wcale nie wyglądała tak różowo jakby mogło to wyglądać z zewnątrz…
– Jesteśmy na miejscu – Martin zatrzymał samochód. – Muszę załatwić pewną sprawę, a potem możemy coś zjeść.
Zjeść! Miasto! Fastfood! Łudziłam się, że moje oczy nie błyszczą z podekscytowania. Miałam już dosyć ekologicznej żywności, którą raczyli nas w akademii. Serdecznie dosyć!
– Wysiadasz? – spytał, a ja posłusznie ruszyłam za nim.
Miejsce do którego trafiliśmy nie wyglądało zbyt przyjemnie. Właściwie… to była rudera do tego brudna i cuchnąca. Budynek stał w cieniu ogromnej, nowoczesnej wieży i chyba tylko dlatego nie został jeszcze rozebrany – nie miało to sensu bo i tak nic innego nie mogło stanąć na jego miejscu. Kiedy weszliśmy do środka starałam się trzymać możliwie blisko Martina. Zeszliśmy do piwnicy po stromych, nieco śliskich schodach, minęliśmy grube, metalowe drzwi i… znaleźliśmy się w jakby zupełnie innym miejscu. Ogromna sala o wysokim sklepieniu, bar, wąskie stoły i mgliste oświetlenie. Wszystko jakby żywcem wyjęte ze starych, gangsterskich filmów. To musiał być jakiś klub, a wnioskując po tym jak dobrze został ukryty, zapewne był mocno nielegalny. Kiedy ja przyglądałam się otoczeniu od jednego ze stołów wstało czterech postawnych mężczyzn i zagrodziło nam drogę. Martin spojrzał na nich niechętnym, znudzonym wzrokiem.
– Dziewczyna zostaje – oznajmił jeden z nich zaczepnym tonem.
Mój towarzysz jedynie wzruszył ramionami.
– Zaczekaj tu – rozkazał cicho, wyminął ich i zniknął w głębi pomieszczenia.
Zostałam sama i wcale mi się to nie spodobało.
***
Jak on mógł mnie tak do cholery zostawić?! Samą i zupełnie bezbronną! No dobrze… może nie tak zupełnie bezbronną, ale i tak… jak on mógł?! Moje zmieszanie i irytacja powoli zaczęły przeradzać się w złość, która sięgnęła zenitu, gdy jeden z mężczyzn podszedł i spróbował klepnąć mnie w tyłek. Jego niedoczekanie! Zrobiłam szybki unik, a potem jakoś samo poszło… Chwilę później, przez nikogo więcej nie niepokojona, pobiegłam w kierunku, w którym zniknął Martin. Okazało się, że za barem ukryte były wąskie drzwi. Przeszłam przez nie pewnym krokiem i znalazłam się w schludnie urządzonym, luksusowym gabinecie. No cóż… nie tego oczekiwałam. Martin stał przy szerokim biurku i rozmawiał z jakimś mężczyzną. Spojrzeli na mnie obydwaj, ani trochę nie zaskoczeni moim widokiem.
– Och, zapomniałem im wspomnieć, że to studentka akademii – rzucił od niechcenia Martin.
– Faktycznie niewinne przeoczenie – potwierdził tamten nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Teraz, kiedy przyjrzałam mu się uważniej, uznałam, że muszą być w jakiś sposób spokrewnieni. Chociaż nieznajomy był tęższy i niższy od Martina, to jednak były między nimi również wyraźne podobieństwa jak choćby posągowe rysy twarzy.
– To mój brat, David – wyjaśnił chłopak, kiedy niepewnie do nich podeszłam.
Brat? Jakoś wcześniej w ogóle nie przyszło mi do głowy, że Martin może mieć jakąś rodzinę. Cóż… ja w każdym razie nie miałam. Mężczyzna skinął mi głową i… przestali zwracać na mnie uwagę. Zupełnie jakby mnie przy nich nie było.
– Czy to pożegnanie? – spytał nasz gospodarz, a w jego pytaniu pobrzmiewała jakaś gorzka nuta.
– Nie wiem – głos Martina brzmiał jakoś wyjątkowo poważnie. – Wiesz, że wciąż jest dla ciebie miejsce…
David skrzywił się i obrzucił brata nieco zirytowanym spojrzeniem, jakby przerabiali ten temat już setki razy.
– Miałbym spędzić resztę życia uwięziony pod ziemią? Podziękuję – oznajmił.
Martin sprawiał wrażenie jakby rozumiał, co tamten ma na myśli, ale wciąż miał nadzieję zmienić jego punkt widzenia.
– Więc to prawdopodobnie pożegnanie – przyznał ponuro. – Niedługo zamkną bramy.
– Dbaj o siebie braciszku i nie martw się o mnie. Nie zamierzam czekać na rozwój wydarzeń.
Podszedł jeszcze bliżej i objął Martina w krótkim, niedźwiedzim uścisku. Po takim pożegnaniu chłopak odwrócił się i wyszedł z gabinetu. Po drodze, w milczeniu złapał mnie za rękę. Coś musiało być nie tak, bo ściskał ją zdecydowanie zbyt mocno.
– Zostawiłeś mnie tam samą! – odezwałam się z nutą pretensji, kiedy stanęliśmy przy samochodzie.
Wściekłość obudziła się na nowo. Wyrwałam rękę z jego uścisku. Spojrzał na mnie zachmurzonym wzrokiem. Miałam ochotę powiedzieć mu coś jeszcze. Zapytać dlaczego tak mnie potraktował, ale gwałtownie wszedł mi w słowo.
– Zamknij się! – rozkazał, a ja spojrzałam na niego zszokowana. Westchnął. – Proszę cię… po prostu bądź cicho – zmienił słowa i ton swojego polecenia.
Było to tak absurdalne, że nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Roześmiałam się. Wtedy on przyciągnął mnie do siebie i zamknął w swoich ramionach.
– Źle na mnie działasz – mruknął cicho. – Nie zostawiłbym cię, gdyby groziło ci jakiekolwiek niebezpieczeństwo, gdybym nie miał pewności, że sobie poradzisz. Rozumiesz?
Powoli skinęłam głową… a potem… potem zatonęliśmy w morzu płomiennych pocałunków.
***
Pizza! Jedliśmy prawdziwą pizzę! Na dodatek w staromodnej, włoskiej restauracji. Martin, kiedy na mnie patrzył, sprawiał wrażenie na wpół rozbawionego, na wpół zadumanego. Byłam przekonana, że jego myśli są teraz zupełnie gdzie indziej. To mi jednak nie przeszkadzało. Przyjemnie było siedzieć tuż obok siebie i zajadać się pizzą. Zupełnie jakbym wróciła do czasów sprzed Akademii. Do… normalności.
Rozdział ósmy
Aron
Nie miałem pojęcia gdzie ona się podziewała i powoli zaczynałem świrować. Nie było jej już drugi dzień! Kilkakrotnie odwiedziłem pokój dziewczyn, ale nie zastałem ani Lili ani nawet Hester i oczywiście bardzo mi się to nie spodobało. Wkurzony wracałem do siebie, kiedy zatrzymał mnie korowód zamaskowanych postaci.
– Numer jeden z grupy C? – zapytała jedna z nich. Po głosie stwierdziłem, że to mężczyzna. Nic innego nie wskazywało na płeć tych osób. – Aron Morris?
Niepewnie skinąłem głową, nie mając pojęcia co mnie czeka.
– Doskonale, idziesz z nami – oznajmił nieznajomy, nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Szereg rozstąpił się, a zamaskowane postacie stanęły po moich bokach. Poczułem się osaczony, jak zwierzę w pułapce. Nie miałem jednak wyjścia i posłusznie poszedłem z nimi. Zaprowadzili mnie do głównego holu pod wyjście z budynku. Na miejscu stało już kilka otoczonych przez zamaskowane postacie osób, a wciąż sprowadzano kolejne. Zebrał się też tłumek gapiów. O co chodzi zorientowałem się dopiero w momencie, gdy na środek pomieszczenia wyprowadzono jedną z dziewczyn. Dwie postacie przytrzymały ją za ręce, a trzecia szarpnęła ją za włosy, odginając do tyłu jej głowę. Dziewczyna zaczęła się wyrywać. Z ręki zamaskowanego mężczyzny – tym razem byłem pewien, że to mężczyzna, gdyż był zbyt wysoki na jakąkolwiek kobietę – wysunęły się stalowe pazury, którymi przejechał po jej policzku, zostawiając głębokie rany. Krzyczała, a echo odbijało jej krzyki w mrożącym krew w żyłach proteście. Przerażenie ścisnęło mi gardło. Rzuciłem się do przodu, próbując przedrzeć się przez zwarty szereg gwardzistów. Na próżno. Powalili mnie na ziemię, nie zamierzałem jednak przestać walczyć. Strzykawkę zauważyłem dopiero, kiedy igła wbiła się w moje ramię. Zacząłem tracić siły. Ktoś pociągnął mnie w górę, a ja z trudem utrzymywałem się na nogach. Więc tak to wszystko miało się skończyć? Z jakiegoś nieznanego mi powodu wyrzucano mnie z Akademii.
Lila
Kiedy weszłam do budynku okazało się, że w holu panuje okropne zamieszanie. Zebrał się tu tłum ludzi. Dopiero po chwili sobie przypomniałam co to oznacza. Jęknęłam w duchu. O nie! To była ostatnia rzecz, którą miałabym ochotę oglądać! Wystarczająco wiele osób straszyło mnie historiami o strażnikach szkoły, kiedy wszyscy byli przekonani o tym, że jako pierwsza zostanę z niej wyrzucona. Nikt dokładnie nie wiedział czym są, ale z pewnością przestawali być ludźmi, a przede wszystkim… tracili wolną wolę. Nie wszyscy pozbyli się ludzkich kształtów, niektórzy zostawali humanoidalni, ale i tak nikt nigdy nie miał okazji zobaczyć żadnego z nich. Gęste powietrze co jakiś czas przecinały krzyki, a ja zastanawiałam się czy powinnam przedrzeć się przez tłum czy jednak z powrotem wyjść na zewnątrz i poszukać Martina. Ktoś mnie popchnął, a potem następna osoba i w ten sposób znalazłam się w centralnym punkcie pomieszczenia. Tuż za barierą stworzoną przez odziane w szkarłatne stroje postacie. Na chwilę zrobił się między nimi prześwit, a wtedy, wśród biernie stojących w kręgu osób, rozpoznałam znajomą sylwetkę Arona. Co on tu do cholery robił?! Patrzyłam oniemiała, kiedy ktoś chwycił go za ramię i przeciągnął na środek niczym szmacianą lalkę. Co tu się działo? Czemu Aron nie protestował? Coś ścisnęło mnie w środku, zabijając racjonalne myślenie. Przedarłam się pomiędzy strzegącymi kręgu strażnikami, a oni byli zbyt zaskoczeni by mnie zatrzymać.
– To jakaś pieprzona pomyłka! – wrzasnęłam, sama nie wiedząc do kogo konkretnie. – Jego nie powinno tu być!
Jeżeli chciałam zwrócić na siebie uwagę to cóż… chyba mi się udało. Przynajmniej setka par oczu wpatrywała się teraz bezpośrednio we mnie, a przynajmniej te, które były w stanie mnie zobaczyć to robiły. Aron, do którego podbiegłam, patrzył na mnie otępiałym, zamglonym wzrokiem.
– Lila… – odezwał się bardzo cicho, zachrypniętym głosem. – Szukałem cię…
Cholera! To zaczynało być kompletnie surrealistyczne!
– Ty pójdziesz ze mną – usłyszałam nad sobą bardzo nieprzyjemny, warczący głos. Poczułam na ramieniu czyjąś rękę, a właściwie… zakończoną pazurami łapę. Syknęłam, kiedy pazury przecięły materiał bluzy, raniąc mnie aż do krwi.
– To pomyłka – powtórzyłam głośno, ignorując ból. – Jego nie powinno tu być, jest najlepszy z mojej grupy!
– Jest na liście – warknęła wyraźnie coraz bardziej zirytowana postać.
– Ona ma rację! – usłyszałam z tyłu zdenerwowany, pełen napięcia głos jednej z nauczycielek. Chwilę później profesor Aveel Rosenberg przedarła się przez tłum. – Musiała zajść jakaś pomyłka. Tego chłopaka nie powinno być na liście.
Po raz pierwszy w życiu ucieszyłam się, że ją widzę. Stworzenia, które prawdopodobnie kiedyś były ludźmi, a teraz napawały się ich cierpieniem, posłuchały. Odsunęły się ode mnie i od Arona. Aveel przytrzymała chłopaka z jednej strony, wskazując mi, żebym to samo zrobiła z drugiej. Wśliznęłam się mu pod ramię. Tłum zaczął się przed nami rozstępować – to znaczy zapewne głównie przed nauczycielką, która rzucała wszystkim gradowe spojrzenia. Po chwili udało nam się wyprowadzić Arona z tłumu, nareszcie opuszając ogromny hol.
***
Nie podobało mi się zostawianie Arona w takiej sytuacji samego, ale wolałam iść do Martina, niż żeby on przyszedł tutaj. Poza tym naprawdę chciałam spędzić z nim jeszcze trochę czasu… dopóki miałam ku temu okazję… Nie miałam pojęcia, jak szybko się mną znudzi. Aveel powiedziała, że Aronowi nic nie będzie i że wszystko wyjaśni, a chłopak, po środkach które mu podali, i tak poszedł spać. I pomyśleć, że zapowiadał się taki piękny dzień (a właściwie to w tym momencie już raczej wieczór).
– Gdzie mi zniknęłaś? – Martin spytał z lekkim wyrzutem, kiedy nareszcie znalazłam się w jego mieszkaniu.
Opowiedziałam mu po krótce co się wydarzyło, ale z pewnością nie spodziewałam się, że się zdenerwuje. To znaczy… nie sądziłam, że zdenerwuje się na mnie.
– Nie wolno ci pakować się w takie rzeczy! – niemalże warknął. – To cholernie głupie, nieprzemyślane i niebezpieczne!
– To co w takim razie miałam zrobić? – spytałam nieco urażona, ale jednocześnie niezwykle zadowolona z faktu, że w jakiś sposób się o mnie martwił.
– Nic – odpowiedział już spokojnie, podchodząc do mnie i otaczając mnie ramionami.
– Nic? – spytałam zaskoczona.
Przytaknął. Powoli zaczął mnie całować.
– To przecież nie twoja sprawa – mruknął cicho. – Nie przetrwasz, jeżeli nie nauczysz się, jakie zasady panują w tym miejscu – dodał przerywając na chwilę całowanie. – Uważasz, że on próbowałby cię obronić?
Musiałam mu przyznać, że chyba miał rację, bo przecież nie o Arona tutaj chodziło, tyko, że… gdybym miała spojrzeć na to z jego punktu widzenia…
– Niby jak mam przetrwać bez Arona? – spytałam walcząc by chociaż przez chwilę zachować trzeźwość myślenia i nie zatracić się w jego dotyku. – Prędzej czy później znalazłabym się w tej samej sytuacji co on dzisiaj.
Podniósł mnie do góry i posadził na kuchennym blacie, a sam stanął między moimi nogami. Teraz byliśmy na tej samej wysokości i całowanie nie wymagało gimnastyki. Jego dotyk palił mnie żywym ogniem, pocałunków potrzebowałam jak powietrza. Po chwili już poddałam się, uznając, że zupełnie zbył moje pytanie, wtedy jednak otrzymałam swoją odpowiedź.
– Nie dopuściłbym do tego – szepnął tuż przy moim uchu, zanim zupełnie zatopiliśmy się w rozkoszy.
Poczułam jak gdzieś wewnątrz mnie rozlewa się cudowne ciepło. Więc jednak… przynajmniej odrobinę… rzeczywiście mu na mnie zależało.
Ava
Byłam naprawdę wściekła. Co mu do cholery odbiło?! Czemu chciał się pozbyć tego chłopaka?! Przez cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek musiałam wszystko odkręcać. Z impetem wpadłam do jego mieszkania i… zamarłam w drzwiach. Och, teraz wszystko stało się aż nazbyt jasne. Na kanapie siedziała dziewczyna. Miała na sobie jego bluzę i… najwyraźniej nie miała niczego więcej. Po dźwiękach wnioskując oglądała jakiś horror. Kiedy weszłam spojrzała na mnie zaskoczona. Byłam przekonana, że spędziła u niego ostatnią noc. Nie zdążyłam jednak niczego powiedzieć bo chwilę później z łazienki wyszedł Martin.
– Po co przyszłaś? – zapytał niezbyt miłym tonem, taksując mnie wzrokiem.
– Eee… – nie mogłam sobie przypomnieć kiedy ostatnim razem zabrakło mi słów. Do tego zżerała mnie zazdrość. To wyraźnie nie był mój dzień. – Musimy porozmawiać – wyjaśniłam przez ściśnięte gardło.
Przyjaźniliśmy się od wczesnego dzieciństwa. Co się stało, że nie potrafiłam się przy nim normalnie zachowywać?
– Czy to nie może poczekać? – w jego pytaniu zawarty był wyrzut i wyraźna odprawa.
– Nie, to ważne – uznałam, że muszę postawić na swoim.
– Świetnie, w takim razie mów – niemalże warknął.
– Na osobności… – dodałam, zerkając w kierunku przyglądającej się nam z zaciekawieniem dziewczyny.
Westchnął rozgoryczony, ale posłusznie podszedł i otworzył mi drzwi.
– Lila, przepraszam, zaraz wrócę – odezwał się do dziewczyny, a mnie ponownie coś ścisnęło w środku.
Najchętniej wykopałabym ją na księżyc, albo jeszcze dalej! Liczyłam na to, że wyprosi ją i zostaniemy sami, a nie, że to mnie każe wyjść… Wzdrygnęłam się, kiedy ujrzałam malującą się w jego oczach wściekłość.
– Mów, byle szybko, jaką to masz do mnie niecierpiącą zwłoki sprawę – rozkazał.
Przypomniałam sobie po co tu przyszłam i miałam nadzieję, że pozostałe uczucia uda mi się ukryć pod maską gniewu.
– Zwariowałeś?! – nareszcie mogłam to z siebie wyrzucić. – Czemu to zrobiłeś? Po co tyle trenowałeś tego chłopaka, żeby teraz się go tak po prostu pozbyć?!
Odsunął się ode mnie zapobiegawczo. Jego uczucia jak zwykle zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Teraz wyglądał na bardziej rozbawionego niż wściekłego.
– Ok. ok. Przyznaję, może trochę przesadziłem – westchnął.
– Trochę?! – nie potrafiłam powstrzymać się od krzyku. – Co ta piekielna dziewucha z tobą zrobiła?!
Zorientowałam się, że przesadziłam, kiedy jego twarz stała się lodowato-zimną maską. Ten wyraz twarzy, to spojrzenie… przeznaczone były dla innych, ale… nigdy jeszcze dla mnie.
– Nie mieszaj jej do tego! – warknął.
– Nie tylko sypiasz z jakąś małoletnią zdzirą, ale też posuwasz się do tego, żeby usunąć ze szkoły jej chłopaka? – spytałam dalej brnąc w to samo bagno.
– Zrobiłem to, bo zalazł mi za skórę, a nie ze względu na dziewczynę – odpowiedział mi chłodno. – Czy to wszystko czego ode mnie chciałaś?
Prychnęłam. Spojrzałam na niego z wyrzutem.
– Pieprzenie się z małolatą nie usprawiedliwia…
– Daj spokój Ava – przerwał mi w połowie zdania. – Zupełnie jakbyś sama nie sypiała ze studentami.
Poczułam się urażona i… zaskoczona, że to w ogóle zauważył. Nie powinnam się jednak dziwić. W końcu od zawsze byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Nikt nie znał mnie lepiej od niego. Nawet jeżeli ostatnio nasze relacje się nieco ochłodziły… Nie zauważył chyba tylko tego, że już od dawna się w nim podkochuję… Czy jednak gdyby o tym wiedział cokolwiek by to zmieniło? Poza tym niestety musiałam mu przyznać rację. Akademia nie tylko akceptowała, ale wręcz propagowała takie zachowania. Chodziło tu tylko i wyłącznie o przetrwanie, a w jaki sposób osiągnie się cel nie miało najmniejszego znaczenia. Cóż… smarkula najwyraźniej potrafiła się nieźle ustawić… ale z pewnością nie na długo. Jej niedoczekanie!
– Czy to wszystko czego ode mnie chciałaś? – zapytał niecierpliwie.
Tak bardzo mu się do niej spieszyło? Niechętnie skinęłam głową. Nie miałam pomysłu co innego mogłabym zrobić. Cokolwiek… byle tam nie wracał…
– W takim razie do zobaczenia – rzucił niedbałym tonem podchodząc do drzwi. – A i jeszcze jedno Ava – dodał już niemal naciskając klamkę. Spojrzałam na niego z nadzieją. – Nie przychodź do mnie więcej bez zapowiedzi.
Kilka prostych słów roztrzaskało moje serce na tysiąc drobnych kawałków.
Rozdział Dziewiąty
Lila
Żyłam w przekonaniu, że w poniedziałek wszystko się skończy, ale wcale tak się nie stało. Właściwie… naprawdę rzadko zdarzało się, że spałam w swoim własnym pokoju. W dalszym ciągu nie miałam na nic czasu, tylko teraz było to całkiem przyjemne. Dopiero w piątek pękła moja senna bańka, a powodem tego, wbrew moim obawom, wcale nie był Martin.
– Jutro, przed wschodem słońca, opuścicie mury szkoły – oznajmił ku ogromnemu zdziwieniu wszystkich profesor Jonathan. – Waszym zadaniem będzie dotrzeć do wyznaczonej bazy wojskowej. Nie dostaniecie jednak do dyspozycji żadnej elektroniki. Zamiast GPSu podłużycie się starą, papierową mapą, na której każda z drużyn zaznaczone będzie miała dwa punkty: swoje obecne położenie oraz miejsce, do którego musi dotrzeć. To misja survivalowa. Jakieś pytania?
Pytania? Naraz zaczęli mówić chyba wszyscy. Zaniepokojona spojrzałam na Arona. Chłopak jedynie wzruszył ramionami. Od czasu kiedy niemalże nie wyrzucono go ze szkoły był ponury i milczący. Raczej nie podobał mu się nowy rodzaj uwagi – Aron przywykł do tego, że jest gwiazdą, a teraz był niemal jak trędowaty. Wszyscy go unikali i nikt z nim nie rozmawiał. Mnie też to oczywiście dotyczyło, tylko, że dla mnie nie miało to zbyt wielkiego znaczenia.
Po skończonych zajęciach wspólnie poszliśmy do hali sportowej. Tu również czekała nas niespodzianka.
– Dzisiaj nie będzie treningu – oznajmił nam Martin. On również sprawiał wrażenie zaniepokojonego. – Zamiast tego przedstawię wam kilka szczegółów jutrzejszej wycieczki.
Usiedliśmy na materacach. Aron sprawiał wrażenie obojętnego, ale poznałam go już zbyt dobrze, żeby nie zauważyć drobnych oznak zdenerwowania, chociażby takich jak napięte mięśnie. Skoro Martin odwołał trening, coś musiało być na rzeczy i z pewnością mieliśmy powody do niepokoju. Właściwie… Zdarzało się to po raz pierwszy.
– Nie wolno wam spać w dżipie – kontynuował, kiedy zajęliśmy swoje miejsca. – Wieczorem zabierzcie z niego wszystko czego potrzebujecie i schowajcie to do namiotu. Rano już samochodu nie będzie i resztę drogi będziecie musieli iść pieszo, dlatego pierwszego dnia spróbujcie przejechać ile się da.
W chwili obecnej mój mózg zatrzymał się na informacji o dżipie. Jakim do cholery dżipie?! Takim jak na starych filmach? Aron chyba podzielał moje przemyślenia bo wpatrywał się w Martina szeroko otwartymi oczami. Cholera! Zapowiadał się naprawdę wspaniały dzień…
***
Obudziłam się koło czwartej rano. Martin przywitał mnie kawą i dużą ilością kanapek, twierdząc, że nie wiadomo kiedy będę miała najbliższą okazję coś znowu zjeść. Na zewnątrz padało i wiał silny, porywisty wiatr. Cudowna pogoda na wycieczkę! Nie wolno nam było niczego ze sobą zabierać, tylko to co nosiliśmy na sobie. Przed wejściem do lasu mieliśmy zostać dokładnie przeszukani. Jeszcze przed piątą byłam gotowa do wyjścia.
– Trzymaj, przyda ci się – Martin podał mi swoją skórzaną kurtkę.
– Dzięki – mruknęłam bojąc się coraz bardziej.
– Poradzicie sobie – chyba odgadł o czym myślę.
No tak… a niby mieliśmy jakieś inne wyjście? Niechętnie opuściłam bezpieczne mieszkanie by dołączyć do Arona i innych uczniów, czekających przed wyjściem z budynku, niczym więźniowie idący na skazanie.
Aron
Tak jak wcześniej to uzgodniliśmy, chwyciliśmy po wojskowym plecaku i pobiegliśmy. Niektórzy próbowali brać po dwa lub trzy, a to rozpętało zamieszki. Nas już jednak tam nie było. Problemem jednak okazała się pogoda. Nie zdążyliśmy nawet jeszcze dotrzeć do linii drzew, a już byliśmy przemoczeni i drżeliśmy z zimna. Po godzinie drogi nareszcie znaleźliśmy samochód, ukryty pod gałęziami i siatką maskującą. Musiałem przyznać, że gdyby nie wskazówki trenera to prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy czego szukać i całkiem możliwe, że próbowalibyśmy pokonać cały dystans po prostu na piechotę.
– Potrafisz to prowadzić? – Lila spytała powątpiewająco, kiedy zająłem fotel kierowcy.
Wzruszyłem ramionami.
– Nie mam pojęcia, ale grałem w parę oldschoolowych gier – uśmiechnąłem się do niej, a ona blado odwzajemniła mój uśmiech.
Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjęła mapę, a ja oddałem jej plecaki. W stacyjce samochodu tkwiły kluczyki. Cholera! To był prawdziwy zabytek! Nawet najstarsze samochody reagowały obecnie na komendy głosowe lub odcisk palca. No i… nie trzeba było ich prowadzić. W końcu od czego miały autopilota? Za trzecim razem udało mi się zapalić. Silnik pracował bardzo głośno, ale powoli ruszyliśmy do przodu. Wyjechaliśmy na szeroką, leśną drogę. Nic trudnego. Było zupełnie jak w grach. I najwyżej, jak w grze, coś po drodze staranuję. Czytanie mapy sprawiło nam nieco więcej problemów. Najłatwiej byłoby wyjechać na autostradę, ale to było oczywiste, że nie możemy. Bo niby jak? Tym? Wzbudzilibyśmy sensację, ktoś by nas staranował lub zatrzymał. Zostawało więc trzymać się lasu, a potem pustkowia.
– Mamy paliwa na jakieś 500 kilometrów – oznajmiłem.
Lila ponownie spojrzała na mapę.
– W takim razie zostanie nam do przejścia nieco ponad pięćdziesiąt. To nie tak źle – westchnęła i zaczęła sprawdzać co ze sobą mamy.
Pierwszy z plecaków wyglądał obiecująco. Dziewczyna znalazła w nim kilka batonów energetycznych, tabliczkę czekolady, bukłak – niestety pusty, śpiwór, polarowy koc oraz długą i cienką latarkę. Kiedy jednak otworzyła drugi plecak zgodnym chórem jęknęliśmy z zawodu. Był… wypchany zgniecionymi kulkami papieru.
***
W dalszym ciagu padało, a ja wolałem nie czekać aż zupełnie skończy nam się paliwo. Zatrzymaliśmy się na skraju lasu. Nasz mały obóz znacznie lepiej było rozbić między drzewami niż na zupełnie odsłoniętym terenie. Wysiedliśmy z dżipa. Rozbijanie namiotu w takiej ulewie z pewnością nie należało do przyjemności, ale Lila nalegała, żeby posłuchać tego co przekazał nam Martin. Ja sam miałem nieco wątpliwości, ale ostatecznie musiałem się z nią zgodzić. Nie sądziłem, żeby chciał nam zaszkodzić, raczej zależało mu na naszej wygranej. Namiot, który znaleźliśmy w dżipie okazał się całkiem porządny – z dodatkowym przykryciem i rękawem na bagaże. Kiedy wreszcie skończyliśmy przemoczeni i wyczerpani wpełzliśmy do środka. Lilien drżała z zimna jeszcze bardziej ode mnie.
– Zdejmijmy te przemoczone ciuchy – mruknąłem, mając nadzieję, że to cokolwiek pomoże.
Żałowałem, że jeszcze nie panuję wystarczająco nad ogniem, żeby po prostu ogrzać powietrze, niczego po drodze nie podpalając. Lila, szczękając zębami, pozbyła się kurtki i spodni. Bluzę miała suchą. Szczęściara! Skąd ona w ogóle wytrzasnęła taką porządną kurtkę?! Ja musiałem rozebrać się do samych bokserek. Ubrania rozłożyliśmy w rękawie namiotu mając nadzieję, że przez noc chociaż odrobinę wyschną. Wśliznęliśmy się do śpiwora (ostatecznie mieliśmy tylko jeden) i dodatkowo przykryliśmy kocem. Nie było to zbyt wygodne, za to jakie przyjemne! Lila położyła głowę na moim ramieniu. wtulając się we mnie plecami. Jednocześnie żałowałem, że ma na sobie bluzę i cieszyłem z powodu braku spodni. Tuliłem ją do siebie, ale to mi nie wystarczało. Powoli zacząłem przesuwać rękę po jej odsłoniętym udzie. Zesztywniała. Jej dłoń znalazła się na mojej ręce i zatrzymała ją w miejscu.
– Aron, nie – poprosiła cicho.
Dlaczego do cholery nie?! Teraz przynajmniej nikt by nam nie przeszkodził… Przestałem, ale byłem zbyt wkurzony, żeby cokolwiek powiedzieć. Pieprzone dziewczyny! Chyba nigdy ich nie zrozumiem. Lila wtuliła się we mnie jeszcze mocniej. Sadystka! Powoli przestawała drżeć z zimna. Zamknąłem oczy. Czekał nas ciężki dzień i może rzeczywiście nie było sensu marnować energii na cokolwiek innego niż spanie.
***
Byliśmy głodni, spragnieni i zmęczeni. Nie sądziłem, że zatęsknię za deszczem z poprzedniego dnia. W dalszym ciągu wiał porywisty wiatr, ale teraz powietrze było suche i chłodne, a myśmy szli po niemalże zupełnie odsłoniętym terenie. Gdzieniegdzie tylko rosły pojedyncze krzaki albo pojawiały się płaskie pagórki. Lila milczała, a ja byłem na nią w dalszym ciągu wkurzony, więc również nie zamierzałem się odzywać. Szliśmy przez kilka godzin rzadko kiedy odpoczywając i wydawałoby się, że w ten sposób dotrzemy do samej bazy. W pewnym momencie jednak powietrze przed nami przeszyła czerwona błyskawica. Na niebie pojawił się ciemny kształt, który z niesamowitą prędkością zaczął pikować w dół. Spojrzeliśmy na siebie z Lilą, a potem ona, ni z tego ni z owego, rzuciła się w tamtym kierunku.
– Chodź! – zawołała za mną.
Co, do cholery?! Nie miałem wyboru. Musiałem pobiec za dziewczyną. Gdy dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Współlokatorka Lilien, Hester, stała w rozkroku nad leżącym na ziemi Dominikiem. Nad jej ramieniem, niczym wielki balon, unosił się złowrogi, czerwony kształt.
– Hester, zwariowałaś?! – Lilien wyskoczyła do przodu zanim zdążyłem ją powstrzymać.
– To on zaczął! – warknęła wyraźnie wkurzona dziewczyna.
Dopiero teraz spostrzegłem, że wisząca nad jej ramieniem chmura ma wyraźny kształt i… pełną ostrych kłów paszczę. Dominik wykorzystał ten moment, żeby odczołgać się nieco dalej.
– Miałem takie zadanie! – zasłonił się ramieniem w obronnym geście, kiedy chmura odczepiła się od ramienia Hester i zawisła tuż nad nim.
– Zadanie? – spytałem zaciekawiony.
Hester przytaknęła.
– Nie dostaliście swoich?
Spojrzeliśmy po sobie zaniepokojeni. Czyżby coś nas przypadkiem ominęło?
***
No cóż… Hester nie było łatwo uspokoić. Odwołała swojego demona dopiero kiedy Lilien zaproponowała jej, żeby zostawiła Dominika i poszła razem z nami.
– Jak znaleźliście się z przodu? – spytałem zdając sobie sprawę, że skoro im się udało to innym również mogło.
– Olaliśmy mapę i poszliśmy na autostradę, ukradliśmy samochód i voilà, jesteśmy – oznajmiła radośnie.
– Mocne – musiałem przyznać.
– Tylko, że mieliście unikać ludzi – wtrąciła pragmatycznie Lila.
Hester wzruszyła ramionami.
– Zasady są po to, żeby je łamać.
Rzeczywiście… coś w tym było. Co jak co, ale ta szkoła w zdecydowany sposób nie miała nic przeciwko łamaniu zasad.
Lila
Okazało się, że mimo wszystko jesteśmy pierwsi. Po kilkunastu godzinnej wędrówce padaliśmy ze zmęczenia. Kiedy dotarliśmy do bazy, żołnierze w czarnych uniformach bez żadnych problemów wpuścili nas za groźnie wyglądające ogrodzenie, które stale było pod wysokim napięciem. Kazali nam zatrzymać się na placu. Stanęli w szeregu z wycelowaną w nas bronią. Po chwili jednak pojawił się również profesor Jonathan.
– Ósemka, miałaś odłączyć się od partnera i znaleźć inną grupę. Świetna robota. Czternastka, miałaś ukryć zadanie przed swoją parą. Doskonale! – oznajmił podchodząc do nas, a ja wpatrywałam się w niego oniemiała. – Jedynka, nie tolerujemy porażek. Zostajesz na placu i czekasz na dalsze instrukcje.
Aron sprawiał wrażenie wstrząśniętego. Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Zapewne czuł się zdradzony. Tylko, że… nawet nie miałam okazji go zdradzić, bo nie dostałam żadnego pieprzonego zadania!