Rozdział 3 – Jak adoptować demona
by Vicky
Daniel był bardzo przystojny. Wysoki mężczyzna przed trzydziestką. Blondyn o szczupłym ciele i sposobie poruszania się drapieżnika szukającego zdobyczy. Cechowały go pewność siebie i poczucie własnej atrakcyjności. Teraz, gdy stał oparty o poręcz schodów z papierosem w zębach, skąpany w świetle zachodzącego słońca wyglądał jak młody bóg. Stał przed ich kamienicą. Wyraźnie na coś czekał.
Kiedy ich zobaczył rzucił niedopałek na ziemię i przydepnął butem. Ruszył w ich kierunku. Eliza bez zastanowienia zasłoniła sobą Cahira. Roześmiał się zauważywszy ten gest.
– Daj spokój – powiedział rozbawionym głosem – dzisiaj będzie spotkanie.
Dziewczyna jęknęła. Wiedziała co to oznacza.
– Czy to naprawdę konieczne? – spytała z góry znając odpowiedź.
– Wiesz, że tak, kociaku. Zabiorą go, jeżeli nie będą mogli nadzorować jego postępów. Nie powstrzymam ich.
– Nic mi nie będzie – powiedział cicho Cahir wysuwając się niechętnie zza Elizy.
Daniel zdjął koszulę. Rozłożył olbrzymie szare skrzydła, które w jednej chwili pojawiły się jakby z mgły otaczającej mężczyznę, porwał chłopca w ramiona i wzbił się z nim w powietrze.
~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~
Eliza niecierpliwie chodziła po pokoju. Było już po północy. Czemu ciągle nie wracaja? Martwiła się. Świat Illi’andinn rządził się własnymi skomplikowanymi prawami. Tylko kilka rzeczy nigdy się nie zmieniało: silniejszy ma zawsze rację, brak litości i brutalna przemoc. Demonów czystej krwi na świecie było coraz mniej. Większość z nich to półludzie lub inna mieszanka jeszcze bardziej rozrzedzonej krwi. Stawały się coraz słabsze, więc zaczęły się troszczyć o odpowiednie wychowanie dzieci, a walki między nimi stały się znacznie rzadsze. Te czystej krwi do osiągnięcia pełnoletniości szkolono tylko i wyłącznie w twierdzy Manhaim. Cahir miał tego pecha, że pojawił się na ziemi jako taka właśnie istota. Czystokrwiści nie mieli śmiertelnych rodziców, oni się po prostu pojawiali. Według legend brali się z różnego rodzaju żywiołów i złej energii, której próbowała pozbyć się Ziemia. Nikt jednak nie udowodnił jak to dzieje się naprawdę. Takie demony „rodziły się” jako obdarzone nadnaturalnymi mocami około trzyletnie dzieci. Latania, walki i różnego rodzaju ofensywnej magii uczyły się dopiero potem od swoich mentorów. Ucznia z nauczycielem łączyła bardzo specyficzna więź, którą równie dobrze można by nazwać niewolnictwem. Do czasu jej zerwania młody Illi’andinn, związany potężną magią, nie mógł w żaden sposób sprzeciwić się swojemu panu.
Z zadumy wyrwał dziewczynę hałas na dachu. Najwyraźniej postanowili wrócić tędy, pomyślała. Otworzyła okno najszerzej jak się dało. Daniel wśliznął się do środka. Trzymał w ramionach na wpół przytomnego chłopca. Eliza z trudem przełknęła ślinę. Tego się właśnie mogła spodziewać.
– Przykro mi – powiedział szczerze Daniel. – Chcieli, żeby się zregenerował, ale on nie mógł. Nie zjadł dostatecznie dużo. – Obrzucił dziewczynę ponurym spojrzeniem. – Tyle razy ci tłumaczyłem, że ludzkie jedzenie nie jest dla niego dobre.
Położył malca na łóżku. Podszedł do jednej z szafek i wyjął czarny nóż.
– Nie rób tego – jęknęła dziewczyna.
– Muszę, jeżeli mu nie dam swojej krwi, on umrze.
Eliza położyła się koło chłopca starając się go nie dotykać, nie chciała zadawać mu większego bólu. Daniel usiadł z drugiej strony. Naciął nadgarstek czarnym nożem i krwawiący podsunął Cahirowi do ust. Tamten z początku odwracał głowę, ale kiedy tylko czerwona kropla dotknęła jego warg, zaczął chciwie pić. Krew działała na niego jak narkotyk. Dziewczyna spojrzała na zakrwawione ostrze. Tylko specjalnym rodzajem stali można było zranić demona. W każdym innym wypadku ich ciała regenerowały się z różną prędkością. Długość tego procesu zależała od posiadanej mocy. Jednak głód uniemożliwiał go zupełnie. Natomiast ból odczuwały zupełnie tak samo jak ludzie. Cahir niewiele jadł, Daniel chciał go zmusić do polowania głodząc, więc jego rany goiły się wyjątkowo powoli. W przypadku silnego osłabienia pomóc mogło jedynie picie krwi.
W końcu mężczyzna uznał, że wystarczy. Eliza przyniosła bandaż z apteczki na korytarzu i owinęła nim starannie rozcięty nadgarstek Daniela. Kiedy skończyła, ponownie położyła się obok chłopca. Odwrócił się do niej wyraźnie silniejszy. Zasnęła delikatnie gładząc jego włosy. Mężczyzna spojrzał na śpiącą dziewczynę. Pokręcił głową jakby odpędzając od siebie jakieś myśli. Westchnął ciężko. Przykrył obydwoje kocem, a sam wyciągnął się na kanapie.
~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~
Pub na Finchley Road przy Sainsburym był całkiem przytulnie urządzonym, przyjemnym miejscem. Wygodne fotele i kanapy w jednej sali, stoły bilardowe i dyskoteka w innych. Eliza siedziała z podciągniętymi nogami na kremowej, pluszowej sofie i sączyła małymi łyczkami Woo-Woo, drinka na bazie soku żurawinowego, wódki i likieru brzoskwiniowego. Obok siedział zadowolony z siebie, napuszony jak paw Daniel. Rozmawiał o czymś zawzięcie z rozpartym na fotelu chłopakiem. Na drugiej kanapie, naprzeciwko nich, siedziały dwie dziewczyny ubrane w podobne do siebie obcisłe czarne sukienki. Obydwie były piękne, wyglądały zupełnie jak gwiazdy filmowe. Ubrana w niebieskie jeansy i koszulkę na ramiączkach Eliza wiedziała, że zupełnie do nich nie pasuje. Zresztą tak naprawdę nigdy nie czuła się dobrze w towarzystwie przyjaciół Daniela. Wiedziała, że kiedy przyjdzie reszta, nikt nawet nie zauważy jej nieobecności i będzie mogła stąd wreszcie uciec. Skończywszy drinka odstawiła pustą szklankę na stolik.
– Zaraz wracam – wyszeptała do ucha Danielowi.
Wstała i ruszyła w stronę toalet. W ten sposób mogła uwolnić się chociaż na chwilę od ich towarzystwa. Minęła zakręt korytarza i stanęła opierając się o pokrytą dziwnymi wzorami ścianę. Odetchnęła z ulgą.
– Nudzisz się? – usłyszała znajomy głos tuż przy swoim uchu.
To był Rav, jeden z kumpli Daniela. Odsunęła się od niego odruchowo. Roześmiał się nieprzyjemnym śmiechem. Był bardzo przystojny, jak wszyscy Illi’andinn zresztą, ale Eliza wiedziała o nim zbyt wiele. Rav gardził ludźmi, uważał ich za gorszy gatunek, traktował jak swoje zabawki.
– Rozluźnij się maleńka, chcę tylko z tobą zatańczyć. Nic ci nie zrobię.
– Daj mi spokój – powiedziała cicho dziewczyna.
Była przestraszona, Daniel jej nie pomoże. Był za daleko, a w pomieszczeniu było za głośno. Gdyby chłopak chciał ją skrzywdzić nikt by mu nie przeszkodził. Rav najwyraźniej też to zauważył. Przytrzymał jej ręce i przysunął się niebezpiecznie blisko. Próbowała się wyrwać. Roześmiał się szyderczo.
– Ognista jesteś – powiedział rozbawionym głosem.
Poczuła na karku jego ciepły oddech.
– Puść ją! – usłyszała warknięcie, wypowiedziane rozkazującym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Obcy głos należał do Matta, psychologa ze szkoły Cahira. Młody mężczyzna patrzył pogardliwie na Rava pociemniałymi z gniewu oczami. Ku wielkiemu zdumieniu Elizy tamten posłuchał. Obrzucił Matta niechętnym, wrogim spojrzeniem.
– Jeszcze się spotkamy – wyszeptał jej do ucha i odszedł korytarzem skręcając do dyskotekowej sali.
Dziewczyna spojrzała na mężczyznę niedowierzająco. Był wysoki i dobrze zbudowany, ale dla demona nie miałoby to najmniejszego znaczenia, nawet dla osobnika o tak rozcieńczonej krwi jaką miał Rav. Illi’andinn byli znacznie szybsi i silniejsi od ludzi. Uznała w końcu, że nie chciał wywoływać burdy narażając się tym na gniew Daniela i reszty grupy.
– Nic ci nie jest? – zapytał cicho Matt.
W jego ciepłych, brązowych oczach zobaczyła prawdziwą troskę. Teraz, z dala od szkoły, widziała go w zupełnie innym świetle. Nie mógł być dużo starszy od niej, najwyżej trzy czy cztery lata. Wyglądał na trochę młodszego od Daniela. Grzywa ciemnych włosów opadała mu niesfornie na czoło. Był przystojny, ale nie wyglądał tak nieziemsko cudownie jak Daniel i to jej się w nim właśnie najbardziej spodobało.
Pokręciła przecząco głową. Przypomniała sobie jak na nią patrzył w gabinecie i postanowiła wykorzystać okazję. Przynajmniej będzie miała jeden kłopot mniej.
– Wszystko w porządku, dziękuję. Właściwie to cieszę się, że cię widzę – zaczęła nieśmiało – chciałabym z tobą porozmawiać.
– Dobrze – powiedział – usiądźmy gdzieś.
– Nie, tutaj jest za głośno. Poza tym nie chciałabym znowu spotkać tego chłopaka.
I nie chciałabym, żeby Daniel nas zobaczył – dodała w myślach.
– Mieszkam niedaleko Swiss Cottage, przy Eton Ave, jeżeli masz ochotę przejść się do mnie.
Układało się lepiej niż miała nadzieję przypuszczać.
– Może być – uśmiechnęła się do niego leciutko – chodźmy.
Ruszyła w kierunku wyjścia z pubu.
– Nie masz żadnej kurtki? – spytał – na dworze jest chłodno.
Oczywiście miała bluzę, która wisiała sobie na poręczy kanapy, na której siedział Daniel.
– Nie, kiedy tu szłam, nie było zimno – skłamała.
Chłopak popatrzył na nią zaintrygowany, ale nic nie powiedział. Zamiast tego narzucił jej na ramiona swoją skórzaną kurtkę i razem wyszli z pubu.
~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~
Niskie bloki przy Eton Ave sprawiały wrażenie żywcem wyjętych z filmów o Spidermanie. Jasno oświetlające ulicę latarnie, wyglądały mizernie w porównaniu z kolosalną ścianą z metalu i betonu, która pięła się dumnie ku niebu. Minęli niewielki, ładnie oświetlony hotel i przeszli przez bramę na podwórko jednego z białych budynków. Matt otworzył drzwi i poprowadził dziewczynę klatką schodową na górę. Weszli do schludnego, przestronnego mieszkania.
– Rozgość się – powiedział prowadząc ją do przytulnego salonu, gdzie stała miękka kanapa i dwa wygodne fotele. – Zaraz wrócę.
Chłopak zniknął za drzwiami. Eliza zdjęła buty. Z żalem odłożyła skórzaną kurtkę na jeden z foteli, a sama skuliła się na kanapie. Nie musiała długo czekać. Po krótkiej chwili Matt zjawił się z dwoma piwami. Jedną butelkę podał dziewczynie, sam upijając łyka z drugiej. Usiadł na kanapie, nie za blisko dziewczyny. Cholerny dżentelmen, pomyślała Eliza. No nic to i z takim sobie poradzę. Napiła się odrobinę i odstawiła piwo na niewysoki stolik stojący przed kanapą. Kiedy chłopak na nią spojrzał, uśmiechnęła się do niego swoim najładniejszym, najbardziej niewinnym uśmiechem.
– Podobam ci się? – spytała nieśmiałym głosem, odgarniając włosy tak, żeby spływały po lewym ramieniu.
Kusząco wydęła usteczka. To zawsze działało na mężczyzn. Przekonała się o tym przez lata praktyki na Danielu. Matt z trudem przełknął ślinę, zupełnie zaskoczony tak otwarcie postawionym pytaniem.
– Jesteś piękna – powiedział szczerze – nigdy nie spotkałem nikogo takiego jak ty.
To jej wystarczyło. Powoli przysunęła się do chłopaka. Nie mogąc się opanować, delikatnie odgarnęła niesfornie opadający na czoło kosmyk jego ciemnych włosów. Spojrzała mu w oczy. Usiadła mu na kolanach, tak, że teraz jej twarz znajdowała się tuż przy jego twarzy. Pocałował ją czule, delikatnie, dając jej czas, żeby mogła się wycofać. Oplotła ramionami jego szyję. Przesunął dłońmi po jej ramionach, podwinął delikatnie koszulkę i ciepłą ręką pogładził jej plecy. Dziewczyna poczuła, że jest mocno podniecony. Mimo to nie poganiał ani na nic nie nalegał. Przyzwyczajona do gwałtowności i brutalności Daniela Eliza była mile zaskoczona. Właściwie chciała, żeby jej dotykał, pierwszy raz od czterech lat naprawdę miała na to ochotę.
~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~
Była taka piękna, tak bardzo jej pragnął. Ledwo nad sobą panował. Bał się, że zrobi krzywdę tej kruchej, cudownej istocie, a tego by sobie nie wybaczył. Powoli, delikatnymi ruchami ściągnął z niej koszulkę. Serce biło mu jak oszalałe. Kiedy wyprężyła się by mu pomóc przestał być pewien ile jeszcze wytrzyma. Błagał ją w myślach, żeby się nie ruszała. Był pewien, że jeżeli to zrobi, to on po prostu rzuci się na nią. Spojrzał na jej piersi podtrzymywane czarnym koronkowym stanikiem. To co zobaczył było dla niego jak zimny prysznic. Sine plamy pokrywały biust dziewczyny w wielu miejscach. Dopiero teraz spostrzegł, że były też na jej ramionach, tylko jakby bardziej wyblakłe. Wcześniej nie zwrócił na nie uwagi zbyt zaabsorbowany jej urodą. Nagle przypomniał sobie dlaczego właściwie ją tu zaprosił.
– Kto ci to zrobił? – spytał leciutko przesuwając palcem po obwodzie wyjątkowo dużego siniaka nad jej lewą piersią.
Dziewczyna odskoczyła od niego jakby parzył. Przechwycił jej gniewne spojrzenie.
– Lepiej już pójdę – powiedziała i nie czekając na odpowiedź włożyła koszulkę i zaczęła wkładać buty.
– Zaczekaj… – wyszeptał z błagalną nutka w głosie.
Eliza nic nie mówiąc otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz. Matt westchnął wyzywając się w duchu od idiotów. Wiedział, że mógł to znacznie lepiej rozegrać. Ruszył za dziewczyną, ale tak, żeby go nie widziała. Chciał upewnić się, że bezpiecznie wróci do domu. Sam nie był pewien dlaczego, ale budziła w nim instynkt opiekuna. Wydawała się taka niewinna, bezradna i zagubiona, nawet teraz, kiedy wiedział już jakie z niej ziółko.
Dziewczyna szła szybkim krokiem, jednak mimo to drżała z zimna. Miał ochotę do niej podejść i otulić czymś ciepłym, zdawał sobie jednak sprawę, że to nie najlepszy pomysł. Musiała być na niego naprawdę wściekła. W niedługim czasie znaleźli się ponownie przed pubem. Eliza podbiegła do wychodzącej stamtąd grupki ludzi. Matt stanął za rogiem i obserwował. Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył.
– Gdzie byłaś? – spytał wysoki blondyn patrząc na dziewczynę jakby była jego własnością.
Podał jej granatową bluzę, którą natychmiast włożyła zapinając zamek pod samą szyje.
– Chciałam się przespacerować – skłamała gładko.
Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.
– Więc teraz przespacerujemy się do domu – powiedział aksamitnym, ponętnym głosem. – Razem.
Pomachał na pożegnanie rozchodzącej się w różne strony grupie i poprowadził Elizę w górę Finchley Road, z powrotem ku Swiss Cottage.
Nic dziwnego, że była taka zła i przestraszona, kiedy wspomniałem o opiece społecznej i kiedy pytałem kto krzywdzi ją i dzieciaka – pomyślał Matt.
Teraz już wiedział, dlaczego nazwisko Elizy i Cahira wydawało mu się takie znajome. Po głowie biegały mu tylko dwa słowa będące jednak rozwiązaniem zagadki i odpowiedzią na wszystkie dręczące go pytania – Daniel Maes.