Rozdział 4 – Cztery Światy II
by VickyPenthouse dzielił się na mały salonik, dwie sypialnie, sporą łazienkę i niewielkie pomieszczenie z jacuzzi.
– Dobra to co robimy ze spaniem? – spytała Wika. – My zabieramy Elizę, a wy chłopaka?
– Nie! – wyrwało się przestraszonej królewnie. Spojrzała błagalnie na Szarookiego. – Proszę, nie pozwól im nas rozdzielić.
Miała nadzieję, że i tym razem się za nią wstawi. W końcu nie skrzywdził jej, kiedy byli razem w Kanadzie. Nie rozumiała jego motywów, ale mimo tego, że budził w niej lęk, powoli zaczynała mu ufać. Matthew westchnął ciężko.
– Zabiorę ich do sypialni. Będziemy się przy nich zmieniać z Devorem. Wy się wyśpijcie dziewczyny.
Tamci zgodzili się niechętnie. Elysoun i Chiredan poszli za demonem do jednej z sypialni. Szarooki usiadł pod ścianą. Dziewczyna położyła się na łóżku. Chłopak przytulił ją do siebie. Nakrył ich kołdrą. Jego organizm źle znosił zioła, które czarownica dosypała im do drinków. Był wykończony, do tego jeszcze całe ciało go bolało, po zabawie, która urządził sobie w łazience Łowca. Leżał chwilę tuląc do siebie ciągle przestraszoną dziewczynę. Delikatnie gładził jej złote włosy. Po kilkunastu minutach po prostu zasnął.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Szarooki patrzył na leżącą na łóżku parę. Ten widok sprawiał mu ból. Zdziwił się, kiedy w pewnym momencie dziewczyna zsunęła się z materaca i podeszła do niego. Usiadła przy nim na podłodze.
– Co się stało? – mruknął cicho.
– Zastanawiałam się… – powiedziała niepewnie, jej głos był cichy i drżący.
– Nie bój się mnie – szepnął. – Nie masz powodów, już ci mówiłem.
Dziewczyna głęboko zaczerpnęła powietrza.
– Martwię się o wilka – powiedziała w końcu.
Matthew uśmiechnął się do niej łagodnie.
– Nic mu nie jest. Zaopiekowałem się nim. Został z Maevisem, tak jak reszta moich psów. Nic mu nie będzie. Jest w dobrych rękach.
– Dziękuję – powiedziała patrząc mu w oczy.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Chiredana w środku nocy obudził straszliwy ból. Skulił się na łóżku odsuwając od leżącej przy nim dziewczyny. Z trudem oddychał. Zaczął kaszleć. Czuł w ustach smak krwi. Zwymiotował. Ktoś zapalił światło. Przebudzona Elysoun usiadła koło niego. Delikatnie dotknęła jego ramienia. Szarooki stał nad nimi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Co ci jest? – zapytała zatroskana dziewczyna.
– Nie wiem – jęknął – cholernie boli.
Elysoun spojrzała bezradnie na Matthew. Chiredan znowu zwymiotował. Z jego ust wypłynęła głównie krew.
– Obudź Sylwię, niech zadzwoni po pogotowie – zwrócił się Szarooki do dziewczyny podejmując decyzję.
Wstała zwinnie z łóżka i zniknęła za drzwiami.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Siedzieli na kanapie w poczekalni szpitala. Matthew delikatnie obejmował przestraszoną Elizę. Dziewczyna nie pozwoliła nikomu innemu się do siebie zbliżyć. Szarooki z jednej strony się z tego cieszył, ale jednocześnie cholernie się o nią martwił.
Devor niespokojnie chodził po pokoju. Wika obrzuciła go chłodnym spojrzeniem.
– O co chodzi? – spytała. – Co cię tak straszliwie dręczy? Bo chyba się nie martwisz o chłopaka?
– Martwię się – odpowiedział Łowca – ale nie o to, że coś mu jest, tylko o to, że nie mamy jak go pilnować. Nie wiadomo co mu strzeli do głowy.
Matthew poczuł jak ręce skulonej dziewczyny zaciskają się na jego koszuli. Nie spodobało jej się to co usłyszała. Przytulił ją łagodnie. Była bardziej bezbronna i bezradna niż kiedykolwiek wcześniej. Zastanawiał się jak sobie radziła, zupełnie sama, przez te długie sześć miesięcy. Pozbawienie jej pamięci o świecie ludzi i ostatnich wydarzeniach znacząco wpłynęło na zmianę jej charakteru i temperamentu. Był przekonany, że wcześniej, w takiej sytuacji czułaby złość i irytację, nie strach. Teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała kogoś, kto by się nią zaopiekował. Szarooki żałował tylko, że to miejsce w jej życiu zamiast niego zajął Chiredan. Z całego serca nienawidził chłopaka, a jednocześnie był mu wdzięczny za opiekę nad Elizą. Cholernie też bał się czy tamten jej w jakiś sposób nie skrzywdzi.
Do poczekalni weszła kobieta w białym kitlu. Jej twarz przybrała poważny, współczujący wyraz. Przedstawiła się jako doktor Emma Piterson.
– Wasz przyjaciel ma poważne obrażenia wewnętrzne – oznajmiła. – Prawdopodobnie został pobity. Mieliśmy obowiązek zawiadomić policję. Musieliśmy go operować. Nic mu jednak nie grozi. Obudzi się za kilka godzin. Powinien szybko dojść do siebie. Niestety na salę pooperacyjną możemy wpuszczać tylko rodzinę pacjentów, takie są przepisy. Czy któreś z was jest jego rodziną?
– To jego narzeczona, Elysoun Maes – skłamał gładko Szarooki. – Jestem Matthew Maes, jej brat. Czy to wystarczy?
Pani doktor uśmiechnęła się do niego uprzejmie.
– Tak, oczywiście. Ktoś po was przyjdzie, jak tylko się obudzi. Czy zawiadomiliście jeszcze jakąś rodzinę?
– Chiredan nie ma innej rodziny – powiedziała cicho królewna.
Lekarka wyglądała na odrobinę zmieszaną, ale z jej twarzy nie schodził miły uśmiech.
– Oh, przykro mi to słyszeć. Czy macie do mnie jakieś pytania? – Szarooki pokręcił głową. – W razie czego, gdybyście mnie potrzebowali będę w gabinecie lekarskim. Dowiedzenia.
Kiedy kobieta opuściła poczekalnię Matthew zwrócił się do rudej czarownicy.
– Sylwia, to twoja dziedzina. Dasz radę nam załatwić takie dokumenty? Z pewnością policja będzie chciała nas przesłuchać…
– Myślałam, że to Devor współpracuje z FBI. – Dziewczyna roześmiała się uroczo. – Nie powinno być problemu. Tyle, że mamy tylko kilka godzin… Lepiej zabierzmy się do tego od razu. Wrócimy tu rano.
Szarooki znów poczuł jak wtulona w jego bok królewna sztywnieje. Przez cały ten czas nie puściła jego koszuli. Teraz jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na czarnym materiale.
– Wy idźcie – powiedział odgadując jej niemą prośbę. – My tutaj zostaniemy, Poczekamy, aż chłopak się obudzi.
– Poradzisz sobie? – spytał powątpiewająco Devor. – Już raz ci uciekła.
– Tym razem nie będzie próbowała – powiedział Matthew pewnym głosem. Wiedział, że ma rację.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
– Przyniosłam ci kawę – Eliza uśmiechnęła się do Szarookiego podając mu jeden z papierowych kubeczków które niosła.
– Dzięki – odwzajemnił niepewny uśmiech dziewczyny.
Wziął od niej kubek. Usiadła przy nim na kanapie podwijając pod siebie nogi.
– Dziękuję, że zostaliśmy – powiedziała do niego cicho.
– Twoje życzenia są dla mnie rozkazem. Nawet takie, których muszę się sam domyślać. – Oznajmił z delikatną nutką ironii w głosie.
Roześmiała się cichutko. Potem jej twarz spoważniała
– Matt… – chłopak zdziwił się słysząc właśnie to, używane przez nią najczęściej zdrobnienie swojego imienia – boję się. – Powiedziała cicho. – Strasznie się w tym wszystkim gubię. Moje myśli to jeden wielki chaos.
Szarooki nie spodziewał się takiego wyznania. Postanowił zaryzykować. Objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie. Wtuliła się w niego wczepiając palcami w jego koszulę jak mała małpeczka. Przymknął oczy wdychając cudowny zapach jej włosów. Z trudem powstrzymał się przed powiedzeniem królewnie, że ją kocha.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Elysoun leżała skulona na kanapie w poczekalni szpitala. Spała z głową na kolanach Matthew. Obudziła się na dźwięk otwierających się drzwi. Do pokoju weszła pielęgniarka. Uśmiechnęła się do nich przyjaźnie.
– Pan Blair już się obudził. Jeżeli państwo chcą, mogą się państwo z nim zobaczyć.
Podziękowali jej grzecznie, wstali i poszli za nią.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Chiredan czuł się bardzo senny. Był pod działaniem leków, a i tak go wszystko bolało. Przy łóżku chłopaka stała jakaś monitorująca czynności życiowe aparatura. Był podłączony do kroplówki. Przetaczali mu także krew. Uśmiechnął się blado na widok Elysoun. Dziewczyna, minąwszy drzwi, od razu podbiegła do jego łóżka. Pochyliła się i pocałowała go delikatnie, potem usiadła na materacu obok leżącego chłopaka. Wziął ją za rękę. Przyłożył jej dłoń do swojego policzka. Spojrzała na niego sarnim wzrokiem.
– Tak bardzo się o ciebie bałam – szepnęła.
Zaraz za królewną do pokoju wszedł Szarooki. Stanął przy drzwiach, opierając się o chłodne, zielone kafelki. Jego twarz była lodowatą, nie wyrażającą żadnych uczuć maską. Chiredan obserwował go z niepokojem.
– Jakoś przeżyję – powiedział lekkim tonem, nie spuszczając jednak demona z oczu.
– Co się właściwie stało? – spytała cicho.
– A jak myślisz? – prychnął, czego natychmiast pożałował, bo wszystko w środku rozbolało go jeszcze bardziej. Napotkał pytające, spłoszone spojrzenie dziewczyny. – Twoi rzekomi „przyjaciele” trochę przeholowali dając mi „nauczkę”. Już wcześniej Łowcy połamali mi kilka żeber – przyznał. – Wreszcie musiało się to tak skończyć.
Elysoun spojrzała na Matthew oskarżycielskim wzrokiem. Jej oczy zalśniły od łez.
– Jak mogłeś? – spytała tonem w którym zawarła cały swój zawód i rozczarowanie.
– To nie on, tylko ten drugi – powiedział z rezygnacją Chiredan, właściwie sam nie wiedząc dlaczego broni demona.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Po kilkunastu minutach przyszła pielęgniarka wypraszając ich z sali. Obiecała, że będą mogli zostać dłużej, kiedy przeniosą chłopaka do innego pokoju. Królewna niechętnie wyszła za Szarookim. Matthew zauważył, że dziewczyna z całej siły zaciska dłonie. Położył jej rękę na ramieniu. Natychmiast się od niego odsunęła. Westchnął ciężko.
– Przykro mi – powiedział – naprawdę.
Spojrzała na niego niedowierzająco. Jej oczy wyrażały głęboki żal i smutek.
– Dlaczego tak go nienawidzicie? – spytała. – Nic wam przecież nie zrobił.
– Nie o to chodzi… Boimy się, że on cię skrzywdzi. Devor właściwie uważa, że to Chiredan cię nam zabrał.
– Nawet jeżeli rzeczywiście jestem pod wpływem jakiegoś zaklęcia, to on nie ma z tym nic wspólnego, a wręcz przeciwnie. Jeśli to co mówicie jest prawdą, to powinniście się cieszyć, że go spotkałam.
Szarooki spojrzał na nią poważnie.
– Uwierz mi, jestem mu cholernie wdzięczny za to, że się tobą opiekował. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby stała ci się jakaś krzywda.
– Matt… jeżeli naprawdę jesteś moim przyjacielem to proszę cię, nie pozwól im go skrzywdzić. Bardzo mi na nim zależy – powiedziała patrząc demonowi w oczy. – Sądzę, że go kocham.
Matthew poczuł wielką gulę w gardle. Nie ufał sobie na tyle, żeby cokolwiek powiedzieć. Niepewnie skinął głową.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kiedy weszli do poczekalni dziewczyny już tam siedziały. Sylwia, jak zawsze bardzo zadowolona z siebie, podała im podrobione paszporty. Elysoun zdziwiła się, kiedy znalazła w swoim prawdziwą datę urodzin i czarno-białe zdjęcie, którego nigdy nie robiła.
– Gdzie jest Devor? – spytał zaciekawiony Matthew.
– Rozmawia z policją – stwierdziła Wika. – Będą po kolei przesłuchiwali każde z nas…
Królewna zaniepokojona spojrzała na Szarookiego. Nie chciała iść nigdzie sama, zwłaszcza na przesłuchanie z funkcjonariuszami prawa.
– Wszystko w porządku – powiedział do niej uspakajająco. – Niczym nie musisz się martwić.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Devor uśmiechnął się do siedzącego w gustownie urządzonym, gabinecie dyrektora szpitala, policjanta. Wcześniej pokazał mu odznakę FBI, teraz jego partnerka dzwoniła, żeby wszystko sprawdzić.
– Pracowaliśmy nad sprawą Chiredana Blair już od dłuższego czasu. Miał nas doprowadzić do znacznie grubszej ryby, jednak to już nieaktualne. Spokojnie możecie go aresztować.
Kobieta najwyraźniej skończyła rozmowę, ponieważ wróciła do pokoju. Stanęła przed Devorem i uścisnęła mu serdecznie dłoń.
– Panie Vayandar, jest Pan jedną z policyjnych Legend – uśmiechnęła się do niego uroczo. – Chiredan Blair jest poszukiwany za wymuszenia, napady z bronią w ręku i liczne kradzieże, możliwe, że będzie też oskarżony o morderstwo.
– Proszę, mów mi Devor – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu. – Czy przesłuchiwanie moich przyjaciół będzie konieczne?
– Obawiam się, że tak – powiedział przepraszająco policjant. – Proszę się jednak nie martwić, to rutynowa czynność.
– Boję się o ich bezpieczeństwo – wyjaśnił Łowca. – Chiredan Blair to niebezpieczna osoba.
Mężczyzna był w bardzo dobrym humorze. Wszystko układało się po jego myśli. Pozbył się niechcianego problemu, jednocześnie nie wplątując w całą sprawę swoich przyjaciół. Kto by pomyślał, że jego porywczość i gniew potrafią tak wszystko ułatwić.
– Ależ oczywiście, Devorze – odezwała się policjantka – Za kwadrans będą tu posiłki, dwóch uzbrojonych policjantów będzie pilnowało aresztowanego przez całą dobę. Zostanie on oczywiście przeniesiony do izolatki, a kiedy tylko będzie to możliwe, do więzienia tymczasowego.
– Po za tym jego narzeczona nic nie wie o całej sprawie. Jej brat ze mną współpracował. Bardzo proszę być w stosunku do niej delikatnym.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Do poczekalni wszedł Devor w towarzystwie młodej policjantki. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Kobieta porozmawiała z nimi przez chwilę, po czym wyszła zabierając ze sobą Matthew. Łowca usiadł wygodnie rozpierając się na fotelu.
Elysoun była przerażona tym, że została sam na sam z tymi ludźmi. Po tym, co usłyszała od Chiredana, najbardziej obawiała się właśnie Devora. Nie wierzyła ani przez chwilę, że mógłby być jej prawdziwym bratem.
– Z tego twojego chłoptasia jest całkiem niezłe ziółko – powiedział mężczyzna uśmiechając się do niej promiennie. Zachowywał się tak, jakby opowiadał jakiś niezły żart. – Aresztują go za napady, włamania, kradzieże i posiadanie nielegalnej broni. Widzisz? Nawet nie musiałem w to mieszać Łowców. Dobrało się do niego zwykłe, ludzkie prawo.
Dziewczyna skuliła się na kanapie. Ogarnęły ją bezsilność, złość i gniew. Całą sobą nienawidziła tego człowieka.
Nie musieli czekać długo na powrót Szarookiego. Na twarzy chłopaka malowała się wściekłość. Widać było, ze ledwo nad sobą panuje. Kiedy tylko policjantka wyszła zabierając ze sobą Wikę natychmiast rzucił się na Devora. Zaskoczony Łowca pozwolił mu się uderzyć. Później uaktywniły się wymalowane na jego ciele runy. Odepchnął od siebie demona, tak, że Matthew upadł pod fotelem po drugiej stronie poczekalni. Stanął nad nim z zaciśniętymi pięściami.
– O co ci do diabła chodzi? – warknął.
– Zakablowałeś tego chłopaka – syknął demon. – Przez ciebie go aresztowali. Czyś ty rozum postradał?
– Jeden kłopot mniej – wzruszył ramionami Łowca. – Sam też chciałeś się go pozbyć. Powinieneś mi podziękować, zamiast się na mnie rzucać.
– Kiedy wreszcie zrozumiesz, że nie ważne czego ja chcę? = powiedział zagniewanym głosem Matthew. – Lepiej to jakoś odkręć i to szybko.
Devor prychnął, naprawdę rozbawiony.
– Ty sobie chyba żarty robisz? Ten typ był niebezpieczny dla mojej siostry. Pozbyłem się problemu i tyle. Nie zamierzam z tym niczego robić.
Elysoun wstała z kanapy. Jej zaciśnięte w pięści dłonie drżały.
– Nie jesteście moimi przyjaciółmi – powiedziała pewnym, mocnym głosem. – A ty na pewno nie jesteś moim bratem Devorze. Gdyby któremukolwiek z was na mnie zależało, nigdy byście mnie tak nie potraktowali. Nienawidzę was! – ostatnie zdanie prawie wykrzyczała.
Rzuciła się do przeszklonych drzwi i wybiegła z poczekalni. Matthew zaklął. Zerwał się z podłogi i rzucił za dziewczyną.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Znalazł ją w korytarzu. Siedziała na podłodze, oparta plecami o ścianę i płakała. Delikatnie postawił ją na nogi. Przylgnęła do niego całym ciałem. Wtuliła zapłakaną twarz w jego koszulę.
– Pomóż mi – powiedziała cichym stłumionym głosem. – Proszę cię Matt, musisz mi pomóc.
– Cii, już dobrze – wyszeptał przytulając ją do siebie. – Najpierw musisz porozmawiać z policją. Potem coś wymyślimy. Zaufaj mi, potrafisz to zrobić?
Skinęła głową. Zawstydzona odsunęła się od niego odrobinę. Szarooki w duchu przeklinał głupotę Devora.
Wróciła policjantka. Matthew poszedł z nią prowadząc ze sobą Elizę. Nie przestawał obejmować jej ramieniem. Zostawił dziewczynę dopiero przed samym gabinetem. Po kilku minutach wyszła z niego jeszcze bardziej zapłakana niż przedtem. Policjantka spojrzała na nią współczująco i poszła przyprowadzić na rozmowę Sylwię.
Szarooki zabrał dziewczynę do otaczającego szpital parku. Usiadł na ławce sadzając ją sobie na kolanach. Wtuliła się w niego ciągle łkając. Delikatnie gładził jej plecy.
– Co chcesz, żebym zrobił? – spytał wzdychając. – Zrobię wszystko, bylebyś tylko przestała płakać.
Spojrzała na niego mokrymi od łez oczami.
– Nie mówisz poważnie, prawda? – spytała ledwo słyszalnym głosikiem.
– Owszem, mówię. Jeżeli chcesz, to wysadzę dla ciebie w powietrze ten szpital, tylko proszę, nie każ mi się bić z Łowcą, bo i tak przegram. W tym świecie jestem od niego znacznie słabszy.
Wtuliła się w niego jeszcze bardziej. Bezwiednie miętosiła w dłoni kawałek jego rozpiętej koszuli.
– Jeżeli mówisz poważnie – odważyła się w końcu odezwać drżącym od powstrzymywanego łkania głosem – to pomóż mi uwolnić Chiredana i zabierz nas stąd w jakieś bezpieczne miejsce. Gdzieś daleko od Devora i jego dziewczyny. Matt, nie wiem co oni ci wmówili, ale jestem pewna, że nigdy nie mogliby być moimi przyjaciółmi.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Wika wróciła do poczekalni szpitalnej czerwona na twarzy. Była wściekła. Do tego jeszcze dobiło ją, kiedy zobaczyła na korytarzy płaczącą przyjaciółkę. W jej oczach płonęły niebezpieczne iskierki. Od drzwi naskoczyła na Devora.
– Ty imbecylu! – wrzasnęła na całe gardło – Co ci strzeliło do głowy kretynie?! Czy coś wyjadło ci mózg?!
Łowca speszył się. Wcisnął głębiej w fotel na którym siedział. Sylwia po cichu wymknęła się z pokoju.
– Yyy… kiedy to wyglądało na dobry pomysł… – wydukał z siebie mężczyzna.
– Czy do ciebie nic nie dociera palancie?! Jak mogłeś jej to zrobić! Miała nam zaufać, a teraz pewnie nas nienawidzi! – krzyczała coraz bardziej purpurowiejąc na twarzy.
– No mnie to już szczególnie – przyznał cicho, zawstydzony Devor.
Powoli zaczęło do niego docierać o co gniewał się Matthew. Zdał sobie sprawę, że to nie Chiredan ich obchodził, a zaufanie Elizy.
– Lepiej coś z tym zróbmy, zanim będzie za późno – stwierdziła rzeczowo.
– Już jest za późno – jęknął. – Przekazałem całą sprawę Łowcom z Miami. Będą tu tak szybko jak się da.
– W takim razie miej nadzieję, że Eliza szybko odzyska pamięć, bo inaczej na zawsze nas znienawidzi i to będzie tylko i wyłącznie twoja wina.
– Przepraszam – szepnął chowając głowę w dłoniach.
Dopiero teraz docierały do niego realne konsekwencje tego co zrobił.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Sylwia znalazła Elizę i Matthew w szpitalnym parku. Siedzieli na pomalowanej zieloną farbą ławce. Szarooki przytulał do siebie dziewczynę, a ta chowała twarz w jego koszuli. Czarownica uśmiechnęła się na ten widok. Uznała, że skoro raz jej przyjaciółka zakochała się w demonie, to zakocha się też drugi. W końcu musiała mieć ku temu jakiś powód. Wszystko dobrze się ułoży, nawet jeżeli nie uda im się przełamać zaklęcia.
Nawet nie zauważyli, kiedy nad nimi stanęła. Odchrząknęła, żeby zwrócić na siebie ich uwagę. Spojrzeli na nią, Eliza zaniepokojonym, a Matthew pytającym wzrokiem.
– Musimy coś zrobić – oznajmiła. – Podsłuchałam rozmowę Devora i Wiki… Ten idiota zawiadomił Łowców. Jadą tutaj z Miami… będą pewnie za niecałą godzinę… Zabija tego chłopaka, jeśli mu nie pomożemy.
Rozpacz którą zobaczył w oczach królewny spowodowała, że Szarooki podjął natychmiastową decyzję. Wstał z ławki, delikatnie stawiając dziewczynę na ziemi.
– Świetnie – powiedział. – Dajcie mi pół godziny. Spotkamy się przy przejściu na 19th Ave. Portal jest w piwnicy jednego z tych dużych żółtych domów. Nie mogę tu z nimi walczyć, w tym świecie, są dla mnie zasilni.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Leldorin stał u boku swojego ojca, króla Traviana. Przyjmowali w swojej twierdzy Łowców. Elf był niezmiernie ciekawy, co to za tajemnicza sprawa, że osobiście pofatygowali się, żeby przekazać im informacje.
– Znaleźliśmy go, królu – odezwał się młody mężczyzna, o jasnych włosach i żywo niebieskich oczach.
– Więc gdzie on jest? – wódz Travian wyglądał na podenerwowanego, wyraźnie się nie mógł czegoś doczekać.
– Uciekł nam, panie.
– Jak to uciekł?! – zdenerwował się król.
– Pomogła mu królewna Elysoun, panie – odpowiedział tamten niepewny, czy nie mówi zbyt wiele.
– Co?! Dlaczego mu pomogła?!
– Rzucono na nią zaklęcie zapomnienia, ojcze. – Wtrącił się Leldornin. – Uważa cały Sojusz za swoich wrogów. Nie pamięta, że pomogliśmy jej przedostać się do świata ludzi i tam ją ukryliśmy. W ogóle nic nie pamięta od czasu, kiedy skończyła dwanaście lat, a przynajmniej jej wspomnienia bardzo różnią się od tych prawdziwych.
– Więc jest teraz z wyklętym? – elfi król wyglądał na przestraszonego tą sytuacją. – Grozi jej niebezpieczeństwo!
– Jak to wyklętym? – zainteresował się czarodziej.
Król Travian zmieszał się odrobinę. Spojrzał niepewnie na syna.
– Ponad dwadzieścia lat temu jedna ze zdeprawowanych wiedźm, Daphne uwiodła mnie zaklęciem miłosny. Poczęliśmy syna. Udało jej się go ukryć nim Łowcy dopadli ją i zabili. W końcu jego też odnaleźli. Wymyka się im od ładnych paru lat. Nie chciałem go zabijać, planowałem zamknąć go w lochu i obserwować… w końcu to mój syn… a nigdy nie mieliśmy okazji sprawdzić w praktyce legend o wyklętych… Teraz jednak sądzę, że nie ma innego wyboru.
Leldorin popatrzył niedowierzająco na ojca, a potem wybuchnął śmiechem. Najwyraźniej towarzystwo ludzi źle na niego wpływało, ponieważ nie mógł się przestać śmiać.
– Ojcze – udało mu się w końcu wydusić z siebie – jesteś największym głupcem jakiego nosił ten świat. – W końcu udało mu się spoważnieć. – Od początku coś mi się w tym wszystkim nie zgadzało, za łatwo poszło. To nie ja jestem najmłodszym synem z Silva Magna, o którym mówi proroctwo, jest nim mój „wyklęty” brat.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Wiał silny, porywisty wiatr. Zrobiło się naprawdę chłodno. W końcu była zima, a oni nie znajdowali się już na, wiecznie słonecznej, Florydzie. Eliza zadrżała z zimna. Miała na sobie tylko cienką, rozpinaną koszulę. Spojrzała na Chiredana. Chłopak szedł z trudem, opierając się całym ciężarem ciała na ramieniu Szarookiego. Doskonale zdawali sobie sprawę, że zabieranie go ze szpitala w tym stanie, nie było najlepszym pomysłem, ale po prostu nie mieli innego wyboru. Opatulona w dresową bluzę Sylwia też patrzyła w tamtym kierunku.
– Niedługo przestaną działać leki, Chiredan będzie się skręcał z bólu… – powiedziała cicho. – Zabrałam ze sobą potrzebne zioła, ale kiedy je weźmie, zaśnie na kilka godzin.
– Masz rację – stwierdził Matthew – musimy się gdzieś zatrzymać, ale podejrzewam, że Łowcy już nas tropią.
Eliza nie miała pojęcia, gdzie mogliby się ukryć. Nie znała tej okolicy. Były tu porośnięte trawą wzgórza, a w oddali widziała jakieś drzewa. Portale mogły prowadzić w przeróżne miejsca. W świecie ludzi, poukrywane były mniej więcej co kilkanaście kilometrów, a każdy prowadził w inne miejsce magicznego świata. Dziewczyna coraz bardziej martwiła się o Chiredana. Spojrzała na demona smutnymi, coraz bardziej przestraszonymi, chabrowymi oczami.
– Matt… masz jakiś pomysł? – spytała z nadzieją w głosie. Szczerze wierzyła, że chłopak znajdzie rozwiązanie ich problemów. Właściwie, to naprawdę zaczęła mu ufać. – Czy któreś z was wie, gdzie my w ogóle jesteśmy? Nie poznaję tego miejsca.
Szarooki westchnął, ale skinął głową.
– Niedaleko stąd powinna być jaskinia. Przynajmniej będziemy osłonięci od wiatru. I tak, wiem gdzie jesteśmy. To ziemie Lorda Marcusa, teren Władcy Demonów.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Chiredan z trudem usiadł opierając się plecami o skalną ścianę. Był wykończony. Rana na boku bolała go coraz bardziej. Jak przez mgłę pamiętał co działo się wcześniej. Zdziwił się, kiedy w szpitalu zobaczył demona. Szarooki pozbawił przytomności dwóch pilnujących go policjantów i, jak gdyby nigdy nic, go stamtąd zabrał. Później przejechali prawie przez całe miasto. Chłopak nie mógł uwierzyć, kiedy tamten wepchnął go do starej, wyglądającej na głęboką, studni w piwnicy jednego z żółtych domów przy 19th Ave. Nie ufał własnym zmysłom, kiedy po długim upadku znalazł się w tym dziwnym, zielonym miejscu. Właściwie wszystko co się wydarzyło wyglądało dla niego jak jakieś po narkotykowe omamy.
– Wypij to – powiedziała ruda, drobna dziewczyna, podając mu kubek od termosu.
Popatrzył na nią nieufnie i pokręcił przecząco głową. Nie miał siły, żeby inaczej zaprotestować. Elysoun podeszła do niego i uklęknęła przy nim.
– Chiredan, oni chcą nam pomóc. Proszę… musisz wyzdrowieć – powiedziała cicho.
Wzięła od Sylwii naczynie. Przysunęła je do ust chłopaka. Skrzywił się nieznacznie, ale wypił podany mu napój. Przed oczami pojawiły mu się czarne plamy. Chwilę później odpłynął w błogą nieświadomość.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
– Na pewno nic mu nie będzie? – zapytała z niepokojem Eliza.
Czarownica wyglądała na bardzo niezadowoloną z takiego braku wiary w jej umiejętności.
– Nie martw się – Szarooki uśmiechnął się do królewny. – Sylwia wie co robi. Naprawdę.
Znajdowali się w niewielkiej, naturalnie wyrzeźbionej w skale, jaskini. Naznosili do środka sporo paproci i świerkowych gałęzi, żeby nie musieć siedzieć na gołej ziemi. Dziewczyna podłożyła Chiredanowi pod głowę nieco liści, chciała żeby było mu wygodnie, na tyle, na ile to możliwe w takich warunkach.
Elizie ciągle było zimno, ale w jaskini przynajmniej już nie wiało. Na dodatek bała się tego, co będzie dalej. Kiedy znaleźli to miejsce, demon zniknął na jakiś czas, żeby zatrzeć za nimi ślady. Teraz siedział pod przeciwległą ścianą niewielkiej wnęki. Przyglądał się królewnie. W jego oczach czaił się smutek.
– Zimno mi – jęknęła Sylwia. Ta wycieczka wyraźnie przestała jej się podobać. – Rozpalmy jakieś ognisko.
– Nie możemy, wtedy od razu nas znajdą – powiedział Matthew cierpliwie, jakby tłumaczył coś namolnemu dziecku. – Chodź tutaj do mnie – powiedział uśmiechając się ponuro. Spojrzał na drżącą z zimna Elizę. – Właściwie to obie chodźcie – stwierdził zdejmując z siebie koszulę i podając ją królewnie.
– Dziękuję – powiedziała biorąc od niego okrycie.
Czarownica podeszła do demona, niepewnie siadając obok. Objął ją ramieniem i przytulił do siebie. Zarumieniła się uroczo. Eliza włożyła czarną koszulę chłopaka i usiadła z drugiej strony. Nieśmiało wtuliła się w bok Szarookiego. Jego ciało było bardzo ciepłe, jakby wytwarzał jakąś specjalną energię.
– Teraz lepiej? – spytał zadowolony.
– Znacznie – przyznała Sylwia. – Jak to zrobiłeś?
– Moją domeną jest ogień – uśmiechnął się do niej. – Mam kilka przydatnych umiejętności. Może się trochę prześpicie? – zaproponował. – Chiredan i tak będzie nie obudzi się przez kilka najbliższych godzin, a wy musicie być w stanie podróżować.
– Pewnie masz rację – westchnęła ruda czarownica. – Dobranoc.
Sylwia przylgnęła do niego mocniej. Zamknęła oczy. Eliza skuliła się na ziemi kładąc mu głowę na kolanach. Objął ją ramieniem, żeby ogrzać dziewczynę najbardziej jak się tylko da.
– Matt – odezwała się cicho królewna. – Dziękuję ci. Za wszystko.
Uśmiechnął się do niej ponuro.
– Śpij – powiedział – jutro czeka nas ciężki dzień.
Wtulona w niego dziewczyna zamknęła oczy. Szarooki ze ściśniętym gardłem obserwował jak zasypia. Zastanawiał się dlaczego wszystko zawsze musi się w jakiś idiotyczny sposób komplikować.