Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Elena

    Przejrzała w bibliotece chyba wszystkie możliwe pozycje na temat legend i mitów, nie tylko z Irlandii, ale niemalże z całej Europy. Internet też niewiele pomógł. Ona jednak musiała, po prostu musiała znaleźć sposób na odczarowanie Cola. Poza tym z pewnością by nie zaszkodziło, gdyby w jakiś sposób udało jej się również pomóc przyjaciółce…

    – Dalej nie przestałaś szukać informacji o mnie? – uśmiechnęła się smutno Laura, przysiadając się do jej stolika.

    Elena przecząco pokręciła głową.

    – Nie i nie spocznę, aż znajdę. Naprawdę nie możesz nic z tym zrobić? Na przykład z nim zerwać… – dodała ostrzej niż zamierzała. 

    – Masz na myśli Cola? – domyśliła się Laura. – Wiesz, to dziwne. Jego przypadek jest inny. Zazwyczaj starczy, jak powiem chłopakowi, że mam go dość i odezwę się, kiedy będzie mi potrzebny. On jednak reaguje na mnie zacznie bardziej. Gdybym wyjechała z miasta, pojechałby za mną… Gdyby uznał, że mnie stracił, na zawsze… – spojrzała Elenie w oczy – myślę, że popełniłby samobójstwo.

    Dziewczyna spojrzała na nią chłodno.

    – Więc tym bardziej muszę znaleźć jakiś sposób.

    – Nie gniewaj się na mnie – poprosiła cicho Laura. – Zwłaszcza teraz, kiedy… – zająknęła się. 

    Wyraźnie nie wiedziała jak to powiedzieć. Nigdy nie zwierzała się nikomu, bo i przecież wcześniej nie miała żadnych przyjaciół, a Elena doskonale ją rozumiała. Była indywidualistką i przez to zazwyczaj również była sama.

    – Co się stało? – zainteresowała się, żeby jakoś ją wspomóc.

    – Całowałam się z Ianem – mruknęła cicho, spuszczając wzrok. Dziewczyna zdała sobie sprawę, jak wiele Laurę kosztowało to wyznanie, a wyraźnie chciała powiedzieć coś jeszcze. Czekała w milczeniu. Laura podniosła wzrok. – Całowałam się z nim niemalże tydzień temu i od tej pory… ja nie potrzebuję nikogo więcej. Nigdy jeszcze nic takiego się nie zdarzyło.

    – To dlatego Cole chodzi taki smętny? – westchnęła, mając poczucie winy, że to było pierwsze, co przyszło jej na myśl.

    – Tak – przyznała Laura. – Nie jest mi chwilowo potrzebny, a myślę, że Ian… że on jest trochę zazdrosny.

    Elena przewróciła oczami.

    – Trochę?! Kiedy przyłapał cię, jak całowałaś się z Davidem, myślałam, że udusi go gołymi rękami. I to wcale nie ze względu na Cola.

    Laura wyglądała na zupełnie załamaną. Widać było, że te problemy jej nigdy nie dotyczyły.

    – Wiec co ja mam zrobić? – szepnęła, podciągając nogi na krzesło, by móc objąć kolana dłońmi.

    Elena uśmiechnęła się do niej, mając nadzieję, że choć trochę doda przyjaciółce otuchy. Ze wszystkich sił starała się tłumić ogarniającą ją zazdrość.

    – Staraj się trzymać Cola w dalszym ciągu na dystans i pozwól mi kontynuować moje poszukiwania – stwierdziła stanowczo. – Acha i nie zapomnij, że jak będziesz potrzebowała nowej dawki pocałunków, to powinnaś zgłosić się w pierwszej kolejności do Iana.

    Policzki Laury zaróżowiły się uroczo. Dziewczyna nawet nie próbowała ukryć zawstydzenia. Szybko zmieniła temat.

    – Myślę, że powinnaś porozmawiać z moim tatą. On sam od lat prowadzi przeróżne badania. Na pewno chętnie się podzieli wiedzą. Poproszę, żeby ci pomógł. 

    – Tak zrobię – przytaknęła Elena. – Będzie znacznie szybciej.

    – Poza tym przyprowadziłam ci pomoc – dodała znacznie weselej Laura, wskazując na wchodzącego do czytelni Cola. – Tylko pamiętaj, że nie jest wtajemniczony w to co robimy. Myśli, że pomaga nam z referatem. No to ja lecę – dodała zrywając się od stolika. 

    Cmoknęła chłopaka w policzek i uciekła z pomieszczenia, nie zwracając uwagi na to, jak Elena zgromiła ją wzrokiem. Dziewczyna westchnęła. Przywitała się z Colem, który usiadł, zamiast naprzeciwko, to tuż obok niej. Mimo, że wiedziała, iż jego entuzjazm wynika jedynie z prośby Laury, to i tak z powodu jego obecności, była niemalże wariacko szczęśliwa.

    Laura

    Dokładnie siedem dni! Przez siedem dni była cudownie wolna. Nawet seks by jej tyle nie dał. Nie, żeby próbowała, ale wiedziała to z opowieści swojego ojca. On tą decyzję pozostawił jej samej. Poczuła, jak kręci się jej w głowie. Ugięły się pod nią nogi. Znowu za długo zwlekała. Nie mogła przecież zadzwonić do Cola. Nie teraz, kiedy całe dnie spędzał z Eleną na poszukiwaniach. W korytarzu pojawił się Michael. Był łatwym celem. Lubił zmieniać dziewczyny i dla Laury nie stanowił żadnego wyzwania. Przeszedł obok niej. Już miała do niego podejść, ale w ostatniej chwili spuściła wzrok, wymykając się na klatkę schodową. Drżała. Nie mogła tego zrobić. Elena miała rację. Tylko, że… co ona miała powiedzieć Ianowi? Przeszła parę kroków i wcisnęła się w kąt, pomiędzy szafkami. Usiadła, opierając się plecami o ścianę. Zamknęła oczy. Miała nadzieję, że nie straci przytomności. Da radę. Wytrzyma. Wyciągnęła telefon. Zaczęła pisać smsa, a potem… potem go skasowała. To samo zrobiła z pięcioma kolejnymi. Komórka sama wysunęła się z jej dłoni. Była zbyt słaba, żeby wstać. Łzy mimowolnie zaczęły spływać po jej policzkach. Czy to musiało być takie trudne? Nigdy przecież do tej pory nie było…

    – Co tu robisz? – usłyszała znajomy głos. Widziała go jak przez mgłę. Ukucnął przy niej. – Laura? Co się dzieje?

    Był zaniepokojony. 

    – Nic – odezwała się cicho, spuszczając wzrok. 

    Łagodnie dotknął jej policzka, ścierając z niego łzy. 

    – Wyglądasz na chorą. Laura czy ty… – przerwał z westchnieniem. – Zadzwonię po Cola – stwierdził.

    Chciała mu na to pozwolić, ale w jego głosie usłyszała cos takiego… Chwyciła go z rękę, żeby nie pozwolić mu wstać.

    – Nie, proszę – szepnęła, kiedy spojrzał na nią pytająco. – Czy to nie możesz być ty?

    Przez chwilę przyglądał jej się uważnie, a potem, niespodziewanie, znalazła się w jego ramionach. Sama jego bliskość wystarczyła, by dodać jej sił. Pocałował ją, mocno przytulając do siebie. Zamknęła oczy. Ogarnęło ją uczucie cudownego uniesienia. Cały świat przestał istnieć. Był tylko on. Euforia trwała przez kilka chwil, a potem on ją od siebie odsunął.

    – Czy to wystarczy? – zapytał rzeczowo.

    Poczuła jak pęka jej serce, roztrzaskując się na milion drobnych kawałków. Więc chciał jej tylko pomóc… Jak przyjaciel… Skinęła głową, z trudem powstrzymując łzy. Ból był nie do zniesienia. 

    – Laura, o co chodzi? – chciał dowiedzieć się, wyraźnie zaniepokojony.

    – Nie, nic – mruknęła, niechętnie odsuwając się od niego.

    W samą porę, bo na korytarzu pojawiła się Elena, a zaraz za nią, szedł Cole. Dziewczyna uśmiechała się uradowana.

    – Tu jesteście! Wszędzie was szukam! Żadne z was nie odbiera telefonów! 

    Laura podniosła swoją leżącą na podłodze komórkę, która najwyraźniej musiała wyłączyć się od upadku. Ian tylko wzruszył ramionami, a potem odsunął się, by zrobić przejście, Colowi, który natychmiast objął Laurę w pasie, stanowczo przyciągając do siebie. 

    – O co chodzi? – dziewczyna zmusiła się by normalnym głosem zadać pytanie.

    Elena uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

    – Znalazłam! – oznajmiła radośnie. – Mam dokładnie to, co rozwiązałoby nasze wszystkie problemy!

    Ian

    To było piekielnie trudne – stać z boku i przyglądać się, jak Laura i Cole… Miał to cholerne przeczucie, że coś jest nie tak i dlatego zaczął jej szukać. Co gorsza okazało się, że miał rację. Potrzebowała jego pomocy i to bardzo. Nie pojmował czemu ona w ogóle doprowadza się do takiego stanu? Miała przecież Cola i… miała jego. Może nie dość wyraźnie przedstawił jej swoje uczucia? A może to ona po prostu nie chciała… Ian odgonił ponure myśli. Przynajmniej go lubiła, a to znacznie więcej niż można było powiedzieć o jej relacji z Colem. Pojechali do nich do domu. Był wściekły, że musi prowadzić, podczas gdy Laura siedziała na tylnym siedzeniu z Colem. Mieszkali sami, we trójkę, on, Cole i Mark, mieli gospodynię, kucharza i pokojówkę, oraz całą ekipę stylistów. Ian szczerze nienawidził tych ludzi. Wolałby mieszkać w jednopokojowym mieszkaniu, w rozpadającej się ruderze i mieć święty spokój. To jednak najwyraźniej było zbyt wiele. Kiedy zaczynali, było fajnie, ale teraz momentami czuł, że się dusi. Sami jednak byli sobie winni. Za bardzo korzystali z szumnie zwanego „życia gwiazd”. Zwłaszcza Cole. Teraz jednak Cole się zmienił, a wszystko to przez Laurę. Usiedli w salonie na kanapie, a Elena z dumą rozłożyła książkę. 

    – Zobaczcie to – oznajmiła. – Tu jest tego trochę. W każdym razie wszystko sprowadza się do tego, że kiedy ktoś zobaczy sylfidę kąpiącą się w świetle księżyca, to klątwa znika.

    Ian wziął od niej książkę. Przeleciał tekst wzrokiem. Wyglądała na jakąś starą mitologię. Przeczytał cały tekst i poczuł, że ma ochotę udusić tą dziewczynę.

    – Po pierwsze tu chodzi o konkretne miejsce. Jezioro Lustrzane. 

    Pytająco spojrzeli na Laurę. Wzruszyła ramionami.

    – Znam je. Jest w Wicklow, w Irlandii. To Park Narodowy.

    – Nie ważne – mruknął Ian. – To i tak w niczym nam nie pomorze. Klątwa znika, ponieważ sylfida należy do mężczyzny, który ją zobaczy. To po prostu jakby odwrócenie ról…

    Elena popatrzyła na niego ze złością, a Laura pytająco. W pewnym momencie wtrącił się Cole, o obecności którego zupełnie zapomnieli.

    – Nie rozumiem – mruknął wyciągając się leniwie na kanapie, ramię kładąc na jej oparciu, tuż za Laurą – czemu tak bardzo obchodzi was ten referat? To takie ważne?

    No tak, przecież nie wtajemniczyli go w sytuację. Nie miało to większego sensu. I tak by nie uwierzył, że wcale nie kocha Laury. Dziewczyna spojrzała na niego, a potem odwróciła wzrok.

    – Tak, ważne – przyznała. – Jeżeli nie chcesz, nie musisz nam pomagać – stwierdziła.

    W oczach Cola błysnęło przerażenie. Zdał sobie sprawę, że zrobił coś złego. Powiedział słowa, przez które Laura była z niego niezadowolona.

    – Nie, nie, to nawet fajne – zaprotestował szybko. – Po prostu chciałem wiedzieć czemu tak wam zależy – usprawiedliwił się niepewnie.

    Niepewny Cole. To również była nowość. Ian go nie poznawał. Ten nowy Cole był zupełnie inny od jego przyjaciela. Pod pewnymi względami nawet lepszy, ale reszta… to był czysty obłęd.

    – Inne źródła to również potwierdzają – wtrąciła Elena, ignorując wymianę zdań. – Poza tym wcale nie jest powiedziane, że od tego momentu to sylfida będzie pod czyimś urokiem. Po prostu klątwa ma zniknąć. 

    – Jak dla mnie możemy lecieć do Irlandii nawet jutro. Na przykład pod pretekstem koncertu. Wszystko mi jedno, ale to decyzja Laury, nie twoja – odezwał się Ian, wyraźnie zły, że tak przypadło jej do gustu niezbyt przekonujące, niepewne dla Laury, rozwiązanie.

    – Cole, chciałbyś zagrać w Irlandii? – uśmiechnęła się do niego dziewczyna.

    – Yyy, jasne, czemu nie – odparł nieco zbity z tropu. – Jeżeli tylko tego sobie życzysz, zaraz porozmawiam z menadżerem, niech czegoś poszuka. 

    – Nie – chwyciła go za rękę Elena, zanim wstał. – Lepiej zrobić z tego wyjazd incognito – oznajmiła poważnie. Jesteście w stanie zarezerwować bilety? Na przykład na jutro?

    Cole uśmiechnął się rozbrajająco i choć przez chwilę przypominał tego starego siebie.

    – Oczywiście, mała – oznajmił poważnym, oficjalnym tonem i tylko jego uśmiech, zdradzał rozbawienie. – I to w pierwszej klasie.

    Elena poszła z Colem, a Ian obiecał odwieźć Laurę do domu. W dalszym ciągu jednak wcale mu się ten pomysł nie podobał.

    – Czemu chcesz tam jechać? Przecież to jakiś głupi cień szansy – warknął na nią, kiedy wyszli przed posiadłość.

    Spojrzała mu w oczy. 

    – Nawet taki nikły cień jest lepszy niż nic – stwierdziła. – Przecież ten wyjazd to dla was nie problem, prawda?

    Kilkunastogodzinna podróż do Europy… samolotem… Mimo to, miała rację. To nie był dla nich problem. Problem stanowiło zupełnie co innego.

    – A co jeżeli ta legenda jest dosłowna? Co jeżeli będziesz miała obsesję na czyimś punkcie, tak jak Cole na twoim?

    Uśmiechnęła się do niego, ale był to bardzo smutny uśmiech.

    – Niedługo pocałunki mi nie wystarczą, Ian. Będę potrzebowała czegoś więcej. Nie chcę tak żyć. I nie chcę umrzeć jak moja mama.

    Laura

    W samolocie czuła się bardzo nieswojo. Chciała usiąść przy oknie, ale zaraz obok niej wpakował się Cole, więc zamieniła się z nim miejscami i teraz siedziała pomiędzy nim, a Ianem. Wiedziała, że ta męczarnia będzie trwała najmarniej dwanaście godzin. Mieli lecieć przecież niemal całą noc. Na ekranie leciała jakaś bajka. Skuliła się na swoim fotelu. Nic nie powiedziała ojcu, ponieważ wiedziała, że byłby przeciwny takim eksperymentom. Martwił się o nią, tak samo jak Ian. Na samą myśl coś ścisnęło ją w środku. Znów z trudem powstrzymała się przed tym, żeby się do niego przysunąć. Według oficjalnej wersji spała u Eleny, która teraz, wpatrzona w kreskówkę, zajmowała fotel z brzegu. Najchętniej by się z nią zamieniła, by móc zasnąć z głową na ramieniu, a jeszcze lepiej kolanach, Iana. Bez szans. Przecież obok siedział Cole. Nie miała pojęcia jak on by zareagował. Nie wiedziała również, jak zareagowałby Ian. To było nowe uczucie – ta niepewność. Laura kompletnie nie wiedziała co teraz zrobić ani jak się z tym zachować. 

    – Czy podać coś do jedzenia? – odezwała się uprzejmym głosem stewardesa, uśmiechając się firmowo.

    Chłopacy zamówili sobie posiłek, a Laura wzięła owoce, tylko Elena odmówiła, ponieważ latanie wyraźnie jej nie służyło. Cole przy jedzeniu natychmiast wyrwał się z zamyślenia. Dalej nie miał pojęcia czemu lecą na inny kontynent w celu napisania referatu, taką jednak zachciankę miała jego ukochana, więc on nie protestował. Laura westchnęła. Gdyby również tak łatwo było poznawać myśli Iana… nie! Natychmiast poprawiła się w myślach. Tego zdecydowanie by nie chciała. 

    – Nie jesz? – zapytał Cole, obserwując, jak Laura niechętnie skubie winogrona.

    Uśmiechnęła się do niego blado.

    – Jakoś mi nie idzie – stwierdziła.

    – Daj, pokarmię cię – oznajmił nonszalancko, wyjmując jej z ręki owoce i wkładając do buzi dziewczyny.

    Roześmiała się. 

    – Cole, przestań – jęknęła rozbawiona, kiedy sięgnął po następny.

    Chłopak jednak nie przestawał, w dalszym ciągu się z nią drażniąc. Gradową minę Iana zauważyła, dopiero, kiedy gwałtownie wstał i opuścił ich rząd. Coś zmroziło ją w środku. Zerwała się z miejsca.

    – Idę do łazienki – powiedziała przepraszająco do Cola, a potem pobiegła w ślad za Ianem.

    Stał w ciemnościach przed kompleksem kabin. Wyraźnie zaskoczył go jej widok. 

    – Co tu robisz? – spytał dość ponuro.

    Mimo panującego tutaj półmroku, spuściła wzrok. Poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Co, jeżeli on po prostu znalazł się tutaj za potrzebą… ale nie… widziała przecież jego minę…

    – Coś się stało? – zapytała cicho, ponieważ inne słowa nie przychodziły jej do głowy, w której, jak na zawołanie, pojawiła się pustka.

     – Nic – z jego ust wydobyło się niemal warknięcie.

    – Ian? – zapytała nieśmiało.

    Spojrzał jej w oczy.

    – Dlaczego do cholery to musiał być Cole?! – wyrzucił z siebie. – Nikim innym bym się nie przejmował. Po prostu zignorowalibyśmy jego obecność, albo cokolwiek innego… ale teraz… wszystko się we mnie gotuje, kiedy na was patrzę – oznajmił jeszcze bardziej ponuro.

    Roześmiała się. Wiedziała, że to niewłaściwie, ale nie mogła powstrzymać tego śmiechu. Był zazdrosny! Zazdrosny o nią! To było takie cudowne! Patrzył na nią nieco urażony. Postanowiła zaryzykować. Podeszła do niego, opierając głowę o jego tors. Odetchnął głęboko. Przytulił ją do siebie.

    – Czy to ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie czy to jestem ja, Cole czy ktokolwiek inny? – zapytał, a w jego głosie słychać było ból.

    O tym nie pomyślała. Brała pod uwagę tylko swoje wątpliwości, nie sądziła, że on również może mieć własne. Zastanowiła się przez chwilę, nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów, by mu odpowiedzieć. Bała  się wyznać mu prawdę.

    – Gdybym mogła wybierać – oznajmiła w końcu – przez cały czas byłbyś to tylko ty. Nie potrzebuję i nie chcę nikogo innego.

    Jego reakcja kompletnie ją zaskoczyła. Odsunął ją od siebie, pochylił się i przywarł wargami do jej ust. Jego palce znalazły się w jej włosach, drugą ręką, obejmował ją w talii. Znowu ogarnęło ją to cudowne uczucie, za którym już się stęskniła. To było cudowne, nie do opisania! Kiedy się od siebie oderwali, zauważyła z satysfakcją, że nie tylko ona łapczywie chwyta powietrze. Wpatrywał się w nią intensywnie, jakby chłonąc każdy szczegół jej twarzy. 

    – Z tą świadomością jakoś przetrwam noc – wyszeptał w końcu. – Idź już, ja też zaraz przyjdę.

    Wspięła się na palce i jeszcze raz go pocałowała, a potem posłusznie odeszła. Kiedy usiadła, Cole złożył poręcz i objął ją ramieniem. Niechętnie mu na to pozwoliła. Potem wrócił Ian, a ona zauważyła na jego twarzy grymas bólu. Miała ochotę wyrwać się Colowi, ale siedziała bez ruchu. W końcu położyła się, zwijając sweter na jego kolanach, niczym poduszkę. Stopami niechcący dotknęła uda Iana i nawet przy tak niewielkim kontakcie, poczuła przyjemny dreszcz. Chłopak, pod szeroką poręczą, położył dłoń na jej skarpetce. To było przyjemne. Cieszyła się, że jest razem z nią, nawet jeżeli ona musi udawać, że chce Cola. Zamknęła oczy. Marzyła o tym, by móc się do niego przytulić. Być może, jeżeli wszystko się uda… Zanurzyła się w krainę snów wraz ze swoimi marzeniami. Zasypiając wiedziała, że tej nocy będzie śniła o irlandzkich jeziorach, lasach i przede wszystkim, o towarzyszącym jej Ianie.

    Cole

    Przeciągnął się i ziewnął. Byli już prawie na miejscu. Z zadowoleniem zdał sobie sprawę, że Laura ciągle śpi na jego kolanach. Obudziła się dopiero, kiecy stewardessa poprosiła o zapięcie pasów. Zbliżali się do lądowania. Ballady nie kłamały. Irlandia okazała się naprawdę zielonym krajem. Cole dalej nie rozumiał całego sensu tej wyprawy, ale Laura sprawiała wrażenie bardzo podekscytowanej, a to go cieszyło. Do czterogwiazdkowego hotelu, znajdującego się w bezpośrednim sąsiedztwie Parku Wicklow, dotarli późnym popołudniem. Chłopak zirytował się odrobinę, kiedy okazało się, że on będzie dzielił pokój z Ianem, a Laura z Eleną, ale zdawał sobie sprawę, że to miało sens. Przecież Ian i Elena nie byli razem, dlaczego więc mieliby dzielić pokój? Teraz siedzieli przy czteroosobowym stoliku i jedli kolację, a Cole czuł się szczęśliwy. Z zachwytem wpatrywał się w swoją dziewczynę. Wszystko było cudowne, do czasu, aż ktoś nie postanowił mu zmącić spokoju.

    – Plan mamy taki – oznajmiła wesoło Elena – jutro rano Laura z Ianem pójdą do lasu, trasą nad jezioro i spróbują się czegoś dowiedzieć, a ja i Cole zostaniemy tutaj i jeszcze trochę poczytamy. 

    Co?! Jak to zostaniemy?! I dlaczego Laura z Ianem? Teraz dostrzegł coś jeszcze. Laura, jego Laura, jego dziewczyna, ukradkiem trzymała Iana pod stołem za rękę. Usta same zacisnęły mu się w wąską linię, a dłonie w pięści, ale wiedział, że nie może wybuchnąć. Nie przy niej. Jak on mógł?! Ten parszywy szczur, który kiedyś był jego przyjacielem! Tym razem nie mógł się doczekać, kiedy wrócą do wspólnego pokoju. Już za drzwiami, natychmiast przycisnął chłopaka do ściany. Wkurzyło go jeszcze bardziej, że Ian nie wyglądał na zaskoczonego.

    – Odwal się od mojej dziewczyny! – warknął wściekle.

    – Cole, to nie tak… – odezwał się Ian, nie ruszając się z miejsca.

    – Nie tak, a jak?! – z trudem panował nad tym, żeby nie wrzeszczeć.

    Ian milczał. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Cole czuł się oszukany, zdradzony i wściekły. A jednak, jeżeli się pobiją, Laurze będzie przykro. Co gorsza, złościła będzie się na niego. Nie mógł tego zrobić. Musiał wymyśleć coś innego, ale jedno wiedział już na pewno – Ian nie jest i nigdy naprawdę nie był jego przyjacielem.

    Laura

    Po raz dziesiąty dość stanowczo wyjaśniła Colowi, dlaczego powinien zostać w hotelu, a on nareszcie się z tym pogodził, mimo, że wyraźnie nie był zachwycony. Wraz z Ianem wsiadła do wypożyczonego samochodu i pojechali na parking pod samym lasem. Mieli ze sobą plecaki z jedzeniem, wodą i, mimo że było ciepło, na wszelki wypadek, kurtkami. Obiecali Elenie, że tylko się rozejrzą. Dotrą do jeziora i zawrócą, a potem rozgryzą wspólnie co dalej zrobić. Laura nie pamiętała czy była tu już kiedyś, ale miejsce wydało jej się dziwnie znajome. Po dwóch godzinach wędrówki, nabrała już pewności, że idą w złym kierunku. 

    – Dasz mi mapę? – poprosiła dziwnie milczącego Iana.

    – Nie – odpowiedział po prostu.

    To ją zaskoczyło. Dlaczego nie?

    – Wydaje mi się, że źle idziemy – stwierdziła lekkim tonem.

    – Wiem – przyznał. – Przespacerujemy się trochę, a potem wrócimy powiedzieć Elenie, że nic się nie stało.

    – Co? – Laura zatrzymała się w miejscu.

    On również się zatrzymał. Spojrzał na nią poważnie.

    – Nie będziesz przeprowadzała na sobie żadnych eksperymentów na podstawie dziwnych, nieudowodnionych teorii – wyjaśnił chłodno.

    Więc dlatego tak łatwo zgodził się na ten wyjazd? Od oczątku zakładał, że ona tego nie zrobi…

    – Niby dlaczego nie? – zapytała zirytowana.

    – Ponieważ ci na to nie pozwolę – niemalże warknął na nią.

    Miała ochotę zgrzytać zębami. Po raz pierwszy w życiu doceniła przydatność roztaczanego przez siebie uroku, na który Ian był najwyraźniej całkowicie odporny.

    – A co ty masz mi do pozwalania?! – krzyknęła na niego. – To nie są twoje decyzje!

    Stanął tuż przy niej. Zbyt blisko. Poczuła przyjemne dreszcze, których w tym momencie z całą pewnością nie chciała czuć.

    – Możesz mnie znienawidzić, jeżeli masz taki kaprys, ale ci na to nie pozwolę – wyjaśnił poważnie, najwyraźniej równie zirytowany co ona.

    – A jak mnie powstrzymasz? – odcięła się natychmiast.

    Wzruszył ramionami.

    – Jeżeli będzie trzeba, to użyję siły – wyjaśnił swobodnie.

    Tego było zbyt wiele. Była na niego wściekła. Niczego nie rozumiał. Chciał odebrać jej szasnę, szansę na normalne życie. Normalne życie z nim… Zrzuciła z ramion plecak i popędziła w las. Niech się sam martwi, o nią, o plecaki, o jezioro, o wszystko! Chciała, żeby się martwił, a jeszcze bardziej pragnęła, żeby ją dogonił.

    Ian

    Był od niej szybszy, ale ona była zwinna i bez trudu znikała mu pośród coraz gęstszych drzew. Nie wiedział ile czasu biegli. Kwadrans? Pół godziny? W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że nic nie widzi. Las osnuwała gęsta, szara mgła. Zatrzymał się.

    – Laura! – zawołał. 

    Odpowiedziała mu cisza. Nawet ptaki przestały śpiewać. Rozejrzał się dookoła. Nie wiedział z której strony była droga. Nie miał pojęcia gdzie iść. 

    – Laura! – zawołał ponownie.

    Wtedy coś usłyszał. Najpierw cichy szmer, a potem muzykę. Melodię. Piękną. Niesamowitą. Po chwili dołączyły do niej ciche słowa. Wabiły go do siebie, przyciągały. Bezwiednie zaczął iść w kierunku skąd dochodziły. Jego myśli wypełniła niesamowita pieśń. Była tylko ona, a cały świat wokół przestał istnieć.

    Laura  

    Zgubił ją. Wcale nie chciała, żeby ją zgubił. Miała nadzieję, że ją dogoni, przeprosi, przytuli do siebie. Zatrzymała się. Odwróciła. Za jej plecami rozpościerała się ściana mgły. Przecież był środek dnia! Pięknego! Słonecznego! Instynktownie czuła, że coś jest nie tak. A potem usłyszała głosy, melodyjne i piękne.

    – Lauro, Lauro, Lauro – wołały ją do siebie. – Odnalazłaś nas siostro. Teraz możesz zamieszkać z nami. Tu jest twoje miejsce.

    Przez chwilę poczuła rozdzierającą samotność, która od zawsze jej towarzyszyła. Boleśnie przypomniała sobie, jak bardzo była inna, nieludzka. Teraz czuła ich radość. Witały ją, ponieważ wróciła do domu. Tu był jej dom. Ujrzała zwiewne kształty. Tańczyły. Ich sylwetki były ludzkie, ale one nie były ludźmi. Białe, lekkie suknie i skóra w zielonkawym odcieniu. 

    – Lauro, Lauro, Lauro – wciąż powtarzały śpiewnie jej imię. – Tańcz z nami! Tańcz!

    Poczuła na sobie chłodne dłonie. Ktoś chwycił ją za ręce. Zaczęła wirować w dzikim tańcu. Rozpuściły jej jasne włosy, które teraz powiewały za nią niczym welon. Przyozdobiły je białymi kwiatami. Jej tęsknota! To za tym tak bardzo tęskniła! To tego właśnie szukała! Przepełniało ją szczęście. Znalazła się nad jeziorem, ale to nie miało znaczenia. Zdała sobie sprawę, że nie ma na sobie własnego ubrania, a jedynie zwiewną, białą sukienkę. Jej skóra przybrała zielonkawą barwę. Stanowiła część lasu. Była jedną z nich. Przepełniała ją euforia. Przez chwilę, przemknęło przez jej myśli, że o czymś powinna pamiętać. To było coś ważnego, a ona zapomniała. Taniec. Śpiew. Jej siostry. Była tym pochłonięta. I wtedy, kiedy uznała, że to jednak nie mogło być nic istotnego, ujrzała ścianę mgły. Ian! – krzyknęła w myślach.

    – Ian! – krzyknęła na głos. – Ian! – pobiegła, pokonując eteryczną barierę. 

    Biegła między drzewami. Nic nie widziała, ale oczy nie były jej potrzebne. Czuła się istotą lasu. Instynktownie przeskakiwała nad korzeniami, wyczuwała gdzie są pnie drzew. Wiedziała również, gdzie on jest. Zobaczyła zarys jego sylwetki. Podbiegła.

    – Ian! – szarpnęła go za rękaw, ale nie zwrócił na nią uwagi. – Ian! – jęknęła błagalnie.

    Odepchnął ją od siebie, kiedy starała się go zatrzymać. Szedł dalej. Na moczary. Na bagna. Mgłowce. Czytała o nich. Od dziecka słyszała opowieści. Wielu samotnych podróżnych nigdy nie wracało, ponieważ usłyszeli ich śpiewa. To one. Wiedziała, że to one. Mgła nie była naturalna. To jej siostry, driady, nimfy leśne, rusałki i sylfidy sprowadziły tą mgłę. Chciały, żeby z nimi została, a on był przeszkodą. Znała ich myśli, jakby były jej własnymi. Nie! 

    – Ian!

    Nic nie działało. Prośby, błaganie, krzyki. Był na nią głuchy. Kiedy próbowała mu zagrodzić drogę, odpychał ją od siebie, niczym przeszkodę. Tym właśnie teraz była – przeszkodą.

    – Ian! Błagam cię! Musisz się obudzić!

    Była zdesperowana. W końcu, nie wiedząc co robić, zbliżyła się i ugryzła go z całej siły w rękę, tuż pod ramieniem. Zawył z bólu. Oprzytomniał. Nie wyjaśniając niczego, chwyciła go za rękę.

    – Wynośmy się z tej mgły! 

    Posłusznie szedł za nią, nieco jeszcze oniemiały. Chwilę później znaleźli się nad jeziorem.

    – Co się stało? – zapytał rozcierając bolący ślad po ugryzieniu i patrząc na nią z wyrzutem.

    A potem wreszcie ją zobaczył. W pełnym słońcu, na granicy drzew. Biała sukienka, zielonkawa skóra. Przerażenie w jego oczach. Chyba mimowolnie, cofnął się o krok. Laurę ogarnęła rozpacz. W środku poczuła niesamowity ból. 

    „To tylko człowiek, czego się spodziewałaś?” rozległy się myśli w jej głowie. „Zostań z nami, zostań. Ludzie nie są warci tego by się nimi przejmować. Nie są warci naszej miłości. Żyjemy by kochać się nawzajem. Jesteś jedną z nas, Lauro.” 

    – Laura… – zaczął Ian, ale ona go nie słuchała. 

    Już nie. Była niczym w transie. Znów chciała tańczyć. Była jedną z nich.

    Ian

    Wyglądała niesamowicie. Zawsze była piękna, ale teraz… Była eteryczna, nieosiągalna. Cudowna, baśniowa i idealna. Tylko dlaczego jej oczy, przed chwilą jeszcze niebieskie, teraz zrobiły się srebrne i puste? Obeszła go dookoła tanecznym krokiem. Przystanęła. Musnęła dłonią jego policzek. Uratowała go. Tylko przed czym? Nie wiedział. 

    – Laura? – zapytał ponownie, kiedy nie zareagowała na swoje imię.

    Uśmiechnęła się do niego. Zanurzyła w wodzie. Powoli. Najpierw tylko stopy. Gdzie ona podziała buty?  Teraz stała w wodzie już po kolana. 

    – Lauro, wyjdź stamtąd – zażądał.

    Przecząco pokręciła głową, przywołując go do siebie gestem dłoni. Przesunął się o krok. Weszła głębiej.

    – Chyba wyraźnie mówiłem, że ci na to nie pozwolę – warknął na nią.

    Roześmiała się dźwięcznie, srebrzystym śmiechem i zanurzyła jeszcze głębiej. Wszedł za nią, gotowy ją wyciągnąć. Teraz już płynęła. Po chwili stracił grunt pod nogami. Zbliżył się do niej.

    – Lauro, to nie jest śmieszne – syknął, kiedy znalazł się tuż przy niej. – Wyłaź stąd!

    Uśmiechnęła się. Podpłynęła i pocałowała go w usta. Długo i namiętnie. Nagle coś zaczęło wciągać go pod wodę, a ona… ona odsunęła się by pozwolić mu tonąć.

    Laura

    Melodyjne głosy łagodnie szeptały w jej głowie. Kusiły, obiecywały, mówiły, że będzie mogła z nimi zostać. Coś dręczyło Laurę tuż na granicy świadomości. Było niczym brzęczenie komara – ciche i niespecjalnie kłopotliwe, a jednak drażniące. Pragnęła akceptacji, pragnęła miłości, chciała być ze swoimi siostrami. Koła na powierzchni wody stawały się coraz mniejsze, delikatne fale straciły swoją wyrazistość. Dlaczego ją to obchodziło? Skąd to uczucie, że coś jest nie tak. Wtedy głosy popełniły błąd, wdzierając się do jej myśli.

    „To tylko człowiek, tak będzie lepiej” szeptały uspokajająco. 

    Laura zanurkowała. I wtedy go zobaczyła. Unoszącą się w wodzie, nieprzytomną sylwetkę. Przerażenie zaparło jej dech. Chwyciła jego koszulkę i z trudem wyciągnęła go na powierzchnię.

    „Nie! Nie! Nie!” zaprotestowały głosy.

    Znowu kusiły, znowu obiecywały, ale ona już ich nie słuchała. Jeżeli Ian się utopił, to była tylko i wyłącznie jej wina. Jak ona mogła do tego doprowadzić? Nie miała siły. Znajdowali się na środku jeziora. Musiała wyciągnąć go na brzeg. Musiała… Coś było w wodzie. Podpłynęło do niej. Myślała, że to one. Chciała protestować, chciała walczyć. Łzy z jej twarzy spłukiwała przejrzysta, chłodna woda jeziora. Poczuła, że Ian staje się lżejszy. Nie chciała go jednak puścić, nie mogła… To nie było coś, to był ktoś. Spojrzała w niebieskie oczy Cola, na jego zdeterminowaną twarz. Przez chwilę poczuła się, jakby patrzyła w słońce. Wskazał jej brzeg, a ona nie miała siły się odezwać, więc jedynie skinęła głową, posłusznie płynąc w kierunku leśnej plaży.

    Note