Rozdział 5 – Black & White
by VickyRozdział Trzynasty
Lila
Obudziły mnie jego pocałunki. Otworzyłam oczy. Nie miał na sobie ubrania. W półmroku ujrzałam zarys jego twarzy. Przyciągnął mnie do siebie, a wtedy poczułam jak bardzo jest podniecony. Przewrócił mnie na plecy, a sam znalazł się nade mną. Może powinnam się już przyzwyczaić, ale jego dotyk, jego bliskość… wciąż były oszołamiające. Zachłysnęłam się powietrzem kiedy nagle, bez żadnego uprzedzenia, wtargnął do środka. Oplotłam go w pasie nogami, moje dłonie bezwiednie powędrowały na jego plecy. Jedna z jego rąk znalazła się na mojej piersi, drugą oparł o materac. Rozkosz falami rozlewała się po moim ciele. W pewnym momencie przyspieszył swoje ruchy, a potem zaczął zwalniać. Wysunął się powoli. Skuliłam się na boku, licząc na to, że mnie przytuli, czekając na to. On jednak tego nie zrobił. Wstał, włożył na siebie spodnie i bez słowa zniknął w pokoju. Poczułam nieprzyjemny ucisk w środku. W tym momencie nie miałam pojęcia czemu kiedykolwiek myślałam, że to wygląda inaczej, że… On… nie traktuje mnie jak zabawkę.
***
Obudziłam się sama w jego łóżku. Nie było to zbyt przyjemne przebudzenie, zwłaszcza kiedy uświadomiłam sobie grozę całej sytuacji. Został nam tydzień, jeszcze tylko tydzień, a potem świat, który znamy zostanie unicestwiony, a całkiem możliwe, że my razem z nim. Wstałam i ubrałam się pospiesznie, a potem obudziłam śpiącego na kanapie Arona. Czy Martin w ogóle spał? Czy powinno mnie to obchodzić? Byłam wściekła na siebie samą, że jednak, mimo wszystko, mnie obchodziło.
– Mamy jakiś plan? – spytał ponuro chłopak, kiedy wyszedł z łazienki, a ja podałam mu kubek z kawą.
Przecząco pokręciłam głową. To nie było takie proste. Nie było w tym nic prostego… Przynajmniej Aron przestał panikować, kiedy dowiedział się, że jego siostra została przetransportowana do twierdzy w bezpiecznej strefie. Dzięki temu miała spore szanse na przeżycie. Możliwe, że nawet większe niż my.
– Myślę, że moglibyśmy ukraść samolot, gdyby udało nam się przekonać innych. Chociaż pewnie wszędzie panuje już chaos… – mruknęłam zrezygnowana.
Rozumiałam decyzję pozostałych. Naprawdę. W tym momencie nawet zbyt dobrze ją rozumiałam. Grupce ludzi będzie znacznie łatwiej przedostać się do bezpiecznej strefy niż kilkuset nastolatkom. Nie zamierzałam jednak się poddawać. Tu już nie chodziłoby o głupi kaprys – odegranie się za to, że większości z nich nie darzyłam sympatią. To była walka o przetrwanie.
Aron
W holu, w którym wreszcie udało nam się zebrać całą grupę, panował chaos. Jedni przekrzykiwali drugich, nikt nie dawał nikomu dojść do słowa. To była katastrofa! Powoli zaczynałem żałować naszej decyzji i traciłem nadzieję, że sobie poradzimy. Spojrzałem na Lilę z nadzieją, że ma jakiś pomysł, ale jedynie przecząco pokręciła głową. Cholera!
– Posłuchacie nas wreszcie?! – spróbowała, ale nie dali jej dojść do słowa.
Kiedy zrobiła krok do przodu, ktoś zatrzymał ją w miejscu. Martin położył rękę na ramieniu Lilien. Co on tu w ogóle robił? Nie mogłem uwierzyć, że tu jest, a to co wydarzyło się później było jeszcze mniej wiarygodne.
– Cisza! – odezwał się chłodno i wcale nie za głośno, ale wszyscy i tak gwałtownie umilkli. – To co słyszeliście jest prawdą – kontynuował, a nikt nie przerwał mu ani słowem. Wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczami. – Kończy się świat jaki znamy. Na domiar złego pojawił się błąd w obliczeniach i jesteśmy w strefie zagrożenia, z której musimy się ewakuować. – Przerwał na chwilę. Rozejrzał się po otaczających nas twarzach. – Każde z was będzie miało tylko jedną szansę – oznajmił. – Może iść z nami i przeżyć, albo zostać tutaj i umrzeć. Do was należy decyzja. Pakujecie się, bierzecie tylko to co jest wam niezbędne i co możecie bez trudu nieść. Nie zapomnijcie zabrać broni. Spotykamy się punktualnie o piątej rano przed szkołą.
Stanowczo chwycił Lilien i wyprowadził ją z tłumu, a ja, nieco oszołomiony sytuacją i nieco zły, że nie potrafiliśmy sobie sami poradzić, posłusznie poszedłem za nimi.
***
Wyglądało na to, że nikt nie zdecydował się zostać, co przyjęliśmy z prawdziwą ulgą. Przy drodze czekały na nas wojskowe ciężarówki. Żołnierze byli ubrani na czarno i mieli karabiny. Zastanawiałem się co trzyma ich przy zdrowych zmysłach, skoro wiedzą, że niedługo umrą. Czy to możliwe, żeby byli aż tak dobrze wyszkoleni? My przynajmniej mieliśmy jakieś szanse… Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że teren lotniska jest pilnie strzeżony przez armię, a żołnierze strzelają bez wahania, jeśli tylko ktoś próbował się zbliżyć. Na ulicach zapanował chaos, ale my, bezpiecznie, już za chwilę mieliśmy znaleźć się w samolocie.
Aveel
Poważnie? To był już koniec? Nie mogłam uwierzyć, że przegrałam z nastolatką. Inni również nie mogli. Miałam ochotę wyć z wściekłości i frustracji. Znowu postawił na swoim, a raczej nie… Nie na swoim. Na tym co wymyśliła sobie ta dziewczyna. Nie ważne jak nie racjonalne to było i jak bardzo zmniejszało nasze szanse na przetrwanie.
– Nie myślisz o tym serio, prawda? – wciąż nie opuszczały mnie resztki nadziei. – To tylko przykrywka? Zabieranie ze sobą wszystkich uczniów to cholernie głupi pomysł…
Spojrzał na mnie z wyraźną wrogością.
– Nie pytałem cię o zdanie – warknął.
Westchnęłam. Wyraźnie wciąż był na mnie wkurzony.
– Martin… – zaczęłam chwytając go za rękę, ale brutalnie mnie od siebie odepchnął.
Odwrócił się do mnie plecami i ruszył w kierunku samolotu. Miałam ochotę krzyknąć za nim, ale tego nie zrobiłam. Nie zamierzałam tak łatwo dać za wygraną. Byłam przekonana, że ostatecznie i tak uda mi się go odzyskać.
Aron
Udało się! Wznieśliśmy się ku niebu, opuściliśmy miasto i nikt nas nie zestrzelił. Chyba wszyscy byli zbyt zajęci ratowaniem własnych tyłków. Kiedy turbulencje ustały byłem jednym z pierwszych, którzy odpięli pasy. Zajmowaliśmy pomieszczenie przeznaczone dla osób z biletami pierwszej klasy. Reszta rozlokowała się w większej części samolotu. Biznes klasę zostawiliśmy pustą.
– Kiedy wylądujemy trzeba będzie stworzyć nowych strażników – westchnął Lucas, jakby ktoś obarczył go niezwykle niewygodnym zadaniem. – Szkoda, że tamci przepadli.
Rozpętała się dyskusja, a ja śledziłem ją przerażony. Czy tylko po to uciekliśmy stamtąd, żeby stać się ich niewolnikami?!
– Nie! – Martin, ku zaskoczeniu wszystkich, stanowczo uciął dyskusję. – Kiedy wylądujemy, zrobicie co będziecie chcieli. My poszukamy bezpiecznego schronienia, a każdy kto zechce będzie mógł przyłączyć się do nas dobrowolnie.
Uznałem, że dobrowolnie nie odnosi się ani do Lilien, ani do mojej osoby. Chociaż z drugiej strony… po tym jak nam pomógł zapewne i tak byśmy za nim poszli.
– Nie mówisz poważnie – westchnęła Aveel. – Strażnicy są nam potrzebni! Mają zapewnić nam przetrwanie!
– Zapewnimy je sobie sami, dzięki żywym ludziom – warknął na nią.
– To niedorzeczne… rozumiem, że chcesz zatrzymać przy sobie tę dziewczynę, ale dlaczego obchodzą cię pozostali?
– Cóż, dopóki tego nie zrozumiesz, to nie będziesz wśród nas mile widziana.
Kobieta cofnęła się, jakby ją uderzył. Poruszyła ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale z jej krtani nie wydobył się żaden dźwięk. Zrobiła się czerwona na twarzy i cofnęła o kilka kroków, a potem odwróciła się i przeszła przez prowadzące do biznes klasy drzwi.
Lila
Nie mogłam przestać drżeć. Chyba w ten sposób odreagowywałam stres. To był naprawdę nieprzyjemny dzień. Do tego wszystkiego staliśmy po dwóch stronach barykady – my i nauczyciele. To było tak samo pewne co i przerażające. W dalszym ciągu nie potrafiłam uwierzyć, że Martin stanął po naszej stronie… i widocznie nie tylko ja.
– Oprzytomniej! – warknęła Sara. – Kiedy ci się znudzi twoja seksualna zabawka, będziesz żałował, że odrzuciłeś Aveel.
To co powiedziała, to co sądzili inni… przeważyło szalę. Świat rozpadał się na kawałki, a ja dopiero teraz miałam ochotę na to, żeby zacząć płakać. Martin spojrzał na nią wrogo.
– To nie jest twoja sprawa – odpowiedział chłodno. – Nie życzę sobie, żeby któregokolwiek z was się do nas zbliżało. Przeżyjemy, a potem każdy może iść własną drogą.
– Nie mówisz poważnie! – jęknęła latynoska. W jej głosie pobrzmiewała nuta paniki. – Nie damy sobie bez ciebie rady. Jesteśmy w tym razem… od początku.
– Ale nie będziemy, przynajmniej dopóki nie zaakceptujecie faktu, że nie jesteśmy już sami. Przekaż to pozostałym – rozkazał.
Martin przez moment stał i patrzył za znikającą w biznes klasie Sarą, ale już po chwili przeniósł na mnie wzrok. Usiadł obok mnie na fotelu i przyciągnął do siebie stanowczo. Mimo że wielokrotnie już znajdowałam się w jego ramionach to jednak zawsze zaskakiwało mnie jakie to cudowne uczucie. Wcześniej z trudem powstrzymywałam łzy, ale teraz… po prostu same zaczęły płynąć, a ja nie mogłam nic na to poradzić.
– Nie płacz – wyszeptał cicho. – Nie jestem dobry w gadaniu, ale wiesz, że ona nie ma racji, prawda? Spodobałaś mi się już na samym początku – mówił tuż przy moim uchu, a ja czułam ciepło jego oddechu. – Gdybym po prostu chciał cię przelecieć, to zrobilibyśmy to już po pierwszych zajęciach – westchnął. – Wtedy, kiedy zobaczyłem jak całujesz się z Aronem… gdybyśmy nie poszli wtedy do łóżka, to prawdopodobnie bym go zabił tak piekielnie byłem zazdrosny.
Tak trudno było mi uwierzyć w jego słowa, ale przecież… na każdym kroku pokazywał, że naprawdę mu na mnie zależy. Przylgnęłam do niego całą sobą.
– Boję się – odezwałam się szepcząc w jego koszulkę.
– Kocham cię i zamierzam się tobą opiekować – oznajmił twardo. – Nie dopuszczę, żeby stało ci się coś złego.
CO?! Podniosłam na niego wzrok. Czy on w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, co do mnie powiedział? Nie wyglądał na zmieszanego. Odwzajemnił moje spojrzenie, poważnie patrząc mi w oczy. Martin nie rzucał słów na wiatr. Cudowne ciepło rozlało się po moim ciele, bo on, mężczyzna moich marzeń, naprawdę odwzajemniał moje uczucia.
Epilog
Lila
Zajęliśmy wciąż pilnie strzeżoną bazę wojskową – jedno z niewielu miejsc, które przetrwało ogólny chaos. Wystarczyło kilka słów Martina, żeby żołnierze potulnie ją opuścili. Przez kilka kolejnych dni ciężko pracowaliśmy by odtworzyć kopułę. Zebraliśmy broń i rozstawiliśmy straże. Byliśmy znacznie skuteczniejsi niż wojsko. Zgromadziliśmy też tyle jedzenia ile się dało. Pozostawało nam tylko czekać na nieuchronny koniec świata
Z początku jedynie obserwowaliśmy łunę ognia. W całkowitym milczeniu. Potem zatrzęsła się Ziemia. Zgasły wszystkie światła, a w ciszy rozległo się bzyczenie generatora. Stałam pomiędzy Martinem, a Aronem na dachu jednego z wojskowych zabudowań. Pod kopułą byliśmy względnie bezpieczni, ale musieliśmy być gotowi na wszystko – zmiany atmosferyczne, katastrofy naturalne, umierających na skutek promieniowania ludzi. Tak kończył się świat, a życie, które nas czekało, z pewnością nie będzie należało do najłatwiejszych.
The End