Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Eliza i Cahir


    Dni robiły się coraz cieplejsze. Wiosna powoli przemieniała się w lato. Eliza siedziała na kocu w Regent Parku zaczytana w książce. Całe dnie miała wolne, ponieważ Cahir się uczył a Matt pracował. Ona sama zajmowała się domem, co dla pracowitej dziewczyny nie było trudnym, ani uciążliwym zajęciem. W dalszym ciągu zostawało jej wiele wolnego czasu, zwłaszcza, że jak tylko mogła starała się unikać swojego gospodarza. W jego towarzystwie przebywała jedynie, gdy z powodu Cahira, było to naprawdę konieczne.

    – Tęskniłaś za mną, maleńka? – usłyszała nad sobą dobrze znany, aksamitny głos.

    Natychmiast odłożyła książkę i zerwała się z koca, wpadając w rozpostarte ramiona Daniela. Mężczyzna przytulił ją do siebie mocno, tak, jakby nigdy już nie zamierzał jej wypuścić z objęć.

    – Bardzo – wyszeptała, wtulając mokrą od łez twarz w jego białą koszulę.

    – Wróć do mnie – powiedział błagalnym głosem Daniel, delikatnie całując włosy Elizy.

    Odsunęła się od niego odrobinę, tylko na tyle, żeby móc mu spojrzeć w oczy.

    – Wiesz, że nie mogę – szepnęła ze ściśniętym gardłem. – Nie zostawię Cahira.

    – Wiem – westchnął mężczyzna.

    Usiadł na kocu ciągnąc za sobą dziewczynę. Wtuliła się w niego, kładąc mu głowę na piersi. Otoczył ją ramionami. Mimo, że nie chciała się do tego przyznać, naprawdę brakowało jej jego stałej bliskości. Spotykali się potajemnie raz na kilka dni, a to dla Elizy, przyzwyczajonej do tego, że Daniel jest przy niej praktycznie cały czas, było stanowczo za mało. Odwróciła się do mężczyzny całując jego miękkie usta. Gorliwie odwzajemniał jej namiętne pocałunki. Teraz było zupełnie jak przed czterema laty, zanim w ich życiu pojawił się Cahir. 

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    W piątek, po zakończeniu roku szkolnego, Matt czekał na Cahira w samochodzie. Jeździł terenowym Mitsubishi, co chłopcu bardzo się podobało. Mężczyzna uśmiechnął się do malca, kiedy ten wsiadł do środka.

    – To co robimy? – zapytał wesoło. – Jakieś lody?

    Cahir skinął głową. Nie uśmiechał się, twarzyczka chłopca, jak zwykle była blada i poważna. Jego czarne oczy odważnie wpatrywały się w Matta.

    – Z Elizą – odpowiedział zdecydowanym tonem.

    Mężczyzna westchnął. Tego się właśnie mógł spodziewać. Ani trochę nie miał ochoty na przebywanie w towarzystwie dziewczyny, która go nienawidzi.

    – Cahir… – zaczął niepewnie, nie chcąc zrazić do siebie jeszcze chłopca – nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Nie sądzę, żeby ona chciała iść gdziekolwiek w moim towarzystwie.

    – Pójdzie, jak ją poproszę – uciął wszelkie protesty malec.

    Matt pokręcił głową, jak zawsze rozbrojony pewnością siebie, zdecydowaniem i logiką tego dziwnego dziecka. Podjechali pod dom. Cahir wybiegł z samochodu. Wrócił po krótkiej chwili, prowadząc ze sobą odrobinę protestującą Elizę. Młody mężczyzna nie mógł oderwać od dziewczyny wzroku. Miała na sobie delikatną, błękitną sukienkę. Jej rozpuszczone, złote włosy rozwiewał lekki, letni wietrzyk. Wyglądała jak marzenie. Dopiero po chwili Matt zdał sobie sprawę, jak mocno wbija paznokcie we własną dłoń. Z trudem nad sobą zapanował. Napotkał nienawistne spojrzenie dziewczyny. Odwrócił od niej wzrok. Dlaczego wszystko musiało się tak cholernie pochrzanić? Jak on się właściwie w tą całą sprawę wplątał?

    Ruszyli spod domu, w nieprzyjemnej, gęstej atmosferze. Eliza milczała, on także nie miał nic do powiedzenia. Ciszę zakłócał jedynie, nieprzyjemny i denerwujący w tej sytuacji, warkot silnika. 

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza leżała na wielkim małżeńskim łóżku wtulona w ramiona Daniela. Znajdowali się w trzygwiazdkowym hotelu przy Fellows Road, mężczyzna przeprowadził się tam, kiedy wraz z Cahirem, zniknęła z jego życia potrzeba ukrywania się przed całym poprzednim światem. Nie mogli udawać rodziców chłopca, w miejscu, w którym wszyscy ich znali. Illi’andinn właściwie nie musieli pracować. Mieli własne, powielane przez lata fundusze. Ci, którzy chcieli mieć więcej, podejmowali się różnego rodzaju prac dla Rady. Daniel nie był wśród nich wyjątkiem. Jedynym, co różniło go od pobratymców był fakt, że wychowywała go matka, dlatego nie czuł nienawiści do ludzi jak inne demony. Mimo to nie różnił się aż tak bardzo od innych. Był samolubem i egoistą. Nie obchodziło go niczyje dobro, poza jego własnym. Jedyną osobą, na której mu w jakikolwiek sposób zależało, była właśnie Eliza, chociaż i ją traktował bardziej jak swoją prywatną własność niż bliską jego sercu, ukochaną kobietę.

    – Wróć do mnie – poprosił dziewczynę po raz kolejny. Ponawiał swoją prośbę, za każdym razem kiedy się widzieli.

    – Daniel – jęknęła z nutką rozpaczy w głosie. – Nawet nie wiesz jak bardzo bym chciała móc to zrobić. 

    – Więc zrób – warknął mężczyzna, mając serdecznie dosyć jej ciągłej odmowy.

    Pragnął dziewczyny i chciał mieć ją tylko dla siebie. Spojrzała na niego pytająco. Przewrócił ją na plecy, tak, żeby samemu móc znaleźć się nad nią.

    – Daniel… – zaczęła niepewnie.

    – Nawet nie wiesz – przerwał dziewczynie – jak bardzo wychodzę z siebie myśląc o tym, że jesteś z nim sam na sam. 

    – Nic nas nie łączy – odpowiedziała cicho. – Prawie się nie widujemy. Nienawidzę go całą sobą.

    – Myślisz, że nie widziałem jak na ciebie patrzy? – syknął. – Tylko o jedno mu chodzi. To po to zabrał Cahira. Chciał mieć ciebie.

    Eliza znała zaborczość Daniela. Wiedziała, że wszystko było w stanie obudzić w nim zazdrość, teraz jednak zaczęła się zastanawiać, czy mężczyzna przypadkiem nie ma racji. Przypomniała sobie spojrzenia, jakimi często obdarzał ją Matt. Wróciła pamięcią do ich pierwszego spotkania. Do tej pory pamiętała jak na nią patrzył wtedy, w gabinecie. Potem w pubie i pierwszy raz u niego w mieszkaniu… tak, tym razem Daniel naprawdę mógł mieć rację. Tylko, w takim razie, czemu Matt tak długo zwlekał z wzięciem sobie tego, na co miał ochotę? Przecież miał wszystkie asy w rękawie… W głowie Elizy zaczął rozwijać się nieśmiały, prosty plan.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Był ponury, sobotni wieczór. Na dworze lało. Matt siedział przed telewizorem od niechcenia przełączając kanały. Drzwi do sypialni się otworzyły i do salonu weszła Eliza. Zdziwił się, kiedy niepewnie podeszła do kanapy i usiadła obok niego. Spojrzał na nią pytająco. To było zdarzenie niezwykłe, coś zupełnie nowego.

    – Cześć – odezwała się niepewnym głosem.

    – Cześć – odpowiedział czekając na to, co ma do powiedzenia.

    – Chciałam… – zaczęła nieśmiało dziewczyna patrząc w podłogę. – Chciałabym – podniosła na niego wzrok – się z tobą pogodzić…

    Nie mógł uwierzyć w to co słyszy.

    – Przestałaś się mnie bać? – zapytał, bo nic lepszego nie przychodziło mu do głowy.

    Przecząco pokręciła głową.

    – Dalej się boję, ale postanowiłam dać ci szansę. Jak do tej pory nic złego nam nie zrobiłeś. Wygląda to tak, jakbyś naprawdę chciał nam pomóc.

    Uśmiechnął się do niej leciutko.

    – Od czego chcesz zacząć? – zapytał.

    – Jutro jedziecie na plażę… Może mogłabym wybrać się z wami?

    – Jasne, czemu nie – odpowiedział pełnym nadziei, na jakąś poprawę stosunków między nimi, głosem. 

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Niedziela, zupełnie jak na zamówienie, była dniem ciepłym i słonecznym. Matt obudził się w bardzo dobrym humorze, a ten stał się jeszcze lepszy, kiedy uśmiechnięta, wyraźnie zadowolona z życia Eliza, trzymając za rękę Cahira, wsiadła do samochodu. Pojechali na południe, do Eastbourne. Prawie cały dzień spędzili na pięknej, piaszczystej plaży. W dobrej zabawie nie przeszkadzały im nawet kłębiące się wokół nich tłumy ludzi.

    Eliza nawet nie spostrzegła kiedy zaczęła się droczyć z Mattem. Skończyło się na tym, że chłopak wziął ją na ręce i zagroził wrzuceniem do wody. Zaczęła piszczeć, oplatając jego szyję ramionami, żeby tylko nie wypuścił jej z objęć. Śmiali się. Pływali, jedli pizzę i lody, wraz z Cahirem budowali zamki z piasku. Spędzili wspólnie przyjemny, niezapomniany dzień. Eliza, kompletnie zaskoczona, w ogóle już nie wiedziała, co powinna sądzić na temat Matta.

    Po cudownym, spędzonym nad morzem dniu, przyszły następne. Kolejne, spędzone wspólnie dwa miesiące, upłynęły jak we śnie. Dziewczyna pierwszy raz od dawna czuła, że żyje. Towarzystwo Matta sprawiało jej niekłamaną przyjemność. Nawet z Danielem, ku wielkiemu rozczarowaniu mężczyzny, zaczęła widywać się coraz rzadziej. W głowie zrobił jej się kompletny mętlik. Wiele czasu spędzała na rozmyślaniach i zastanawianiu się nad swoją sytuacją. Eliza już dawno przestała wierzyć w bajki. Daniel skutecznie ją z nich wyleczył. Tyle, że Matt wydawał się być zupełnie inny. Wyglądało to tak, jakby naprawdę, po prostu chciał im pomóc, nie osiągając w ten sposób żadnych korzyści dla siebie.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Matt wyszedł z łazienki jedynie owinięty ręcznikiem, ciągle nie był przyzwyczajony, że nie mieszka już sam. Wtedy ją zobaczył. Siedziała na stołku w kuchni. Miała na sobie kusą, białą koszulkę nocną. Starannie czesała długie, jasne włosy. Wyglądała jak anioł. Nieśmiało uśmiechnęła się na jego widok.

    Nie wiedział właściwie jak, ani kiedy, ale nagle znalazł się przy niej. Wziął ją w ramiona i podniósł delikatnie. Pocałował. Gdyby go odepchnęła, kopnęła, krzyknęła lub zrobiła cokolwiek w tym stylu natychmiast by się opanował, ale ona poddała mu się zupełnie. Przez chwilę nie robiła nic, a potem przylgnęła do niego odwzajemniając pocałunek. Wziął ją na ręce i zaniósł do swojej sypialni, która teraz stała się jej sypialnią. Sam, jak czynił to od miesięcy, miał zamiar zadowolić się kanapą, ale najwyraźniej plany się zmieniły. Dziewczyna oplotła go nogami, całowała namiętnie. Nie był pewien jak to się stało, ale niczego innego nie pragnął. Położył się, a ona znalazła się nad nim. Odrzuciła na podłogę jego ręcznik i teraz półleżała na nim nie przestając całować. Nie potrafił jasno myśleć. Jego ręce błądziły po jej ciele, serce biło jak oszalałe. Była taka piękna! Tak bardzo potrzebował jej bliskości! 

    Dziewczyna wyprostowała się nagle, a on poczuł chłód stali i ostry ból w okolicach klatki piersiowej. Ocalił go niesamowity refleks. Chwycił dziewczynę za rękę. Ostrze ześliznęło się po jego brzuchu znacząc drogę głęboką szramą. Wyrwał jej nóż z ręki i odrzucił na podłogę. W mgnieniu oka znalazł się nad nią. Jej delikatna koszulka była teraz mokra od jego krwi. Trzymał ją mocno, tak, że nie mogła się wyrwać, a do tego przygniatał ją swoim ciężarem. Nie wydała żadnego dźwięku, ale w jej oczach pojawiły się łzy. Drżała na całym ciele. Matt niejasno uświadomił sobie, ze sprawia jej ból. Wstał uwalniając dziewczynę. Natychmiast usiadła i odskoczyła w róg łóżka, jak najdalej od niego. Zasłoniła się kołdrą. Nie patrzyła na niego. Za to on patrzył na nią. Dalej jej pragnął. Oddychał bardzo szybko. Pożądanie mieszało się z bólem spowodowanym raną na brzuchu. Całą siłą woli powstrzymywał się od chęci uspokojenia i przytulenia dziewczyny, powiedzenia jej, że wszystko jest w porządku. Przecież przed chwilą próbowała go zabić!

    – Wynoś się stąd! – z jego ust wyrwało się bardziej zwierzęce warknięcie niż ludzkie słowa. 

    Dziewczyna minęła go i uciekła z pokoju. Opadł na kolana dysząc ciężko. Starał się zwolnić oddech. Spojrzał na swój tors. Ukośna rana biegła od klatki piersiowej w dół brzucha. Ciągle krwawiła. Usłyszał jak drzwi mieszkania się otwierają i zaraz potem szybko zamykają. Bardzo dobrze, niech wraca do niego, jeżeli tego właśnie chce. Coś ścisnęło mu żołądek. Poczuł w sobie ogromną pustkę. 

    Co się ze mną dzieje? Przecież próbowała mnie zabić… 

    Na progu pokoju stanął Cahir. 

     – Idź za nią – powiedział rozkazującym tonem.

    Matt spojrzał na chłopca niedowierzająco. 

    – Próbowała mnie zabić.

    – Idź za nią – powtórzył chłopiec. 

    – Ona mnie nie chce, woli Daniela.

    Matt wiedział, że brzmi to idiotycznie i że usprawiedliwia się przed samym sobą. Szuka wymówki, żeby nie pobiec za dziewczyną. Nic dziwnego, że postanowiła go zabić skoro zamiast ją chronić rzucił się na nią. 

    Chłopiec przewrócił oczami.

    – Martinie Cuttbert! Nawet jeżeli to co mówisz jest prawdą, pozwolisz jej chodzić o tej porze samej po Londynie?

    Matt spojrzał na chłopca jakby ten właśnie odkrył Amerykę. Wciągnął na siebie pierwsze z brzegu spodnie i jakiegoś t-shirta. Chwycił w biegu buty, kurtkę i wybiegł z mieszkania.

    Note