Rozdział 7 – Włoskie lato bez planu
by Vicky
Część teoretyczną na patent żeglarski udało mi się zdać wyłącznie dzięki pomocy Lucy, praktyczna jednak okazała się wyjątkowo prosta. Już teraz wiem, że uwielbiam żeglować i zamierzam pływać przez niezbędną liczbę godzin, by móc zaliczyć kolejny stopień. Zadowolona z siebie spaceruję nadbrzeżem, gdy słyszę, że ktoś woła moje imię. Odwracam się i widzę cumującego skuter chłopaka.
– Masz ochotę ze mną popływać? – pyta płynnym angielskim Matteo, zwinnie wydostając się na brzeg i stając tuż obok mnie.
Patrzę na niego sceptycznie, ale po tym jak mi pomógł nie potrafię go tak po prostu zignorować. Poza tym przejażdżka na skuterze wodnym wydaje się naprawdę kusząca, nawet w jego towarzystwie. Niepewnie kiwam głową i już po chwili siedzę za jego plecami, a skuter mknie po wodzie wywołując w moim ciele dreszcz ekscytacji. Chłopak pędzi po wodzie, a ja czuję wiatr we włosach i nieokiełznaną wręcz radość. Po kilkunastu minutach Matteo zwalnia, a ja mogę podziwiać urokliwe, nadmorskie miasteczko. Z zaciekawieniem przyglądam się okolicy, ponieważ jachtem nigdy nie pływaliśmy tak blisko brzegu.
Po chwili chłopak znów przyspieszył, pędząc po wodzie, przecinając fale i wzbijając chmury białej piany. Czuję, jak moje serce zaczyna bić mocniej, jestem odrobinę przestraszona, ale też bardzo podekscytowana.
Nagle Matteo zatrzymuje skuter i podpływa do małej, uroczej zatoczki. Schodzimy na brzeg, a ja rozglądam się zachwycona, bo miejsce jest naprawdę piękne, w dodatku wydaje się zupełnie niedostępne z brzegu. Otaczające plażę skały są strome i gęsto porośnięte krzakami. Ku mojemu zdumieniu chłopak otwiera zamontowany z tyłu skutera bagażnik i wyjmuje z niego koc oraz butelkę wina.
– Przygotowałeś się – odzywam się zaskoczona.
– Oczywiście, że tak – szczerzy do mnie zęby w uśmiechu. – Miałem nadzieję, że wreszcie się zgodzisz, szczególnie jeżeli zaproponuję coś, co lubisz robić – jest z siebie wyraźnie zadowolony.
Wzdycham czując, że chyba zbyt łatwo mnie rozgryzł. Posłusznie jednak siadam na kocu, podziwiając uroki miejsca, w którym się znaleźliśmy. Ku mojemu zdumieniu tym razem rozmowa z Matteo ani trochę mnie nie drażni. Jest swobodna i beztroska, pozbawiona jakichkolwiek podtekstów, a ja zupełnie tracę poczucie czasu. Po kilku godzinach to Matteo proponuje, żebyśmy wracali, a ja wbrew sobie czuję lekki zawód.
Chłopak zostawia mnie na brzegu i prosi o mój numer telefonu, a ja tym razem bez wahania mu go podaję. Gdy już jestem w domu dostaję smsa z pytaniem, kiedy możemy się znowu spotkać. Czuję irytację, że jest tak cholernie pewny siebie, szczególnie po tym, ile razy mu odmawiałam. Po dzisiejszym dniu jest jednak inaczej. Sama przed sobą muszę przyznać, że naprawdę chcę go lepiej poznać.