Rozdział 8 – Pieśń księżyca
by VickyJednym, szybkim ruchem, Jay rzucił się ku miejscu, w którym zniknęła Emi. Zdezorientowany uchwycił tylko powietrze. Andre, z pobladłą twarzą wpatrywał się w przestrzeń. Nieświadomie sprawił, że na jego wyciągniętych dłoniach pojawiły się płomienie.
– Co zrobiliście z moją siostrą? – spytał oskarżycielsko odzianego w skórę szamana.
– My nic – odpowiedział mu smutnym głosem olbrzymich rozmiarów stwór – to magiczny krąg – wskazał na otaczające trawę grzyby – przepuszcza tylko istoty niewinne, które nie mają na sumieniu cudzej śmierci.
– Emi nie skrzywdziłaby nawet muchy! – oznajmił Andre wściekłym głosem. – Gdzie ona jest?!
– W miejscu, z którego nikt jeszcze nie wrócił, żeby móc o nim opowiedzieć – odparł ze szczerym żalem i współczuciem tamten.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Włóczyli się już od kilku godzin po skalistym, zabarwionym na czerwono, pustkowiu. Nie znaleźli nic, ani śladu czegokolwiek, dzięki czemu mogliby się z tego miejsca wydostać. Kiedy zaszło krwiste, niesamowite słońce, a niebo pociemniało, przybierając jeszcze groźniejszą barwę, powietrze ogarnął nieprzyjemny chłód.
– Co robimy? – zapytała zrezygnowana Emi.
– Nie mam pojęcia – przyznał szczerze Damien, rozważając czy powiedzieć dziewczynie, co w tym momencie bardziej go dręczy od faktu, że znaleźli się w jakiejś dziwnej, magicznej pułapce. Ostatecznie jednak zrezygnował. – Może odpoczniemy przez chwilę? – spytał siląc się na obojętny ton. – Przybiorę swoją drugą postać, to będzie wygodniej i cieplej – westchnął.
Emi przez chwilę patrzyła na niego, jakby rozważając propozycję chłopaka, a potem po prostu skinęła głową, zbyt zmęczona, by odpowiadać. Postać Damiena zaczęła się rozmywać i przez krótki moment, w tym samym miejscu znaleźli się jasnowłosy młodzieniec i olbrzymi, biały tygrys. Później drapieżny kot podszedł do dziewczyny, w milczeniu układając się tuż przy jej nogach. Emi usiadła, opierając się plecami o śnieżnobiałą sierść. Zamknęła oczy, by niedługo potem zapaść w nieprzyjemny, przerywany sen.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
To nie było normalne. Przecież on jest, on jest! Andre zabrakło nie tylko słów, ale i myśli. Siedział na niskim, drewnianym zydlu, ze stoickim spokojem przyglądając się wściekle warczącemu, chodzącemu w tę i z powrotem, po ciasnej chacie, Jayowi.
– Naprawdę aż tak cię to obchodzi? – zapytał z zainteresowaniem.
Wściekły wzrok czarnoskrzydłego po raz pierwszy zatrzymał się bezpośrednio na nim. Około godziny wcześniej, szamani z plemienia Quem di Dilligunt, tytułujący siebie „Wybrańcami Bogów”, zirytowani przemieszanym z ognistą furią, paniczny strachem chłopaka lli’andin sprawili, że Jay odzyskał swoją pamięć i zmysły. To jednak było poważnym błędem z ich strony. Rozszalały chłopak, zamiast się uspokoić, odzyskawszy swoje ja, wpadł tylko w jeszcze większą furię, niszcząc wszystko co spotkał na swojej drodze. Żeby go uspokoić, siły musieli połączyć wszyscy szamani, wojownicy i magowie, z tak naprawdę, pokojowo nastawionego plemienia. Teraz siedzieli tu, zamknięci i zapieczętowani magią, w drewnianej chacie, czekając na decyzję starszyzny tych pokrytych sierścią, o twarzach przypominających krowie, istot.
– A ciebie nie? – syknął wściekle Jay. – Rozumiem, że możesz nas nienawidzić, ale to przecież twoja siostra! Jak możesz być taki spokojny?!
Bursztynowe oczy błyszczały gniewnie. Obydwaj wiedzieli, że do walki między nimi jak dotąd nie doszło tylko z jednego, prostego powodu – Emi.
– Wcale nie jestem spokojny – przyznał niemal obojętnie Andre. – Po prostu uważam, że siedząc tutaj, w żaden sposób im nie pomożemy.
– Im? – zadrwił Jay, ale nie zdążył nic więcej odpowiedzieć, ponieważ drewniane, niezbyt wysokie drzwi, otworzyły się z wielkim hukiem, wpuszczając do pomieszczenia świeże, pachnące trawą powietrze.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Damien czuł, jak całe jego wnętrze płonie. Wpatrywał się uporczywie we wtuloną w jego śnieżną sierść dziewczynę. Nadal spała. Może to i lepiej… Teraz był pewien, że jeszcze trochę, może kilka godzin, a może nawet cały dzień, ale prędzej czy później zdradziłby swoich przyjaciół, byleby zaspokoić ten upiorny, palący wnętrzności głód. Co za ironia losu. Teraz, jak wielkie nie byłoby jego pragnienie, i tak nie miał pojęcia jak się stąd wydostać by móc je zaspokoić. Emi otworzyła karmelowe oczy. Przeciągnęła się. Ziewnęła.
– Hej – przywitała się leciutko uśmiechając. – Mamy jakiś plan? – spytała ufnie. Odsunęła się od Damiena, a chłopak na powrót przybrał swoją ludzką postać. Zaniepokojona spojrzała w jego pobladłe oblicze. – Coś się stało? – spytała.
– Nic – mruknął odwracając wzrok. – Chodźmy – rzucił pierwszy lepszy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, by odwrócić uwagę dziewczyny.
Wstał z ziemi, a Emi niechętnie podążyła za jego przykładem. Szli przed siebie w milczeniu przez prawie godzinę. Damien czuł jak trawi go gorączka. Ignorował zmartwione, pytające spojrzenia dziewczyny. Zdawał sobie sprawę, że przyznanie się do tego co mu jest, oznaczało klęskę. To by było tak, jakby się poddał. Palące, czerwone promienie słońca, zaczęły rozmazywać się przed jego oczami. Zamiast twardych skał, zaczął widzieć jedynie zamglone światło. To co czuł, było nie do wytrzymania. Wiedział, że zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, byleby tylko zaspokoić ten okropny, rozrywający go na strzępy od środka, głód. Musiał iść, po prostu iść przed siebie. W końcu nie wytrzymał. Potknął się o jeden z leżących na szkarłatnym piasku, luźny odłamek skały. Przewrócił się i już nie miał siły wstać. Zwinął się na boku w pozycji embrionalnej, walcząc z samym sobą, by z bezsilności, nie zrobić krzywdy, towarzyszącej mu Emi.
Rozdział XXVII
Jaskinia zalana była złowieszczym, zielonkawym światłem, a do tego te oczy… Były wszędzie. Płonęły w mroku obłędnym szkarłatem. Damien zaczął zastanawiać się czy umarł i znalazł się w otchłani. Ale nie, coś było nie tak. Pragnienie i ból sprawiały, że nie był w stanie jasno myśleć. Nie miał pojęcia gdzie jest, ani jak właściwie się w tym miejscu znalazł.
– Zjedzzzzmy go, na pewno będzie sssssmaczny – usłyszał chłodny, syczący głos.
– Ani się waż! – warknął na niego młodszy, niemal dziecięcy głosik. – To ja ich znalazłem i są moi!
– Taak? – zadrwił jeszcze inny. – A co z nimi zrobisz?
Teraz dopiero w bladym, zielonym świetle, Damien zauważył leżące na skałach, zbielałe kości. Zmrużył oczy, z nadzieją, że zobaczy należące do tajemniczych głosów postacie, w dalszym ciągu widział jednak tylko płonący szkarłat. Nigdzie, w zasięgu wzroku, nie było również Emi.
– Ona ładnie pachnie – przyznał ten brzmiący najmłodziej, jakby nieco zawstydzony.
– Dosssssskonale, niech więcccc tutajjjj zosssssstanie. A jjjjjego mmmożemy zjjjjeść – odpowiedział syczący, stanowczo, jakby właśnie rozwiązał cały problem.
– Kiedy ona nie chce – mruknął niechętnie jego rozmówca.
Dwaj pozostali warknęli na niego nieprzyjaźnie, ale w tym momencie do nozdrzy Damiena dotarł kuszący, przyjemny zapach. Więc jednak tu była, pomyślał z uczuciem ulgi. W takim razie Jay go nie zabije, przyszło mu bez składnie do głowy, a potem ponownie stracił przytomność.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Emi przykucnęła przy leżącym bezwładnie, na dnie groty, chłopaku. Palcami przeczesała jego jasne włosy. Łagodnie dotknęła czoła by stwierdzić, że ma gorączkę.
– Co się stało twojemu towarzyszowi? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem olbrzymi, włochaty pająk, podchodząc odrobinę bliżej.
Dziewczyna westchnęła. Jakby bezwiednie zmierzwiła czarne, matowe i rozkudłane futro, porastające osadzony na ośmiu, długich nogach korpus.
– Sądzę, że to substancje, które zażywał tak z nim robią – wyjaśniła smutno. – Teraz, kiedy mu ich brakuje, jego organizm domaga się więcej.
Pająk spojrzał na nią zagadkowo.
– Po tym jak wpuściłem mu swój jad, nie powinien niczego czuć – stwierdził. – A jednak on nawet się budzi. Co z nim nie tak?
– Nnnnawet nnnie nnnadaje ssssssię do jjjjedzenia – syknął z mroku jaskini obrażony głos. – Mmmmoże, gddddyby udało ssssię oczyśccccić mu krew… – rozmarzył się na moment.
Emi gwałtownie wstała. Spojrzała w ciemność. Jej karmelowe oczy spotkały się z wielkimi, błyszczącymi, szafirowymi ślepiami.
– Mógłbyś to zrobić? – zapytała z nadzieją.
– Nnnnie! – warknął stanowczo głos. – Wwwwasza mmmowa mnie mm męczy – syknął. – Mammmm dddość!
Odwrócił się, a dziewczyna w nikłym, zielonym blasku, ujrzała długi, pokryty łuskami ogon. Potem na kamiennej posadzce zadudniły głuche kroki, wielkich łap. Emi nie zastanawiając się ani chwili, pobiegła za nim. Dogoniła go dopiero, po trzech zakrętach, wysokiego korytarza, z którego ściany porastał fosforyzujący, wydzielający zielone światło mech.
– Zaczekaj, proszę! – spróbowała dotknąć olbrzymiego ogona, ale on zniknął w ciemnościach.
Pobiegła znowu. Po chwili, za kolejnym zakrętem, oślepiło ja zbyt jasne, zabarwione czerwienią światło. Wybiegła na zawieszoną kilkaset metrów nad rozpadliną, skalną półkę. Nie spodziewając się tego i nie widząc krawędzi, zbyt późno zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje. Nie zdążyła wyhamować. Strach ścisnął jej gardło. Zamknęła oczy, szykując się na niosący śmierć upadek. Poczuła na nadgarstku silny uścisk, a potem ktoś wciągnął ją z powrotem. Uniosła powieki, by spojrzeć prosto w rozgniewane, szafirowe oczy. Trzymająca ją dłoń boleśnie zaciskała się na jej ręce.
– Powiedziałem nie! – warknął wściekle wysoki, ciemnowłosy chłopak.
– Proszę… – szepnęła błagalnie Emi, próbując zignorować ból.
Wreszcie ją puścił. Z brutalną siłą odepchnął w głąb jaskini.
– Tutaj nie trafia się przypadkiem – syknął. – Nie znaleźliście się w tym miejscu bez przyczyny, więc nie widzę powodu, żeby wam pomagać – oznajmił drwiącym tonem.
– Więc dlaczego ty tu jesteś? – spytała ponownie podchodząc do niego. – Hikaru, proszę…
Roześmiał się. Tym razem już nie większe od jej własnych, szafirowe oczy zalśniły. Błysnęły w nich psotne iskierki.
– Zbyt wiele tego, żebym miał wymieniać – oznajmił z zadowoleniem. – Poza tym to nie ja jestem tutaj uwięziony, tylko wy jesteście.
Emi spojrzała na niego pytająco, nie rozumiejąc. Spędzili niemal dwa dni bezładnie włócząc się po skalistej, pustej krainie. Nie było tu kompletnie niczego. Dopiero potem odnalazły ich pająki. Dziewczyna była przekonana, że gdyby nie doświadczenie z jej przyjacielem, Okazu, już dawno by nie żyła. Poza tym te stworzenia były zupełnie inne. Potrafiły rozmawiać, znały ludzki język. To nie były tylko zwierzęta. Poznała też mieszkającego z nimi Hikaru. Musiała przyznać, że olbrzymi, pokryty czarną, pochłaniającą światło łuską, smok, wywarł na niej piorunujące wrażenie. Z pewnością jednak diametralnie inne od tego, jakiego się spodziewał.
– Chcesz powiedzieć, że wiesz jak stąd wyjść? – upewniła się wpatrując się w niego intensywnie.
– Oczywiście, że tak – uśmiechnął się przekornie chłopak.
– Pomóż mojemu przyjacielowi – poprosiła, ponownie zmieniając temat.
Chłopak odwrócił się do niej plecami i usiadł na samym brzegu skalnej półki, spuszczając nogi, tak, że obute w wysokie, skórzane buty stopy, zwisały beztrosko nad przepaścią.
– Niby dlaczego bym miał? – zapytał nie patrząc na nią.
– A dlaczego nie? – spytała, stając tuż za jego plecami.
Starała się mówić spokojnie, ale Hikaru irytował ją coraz bardziej. Nie potrafiła rozgryźć jego motywów, więc nie miała pojęcia, jak mogłaby go przekonać. Wiedziała tylko jedno, nie poradzą sobie bez jego pomocy.
– Nudzę się – oznajmił rozbrajająco. – Jeżeli stąd odejdziecie, na pewno nie zrobi się ciekawiej. A w ten sposób twój przyjaciel umrze, a ty zostaniesz ze mną.
– Zostanę z tobą – powzięła decyzję Emi – zrobię, co będziesz chciał, tylko najpierw nam pomóż.
Hikaru się odwrócił. Jego szafirowe oczy rozbłysły. Dziewczyna słyszała o jego gatunku przeróżne opowieści. Fakty zgadzały się lub nie, jedno jednak pozostawało niezmienne. Umowa ze smokiem nigdy nie wróżyła niczego dobrego.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Damien otworzył oczy. Wpatrywały się w niego czerwone ślepia, należące do… Chłopak gwałtownie usiadł, co przypłacił zawrotem głowy. Całym sobą nienawidził pająków, a to co nad nim stało, było olbrzymie! Monstrualne! Stworzenie fuknęło, szczerząc swoje ostre, jadowe kły. Mimo palącego go wewnątrz głodu, Illi’andin zaczął zbierać w sobie całą dostępną mu jeszcze magię.
— Fukkura, przestań straszyć mojego przyjaciela – Damien usłyszał ganiący głos Emi.
Pająk posłusznie, jakby odrobinę zawstydzony, wycofał się, żeby przepuścić dziewczynę. Emi przykucnęła, odgarniając mu z czoła jasne włosy, ale on kompletnie nie zwracał już na nią uwagi. Wpatrywał się niedowierzająco, w to co było za nią. Wiedział, że to nie możliwe i musi mieć spowodowane głodem narkotykowym halucynacje. Za plecami dziewczyny stał z założonymi rękoma i ze znudzonym wyrazem twarzy, najprawdziwszy w świecie smok. Mimo, że przybrał ludzką postać, szafirowe, długowieczne oczy mówiły same za siebie. Damien nie wiedział czy śmiać się czy płakać, a był już taki pewien, że nie może przydarzyć się im nic gorszego… Ciemnowłosy chłopak podszedł do niego bliżej. Ubrany był praktycznie, w skórzany, myśliwski strój. Włosy, dla wygody, ścięte miał niemal przy samej skórze. Był wysoki i szczupły, a cerę miał porcelanowo wręcz bladą, prawie tak jak Emi. Damien mimowolnie zaczął zastanawiać się, jak wyglądał w swojej prawdziwej postaci. Chłopak podszedł jeszcze bliżej. Ukucnął przy Emi. Położył dłoń, na jej, dotykającej Damiena dłoni.
– To cię będzie drogo kosztować – mruknął z satysfakcją, a potem Damien nie usłyszał już niczego więcej, ponieważ ponownie odpłynął w ciemność.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ból, który czuł, był nieporównywalny z niczym innym. Całe jego ciało, każda nawet najdrobniejsza komórka, paliły. Przestał oddychać, przestał mieć możliwość oddychania. Gdyby nie ten piekielny, płomienny ból, byłby pewien, że umarł. Świat przestał istnieć, a potem w jednym momencie wszystko wróciło. Puls, oddech, własne ciało. Damien był pewny, że ktoś go ukarał, każąc mu dalej żyć.
– Coś ty mu do cholery zrobił?! – wrzasnęła histerycznie, pełnym pretensji głosem Emi.
Hikaru roześmiał się podłym śmiechem.
– To czego sobie życzyłaś – odpowiedział rozbawiony. – Teraz jest czysty, zupełnie jakby nigdy niczego nie zażywał. Na chwilę zabrałem mu krew i wymieniłem na nową – sprostował.
Karmelowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia i zgrozy.
– Przecież to powinno go zabić – westchnęła.
– Istniała taka możliwość – przyznał lekkim tonem. – Przecież nie twierdziłem, że potrafię to zrobić, tylko, że może mi się udać.
– Ty draniu! – warknęła na niego Emi, rzucając się na chłopaka z pięściami.
Brutalnie chwycił jej ręce, łapiąc je w nadgarstkach i unieruchamiając. Znowu się śmiał.
– Udało się, więc o co ci chodzi? – zapytał odrobinę poważniejąc. Syknęła, próbując się wyrwać z jego uścisku. – Jesteś coraz zabawniejsza – zamruczał.
Powietrze między nimi przecięła błękitna błyskawica. Zaskoczony Hikaru odskoczył od dziewczyny. Szafirowe oczy zapłonęły gniewem, kiedy zorientował się skąd przyszedł ten nagły atak. Jednym susem przyskoczył do chwiejnie wstającego z podłogi Damiena.
– Nie, Hikaru! Obiecałeś! – zaprotestowała Emi.
Chłopak cofnął się. Zasyczał.
– Jeżeli jeszcze raz się wtrąci, to przyrzekam, że go zabiję – warknął do dziewczyny, a potem nie odwracając się za siebie, opuścił grotę.
Rozdział XXVIII
Andre już od pierwszej minuty nienawidził tego lasu. Teraz, kiedy musiał czołgać się na brzuchu, pod nisko zwisającymi gałęziami młodych świerków, nie cierpiał go jeszcze bardziej. Czuł się jak w koszmarze. Do tego nie mógł znieść towarzystwa tego przeklętego Illi’andin. Ba! Nie tolerowałby go nawet, gdyby tamten był człowiekiem, bo w zupełności wystarczyłby sam fakt, że jest chłopakiem jego młodszej siostry, z czym Andre naprawdę nie potrafił się pogodzić. No i jeszcze pozostawała kwestia Damiena… Nieprzyjemne uczucie zazdrości pojawiło się w myślach chłopaka, uczucie, które ze wszystkich sił próbował w sobie zgasić. Leżący obok, na ściółce leśnej Jay, klepnął go w ramię, nakazując milczenie. Dopiero po chwili Andre usłyszał ciche kroki wprawnych łowców. Uciekli przy pomocy wywołanego magią żywiołów zamieszania, ale najwyraźniej po rozróbie, którą urządził im Illi’andin, plemię istot o krowich pyskach nie zamierzało odpuścić. Mimo, że patrzyli na siebie nawzajem z wrogością i nienawiścią, byli sprzymierzeńcami, łączył ich jeden, wspólny cel – odnaleźć Emi i Damiena.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
W jaskini było chłodno, a zielonkawa poświata mchu, zaczynała przyprawiać o mdłości. Dziewczyna była bardzo blada i marzyła teraz tylko o tym, żeby znów zobaczyć księżyc i słońce. Zniechęcona usiadła na przygotowanym dla niej przez Fukkurę, miękkim sienniku. Damien wpatrywał się w nią intensywnie, jakby chciał przejrzeć dziewczynę na wylot.
– Umowa Emi, jaką zawarłaś z nim umowę?
– To bez znaczenia – odpowiedziała cicho, uciekając przed jego wzrokiem.
– To ma znaczenie! Piekielnie duże znaczenie! – warknął na nią. – On jest pieprzonym smokiem, a ty stałaś się jego zabawką!
Brązowe, lekko rozczochrane włosy zakrywały teraz Emi niemal całą twarz. Obdarzyła przyjaciela bladym uśmiechem.
– Gdyby nam nie pomógł, to byś tu umarł – stwierdziła stanowczo. – Nie miałam wyboru.
– I tak jestem już martwy – powiedział ze złością. – Jay mnie zabije, kiedy się o tym dowie!
W końcu przestał chodzić w kółko i usiadł obok niej na ułożonym z miękkiego, suchego mchu, sienniku. Emi przytuliła się do niego, oplatając się jego ramieniem.
– On nam pomoże się stąd wydostać – mruknęła cicho. – Obiecał.
– Och, w to nie wątpię… Tylko za jaką cenę… – westchnął zbolałym głosem Damien.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Czujny, niespokojny sen, przyniósł Jayowi niewiele odpoczynku. Tak bardzo tęsknił za Emi! Nie mógł znieść myśli, że coś mogło jej się stać. Do tego ten sen… Chłopak wzdrygnął się mimowolnie. Jego Emi, jego roztrzepana kotka, w objęciach kogoś zupełnie innego. Stała, opierając się plecami, o szczupłego, wysokiego chłopaka o szafirowych oczach, a on oplatał ją swoimi ramionami. Ta wizja była dla Jaya zwyczajnie nie do zniesienia. Jednak w jego śnie było coś jeszcze. Jakby wiadomość. Srebrna, ulotna poświata i szmaragdowe jezioro. Chłopak usiadł, otrząsając się z resztek nieprzyjemnego snu. Andre, który pełnił ostatnią wartę, obdarzył go niechętnym spojrzeniem. Jay spochmurniał jeszcze bardziej.
– Śniła mi się Emi – mruknął zdawkowo.
Andre zamrugał. Teraz jego spojrzenie było naprawdę zaniepokojone.
– Mi też – przyznał. – Była tam moja siostra i jakiś nieznajomy. Odniosłem wrażenie, że chcą, żebyśmy odnaleźli jezioro.
Jay z trudem powstrzymał warknięcie. Więc jednak jego wizja była realna, a koszmar stawał się rzeczywistością. To jednak w tej chwili nie miało znaczenia. Najpierw musiał ją odnaleźć i upewnić się, że jest bezpieczna.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Emi stała, ufnie oparta plecami o Hikaru. Teraz odsunęła się od niego, wpatrując się w intensywnie szafirowe oczy chłopaka. Damien nie miał racji. Może i Hikaru był smokiem, ale na pewno nie zamierzał jej oszukać. Nie znała jego pobudek, jednak jak do tej pory, zrobił znacznie więcej niż jej obiecał. Mimo, że bardzo irytowało ją zachowanie chłopaka, powoli zaczynała mu ufać.
– Myślisz, że zadziałało? – spytała z nadzieją.
Skinął głową, z lekko rozbawionym wyrazem twarzy.
– O tak, możesz być tego pewna.
– Więc zabierzesz nas do nich?
Ponownie przytaknął.
– Jeżeli tylko twoim przyjaciołom uda się dotrzeć do jeziora, to i my tam będziemy – oznajmił z kąśliwym uśmiechem, błąkającym się w kącikach ust. – Później zastanowimy się, co zrobić z wami dalej.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ten lot był niesamowity! Zupełnie inny niż w objęciach Jaya. Szczelnie otulona skórzaną, myśliwską kurtką Emi, siedziała na pokrytym czarnymi łuskami grzbiecie. Tuż za nią, z pobladłą, niemal zieloną twarzą, znajdował się Damien. Chłopak kurczowo obejmował ją w pasie i widać było po nim, jak bardzo jest nieszczęśliwy. Rozmiary Hikaru, pod postacią smoka były ogromne, a do tego był wspaniały, dostojny i piękny. Czarne, lśniące łuski, masa wyrobionych mięśni i olbrzymi, pełen niebezpiecznych zębów pysk. Zarówno Emi, jaki Damien zdawali sobie sprawę, że smok byłby w stanie zabić ich jednym machnięciem ogromnego ogona, kiedy jednak ujrzeli go na tle czerwonego nieba, żadne z nich nie mogło oderwać od jego postaci wzroku. Szafirowe oczy hipnotyzowały, porywając w swoją kuszącą głębię. Dziewczyna widziała jego sylwetkę już wcześniej, ale w mętnym, wydzielanym przez mech, zielonym świetle, nie była aż tak imponująca jak na zewnątrz. Teraz, swojego zachwytu, nie potrafiłaby opisać zwykłymi słowami. Ten lot, to, że ich ze sobą zabrał, zdaniem Emi było po prostu cudowne. Pragnęła rozkoszować się każdą, wspaniałą chwilą. Po prawie trzech godzinach, wreszcie dotarli do celu, a był nim niewielki, czarny punkt, unoszący się wysoko pod czerwonym niebem – jedyne wyjście z tej pustynnej krainy. Dziewczyna zadrżała, dopiero teraz zdała sobie sprawę, że gdyby nie pomoc pająków i Hikaru, prawdopodobnie nigdy by stamtąd nie wyszli.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Szmaragdowe jezioro, na którego brzegu się znaleźli, było naprawdę piękne. Woda w nim była tak przejrzysta, że bez trudu można było ujrzeć piaszczyste dno. Jaya jednak nie interesował wspaniały widok, ani ten, ani żaden inny. Właściwie niewiele go teraz interesowało. Stał, z całej siły zaciskając pięści i z trudem panując nad własnym gniewem. Mimo, że zarówno on jak i Andre, w jakiś tajemniczy sposób, podświadomie wiedzieli, którędy iść, to trafienie nad jezioro, wcale nie okazało się rzeczą łatwą. Co chwila musieli wymijać stworzone przez istoty z krowimi pyskami patrole, które zostały wysłane zapewne po to, by w ich poszukiwaniu przeczesać las. W końcu jednak dotarli. Byli tutaj, a teraz… nie, to nie mogło dziać się naprawdę! Czarnoskrzydły z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywał się w dziejącą się nad jeziorem, sielankową scenę. Emi, w czymś białym, co pod wpływem wody zrobiło się niemal przezroczyste, z piskiem uciekała przed ochlapującym ją wodą, wysokim chłopakiem. Tym samym, którego widział w swoim śnie. Rozciągnięty na trawie Damien przyglądał im się z nieco rozbawionym wyrazem twarzy. Lekko zdyszany Andre, któremu wreszcie udało się dogonić gnającego niczym wicher Jaya, wypadł na polanę. On również przystanął nieco zaskoczony, ale już po chwili otrząsnął się i zaczął wołać imię swojej siostry. Rozchichotana dziewczyna podniosła głowę, a kiedy ich tylko zobaczyła, natychmiast zaczęła biec w ich stronę, brodząc po kostki w szmaragdowej wodzie. Wpadła z impetem w wyciągnięte ramiona brata, a Andre przytulił ją do siebie opiekuńczo.
– Nic ci nie jest? – zapytał jej na wszelki wypadek.
Emi przecząco pokręciła głową, wyplatając się z jego uścisku. Teraz stanęła naprzeciwko Jaya, który w tym momencie nie był zdolny zrobić ani jednego kroku. Wyciągnęła rękę, jakby chciała go dotknąć, ale wtedy za jej plecami pojawił się Damien, wraz z nieznajomym. Chłopak stanął tuż za nią, a wtedy Jay instynktownie się cofnął. Emi opuściła dłoń. Miała zmartwiony wyraz twarzy.
– To Hikaru – przedstawiła swojego towarzysza, nie dodając niczego więcej. – Poznaj mojego brata Andre i przyjaciela Jaya.
Chłopak skinął im na powitanie głową, jakby pozostając w bezpiecznej odległości, wciąż za plecami Emi. Słowo „przyjaciel” zabolało Jaya do żywego. Było jak zimny prysznic. Do tej pory był przekonany, że są kimś więcej niż przyjaciółmi, kimś znacznie więcej. Wściekłość i zazdrość mieszały się w jego umyśle w jedno, próbując wydostać się rwącą, niebezpieczną rzeką. Chciał coś powiedzieć, ale zobaczył panikę w oczach Damiena. Zbyt długo i zbyt dobrze znał swojego przyjaciela, żeby zignorować tak wyraźny sygnał, więc z trudem się powstrzymał, zmuszając do milczenia.
– Czy to już wszyscy? – zapytał Hikaru, jakby się upewniając.
– Tak – odpowiedziała mu spokojnie Emi.
– Doskonale – mruknął w odpowiedzi, a jego przystojną twarz ozdobił szelmowski uśmieszek. – W takim razie wynośmy się stąd.
Potem cała ziemia zawirowała, uciekając Jayowi spod stóp. Uderzył go silny pęd powietrza. Zaniepokojony rzucił się w kierunku Emi, ale dziewczyny już tam nie było. Właściwie, to nie było tutaj niczego. Miejsce, w którym się znalazł, unosiło się, w zabarwionej fioletowymi cieniami, pustce.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Unosili się w powietrzu, a jednocześnie stali na twardym gruncie. Hikaru usiadł po turecku, w zabarwionym fioletowymi cieniami powietrzu. Emi spojrzała po zaniepokojonych twarzach przyjaciół, a potem wzruszyła ramionami i śladem chłopaka usiadła, podkulając pod siebie nogi i oplatając je ramionami. Nie miała pojęcia co to za miejsce, ale była pewna jednego – jest tutaj bezpiecznie, inaczej Hikaru by go przecież nie wybrał. Niepokoiła się tylko o to, co stało się z Jayem, ale cieszyło ją, że najwyraźniej był już sobą, szkoda tylko, że z jakiejś przyczyny bardzo niezadowolonym sobą. Damien niechętnie dołączył do nich, a w ślad za nim podążyli nieco zdezorientowani Andre i Jay, z czego ten pierwszy, bez ustanku wodził zaniepokojonym spojrzeniem karmelowych oczu za Damienem.
– Gdzie my jesteśmy? – zapytał chłodno brat Emi.
– W miejscu poza czasem – wzruszył ramionami najwyraźniej świetnie się bawiący Hikaru.
– Czemu tu jesteśmy? – drążył dalej ostrym głosem Andre.
– Ponieważ nas tu przeniosłem – uśmiechnął się leniwie smok.
– Dlaczego… – zaczął znowu czarodziej, a jego karmelowe oczy błyszczały z irytacji i niepokoju.
– Przestańcie! – przerwała im Emi. – Jesteśmy tutaj, ponieważ Hikaru chce nam pomóc. Przedstawiłam mu naszą sytuację.
– Niby dlaczego miałby chcieć nam pomagać? – zainteresował się Jay, starannie omijając Emi wzrokiem.
Coś było nie tak, a ona nie miała pojęcia z jakiego powodu, ani co z tym zrobić. Błagalnie spojrzała na Jaya, który zupełnie ją zignorował.
– Bo mu się nudziło – wtrącił się do rozmowy ponurym głosem Damien.
– Co się w ogóle z wami działo? Gdzie byliście? Po waszym zniknięciu Jay rozpętał prawdziwe piekło i do tej pory nas ścigają ci krowio-ludzie – zaznaczył pełnym pretensji tonem Andre. – Bardzo też chciałbym się dowiedzieć, kogo zabiła z zimną krwią moja siostra, żeby się tam znaleźć, o ile to co słyszeliśmy było prawdą – mruknął pełnym nagany głosem starszego brata.
Emi skuliła się jeszcze bardziej, a brązowe, lekko rozczochrane i przybrudzone włosy, zasłoniły jej niemal całą twarz. Wpatrywała się teraz w tańczące w pustce, fioletowe cienie.
– Wolałabym o tym nie mówić – szepnęła błagalnie.
Hikaru przyglądał im się z zainteresowaniem. Jego spojrzenie leniwie wodziło po ich twarzach, w kącikach ust chłopaka pojawił się ironiczny, drwiący uśmiech.
– Obserwowanie was było ciekawe… z początku… ale teraz robicie się już nudni – stwierdził rozbawiony – dlatego pozwólcie, że wyjaśnię wam kilka spraw. Magia nie jest doskonała – zaczął, wyciągając przed siebie nogi i podpierając się rękami o nieistniejące podłoże. – Czasami traktuje rzeczy zbyt dosłownie i nawet takie spłoszone, pełne dobrych intencji coś, jak twoja siostra, obrywa – zwrócił się do Andre.
– Hej! – zaprotestowała Emi.
Chłopak roześmiał się, a ona doskonale wiedziała, jak bardzo polubił ją irytować.
– No co? Czyżbym nie miał racji? – zwrócił się do niej w dalszym ciągu rozbawiony. – Nie zabiłaś w dobrej intencji? Szkarłatna pustynia to miejsce zesłania dla wszelkiej maści przestępców i czarnych charakterów, nie znalazłaś się tam bez powodu.
– Więc czemu magia mnie również tam nie zabrała? – warknął Jay, jakby stając w obronie dziewczyny. – Poluję niemal od zawsze, zabijam, a to ona, z powodu zabicia głupiej sarny, się tam znalazła! Dlaczego nie ja?!
Hikaru przewrócił oczami, spojrzał na Jaya jakby był małym dzieckiem, a raczej, konkretniej rzecz ujmując, kłopotliwym, przygłupim smarkaczem.
– To proste. Jesteś Illi’andin. Polujesz, żeby przeżyć. Nie robisz tego dla zabawy. Nigdy, nikogo, ani niczego nie zabiłeś bez powodu, z zimną krwią – wyjaśnił cierpliwie. – Ona musiała to zrobić.
– Miała powód – oznajmił ostro czarnoskrzydły. – Uratowała setki niewinnych dusz, poświęcając za nie jedno życie!
Coraz bardziej zainteresowani Andre i Damien spojrzeli na niego zaskoczeni, przenosząc swoje spojrzenia na bladą twarz Emi.
– Nikt nie powiedział, że magia będzie sprawiedliwa – stwierdził pojednawczym głosem Hikaru. – Co do niego natomiast – wskazał podbródkiem w kierunku Damiena – to zwykły morderca i gdyby Emi mnie tak ślicznie nie prosiła – uśmiechnął się pełnym samozadowolenia uśmiechem do dziewczyny – w życiu bym mu nie pomógł. W każdym razie – kontynuował ignorując to, że zarówno spojrzenie Emi, jak i Jaya, pytająco zwróciło się w kierunku Damiena i tylko Andre, z całej siły, starał się odwrócić wzrok – nie jesteśmy tu po to, żeby opowiadać sobie mrożące krew w żyłach historie. Obiecałem, że wam pomogę i zamierzam dotrzymać słowa. Nie będzie to jednak zabawa w ucieczkę i ukrywanie się przed światem po wszeczasy – stwierdził szczerząc białe zęby w uśmiechu. – Mam pewien plan.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Andre zerwał się z miejsca. Plan nieznajomego był czystym wariactwem i pod żadnym pozorem nie mógł być brany pod uwagę! Ani teraz, ani nigdy.
– To niedorzeczne! – oznajmił rozgniewany. – Tracimy czas – dodał ostro.
– Usiądź – mruknął uspakajająco Damien. – Właściwie, moim zdaniem to mogłoby się udać. Mimo, że sam pomysł jest dość szalony, to zawiera w sobie nieco logiki.
– Logiki? – burknął Andre. – Niby gdzie?! On proponuje frontalny atak i podporządkowanie sobie całej szkoły! – wykrzyknął.
– Widzisz jakiś inny sposób, na to, żebyśmy mogli tam wrócić? – spytał ponuro Damien. – Bo ja nie. Zresztą mamy pewną przewagę i asa w rękawie – uśmiechnął się gorzko.
– Róbcie co chcecie, ja zabieram moją siostrę i wracam do szkoły – zagroził chłopak.
– Nie pozwolę ci na to – odezwał się chłodnym głosem, milczący do tej pory Jay. – Zabiją ją, jeżeli się tam pojawi.
Damien poruszył się. Spojrzał prosto w karmelowe oczy Andre.
– Nie zastanowiło cię, dlaczego jeszcze nie jestem na głodzie narkotykowym? – spytał prosto z mostu. Chłopak spojrzał na niego zaskoczony, jakby do tej pory nie przyszło mu to do głowy. Damien uśmiechnął się ponuro. – Hikaru znalazł sposób, żeby oczyścić moją krew – wyjaśnił. – Jeżeli zgodzi się pomóc arystokratom, będziemy mieli ośmiu silnych sprzymierzeńców. Nie wydaje mi się też, żeby innym podobał się obecny stan rzeczy. Jestem pewien, że z przyjemnością się zbuntują.
– A co z czarodziejami? – spytał nieco mniej pewnie brat Emi.
– W tym już będzie twoja rola – uśmiechnął się odrobinę mniej ponuro Damien. – Hikaru – zwrócił się do rozpartego wygodnie, w pełnej fioletowych cieni pustce, smoka – pokaż mu, co ich przekona.
Rozdział XXIX
Jeffrey niespokojnym krokiem chodził po bogato zdobionym pokoju. Jego nienaganne zwykle ubranie było teraz wygniecione i nieco brudne, a jasne pukle włosów, zamiast układać się w drobne loki, sterczały na wszystkie strony. To przez tego cholernego głupca teraz cierpiał. Konsekwencje ucieczki Damiena Hayazaki ponosili oni wszyscy. Gdyby tylko potrafił udzielić odpowiedzi na zadawane mu pytania… Zrobiłby to bez najmniejszego wahania! Ale jak miał zdradzić coś, czego zwyczajnie nie wiedział?! Nagle odwrócił się w stronę wielkiego, zajmującego niemal całą ścianę okna. Katem oka dostrzegł prześlizgujący się za grubą zasłoną cień. Wstrzymując powietrze, zaczął zbierać w sobie magię. Wystarczyłoby jedno jego słowo… Nie zdążył. Coś gwałtownie spadło na niego, przewracając go na ziemię i przygniatając jego twarz do grubego, jasnego dywanu. Potem ucisk zelżał, jakby napastnik nagle gwałtownie stracił na wadze. Jeffrey z trudem odwrócił głowę. Zamrugał niedowierzająco.
– Damien? – zapytał zaskoczony.
– Teraz będziesz milczał i posłuchasz co mam do powiedzenia – wyjaśnił siedzący na nim chłopak, szczerząc w uśmiechu białe zęby. Potem jego błękitne oczy rozbłysły. – Jeżeli jednak w międzyczasie odezwiesz się chociaż słowem… – zamruczał, z premedytacją pokazując Jeffreyowi niedwuznaczny gest.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
To było czyste szaleństwo, a oni to doskonale rozumieli. Rozumieli i… godzili się na to! Tylko właściwie jaki mieli wybór? Lepsza była wieczna niewola czy śmierć? Plan, który przedstawił im Damien Hayazaki dawał to, czego w życiu potrzebowali najbardziej – nadzieję, nawet jeżeli miałoby to oznaczać współpracowanie z ludźmi. Zresztą magowie wcale nie byli w lepszej sytuacji. Ich siostry, przyjaciółki, dziewczyny, wszystkie one były zagrożone poprzez nieprzemyślane działanie sojuszu. Zmuszanie młodych czarodziejek do zaplanowanych przez rodziny małżeństw z chłopcami Ili’andin było wystarczającym powodem do buntu. Było cienką nicią, która mogła zmusić ich do współpracy. Teraz, na skraju lasu, na polanie nad jeziorem, pojawili się wszyscy, bez wyjątku. Stała tu cała ósemka, uczęszczających do szkoły w czarnej wieży, arystokratów Illi’andin. Z nienawiścią i rezygnacją obserwowali stojącego w blasku trzech księżyców Damiena, ale w ich spojrzeniach było jednocześnie coś innego. Na wymęczonych tygodniami podawania serum prawdy i różnych innych narkotyków twarzach, malowała się nadzieja.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Wykończony Hikaru opadł na trawę. Nie chciał, żeby którekolwiek z nich wiedziało, jak wiele własnej siły kosztowało go oczyszczenie krwi arystokratów. Czuł się wśród nich dziwnie nie na miejscu i to co miało być rozrywką, zmieniało się w niechętny przymus. W powietrzu zaczął się unosić przyjemny, lekki zapach. Nawet nie musiał podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto znalazł się w pobliżu.
– Ilu z nich przeżyło? – spytała siadając na trawie.
– Pięciu – odpowiedział smok – a to i tak nieźle. Mieli szczęście.
Dziewczyna skinęła głową, co bardziej wyczuł niż zobaczył. Wiedział też, że jest smutna, ale zdeterminowana. Poczuł ukłucie dziwnej przykrości, na myśl, że za chwilę zgasi cały jej zapał.
– Wracam do domu – oznajmił siadając.
Emi spojrzała na niego zdezorientowana. Zamrugała, przez co jej duże, karmelowe oczy stały się jeszcze większe.
– Nie możesz! Przecież obiecałeś! – wyjaśniła niczym ufne, małe dziecko.
Chłopak zawahał się przez chwilę.
– Najpierw zabiorę was tam, dokąd będziecie chcieli – oznajmił niezbyt chętnie. – I nie martw się, skoro to ja rezygnuję, nasza umowa jest nieważna.
Dziewczyna gwałtownie zerwała się z trawy.
– To ty rozpocząłeś naszą wojnę, ale z tobą, czy bez ciebie – odezwała się gorączkowo – my ją dokończymy!
Potem odwróciła się i po prostu uciekła, znikając między drzewami, niczym rusałka. Hikaru z westchnieniem opadł na trawę. To, co kłębiło się w jego wnętrzu, to było coś zupełnie nowego. Innego, niż znał do tej pory. Na dodatek wcale, a wcale mu się nie podobało.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Drogi Pamiętniku, tego dnia rozpętała się wielka bitwa. Magowie walczyli ramię w ramię z Illi’andin. Nie chcieliśmy takiego losu, nikt nie chciał, ale każde z nas rozumiało, że nie mamy innego wyjścia. Naszym założeniem było pokojowe przeprowadzenie do portali wszystkich tych, którzy nie popierali naszych idei. To jednak się nie udało. Nauczyciele z czarnej wieży wezwali na pomoc garnizon z Morven. Umierali zarówno czarodzieje, jak i Illi’andin, a ja drżałam ze strachu o życie najbliższych. Wszystko wskazywało na to, że przegramy, a oni, mściwie pozabijają nas wszystkich. Wtedy jednak okazało się, że Hikaru został. Do tej pory zadaję sobie pytanie, co nim kierowało. Ze smokiem nawet wojownicy Illi’andin nie mieli szans. Szalę zwycięstwa na naszą stronę ostatecznie przechyliły leśne zwierzęta, które tłumnie zebrały się na skraju Anduriańskiej Puszczy, by nas wspomóc. Ostatecznie wszyscy nauczyciele i niechętni nam uczniowie Białego Pałacu, zostali wygnani z Dareshii, a prowadzące do zewnętrznego świata portale, zostały zniszczone. Żaden Illi’andin nie odważył się opuścić niewielkiej planety. Dla nich nie było odwrotu. Każdego z nich czekałaby śmierć.
Siedząca, pod rozłożystym dębem, Emi podniosła głowę znad trzymanego na kolanach zeszytu. Spojrzała w bursztynowe oczy stojącego nad nią Jaya.
– Uspokoili się? – spytała posępnie, z góry przewidując odpowiedź.
Chłopak prychnął.
– Nie ma na to najmniejszych szans. Illi’andin i ludzie zawarli sojusz. Łączy nas wspólny wróg, ale nie ta dwójka – mruknął cierpiętniczo. – Damien i Andre prędzej się pozabijają niż którykolwiek z nich odpuści.
– Doskonale – Emi przewróciła oczami. – W takim razie ja walnę w łeb mojego głupiego brata, a ty zajmiesz się Damienem.
Jay uśmiechnął się do dziewczyny, ale jego uśmiech natychmiast zrzedł, bo właśnie tuż przy nim, spomiędzy drzew, wysunęła się szczupła sylwetka Hikaru. Smok zupełnie zignorował chłopaka.
– Skoro już po wszystkim, to się zbieramy – oznajmił rozkazującym tonem, zwracając się do Emi. – Chcę wracać do domu.
Dziewczyna przepraszająco spojrzała na Jaya, a potem powoli wstała ze swojego miejsca pod drzewem. Obietnica to obietnica, a ona wiedziała, jak niebezpiecznym by było nie dotrzymanie swojej. W końcu Hikaru wywiązał się ze swojej części umowy, został i im pomógł. Czarne skrzydła Jaya rozpostarły się w niemym proteście.
– Zbieramy? Idziesz z nim? – spytał zaskoczony i rozczarowany.
Emi spuściła głowę, tak, że długie, brązowe włosy, zasłoniły kurtyną jej twarz i karmelowe oczy.
– Taką mieliśmy umowę – przyznała cicho.
– Więc ty i on nie… – zaczął Jay, którego umysł jakby się przebudził ze snu i otępienia, a uczucia i nadzieja wydostały się spod gęstej, zasnuwającej je mgły. Jakoś dopiero teraz do niego dotarło, że to przecież jego Emi i ona nigdy by…
Stojący podpierając się pod boki Hikaru, ziewnął przeciągle. Wyglądał na mocno znudzonego.
– Chciałem, żebyś tak myślał – wyjaśnił spokojnie – to ułatwiało sprawę. No cóż, może w ten sposób będzie zabawniej. Emi, zabieraj swoje rzeczy i idziemy – zwrócił się rozkazująco do dziewczyny.
Jay bez chwili wahania chwycił miecz, który bez przerwy nosił w pochwie, przy pasie, od czasu rozpoczęcia się walk.
– Przestań! Odłóż to! – zażądała dziewczyna, ale on kompletnie nie zwrócił na nią uwagi.
Hikaru roześmiał się, bez trudu unikając pierwszego, szybkiego ciosu. Potem się przemienił. Olbrzymie, czarne cielsko smoka, ledwo mieściło się na polanie, między pojedynczymi drzewami.
– Nie! Przestańcie! – ponownie zaprotestowała dziewczyna.
Wielki, twardy, ciemny ogon powalił ją na ziemię. Czarnoskrzydły wzbił się w powietrze, próbując zaatakować z wysokości, ale zaraz za nim wzleciał ku niebu, coraz mniej rozbawiony, a bardziej wkurzony smok.