Siódme spotkanie – Słodycz Piekła
by VickySiódme spotkanie
Nie! Nie! Nie! To nie działało i Lisanna nabrała przekonania, że nigdy w jej przypadku nie zadziała. Nie potrafiła stworzyć świetlistej tarczy i odepchnąć od siebie upiorów. Nie była również przekonana czy to na pewno dobre rozwiązanie. Zaraz… ktoś jej kiedyś powiedział, że to jak sen, sen, który można samemu kreować. Nie pamiętała kto i kiedy, ale stwierdziła, że znacznie bardziej przemawia do niej ten pomysł. Zdesperowana wyobraziła sobie, że jest niewidzialna, że jej światło gaśnie. W myślach otoczyła się płaszczem z cienia. Zbliżające się upiory wyglądały na zdezorientowane. Ten, który był najbliżej niej zawył z wściekłości i zawodu. Lissi wyobraziła sobie ciepłe światło, które pojawia się w oknie oddalonego od nich o paręnaście metrów, zrujnowanego budynku. Postacie odwróciły się w jego stronę, dezorientacja zniknęła, powoli, niemalże leniwie, popłynęły ku nowemu źródłu światła. Lissi poczuła przypływ triumfu. Po raz pierwszy, po setkach nieudanych prób, udało się jej odegnać upiory.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Rafael odsunął się od niej zaskoczony. Jak? To nie było możliwe! Nie mógł się tak cholernie pomylić! …a jednak. Widział to na własne oczy. Gdyby wiedział, nigdy by jej tutaj nie przyprowadził. …a teraz… z jego winy… dziewczyna była w niebezpieczeństwie. Gdy się odezwał jego głos był stanowczy i chłodny. Zupełnie jak gdyby nic się nie wydarzyło. Jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że Maven również to widział.
– Zabierz ją do akademika, niech odpocznie – rozkazał chłopakowi.
Maven wpatrywał się w niego przez chwilę, ale ostatecznie tylko skinął głową. Lissi otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do nich, ale jej uśmiech szybko zniknął, gdy patrząc na ich pobladłe twarze zorientowała się, że coś jest nie tak. Rafael jeszcze przez chwilę łudził się, że może nikt nie zauważył jej przemiany, ale jego nadzieje rozwiały się gdy usłyszał na schodach wieży ciężkie kroki regimentu strażników.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Sterylny pokój, białe ściany, białe łóżko z białą, sztywną pościelą. Lissi czuła się nie tyle jak w więzieniu, co raczej jakby trafiła do szpitala psychiatrycznego, a to było jeszcze gorsze. Nie zdając sobie z tego sprawy użyła mocy Cieni, ich najgorszych wrogów. Czuła się zagubiona i skonsternowana. Otaczający ją Posłańcy najwyraźniej też tak się czuli, a przynajmniej Rafael tak się czuł. Nie mieli pojęcia co z nią zrobić.
Gdy prowadzili ją do tego dziwnego miejsca słyszała pełne nienawiści szepty. Najbardziej jednak zabolało ją, gdy Maven odwrócił od niej wzrok. To zupełnie tak jakby uważali, że się nagle zmieniła, a przecież tak nie było. Zrobiła coś inaczej niż tego oczekiwali, ale w dalszym ciągu przecież pozostawała sobą.
Gdy ktoś otworzył drzwi podniosła wzrok, ale nie wstała z łóżka na którym siedziała. Rafael wszedł do środka, starannie je za sobą zamykając. Zupełnie jakby mogła stąd uciec… W dalszym ciągu przecież nie wiedziała nawet gdzie leży Elora, a co dopiero to konkretne miejsce.
– Lissi, przepraszam – zaczął mężczyzna podchodząc do niej. – Gdybym wiedział, że jesteś jedną z nich, nigdy bym cię tutaj nie zabrał. Nie spodziewałem się…
– Co ze mną zrobią? – przerwała mu ani odrobinę nie chcąc słuchać jego tłumaczeń.
Rafael wzdrygnął się jakby zupełnie nie był przygotowany na to pytanie.
– Nie wiem – przyznał cicho – jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by pojawił się ktoś będący połączeniem obydwu ras. – W końcu podniósł na nią wzrok. – Prawdopodobnie zabiją cię, żeby zatuszować całą sprawę.
– Cudownie – mruknęła Lissi, odwracając się do niego plecami i kładąc na śnieżnobiałej pościeli twarzą do ściany.
Zrozumiał, że rozmowę uznała za skończoną, bo wyszedł po cichu zamykając za sobą drzwi. Została tylko cisza. Cisza, która w tym miejscu była gorsza niż nawet największy, najbardziej nieznośny na świecie hałas.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Musiała usnąć ponieważ obudziło ją ciche skrzypnięcie otwierających się drzwi. Spodziewała się oślepiającego światła, ale zamiast tego ujrzała jedynie przesuwający się ku niej cień. Drzwi pozostały otwarte. Półmrok rozświetlał sączący się z korytarza blask.
– Wstawaj, szybciej – ponaglił ją znajomy, pełen napięcia głos.
Wstała, ale odsunęła się od niego o kilka kroków.
– Co ty tu robisz? – spytała tak samo zaskoczona jak i przestraszona.
Teraz to on wyglądał na zdziwionego i nieco zasmuconego.
– Jak to co? Przyszedłem po ciebie… Chyba nie sądziłaś, że cię zostawię?
Spuściła wzrok. Właściwie tak właśnie sądziła.
– Przecież ty… ja…
Widziała jak odwracał od niej wzrok… Teraz tego w każdym razie nie zrobił. Delikatnie ujął jej brodę i zmusił by na niego spojrzała.
– Lissi, mówiłem poważnie. Kocham cię i nie obchodzi mnie kim jesteś ani jaka krew płynie w twoich żyłach. A teraz chodź, musimy się pospieszyć – ponaglił ją, chwytając za rękę i wyciągając na pusty korytarz przez wciąż uchylone drzwi.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Jej myśli i kompletny brak zaufania paliły go żywym ogniem. No cóż… przynajmniej pokazał dziewczynie jak bardzo się co do niego myliła. Teraz jednak najważniejsze było, żeby ją stąd wydostać. Promyk stał na obrzeżach miasta, tam gdzie go zostawił. Podsadził dziewczynę na siodło, a potem sam podciągnął się za nią. Ku jego zdziwieniu gwałtownie zaprotestowała.
– Maven, nie! Nie możesz tego zrobić! Jeżeli ze mną pójdziesz, nie będziesz miał tu powrotu.
Naprawdę myślała, że zostawi ją samą? Siedziała teraz bokiem, zwrócona ku niemu twarzą. Była zdecydowanie zbyt blisko niego. Za mocno na niego działała, a to nie był odpowiedni moment, żeby miał stracić nad sobą kontrolę.
– To nie ma znaczenia – odezwał się cicho. – Zresztą i tak pewnie się domyślą, że ci pomogłem – obdarzył ją szelmowskim uśmiechem, obejmując ramionami.
Bez ostrzeżenia zmusił pegaza by ten wzbił się w powietrze. Lissi pisnęła, a on uciszył ją zakrywając jej usta dłonią. Znaleźli się poza murami miasta. Tylko dlaczego Maven odnosił wrażenie, że to było zdecydowanie zbyt łatwe?
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Kiedy wylądowali Maven niechętnie wypuścił Promyka. Zdawał sobie sprawę, że nie może z nimi zostać. W świecie, w którzym żyli zwyczajni ludzie, wzbudziłby sensację.
Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę co tak bardzo go niepokoiło. Ulica, którą szli była okryta barierą ochronną. Na wszelki wypadek spróbował rozciągnąć tarczę nad sobą i dziewczyną. Nic się nie wydarzyło. Co do cholery?! Spróbował ponownie. Nic. Pustka. Otoczył Lissi ramieniem i przyciągnął do siebie. Wyczuwał, że ona również jest zdezorientowana i przestraszona.
– Coś jest bardzo nie tak – potwierdził jej przypuszczenia. – Musimy się stąd jak najszybciej wynieść.
Przysunęła się do niego jeszcze bliżej. Przylgnęła do niego mocniej. Skierował wzrok tam gdzie ona do tej pory patrzyła. Z zamglonej uliczki wyłoniły się jakieś postacie. Maven z trudem przełknął ślinę. Nie tego się spodziewał. To nie byli Posłańcy. Sylwetki, które wyłaniały się z mroku… Cienie! Było ich zbyt wielu. Skąd oni się tu w ogóle wzięli? Zupełnie jakby czekali właśnie na nich… Nie mieli dokąd uciec. Zostali otoczeni.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Maven próbował ją zasłonić. Wiedziała, że nie ma szans, ale mimo to chłopak nie zamierzał się poddawać. Nie mogli ich rozdzielić! Tylko na tym jej w tej chwili zależało. Przerażała ją perspektywa nadchodzącej walki.
W pewnym momencie ktoś odciągnął ją do tyłu. Otaczające ich postacie poruszały się zbyt szybko – niczym zamazane smugi. Nagle znalazła się zupełnie gdzie indziej. Zorientowała się, że ktoś wypchnął ją poza barierę. Było tu spokojnie i… zupełnie pusto. Wiał chłodny wiatr. Zmierzchało. Lissi spróbowała się wyrwać. Na próżno. Spojrzała na tego kto ją trzymał. Zamarła. Młody mężczyzna był obcy, ale jednocześnie jakoś dziwnie znajomy. Był szczupły w tali i szeroki w ramionach. Miał odrobinę potargane, brązowe włosy, w kolorze o ton ciemniejszym od gorzkiej czekolady i niezwykłe, orzechowe oczy. Był cudowny! Niesamowity! Przez chwilę wpatrywała się w jego usta pragnąc przekonać się jakby to było, gdyby mogła go pocałować. Poruszyła się, ale on stanowczo przytrzymał ją w miejscu. Szarpnęła się ponownie, próbując jednocześnie otrząsnąć się z czaru, który nad nią roztoczył.
– Puść mnie! – zażądała.
– Lissi, proszę cię, musisz mi zaufać – odezwał się błagalnie, a ona z miejsca zakochała się w tembrze jego głosu.
Patrzył na nią z takim cierpieniem i tęsknotą, że aż zaparło jej dech. Zmusiła się by odwrócić od niego wzrok.
– Czego ode mnie chcesz? – spytała wojowniczo.
Wzdrygnął się.
– Więc Jean miała rację? Rzeczywiście mnie nie pamiętasz?
Teraz sprawiał wrażenie naprawdę zatroskanego. Lissi jednak przestała zwracać na niego uwagę. Na ulicy pojawiło się więcej postaci. Dwóch mężczyzn prowadziło między sobą Mavena, popychając go brutalnie do przodu. Na ten widok po raz kolejny spróbowała się wyrwać, ale on znów jej na to nie pozwolił.
– Co mu zrobią? – zapytała błagalnie. – Dokąd go zabierają?
Chłopak wzruszył ramionami.
– To nie ma znaczenia – odpowiedział jej cicho. – Najważniejsze, że ty nareszcie jesteś bezpieczna.