Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dziedziczka

    Targ niewolników to miejsce, w którym nawet powietrze pachnie desperacją i tanimi kadzidłami, które mają zamaskować smród nieszczęścia. Wielkie namioty, rzędy klatek, handlarze zachwalający „towar” tak radośnie, jakby sprzedawali dynie na jarmarku. Gdyby nie fakt, że Dwór Orchidei powoli zamienia się w mauzoleum, a ja potrzebuję kogoś, kto umie trzymać miotłę, nigdy by mnie tu nie zobaczyli. Pocieszam się myślą, że ktokolwiek do mnie trafi, będzie miał przynajmniej dach nad głową i szansę, że nie skończy jako czyjaś erotyczna dekoracja. Bo tak, w klatkach znajdują się istoty rozumne. Pokonane w wojnie, porwane, sprzedane przez rodzinę. Klasyka.

    Zapach potu, kurzu i kadzideł wciska się w gardło. Gwar jest nienaturalnie wesoły — jakby wszyscy udawali, że to nie handel życiem, tylko wyprzedaż dywanów.

    Etienne idzie pół kroku przede mną, czujny jak zawsze. Jego obecność działa na mnie uspokajająco, choć żołądek i tak zaciska mi się w supeł za każdym razem, gdy ktoś woła „sprawdzony, posłuszny, zero narzekania!”.

    Przechodzimy między namiotami. W jednym siedzą drobne sylwetki o wydłużonych uszach, w innym masywne zwierzoludzie skute parami. Wszyscy milczą. Tylko szelest łańcuchów i od czasu do czasu stłumiony jęk, który szybko ucisza ostrzeżenie strażnika.

    Dopiero w kolejnym namiocie naprawdę mnie zatyka.

    Młody, prześliczny mężczyzna jest przywiązany za nadgarstki do belki, tak że ledwo dotyka stopami ziemi. Poza skąpą przepaską biodrową jest zupełnie nagi. Długie, niebieskie włosy opadają mu na ramiona i plecy jak wodospad z morskiej piany. Twarz ma tak idealną, że wygląda jak posąg, który ktoś zapomniał ubrać.

    — To tryton — mruczy Etienne, dotykając mojego ramienia. — Kupują ich bogate wdowy i nudzące się szlachcianki. Do… specjalnych celów. Nie sprawdzają się jako służba. Chodźmy dalej.

    — Och… — dociera do mnie, dlaczego został tak wyeksponowany. — Czyli to nie jest stoisko z „uniwersalnym pracownikiem domowym”, tylko… katalog życzeń.

    — Zaczekajcie! — melodyjny, lekko spanikowany głos zatrzymuje nas w pół kroku. — Mogę pracować! Naprawdę! Sprzątanie, noszenie, cokolwiek! Nie jestem tylko… zabawką.

    Tryton patrzy na mnie z desperacką nadzieją. W jego oczach nie ma już rezygnacji, pojawia się czysty, zwierzęcy strach.

    Etienne zaciska palce na moim ramieniu.

    — Eve…

    — Nie — odpowiadam, nawet na niego nie patrząc. — Nie potrafię.

    Odwracam się i wracam do namiotu. Handlarz uśmiecha się szeroko, jakby właśnie wygrał na loterii.

    — Piękny okaz, prawda? — zachwala. — Świeżutki, dopiero z wybrzeża. Jeszcze nie złamany. Cena promocyjna, bo… no wiecie. Specjalizacja.

    Tryton patrzy na mnie tak, jakby był gotów paść na kolana, gdyby tylko mógł.

    — Jak masz na imię? — pytam cicho.

    — Arsen — odpowiada drżącym głosem. — Proszę… weź mnie. Zrobię wszystko. Będę sprzątał stajnie, czyścił kominy, cokolwiek. Tylko nie… — zerka w stronę starszej szlachcianki, która właśnie weszła i lubieżnie przesuwa dłonią po jego torsie.

    Zaciskam zęby tak mocno, że boli.

    — Biorę go — mówię do handlarza, zanim Etienne zdąży mnie odciągnąć. — Ile?

    Handlarz podaje cenę. Etienne wydaje z siebie niski, wilczy pomruk, ale nie protestuje głośno. Wie, że jak zaczniemy się kłócić przy wszystkich, to tylko pogorszy sprawę.

    Arsen patrzy na mnie jak na anioła. Albo na ostatnią deskę ratunku. A ja czuję się jak dziewczyna, która właśnie kupiła sobie pierwszego pracownika domowego w życiu… i to półnagiego trytona.

    — Witaj w rodzinie, Arsen — mruczę pod nosem, gdy Etienne niechętnie odlicza monety. — Mam nadzieję, że lubisz stare, mroczne dwory i fakt, że twój nowy pracodawca właśnie kupił sobie żywą dekorację do łazienki. Bo od dzisiaj to twój dom.

    Tryton uśmiecha się słabo, a ja myślę tylko o tym, że Dwór Orchidei pewnie już zaciera ręce. Albo pnącza. Albo cokolwiek tam żyje w ścianach. I szczerze? Chyba nie mogę się doczekać, co powie na nowego lokatora.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Idziemy dalej. Staram się oddychać równo, ale to miejsce skutecznie odbiera złudzenia, że da się tu zachować dystans. Kolejne namioty wyglądają podobnie, różnią się tylko „asortymentem” i sposobem ekspozycji. Jedni są zamknięci w klatkach, inni przykuci do pali, jeszcze inni stoją na podestach, jakby mieli zostać ocenieni pod kątem kształtu i użyteczności — jakby to był pokaz mody, tylko zamiast szpilek są łańcuchy.

    Zatrzymuję się gwałtownie przy jednej z klatek.

    W środku siedzą dwie dziewczynki z kocimi uszami. Starsza wygląda na tyle lat co ja — poszarzała skóra, zapadnięte policzki i zbyt duże, złote oczy, w których nie ma już dziecięcej ciekawości, tylko czujność drapieżnika, który wie, że świat jest gówniany. Młodsza jest znacznie mniejsza. Dziecko. Przytula się do siostry, wbijając twarz w jej ramię, jakby próbowała wtopić się w cień.

    Przez ułamek sekundy widzę w nich bohaterki z anime, które oglądałam kiedyś z siostrą. Kocie dziewczyny. Słodkie, kolorowe, bezpieczne. Ta myśl boli najbardziej.

    — One… — zaczynam, ale głos mi się łamie.

    Etienne już kuca przy klatce, przygląda się im uważnie, bez śladu litości, za to z wyraźną oceną zawodowca.

    — Zwierzoludzie — mówi krótko. — Często trafiają na targi po rozbiciu mniejszych klanów. — Zerka na młodszą. — Ta jest za mała, żeby była użyteczna.

    Handlarz prycha.

    — Mała jeszcze podrośnie.

    Czuję, jak coś we mnie pęka. Oczami wyobraźni widzę już, jak Dwór Orchidei zaciera ręce — a może pnącza? — i szykuje dodatkowe pokoje.

    — Biorę je — mówię natychmiast. — Obie.

    Starsza dziewczyna podnosi na mnie wzrok. Przez moment wygląda na zdezorientowaną, jakby nie rozumiała, co właśnie usłyszała. Młodsza jeszcze mocniej wtula się w nią.

    — Cena będzie wyższa… — zaczyna handlarz.

    — Nie — wtrąca Etienne, wstając. Jego głos jest spokojny, niemal obojętny. — Cena będzie niższa. Są wychudzone, zaniedbane i wyraźnie chore. Jedna z nich jest dzieckiem. Sprzedaż takiego towaru to ryzyko.

    Handlarz marszczy brwi.

    — Dziedziczka nie zna realiów targu.

    — Właśnie dlatego to ja się targuję — odpowiada Etienne chłodno.

    Odsuwam się pół kroku i patrzę, jak wymieniają spojrzenia, jak padają liczby, jak cena topnieje z każdą kolejną uwagą Etienne’a. W końcu handlarz spluwa pod nogi i zgadza się z wyraźną niechęcią.

    Kiedy klatka zostaje otwarta, starsza dziewczyna nie wychodzi od razu. Dopiero gdy delikatnie dotykam jej dłoni, podnosi się i pomaga młodszej stanąć na nogi. Obie patrzą na mnie, jakby wciąż nie wierzyły, że to się naprawdę dzieje.

    Nie mamy jednak czasu na ulgę.

    Kilka namiotów dalej słyszę krzyk. Niski, zduszony, przerwany uderzeniem. Zatrzymuję się, zanim zdążę pomyśleć. Etienne przeklina cicho pod nosem i rusza pierwszy.

    W środku widzę starszego zmiennokształtnego. Leży na ziemi, przykuty do metalowego pierścienia. Twarz ma pooraną bliznami, jedno oko spuchnięte, krew spływa mu po skroni. Dwóch strażników właśnie kończy „pokaz”, kopiąc go bez pośpiechu, metodycznie.

    — Wystarczy — mówię, zanim zdążę się powstrzymać.

    Jeden z nich odwraca się do mnie z rozbawieniem.

    — Paniusia chce kupić problem?

    — Tak — odpowiadam bez wahania.

    Etienne staje przede mną, zasłaniając mnie częściowo ramieniem.

    — Towar jest uszkodzony — mówi rzeczowo. — Starszy, agresywny, z historią buntu. Jeśli go nie sprzedacie teraz, zdechnie wam na zapleczu.

    — Zamknij się — warczy handlarz.

    — Albo sprzedaj go za grosze — ciągnie Etienne spokojnie. — Albo tłumacz się właścicielowi, czemu znęcacie się nad niewolnikiem w stanie krytycznym.

    Zapada cisza. Strażnicy cofają się niechętnie.

    — Jesteś beznadziejna w targowaniu — rzuca Etienne do mnie półgłosem. — Gdyby to zależało od ciebie, zapłaciłabyś trzy razy więcej.

    — Przynajmniej by przeżył — odpowiadam przez zaciśnięte zęby.

    — Przeżyje — mówi. — I to taniej.

    Chwilę później kajdany zostają zdjęte. Zmiennokształtny osuwa się ciężko, ale nie traci przytomności. Gdy przechodzę obok, unosi głowę i patrzy na mnie wrogo. Nie rusza się jednak. Nie ma na to siły.

    Kiedy opuszczamy targ, słońce stoi już nisko. Przewoźnicy wpychają na wóz niczym towar Arsen’a, dwie kocie dziewczynki i starszego zmiennokształtnego, który ledwo trzyma się na nogach.

    — Jesteś beznadziejna — powtarza Etienne, gdy wsiadamy do powozu. — Handlarze nie powinni na tobie zarabiać.

    — Przyzwyczaj się — odpowiadam cicho, patrząc przez okno na oddalający się targ. — To nie był ostatni raz.

    Nie wiem, czy w Dworze Orchidei naprawdę będzie im lepiej. Jednak wiem jedno. Gorzej już być nie może. A Dwór… mam wrażenie, że już wie, że wracamy. I chyba się cieszy. Albo przynajmniej zaciera pnącza.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Pierwsze dni w Dworze Orchidei mijają w dziwnej, niepewnej ciszy. Dom powoli zaczyna oddychać inaczej, nie jak opuszczona twierdza, ale jak miejsce, które wreszcie ma rytm i sens. Nadal jest tu zbyt pusto, nadal nocami za cicho, ale posiadłość przestaje sprawiać wrażenie martwej. Pnącza na ścianach jakby wyprostowały się odrobinę, a kinkiety migoczą jaśniej, kiedy ktoś przechodzi korytarzem. Jakby Dwór Orchidei sam się zastanawiał, co właśnie sprowadziłam pod swój dach.

    Największym zaskoczeniem okazuje się Revi.

    Zmiennokształtny pojawia się w ogrodzie pierwszego ranka jeszcze przed śniadaniem, jakby bał się, że jeśli spóźni się choćby chwilę, ktoś zmieni zdanie. Martin przydziela mu pracę przy stajni i pielęgnacji zieleni — nic spektakularnego, za to ciężkiego i wymagającego cierpliwości. Revi słucha w milczeniu, a potem kiwa głową z takim skupieniem, jakby właśnie dostał zadanie życia.

    — To… wszystko? — pyta niepewnie.

    — Na początek wystarczy — odpowiada Martin.

    Widzę jego twarz, gdy to do niego dociera. Niedowierzanie. Ostrożna ulga. Jakby spodziewał się w każdej chwili usłyszeć coś jeszcze — polecenie wyjścia na arenę, walki, publicznego widowiska. Zamiast tego dostaje grabie, szczotkę dla koni i plan dnia.

    Dopiero później Etienne pokazuje mi, w co Revi się przemienia. Niedźwiedź jest ogromny. Potężny, masywny, a jednocześnie zadziwiająco spokojny. Idealny do pracy przy ciężkich belach siana, do przeciągania bali, do rzeczy, których nikt inny nie byłby w stanie zrobić bez wysiłku. Revi pracuje bez słowa skargi, a gdy myśli, że nikt nie patrzy, głaszcze konie po chrapach z niemal dziecięcą czułością. Dwór chyba to lubi, zauważam, że pnącza wokół stajni rosną tego dnia z zaskakującą prędkością, wspinając się aż na dach.

    Dziewczynki szybko odnajdują się w nowej rzeczywistości.

    Martin przyucza je do pracy pokojówek z niemal pedantyczną dokładnością. Starsza, Maya uczy się błyskawicznie — zapamiętuje trasy, godziny, zwyczaje domu, poprawia młodszą, gdy trzeba, i pilnuje, by jej siostra zawsze była obok. Suzie jest cichsza, ostrożna, ale niezwykle staranna. Składa pościel z nabożną uwagą, poleruje srebra tak, jakby były relikwiami.

    Najważniejsze dla nich jest to, że nie zostały rozdzielone.

    Widzę, jak patrzą na mnie ukradkiem, z mieszaniną podziwu i wdzięczności, która krępuje mnie bardziej niż oskarżenia. Są oddane w sposób niemal bezwarunkowy, a ja nie wiem jeszcze, co z tym zrobić, poza jednym — nie zawieść. Czasem, gdy przechodzę korytarzem, kąciki ust portretów przodków jakby drgały w czymś na kształt aprobaty. Albo może to tylko światło.

    Etienne miał rację co do trytona. Arsen nie sprawdza się w żadnej roli, którą Martin próbuje mu powierzyć. Kamerdyner, z uporem godnym lepszej sprawy, próbuje zrobić z niego swojego pomocnika. Bez skutku. Tace wypadają mu z rąk. Filiżanki drżą. Kiedy idzie korytarzem, wygląda, jakby każdy krok wymagał od niego ogromnego wysiłku. Nie ma siły na sprzątanie, na noszenie, nawet na drobne obowiązki, które dziewczynki wykonują bez problemu.

    W końcu Martin, z uporem godnym lepszej sprawy, próbuje różnych rzeczy z Arsenem. Najpierw pomocnik w kuchni — efekt — stłuczone trzy filiżanki i kałuża herbaty na podłodze. Potem próba przy sprzątaniu korytarza — efekt — rozmazany kurz i jeden przewrócony wazon. Kamerdyner nie poddaje się, ale widać, że zaczyna mu brakować pomysłów.

    — On… nie jest stworzony do ciężkiej pracy — mruczy w końcu Martin, gdy Arsen po raz kolejny upuszcza tacę z czystymi sztućcami. — Ewidentnie brakuje mu wody.

    Etienne tylko prycha pod nosem.

    — Mówiłem.

    Stoję w progu i patrzę na to wszystko. Na Revi, który w niedźwiedziej postaci bez wysiłku przeciąga bele siana i głaszcze konie po chrapach, gdy myśli, że nikt nie patrzy. Na dwie kocie dziewczynki, które składają serwetki z nabożną uwagą, jakby bały się, że ktoś im je zabierze. Na Arsen’a, który właśnie próbuje pomóc Mai wycierać kurz i wygląda przy tym, jakby każdy ruch wymagał od niego heroicznego wysiłku. 

    Myślę sobie, że może właśnie tak wygląda początek czegoś, co kiedyś będzie domem. Nawet jeśli ten dom jest coraz bardziej mroczny, coraz bardziej dziwny i zdecydowanie nie nadaje się na pocztówkę. Nawet jeśli zamiast eleganckiej służby mam niedźwiedzia przy stajni, dwie kocie pokojówki i trytona, który boi się własnych cieni.

    Dwór chyba to lubi. Kinkiety migoczą jaśniej, gdy wszyscy jesteśmy w jednym miejscu, a pnącza na ścianach jakby wyprostowały się odrobinę. Jakby dom sam się zastanawiał, co jeszcze sprowadzę pod swój dach… i czy tym razem będzie jeszcze dziwniej.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Stoję w progu i patrzę, jak Arsen kuca, by pozbierać skorupy kolejnego nieszczęsnego talerza. Wzdycham ciężko.

    — Co ty właściwie potrafisz robić na lądzie? — pytam w końcu zrezygnowana.

    Arsen wbija wzrok w podłogę. Milczy przez długą chwilę.

    — Jestem trytonem, pani. Wojownikiem mórz. Na lądzie… nie jestem zbyt użyteczny — odpowiada cichym, melodyjnym głosem.

    Krzywię się lekko na jego kurtuazję i po raz kolejny powtarzam sobie w myślach, że to nie jest mój świat. Miejsce, w którym wychowywałam się przez szesnaście lat, nie uczyło, jak rozmawiać z pięknym, półnagim trytonem, którego właśnie kupiłam na targu niewolników. 

    Ostatnią noc spędziłam czytając o trytonach w bibliotece dworu. Żyją w wodach oceanów. Mogą mieszkać na lądzie, ale nie jest to dla nich wygodne. Niestety w grę nie wchodzi także zostawienie go po prostu w jakimś morzu czy oceanie. Magia nie pozwoli mu przeżyć, nie dopóki choć minimalnie nie wywiąże się z kontraktu.

    Najgorzej jest, gdy niemal oblewa mnie herbatą, kiedy z Etienne siedzimy przy stoliku na tarasie, rozważając dalszy plan działań. Gorąca ciecz wylewa się z przechylonego dzbanka, ale wilk reaguje szybciej, niż jestem w stanie mrugnąć. Chwyta naczynie w pół ruchu, zanim zdążę krzyknąć.

    Arsen blednie. Patrzy na rozlaną herbatę, potem na mnie, a potem po prostu się załamuje. Opuszcza głowę, ramiona mu drżą.

    — Przepraszam — mówi cicho, padając na kolana. — Szczerze… nie chciałem być ciężarem. Jestem wdzięczny, że zostałem kupiony. Naprawdę.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Tego wieczoru przychodzi do mojej sypialni. Drzwi otwierają się bezszelestnie, jakby sam Dwór Orchidei wstrzymał oddech. Arsen stoi w progu tylko w tej samej skąpej przepasce, w której widziałam go na targu. Blask jednej lampy rzuca na jego niebieskie włosy srebrzyste refleksy, ale cień za nim jest gęsty, niemal żywy. Widzę w jego oczach wstyd i determinację tak ciężką, że aż trudno ją znieść. Coś ściska mnie w gardle.

    Dopiero po chwili dociera do mnie, dlaczego tu jest.

    — To jedyne, co mogę zaoferować — mówi cicho, nie patrząc mi w oczy. Głos ma melodyjny, ale drżący. — Tego ode mnie oczekują.

    Powietrze w pokoju gęstnieje. Kinkiet na ścianie migocze raz, drugi, jakby Dwór sam się zawstydził. Czuję, jak skóra mi cierpnie. Arsen robi krok naprzód. Jego stopy są bose, wilgotne ślady na deskach podłogi wyglądają jak ślady po topniejącym lodzie.

    — Nie — odpowiadam natychmiast, wstając z łóżka tak gwałtownie, że kołdra zsuwa się na podłogę. — Tego od ciebie nikt tutaj nie oczekuje.

    Zatrzymuje się. W jego oczach widzę zaskoczenie graniczące z niedowierzaniem. Podchodzi bliżej, a ja unoszę dłoń — gest jest spokojny, ale serce mi wali jak oszalałe.

    — Arsen, posłuchaj mnie — mówię, starając się, żeby głos mi nie drżał. — Wymyślę coś. Coś, co będziesz mógł robić. Coś, przy czym będziesz potrzebny, ale nie… w ten sposób. — Patrzy na mnie długo, jakby nie był pewien, czy dobrze słyszy. — Obiecuję — dodaję.

    I wiem, że tym razem to nie są puste słowa. Zamierzam ich dotrzymać, nawet jeśli miałabym przeczytać wszystkie książki w bibliotece Dworu Orchidei i jeszcze raz przejrzeć pamiętniki taty.

    Arsen milczy. Tylko ramiona mu drżą. W słabym świetle wygląda jak ktoś, kto właśnie dostał wyrok uniewinnienia i nie wierzy, że to prawda.

    W końcu kiwa głową — raz, bardzo powoli.

    W tej samej chwili drzwi za Arsenem otwierają się szerzej. W progu stoi Etienne — boso, w samej czarnej koszulce i spodniach od dresu. Jego lodowo-niebieskie oczy są ciemniejsze niż zwykle, a srebrzyste symbole na torsie prześwitują przez materiał. Czuję przez więź, jak jego niepokój uderza we mnie niczym fala przypływu.

    Przez sekundę patrzy na Arsen’a — spojrzenie wilka, który właśnie zobaczył kogoś za blisko swojej terytorialnej granicy. Nie warczy. Nie musi. Wystarczy, że powietrze w pokoju robi się cięższe, a kinkiet znowu migocze, jakby Dwór też się spiął.

    — Wszystko w porządku? — pyta cicho, ale głos ma niski, gardłowy. 

    Patrzy na mnie, nie na Arsen’a. Jakby reszta świata przestała istnieć.

    — Tak — odpowiadam szybko, bo widzę, że Arsen blednie jeszcze bardziej. — Wszystko w porządku. Arsen właśnie… rozmawiał ze mną o swojej roli w domu.

    Etienne unosi brew. Przez ułamek sekundy widzę w jego oczach coś między ochroną a zazdrością — krótkie, wilcze błyśnięcie, które znika tak szybko, jak się pojawiło.

    — Jeśli kiedykolwiek poczujesz, że ktoś… oczekuje od ciebie czegoś, czego nie chcesz — mówi do Arsen’a, nie podnosząc głosu — przyjdź do mnie. Nie do niej. Zrozumiano?

    Arsen kiwa głową tak gwałtownie, że niebieskie włosy mu opadają na twarz. Etienne patrzy na mnie jeszcze raz. Dłużej. Miękko.

    — Krzyknij, gdybyś mnie potrzebowała — mruczy i wycofuje się za próg, zamykając drzwi za sobą niemal bezszelestnie.

    W pokoju zapada cisza. Arsen stoi jak sparaliżowany. W końcu wypuszczam powietrze.

    — No i widzisz? Mamy już dwóch nadopiekuńczych wilków — dodaję z czarnym uśmiechem, bo inaczej bym oszalała. — Jeden gotowy cię zjeść, drugi ochronić. Witaj w Dworze Orchidei, Arsen. Tu nawet odmowa jest… skomplikowana.

    Arsen unosi głowę. Przez ułamek sekundy w jego oczach pojawia się coś na kształt rozbawienia — słabiutkiego, ale prawdziwego. Dwór wokół nas wydaje się westchnąć. Kinkiet przestaje migotać, a cień w kącie pokoju cofa się odrobinę. Cudownie, przynajmniej „ktoś” — a może jednak „coś” — podziela moje zdanie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Spaceruję po rozległym parku za Dworem Orchidei, próbując poukładać myśli o Arsenie. Najchętniej uwolniłabym go od razu — po prostu powiedziałabym „kontrakt rozwiązany, jesteś wolny”. Jednak magia jest bezwzględna. Niewolnik musi swoje odpracować. Żadnych skrótów, żadnych wyjątków. Kontrakt jest prosty i cholernie uczciwy… w najgorszy możliwy sposób.

    Nagle ktoś zasłania mi oczy od tyłu. Zimne, wilgotne dłonie. Serce podskakuje mi do gardła.

    — Zgadnij kto — rozlega się niski, lekko drwiący głos tuż przy moim uchu.

    W pierwszej chwili zamieram, gotowa wrzasnąć albo uciekać. Dopiero po sekundzie rozpoznaję ten ton. Ten sam, który pamiętam sprzed czterech lat.

    — Sky? — pytam z niedowierzaniem.

    Zdejmuje dłonie. Odwracam się i… rzeczywiście. Stoi przede mną kelpie, który wygląda dokładnie tak samo jak wtedy, gdy miałam dwanaście lat. Siedemnaście, może osiemnaście — wiecznie młody, z mokrymi, czarnymi włosami opadającymi na czoło i tymi niebezpiecznymi, turkusowymi oczami, które potrafią wyglądać jednocześnie niewinnie i jak śmierć na wodzie.

    — Nie wyniosłeś się razem ze wszystkimi? — pytam, wciąż trochę oszołomiona.

    Sky prycha i wkłada ręce do kieszeni przemoczonych spodni, jakby dopiero co wyszedł z jeziora.

    — A niby dokąd? — odpowiada z typową dla siebie nonszalancją. — To moje jezioro. Nie zamierzam się stąd ruszać tylko dlatego, że Archerowie zrobili z siebie pośmiewisko.

    Uśmiecham się mimo woli. On zawsze był taki — opryskliwy, ale nigdy nie odszedł. Zawsze wracał.

    — A ty co tu robisz, mała dziedziczko? — pyta, ale jego spojrzenie robi się nagle ostre. — I dlaczego, do cholery, po parku chodzi Alexei?

    W jego głosie pojawia się ta stara, dobrze znana niechęć, kiedy wyraźnie kogoś nie lubił.

    — Bo jest moim strażnikiem — odpowiadam ostrożnie.

    Sky zamiera. Przez ułamek sekundy patrzy na mnie tak, jakby czekał, że zaraz wybuchnę śmiechem. Gdy nic nie mówię, jego oczy powoli się rozszerzają.

    — Czekaj… — mówi powoli, jakby dopiero teraz coś do niego dotarło. — Ty go… nie pamiętasz?

    W jego głosie pojawia się coś nowego. Zaskoczenie, a zaraz potem coś bardzo podobnego do złośliwej satysfakcji.

    — Serio? — parska cicho, a kącik jego ust unosi się w drapieżnym uśmieszku. — No proszę. To zmienia wszystko.

    — Co zmienia? — pytam, marszcząc brwi.

    Sky robi krok bliżej, a jego turkusowe oczy błyszczą z czystą, niemalże groźną satysfakcją.

    — Pozbądź się go, Evie. Natychmiast. Alexei to chodzące kłopoty. Zawsze nimi był. I nadal jest. — Wzrusza ramionami, ale w jego głosie słychać wyraźną nadzieję. — Skoro i tak go nie pamiętasz, to masz idealny pretekst, żeby się go pozbyć. Powiedz, że nie czujesz się bezpiecznie. Albo że wolisz mieć tylko jednego strażnika. Cokolwiek. Byleby zniknął.

    Patrzę na niego zaskoczona jego nagłą zajadłością.

    — To skomplikowane — mruczę tylko.

    Sky prycha, ale widzę, że w jego głowie już kręci się plan. Najwyraźniej fakt, że nie kojarzę Alexeia, bardzo mu się podoba.

    — No dobra. A co z tym drugim problemem? Bo widzę, że chodzisz i gryziesz się w język od kilku minut.

    Waham się tylko sekundę. Opowiadam mu o Arsenie — o tym, jak jest nieporadny na lądzie, jak wszystko upuszcza, jak Martin już nie wie, co z nim zrobić. I o tym, że nie mogę go po prostu uwolnić.

    Sky słucha, a potem parska krótkim, chrapliwym śmiechem.

    — Tryton? Serio? — kręci głową. — No to masz szczęście, że jestem w dobrym humorze. Trytoni nie nadają się do sprzątania ani noszenia tac, ale za to cholernie dobrze dogadują się z roślinami. Nawet z tymi lądowymi. Wsadź go do oranżerii albo do ogrodu. Będzie siedział w wodzie po kostki i rozmawiał z różami. Kwiaty zaczną rosnąć jak szalone, a on przestanie się czuć jak bezużyteczny dodatek.

    Patrzę na niego zaskoczona.

    — Serio?

    — Serio — odpowiada i wzrusza ramionami, udając, że wcale mu nie zależy. — Tylko nie mów, że to mój pomysł. Nie chcę, żeby ten twój wilk myślał, że wam pomagam.

    Uśmiecham się szeroko.

    — Dziękuję, Sky.

    — Taaa… — mruczy, odwracając wzrok. — Tylko nie przyzwyczajaj się. Nie jestem tu po to, żeby rozwiązywać twoje problemy, dziedziczko.

    Mówi nieuprzejmym tonem, ale kącik jego ust drga. Tsundere jak zawsze. Czuję, jak ciężar na piersi trochę się zmniejsza. Może jednak da się coś wymyślić. Nawet tutaj.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Wracam do dworu z lekkim uśmiechem i głową pełną pomysłów. Sky, jak zawsze, udawał, że mu nie zależy, ale jego sugestia była idealna. Gdy tylko wchodzę do oranżerii, zastaję tam Arsen’a — siedzi na brzegu płytkiego basenu, który Martin kazał mu przygotować, i patrzy na zwiędłe storczyki z miną winowajcy.

    — Arsen — mówię, zanim zdąży znowu przeprosić za coś, czego jeszcze nie zrobił. — Masz nowe zadanie.

    Podnosi na mnie te swoje ogromne, morskie oczy.

    — Jakie?

    — Rośliny. Cała oranżeria jest twoja. Przyjaciel mi powiedział, że trytoni mają do nich rękę… albo płetwę. Nieważne.

    Arsen patrzy na mnie, jakby właśnie usłyszał, że wygrał na loterii.

    — Naprawdę?

    — Naprawdę. Tylko nie podnoś żadnych doniczek, dobra?

    Przez następne kilka dni obserwuję, jak wszystko… powoli zaczyna się układać.

    Arsen siedzi w oranżerii godzinami. Najpierw nieśmiało, jakby bał się, że kwiaty go ugryzą. Potem coraz śmielej. Nuci pod nosem coś melodyjnego, morskiego, a ja przysięgam, że widzę, jak liście storczyków prostują się i nabierają koloru. Róże, które od lat ledwo zipały, nagle wypuszczają pąki. Nawet te najbardziej uparte, kolczaste pnącza na ścianach oranżerii jakby się rozluźniły.

    Dwór chyba też to lubi. Kinkiety w zachodnim skrzydle migoczą cieplej, a jedno z pnączy nad drzwiami oranżerii zaczyna samo oplatać framugę w coś na kształt ozdobnego łuku — jakby dom mówił „w końcu ktoś tu rozumie rośliny”.

    Maya i Suzie biegają po korytarzach z miotełkami i serwetkami, Revi cicho pracuje przy stajni, a Arsen… Arsen po raz pierwszy od przyjazdu wygląda, jakby naprawdę oddychał.

    Stoję w progu oranżerii i patrzę, jak tryton delikatnie dotyka liścia monstery, która wczoraj jeszcze wisiała smutno. Liść prostuje się pod jego palcami.

    — Wiesz co, Arsen? — mówię cicho. — Chyba jednak da się tu żyć.

    Odwraca się do mnie z tym swoim nieśmiałym, pięknym uśmiechem.

    — Dziękuję, pani… Evie.

    Uśmiecham się w odpowiedzi. Za oknem oranżerii jezioro lśni spokojnie. Mam wrażenie, że nawet Kelpie patrzy na nas z aprobatą — albo przynajmniej z mniejszym zirytowaniem niż zwykle.

    Wszystko powoli się układa. Jest dziwnie. Jest mrocznie. Jest absurdalnie. Jednak po raz pierwszy od przyjazdu na Dwór Orchidei nie czuję, że tonę.

    Note