Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dziedziczka

    Dopiero, gdy z powrotem znajduję się we Dworze Orchidei czuję, jak ulatuje ze mnie całe napięcie. Nie sądziłam, że to możliwe, ale przeklęte wilki sprawiły, że teraz dziedziczki nienawidzą mnie jeszcze bardziej. Kamerdyner otwiera nam drzwi, a potem oddala się, by przygotować kolację. 

    — Nie ma tu służby? — pyta zaskoczony Alexei. 

    Przecząco kręcę głową. 

    — Został tylko Martin, pozostali bali się dla mnie pracować — wyjaśniam niechętnie. 

    — Kup niewolników — sugeruje Etienne, rozglądając się po holu — a potem coś wymyślimy. 

    — Niewolników? — pytam zmieszana.

    Chłopak przytakuje. 

    — Oczywiście handel ludźmi jest zakazany, ale wiele innych ras sprawdza się jako pomoc domowa — wyjaśnia. 

    — Zastanowię się nad tym jutro — mruczę, bo teraz chciałabym tylko zjeść coś, wykąpać się i położyć się spać, najlepiej w tej kolejności. 

    Wchodzimy na piętro, a ja kieruję się prosto do zachodniego skrzydła, w którym mieszczą się pokoje gościnne. Gdy orientują się, który pokój zajmuję, zgodnym chórem zaczynają protestować. 

    — Evie, to niebezpieczne. Zobacz, jak blisko balkonu rośnie tamto drzewo. Każdy, kto tylko by zechciał z łatwością może po nim wejść — tłumaczy mi Alexei. 

    — Poza tym — wtóruje mu Etienne — zajmujesz ostatni pokój w korytarzu. Powinnaś wybrać jeden ze środkowych. 

    Wzdycham ciężko, ale poddaję się bez walki. Chronienie mnie jest ich zadaniem i nie zamierzam się wtrącać. Ja sama muszę tylko przeżyć. 

    — Czy jak zmienię pokój, to dacie mi odpocząć? — marudzę. 

    Obydwaj zgodnie przytakują, a potem pomagają mi przenieść rzeczy. Etienne zajmuje komnatę po lewej, a Alexei po prawej stronie. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Leżę na miękkim materacu, twarz zasłaniając poduszką. Mam ochotę krzyczeć, ale obawiam się, że wtedy już w ogóle nie dadzą mi dzisiaj spokoju. Czemu Alexei tak bardzo uparł się, żeby mi towarzyszyć? Jakie są jego motywy? Gdy przypominam sobie historie o wilkach, które opowiadał mi tata, dochodzę do wniosku, że chłopak mógł chcieć udowodnić swoją siłę, bo gdyby po prostu chciał pozbyć się Julii, to po co wybierałby właśnie mnie? Jeżeli jednak liczy na to, że będzie mną łatwo manipulować, to bardzo się przeliczy.

    Z kolei Etienne… on jest jeszcze większą zagadką. Odrzucam od siebie poduszkę i wstaję z łóżka. Wyjmuję z szuflady sekretarzyka dziennik taty i zaczynam go wertować, nie znajduję jednak niczego na temat naturalnej więzi, która tak bardzo wszystkich zaskoczyła. Postanawiam, że gdy tylko nadarzy się okazja, poszukam informacji w bibliotece.

    Zamykam dziennik z cichym westchnieniem i odkładam go na miejsce. Papier pachnie kurzem i starym atramentem, jakby każda strona nosiła w sobie ciężar cudzych decyzji, które doprowadziły mnie dokładnie tutaj. Podchodzę do okna i ostrożnie odsuwam zasłonę. Noc jest spokojna, aż nazbyt spokojna. W ogrodzie nic się nie porusza, a jednak mam wrażenie, że Dwór Orchidei oddycha razem ze mną, czujny, wyczekujący.

    Ciche pukanie do drzwi sprawia, że zamieram. Nim zdążę odpowiedzieć, klamka porusza się bezgłośnie i do pokoju wślizguje się Etienne. Ma na sobie tylko czarną koszulkę i spodnie od dresu — szara bluza, którą nosił wcześniej, leży przewieszona przez ramię. W słabym świetle kinkietu jego szaro-niebieskie oczy wyglądają jak dwa kawałki lodu, które ktoś wrzucił do ognia.

    — Nie śpisz — stwierdza cicho, jakby to było oczywiste. 

    Naturalna więź. Znowu.

    — Skąd wiesz? — pytam, choć już się domyślam.

    Zamyka za sobą drzwi i opiera się o nie plecami.

    — Czuję cię. Jakby ktoś próbował wymieszać mi wnętrzności za każdym razem, kiedy jesteś zdenerwowana. — Wzrusza ramionami, jakby mówił o pogodzie. — To nie jest zwykła przysięga. To… coś starszego.

    Siada na brzegu mojego łóżka, jakby to było najnormalniejsze miejsce na świecie. Rozkłada się na wznak, jedną rękę podkładając pod głowę. Srebrzyste symbole na jego torsie prześwitują przez cienki materiał koszulki wijąc się jak żywe tatuaże.

    — Alexei… — zaczyna, ale milknie na chwilę. — On nie chce cię chronić. On chce cię mieć. Archerowie są starym rodem. Jeśli uda mu się ciebie „uratować”, jego pozycja w stadzie skoczy o kilka pięter. Sprawiasz wrażenie idealnej do tego, żeby tobą manipulować.

    — A ty? — pytam cicho, siadając obok niego. — Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej o tej… więzi?

    Etienne patrzy w sufit. Jego czarne włosy rozsypują się na mojej poduszce.

    — Bo gdybym ci powiedział, Alexei by to wyczuł. A wtedy… — urywa. — Wtedy musiałbym walczyć na poważnie. Wolałem nie ryzykować. 

    Milczymy. Powietrze w pokoju jest gęste, jakby sam dwór wstrzymywał oddech. W końcu Etienne ziewa szeroko, mruczy coś pod nosem i przekręca się na bok, twarzą do mnie. Po chwili jego oddech staje się równy i głęboki. Zasnął. Po prostu.

    Patrzę na niego przez długą chwilę. Na ostre rysy twarzy, na blizny na przedramionach, na to, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Wygląda… spokojnie. Jak wilk, który wreszcie znalazł bezpieczną norę.

    Nie budzę go. Zamiast tego gaszę lampkę, zdejmuję bluzę i kładę się obok — tak samo jak wtedy, gdy spaliśmy pod sosną strażniczką albo w namiocie. Moje rude włosy rozsypują się po poduszce tuż obok jego czarnych kosmyków. Ciepło jego ciała jest znajome. Bezpieczne.

    Wspaniale, myślę, zamykając oczy. Mam po jednej stronie narcyza, który uważa, że jestem łatwą drogą do celu, a po drugiej wilka, który śpi na moim łóżku, jakby było jego. Brzmi jak młodzieżowy gotycki romans, w którym wszyscy skończą martwi albo zakochani, a tego wolałabym uniknąć.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Gdy schodzę do kuchni coś zjeść, zaskoczona widzę krzątającego się w niej Alexeia.

    — Co robisz? — pytam ziewając.

    — Śniadanie — odpowiada, uśmiechając się do mnie promiennie. — Twój kamerdyner nie jest zbyt dobrym kucharzem — wyjaśnia.

    Parskam cicho, opierając się biodrem o blat. Stara, żelazna kuchnia Dworu Orchidei z pewnością pamięta czasy, gdy ktoś tu gotował dla całej rodziny Archerów, pokolenie za pokoleniem. Alexei porusza się przy niej z nieoczekiwaną wprawą. Złociste, falujące włosy ma lekko potargane, a jego jasnoniebieskie oczy błyszczą w skupieniu. W czarnej koszulce, która podkreśla atletyczną sylwetkę, wygląda jak ktoś, kto zabłądził do gotyckiego horroru i postanowił ugotować sobie happy end.

    — Nie ufam jedzeniu przygotowanemu przez kogoś innego — mówi lekko, przewracając coś na patelni. Zapach jajek, świeżych ziół i czegoś słodkiego wypełnia kuchnię. — Zbyt wiele razy próbowano mnie otruć, jeszcze zanim nauczyłem się chodzić. To szybko uświadamia, że jeśli chcesz przeżyć śniadanie, gotuj sam.

    Parskam głośniej, kręcąc głową.

    — Super. Więc mam strażnika, który jest jednocześnie mistrzem kuchni i paranoikiem na punkcie trucizn. Moje życie coraz bardziej wygląda, jakby ktoś wyjął je z mrocznej komedii. Następnym razem będziesz nosił fartuszek z koronką?

    Alexei śmieje się cicho, to niski, ciepły dźwięk, który zupełnie nie pasuje do mrocznych ścian dworu. Odwraca się i podaje mi talerz z idealnie usmażonymi jajkami, świeżymi owocami i czymś, co wygląda jak domowe tosty z ziołowym masłem. Pachnie tak dobrze, że żołądek mi burczy.

    — Zaryzykujesz? — pyta, a w jego oczach pojawia się ten drapieżny błysk, który widziałam już na polanie. — Obiecuję, że nie będzie trucizny. Przynajmniej nie dzisiaj.

    Biorę talerz, ale nie siadam. Stoimy tak chwilę — ja w szortach i koszulce od piżamy, z potarganymi rudymi włosami, on w roli idealnego gospodarza w kuchni pełnej cieni. Powietrze między nami jest gęste, jakby sam Dwór Orchidei wstrzymywał oddech i czekał, co zrobię.

    — Dziękuję — mruczę w końcu, bo jedzenie naprawdę wygląda bosko. — Ale następnym razem uprzedź mnie, zanim zaczniesz bawić się w szefa kuchni. Nie lubię niespodzianek o poranku.

    Alexei tylko uśmiecha się szerzej, opierając się o blat naprzeciwko mnie.

    — Przyzwyczajaj się, Evie. Będę tu codziennie. I nie tylko przy śniadaniu.

    Super. Po prostu cudownie!

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Siedzimy w wielkiej jadalni Dworu Orchidei — przy tym samym stole, przy którym kiedyś zasiadało kilkanaście osób naraz. Teraz jest nas tylko czworo. Portrety przodków wiszą nad nami jak sędziowie, a ich oczy w słabym świetle poranka wyglądają, jakby właśnie oceniali, jak nisko upadliśmy. Martin nalewa herbatę do porcelanowych filiżanek, które pamiętają lepsze czasy. Alexei siedzi rozparty, jakby należał tu od zawsze, a Etienne opiera łokcie o blat i patrzy na wszystkich z tym swoim wilczym spokojem.

    — No dobrze — zaczynam, bo ktoś musi. — Nazwisko Archerów oficjalnie popadło w niełaskę. Rody albo się z nas śmieją, albo chcą nas wykończyć. Nie mamy ani jednego sprzymierzeńca. A służba? Nikt o zdrowych zmysłach nie chce tu pracować. Martin jest jedynym, który jeszcze nie zwiał.

    Kamerdyner kiwa głową z ponurą godnością.

    — Przykro mi to mówić, panienko, ale nawet za potrójną pensję nikt się nie zgodzi. Dwór Orchidei ma… reputację.

    Alexei parska cichym śmiechem. Złociste włosy opadają mu na czoło, a jasnoniebieskie oczy błyszczą tym samym drapieżnym blaskiem, co wtedy, gdy wygrał mnie „prawem silniejszego”.

    — Reputację? To eufemizm. 

    Etienne nie śmieje się. Patrzy na mnie tymi swoimi lodowo-niebieskimi oczami.

    — Kup niewolników — mówi cicho, ale zdecydowanie. — Innych ras. Gobliny, brùnaidh, nawet kilka trolli-kuchcików. Handel ludźmi jest zakazany, ale reszta… nie. Będą lojalni, bo nie mają dokąd pójść, a my damy im dach nad głową i ochronę. To jedyne sensowne rozwiązanie.

    W jadalni zapada cisza tak ciężka, że słychać tykanie zegara, jakby był żywym organizmem.

    Martin odchrząkuje.

    — To… nie jest rozwiązanie, o którym marzyłem, panienko. Ale szczerze? Nie widzę innej drogi. Dwór jest za duży, żebym sam dał sobie z nim radę — mówi o nim, jak o żywej istocie.

    Alexei kiwa głową, jakby właśnie usłyszał genialny pomysł.

    — Popieram. Będziemy mieli służbę, która nie ucieknie na pierwszy szept o klątwie Archerów. A ty — zerka na mnie z tym swoim kocim uśmiechem — będziesz miała kogoś, kto pomorze utrzymać Dwór w ryzach.

    Patrzę na nich po kolei. Na Martina, który wygląda, jakby właśnie sprzedał duszę. Na Alexeia, który już planuje, jak to wszystko ogarnąć. Na Etienne’a, który po prostu czeka na moją decyzję — jakby wiedział, że i tak nie mamy wyjścia.

    Wzdycham ciężko i pocieram skronie.

    — Super. Zostałam dziedziczką rodu, który jest tak znienawidzony, że jedynym sposobem na sprzątanie własnego domu jest kupno niewolników. Witajcie w mojej prywatnej czarnej komedii.

    Nikt się nie śmieje. Bo to nie jest żart.

    — Zgadzam się — mówię w końcu, a głos mi drży tylko odrobinę. — To nie jest mój pomysł, ale to mój dwór i nie zamierzam go poświęcić tylko dlatego, że nikt przy zdrowych zmysłach nie chce tu pracować.

    Etienne kiwa głową z aprobatą. Alexei szczerzy zęby, jakby właśnie wygrał kolejną rundę. Martin dolewa mi herbaty — dłoń mu drży, ale milczy. Dwór Orchidei oddycha wokół nas. Cicho. Cierpliwie. Jakby czekał, aż sami wykopiemy sobie grób… albo wreszcie zaczniemy z nim współpracować. 

    Note