Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dziedziczka

    Wracamy do Dworu Orchidei tuż przed świtem. Gdy tylko przekraczamy bramę, czuję ulgę tak wielką, że aż kręci mi się w głowie. Dom wita mnie jak zawsze — pnącza róż drżą na powitanie, kinkiety migoczą cieplej, a w powietrzu unosi się znajomy już zapach czerwonych kwiatów i starego drewna. Jest ciemno, gotycko i… idealnie.

    Alexei nie puszcza mojej ręki przez całą drogę do środka, a ja wcale nie chcę, żeby to zrobił.

    Po długiej, gorącej kąpieli, podczas której prawie zasnęłam w wannie, i po obiedzie, który Martin podał nam osobiście czuję się prawie jak człowiek. 

    Jest późne popołudnie, kiedy Alexei staje w drzwiach mojego pokoju, oparty o framugę, i patrzy na mnie tak, jakby bał się, że zniknę, jeśli mrugnie.

    — Spacer po parku? — pyta cicho. — Tylko my dwoje.

    Natychmiast kiwam głową.

    — Tak. Proszę.

    Bierze mnie za rękę, jakby to było coś najbardziej naturalnego na świecie. Jego palce splatają się z moimi pewnie, ciepło, bez wahania. Motyle w moim brzuchu budzą się znowu, tym razem nie delikatnie, tylko całym stadem.

    Idziemy alejką między drzewami. Nawet o tej porze dnia jest tu dość mgliście, ale Dwór wokół nas wydaje się oddychać spokojniej. Alexei nie mówi dużo, ale nie musi. Po prostu jest. Blisko. I za każdym razem, gdy jego kciuk muska wierzch mojej dłoni, czuję, jak coś we mnie topnieje.

    Przestaję się okłamywać. Lubię go. Naprawdę lubię. Podoba mi się sposób, w jaki na mnie patrzy, jakby był gotowy rozszarpać cały świat, żeby mnie chronić. Podoba mi się, jak się uśmiecha — tym pewnym siebie, niebezpiecznym uśmiechem. Podoba mi się, że przy nim czuję się… widziana. Nie jako dziedziczka. Po prostu jako ja.

    Zatrzymujemy się przy fontannie. Woda pluszcze cicho, a kamienne gargulce plują srebrzystymi strugami w ciepłym świetle zachodzącego słońca.

    Alexei odwraca się do mnie. Nie puszcza mojej ręki.

    — Evie… — zaczyna, a jego głos jest niski i trochę zachrypnięty. — Od pierwszego dnia, kiedy cię zobaczyłem… nie, nawet wcześniej… wiedziałem, że to ty.

    Nie daje mi czasu na odpowiedź. Nachyla się i mnie całuje. To nie jest delikatny pocałunek. Jest głodny, pewny, jakby czekał na niego od bardzo dawna. Jego dłonie obejmują moją twarz, a ja… ja po prostu się rozpływam. Motyle w brzuchu eksplodują fajerwerkami. Całe ciało mrowi, serce galopuje jak oszalałe, a ja odwzajemniam pocałunek z taką samą pasją — zachwycona, oszołomiona, szczęśliwa.

    Jest idealnie. A potem…

    …kątem oka dostrzegam ruch. Etienne. Stoi kilka metrów dalej, wyraźnie wchodzi w moje pole widzenia. Twarz ma twardą, oczy lodowate. Jest wściekły — widzę to nawet z tej odległości. Nie mówi ani słowa. Tylko patrzy. Potem odwraca się na pięcie i odchodzi szybkim, gniewnym krokiem.

    Przerywam pocałunek gwałtownie.

    — Etienne… — szepczę.

    Alexei mruczy coś pod nosem, ale ja już się odwracam.

    — Evie, zaczekaj — woła za mną, ale ja nie mam czasu.

    Muszę się dowiedzieć, o co mu chodzi. Co tak bardzo go rozzłościło. Biegnę za bratem, sukienka z czarnobiałymi falbanami szeleści za mną jak skrzydła nietoperza, a serce bije mi jeszcze szybciej niż przed chwilą.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Punkt widzenia Etienne

    Opieram się plecami o pień starego dębu, ręce mam skrzyżowane na piersi. Obok mnie Sky stoi z rękami w kieszeniach przemoczonych spodni, mokre czarne włosy opadają mu na czoło. Nie musieliśmy nawet dużo mówić. Wystarczyło jedno spojrzenie i obaj wiedzieliśmy, że jesteśmy po tej samej stronie barykady.

    Nienawidzimy Alexei’a. Proste.

    — Patrz na tego złotego skurwiela — mruczy Sky cicho, a w jego turkusowych oczach płonie czysta, zwierzęca wściekłość. — Jakby już był właścicielem całego tego parku.

    Nie odpowiadam. Tylko patrzę. Eve i Alexei idą alejką przy fontannie. On trzyma ją za rękę tak, jakby to było coś najbardziej naturalnego na świecie. Ona się nie odsuwa. Wręcz przeciwnie — przysuwa się bliżej. Widzę, jak jej ramiona się rozluźniają, jak patrzy na niego z tym cholernym, ufnym spojrzeniem. 

    Wkurza mnie to. Nie dlatego, że jest jej strażnikiem. Dlatego, że patrzy na moją siostrę w sposób, w jaki nie powinien patrzeć nikt poza mną.

    A potem on się zatrzymuje. Nachyla się. I całuje ją.

    Sky szczerzy zęby tak mocno, że słyszę, jak trzeszczą. Robi krok do przodu, gotowy rzucić się na cholernego białego wilka i rozszarpać mu gardło tu i teraz.

    — Zaczekaj — mówię cicho, kładąc mu dłoń na ramieniu. Głos mam spokojny. Lodowaty. — Mam lepszy plan.

    — Nie będę na nic czekał — warczy Sky, a jego oczy błyszczą jak u drapieżnika, który właśnie zobaczył krew.

    Uśmiecham się. Bardzo powoli, zimno.

    — Jak teraz się wtrącisz, to rozdzielisz ich tylko na chwilę. I co? Będziesz tym złym kelpie, który popsuł romantyczny moment, a ona pobiegnie prosto do niego, bo będzie chciała „wszystko wyjaśnić”. Znam ją.

    Sky zaciska szczęki. Widzę, jak walczy ze sobą. W końcu niechętnie kiwa głową.

    — Dobrze. Ty idź. Ja zatrzymam tego złotego idiotę, żeby za wami nie poleciał.

    Wychodzę zza drzew dokładnie w momencie, kiedy Eveline odrywa się od pocałunku, łapiąc oddech. Dostrzegam, jak jej oczy rozszerzają się na mój widok. Widzę też, jak Alexei zaciska szczękę — czysta zawiść i rozpacz jednocześnie. Doskonałe.

    Odwracam się i odchodzę spokojnym krokiem, mając pewność, że pójdzie za mną. Zawsze za mną idzie.

    Zatrzymuję się dopiero w małej, zacienionej altanie, z dala od fontanny. Sky już zajmuje się Alexei’em, słyszę za plecami jego warknięcie i stłumione przekleństwa białego wilka. Dobrze.

    Eve podbiega do mnie zdyszana, falbany czarnobiałej sukienki szeleszczą jak skrzydła nietoperza.

    — Etienne? Co się stało? Dlaczego wyglądałeś, jakbyś chciał kogoś zabić?

    Patrzę na nią. Na te same rude włosy, które miała mama. Na te same zielone oczy. Na tę samą delikatną linię szczęki. Była moja zanim jeszcze dowiedziałem się, że jest moją siostrą.

    — Alexei czuje się odpowiedzialny nie tylko za twoje bezpieczeństwo, Evie — mówię spokojnie, prawie łagodnie. — On czuje się odpowiedzialny za twój komfort psychiczny. Za to, żebyś się nie czuła samotna po tym całym… chaosie. Dlatego cię pocałował. Bo uważa, że to jego obowiązek. Zamierzasz to wykorzystywać?

    Uśmiecham się w duchu. Doskonale. Widzę dokładnie moment, w którym moje słowa trafiają. Jej twarz się zmienia w jednej chwili. Oczy robią się ogromne i szkliste, usta drżą lekko. Cała ulga znika, zastąpiona czystym, bolesnym załamaniem. Ramiona opadają, jakby ktoś nagle wyciągnął z niej cały szkielet. Perfekcyjnie. 

    Robię krok naprzód i bez słowa przyciągam ją do siebie. Obejmuję mocno — jedną ręką w pasie, drugą zatapiając palce w jej gęstych, rudych włosach. Przytulam ją tak, jakbym naprawdę chciał ją pocieszyć. 

    Częściowo faktycznie chcę, ale bardziej zależy mi na tym, żeby Alexei dokładnie to zobaczył. Czuję jego spojrzenie na nas — ciężkie, palące, pełne wściekłości i bezsilnej zazdrości. Uśmiecham się w duchu. Patrz sobie, Vaessen. Patrz, jak ona do mnie przychodzi. Jak zawsze będzie przychodzić.

    Eve wtula się we mnie natychmiast, chowając twarz w mojej koszuli. Czuję, jak jej ciało drży. Głaszczę ją powoli po plecach, rytmicznie, uspokajająco.

    — Hej… — mówię cicho, prawie łagodnie. — Nie płacz. Nie warto. On jest tylko strażnikiem. Robi to, co uważa za swój obowiązek. 

    W myślach jestem całkowicie spokojny. Zimny. Skupiony. Niech to teraz w niej pracuje. Niech zacznie kwestionować każdy jego uśmiech, każdy gest, każdy pocałunek. Nie dam jej czasu, żeby za bardzo się nad tym zastanawiała.

    Przytulam ją jeszcze mocniej, brodą opierając się o czubek jej głowy. Pachnie różami, drzewem cedrowym i moim domem.

    — Wiesz co? — szepczę jej do ucha, celowo zniżając głos. — Jutro wieczorem zabiorę cię do Dworu Nocy. Dziadek przygotował dla ciebie coś specjalnego. Chce pokazać ci ogród z czarnofioletowymi motylami, które świecą w ciemności. Będziemy tylko we troje. Ty, ja i on. Prawdziwa rodzina.

    Czuję, jak jej oddech się uspokaja, a ciało się rozluźnia. Dobrze. Skutecznie odwracam jej uwagę od tego złotego idioty. Niech Alexei patrzy. Niech się dusi własną zazdrością. Ona jest moją siostrą i zamierzam jej o tym przypominać tak często i tak skutecznie, jak tylko będę musiał.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Idziemy powoli przez Pole Nocnych Szeptów, a ja czuję się jak bohaterka gotyckiej pocztówki, którą ktoś zapomniał wysłać z Piekła. Kwiaty pod naszymi stopami są czarne jak atrament, ale ich płatki pulsują delikatnym, fioletowym światłem, jakby ktoś wszył w nie tysiąc maleńkich serc. Nad głowami wirują motyle — setki fioletowych, eterycznych stworzeń, których skrzydła zostawiają za sobą smugę srebrzystej poświaty. Wyglądają jak żywe klejnoty, które ktoś ukradł z korony samej królowej nocy.

    Dziadek idzie po mojej lewej stronie, z rękami splecionymi za plecami, jakby spacerował po własnym ogrodzie, a nie po polu, które dosłownie oddycha. Etienne trzyma się pół kroku za mną —czuję go przez więź jak ciepły, niespokojny cień. Za każdym razem, gdy któryś motyl za blisko przemyka przy mojej twarzy, uderza we mnie jego niepokój.

    — Nie gryzą — mruczy Dziadek z tym swoim aksamitnym, rozbawionym głosem. — Przynajmniej nie dzisiaj.

    Jeden z motyli nagle odłącza się od stada. Jest większy od pozostałych, skrzydła ma niemal przezroczyste, z delikatnymi, czarnymi żyłkami. Siada na mnie dokładnie tu, gdzie obojczyk przechodzi w dekolt, na skórze nad piersią. Czuję łaskotanie, jakby ktoś musnął mnie piórkiem.

    — Ej, hej… — zaczynam, ale słowa zamierają mi w gardle.

    Motyl rozkłada skrzydła i… wnika we mnie. Nie boli. To bardziej jak ciepły pocałunek, który rozlewa się pod skórą. Czuję, jak coś delikatnego, ale absolutnie żywego osiada we mnie na stałe. Gdy podnoszę wzrok, na moim obojczyku zostaje delikatny, fioletowo-czarny tatuaż — motyl z rozłożonymi skrzydłami, jakby ktoś narysował go atramentem i mgłą jednocześnie.

    Mrugam.

    — No super — mamroczę. — Kolejny dodatek do mojej kolekcji „ozdób od rodziny z Piekła”. Mama by powiedziała, że to szczyt złego gustu.

    Lord Nathanael zatrzymuje się i odwraca do mnie. W jego oczach tańczy to samo fioletowe światło, które widzę w motylach.

    — Będzie cię chronił, moja droga — mówi spokojnie, jakby właśnie podarował mi naszyjnik, a nie żywy tatuaż demonicznego owada. — Gdy ktoś zechce sięgnąć po twoje serce… dosłownie albo w przenośni… motyl się obudzi i przypomni im, czyją jesteś wnuczką.

    Etienne podchodzi bliżej. Czuję przez więź, jak jego niepokój miesza się z czymś cieplejszym, prawie zaborczym. Patrzy na tatuaż dłużej, niż powinien. Jego lodowo-niebieskie oczy ciemnieją.

    — Dziadku… — zaczyna niskim, gardłowym głosem.

    — Wiem, co robisz, chłopcze — Siódmy Władca Piekieł macha ręką. — Nie musisz jej pilnować przed motylem. On jest po jej stronie. Tak jak ty.

    Etienne nie odpowiada. Tylko jego palce muskają na chwilę moją rękę — krótko, prawie niezauważalnie, ale ja i tak czuję to przez całą skórę. Stoję między Władcą Piekieł a moim przyrodnim bratem-wilkiem, z nowym, żywym tatuażem nad piersią, i wysyłam w kierunku motyla spokojną myśl. 

    „Witaj w rodzinie, mały. Mam nadzieję, że lubisz dramaty.”

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Wieczór jest chłodny, ale ja i tak wychodzę na spacer po parku. Sama. Celowo ominęłam wspólną kolację, wymawiając się zmęczeniem po całym dniu zajęć. Nie chcę widzieć Alexei’a. Nie teraz. Jeszcze nie. Jestem zbyt zażenowana tym, co się między nami wydarzyło. 

    Dwór Orchidei jak zwykle zadecydował za mnie, co będę miała na sobie. Tym razem wybrał coś absolutnie przepięknego i jednocześnie przerażająco gotyckiego — długą, czarną sukienkę z głębokim dekoltem w kształcie serca, ozdobioną subtelnymi, żywymi czerwonymi różami, które wiją się po materiale jak żywe pnącza. Rękawy są długie, koronkowe i zwiewne, a spódnica faluje przy każdym kroku, jakby sama oddychała. Wyglądam jak mroczna księżniczka, która właśnie wyszła z bajki Braci Grimm. I szczerze? Zaczynam się w tym czuć… całkiem sobą.

    Idę alejką w stronę jeziora, materiał sukienki cicho szeleści przy każdym kroku. Pnącza róż oplatające już nawet pnie drzew drżą na powitanie, jakby chciały mnie pogłaskać po ramieniu. Uśmiecham się mimo woli.

    Nagle zatrzymuję się w pół kroku. Na jeziorze dzieje się coś absolutnie cudownego. Arsen pływa. Nie — on tańczy w wodzie. Z gracją, której nigdy bym się po nim nie spodziewała, unosi ramiona i woda posłusznie formuje się w jego dłoniach. Kolorowe bańki unoszą się nad taflą, mienią się turkusem, fioletem i złotem. Z wody wyskakują małe, eteryczne morskie stworzenia — świetliste meduzy, maleńkie syrenki, a nawet malutki, wesoły rekin, który robi salto i rozpryskuje się w deszczu iskier. Arsen tworzy dosłownie teatr iluzji na wodzie. 

    Na brzegu natomiast siedzi widownia. Maya i Suzie rozłożyły koc i biją brawo z zachwytem, kocie uszy stoją im na sztorc. Za nimi w równym rzędzie siedzą żywe lalki pokojówki. Ich porcelanowe twarze zwrócone są w stronę jeziora, a szklane oczy szeroko otwarte z ciekawości. Jedna z nich nawet klaszcze delikatnymi, mechanicznymi dłońmi.

    Uśmiecham się szeroko. Ulga zalewa mnie jak ciepła fala.

    Sky siedzi na kamieniu tuż przy brzegu i przygląda się temu wszystkiemu z leniwym uśmieszkiem. Dogadali się. Naprawdę się dogadali.

    — Arsen! — wołam cicho, podchodząc bliżej.

    Tryton zauważa mnie i macha ręką. Bańka nad jego głową zamienia się w wielką, uśmiechniętą ośmiornicę, która macha do mnie mackami.

    Sky wstaje i podchodzi do mnie tym swoim nonszalanckim krokiem.

    — No proszę, kogo niesie Dwór — mówi, szczerząc zęby. — Chcesz popływać? Arsen właśnie robi show życia.

    Patrzę na niego jak na wariata.

    — Zwariowałeś? Jest październik. Na samą myśl robi mi się zimno.

    Sky tylko szerzej szczerzy zęby. Ten jego niebezpieczny, kelpie uśmiech.

    — Dla Dworu Orchidei to nie problem.

    W tej samej chwili powietrze wokół mnie robi się cieplejsze, jakby ktoś włączył niewidzialny grzejnik. Woda w jeziorze przestaje parować chłodem i zaczyna delikatnie lśnić.

    — No dalej, mała dziedziczko — kusi Sky. — Nawet twoja sukienka wygląda, jakby chciała się wykąpać.

    Śmieję się i w końcu ulegam. Zdejmuję ciężką, czarną suknię z żywymi różami i zostaję w cienkiej koszulce i majtkach. Wchodzę do wody. Jest… zaskakująco ciepła.

    — A my? Możemy?! — słyszę dobiegające z brzegu wołanie Mai.

    — Jasne! — krzyczę, machając ręką.

    Chwilę później kocie siostry pluskają się obok nas, piszcząc z radości. Arsen tworzy wokół nas wielką, świecącą bańkę, w której wirują małe, kolorowe rybki. Sky nurkuje i wyskakuje z fontanną wody, która zamienia się w tęczę. Śmiejemy się jak dzieci. Lalki na brzegu klaszczą w idealnym rytmie, a jedna z nich nawet podnosi małą flagę z materiału.

    To jest… absurdalnie piękne. Czuję się lekka. Wolna. Szczęśliwa.

    I wtedy mój wzrok pada na brzeg. Alexei stoi tam, pół skryty za drzewem. Patrzy na nas. Na mnie. Na śmiech, na plusk, na to, jak Arsen właśnie tworzy mi na głowie koronę z wody i kwiatów.

    Jego twarz… jest nieszczęśliwa. Naprawdę nieszczęśliwa. Nasze spojrzenia spotykają się na chwilę. Potem odwraca się i odchodzi. Bez słowa. Uśmiech zamiera mi na ustach. Woda nagle wydaje się trochę chłodniejsza.

    Sky jednak nie daje mi się za długo martwić. Znienacka wciąga mnie pod wodę, a ja czuję, że tak po prostu, jak gdybym robiła to od zawsze, mogę pod nią oddychać. Natomiast świat pod wodą mieni się setkami barw, a każdy jego najdrobniejszy element zapiera mi dech w piersi.  

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Punkt widzenia Etienne

    Stoję przy oknie gabinetu Dziadka, opierając się ramieniem o framugę z czarnego dębu. Za szybą Dwór Nocy mruga tysiącem fioletowych światełek, ale ja czuję tylko jedno — echo paniki Eveline, które wciąż wibruje we mnie przez więź jak nóż wbity między żebra.

    Lord Nathanael siedzi za biurkiem, leniwie obracając w palcach kieliszek z czymś, co wygląda jak stopione gwiazdy. Uśmiecha się tym swoim aksamitnym, piekielnym uśmiechem.

    — Daria MacAulay — mówi cicho, jakby smakował nazwisko. — Dziewczyna ma tupet. Wepchnąć moją wnuczkę do niestabilnego portalu i stwierdzić, że to tylko psikus.

    Zaciskam szczęki tak mocno, że czuję smak krwi. Przez więź docierają do mnie emocje Eveline — właśnie śmieje się z czegoś, co powiedział Sky. Jest bezpieczna. Ale tamten moment, kiedy portal ją wciągnął, kiedy poczułem, jak spada w ciemność… tego nie zapomnę.

    — Chciała ją zabić — warczę. — I prawie jej się udało.

    Dziadek odchyla się w fotelu. Światło kinkietu pada na jego twarz, rzucając cień, który wygląda jak rogi.

    — Zatem… upadek rodu MacAulay? — pyta, jakby proponował herbatę.

    Kiwam głową. Krótko. Zdecydowanie.

    — Całkowity. Żadnych półśrodków. Chcę, żeby ich nazwisko brzmiało jak przekleństwo. Żeby nikt nie chciał nawet wspomnieć, że kiedyś istnieli.

    Lord Nathanael unosi brew.

    — Masz coś konkretnego na myśli, książę?

    Uśmiecham się. To nie jest miły uśmiech. To ten, który pokazuje zęby.

    — Kruki się rozleniwiły, dawno nie widziały żadnej poważnej akcji. Razem zrobimy coś pięknego, po czym wszyscy będą wiedzieli, żeby nie zbliżać się do mojej siostry. 

    Słowo „siostra” wciąż smakuje dziwnie na języku, ale więź jest starsza niż krew. I o wiele bardziej brutalna. 

    Dziadek parska cichym śmiechem, który brzmi jak trzask płomieni.

    — Lubię, kiedy jesteś w nastroju. — Podnosi kieliszek w moją stronę. — Za upadek MacAulayów.

    Unoszę swój.

    — Za to, żeby już nigdy nie ważyli się nawet spojrzeć w jej stronę.

    W gardle mi wibruje niski, wilczy pomruk. Gdzieś daleko, we Dworze Orchidei, Eveline właśnie dotyka palcami tatuażu-motyla i uśmiecha się do siebie. Czuję to. I uśmiecham się również. Niech tylko spróbują cokolwiek zrobić.

    Note