Rozdział 5 – Dziedziczka
by Vicky
Jestem lekko podirytowana, bo Dwór Orchidei najwyraźniej uznał, że będzie sobie ze mnie stroił żarty. Ile razy nie otwierałabym szafy, zawsze pojawiało się tylko jedno — czerwona peleryna, gotycka tunika i skórzane spodnie. Wyglądam jak Czerwony Kapturek, który właśnie wybrał się na spacer po lesie pełnym wilków. I oczywiście przeklęty dom nie zamierzał dać mi niczego innego.
Stoimy u podnóża zbudowanej z czarnego kamienia wieży. Każda z nas trzyma w dłoniach kryształowy kielich, a w nim przywiędniętą łodyżkę, zakończoną niepozornym, oklapniętym kwiatkiem. Nie mam pojęcia czemu ma to służyć, ale wyglada dość zabawnie. Właściwie to wyglądamy jak banda nastolatek, które przyszły na lekcję florystyki na plan gotyckiego horroru.
— Skupcie się na waszych kielichach i sprawcie, żeby kwiaty zakwitły — instruuje nas nauczycielka.
Rozglądam się po placu. U większości dziedziczek nic się nie dzieje, ale kwiat Julii zaczyna rosnąć i zmienia się w uroczego, różowego tulipana. Po chwili łodyżka Melissy Feywin, dziewczyny, którą pamiętam, gdyż często odwiedzała Sarę, rozkwita w przepiękną, białą lilię, a Darii MacAulay staje się piwonią. Wracam wzrokiem do własnego kielicha i upuszczam go zaskoczona.
Z kryształu niczym węże wypełzają cierniste pnącza, ozdobione ciężkimi, krwistoczerwonymi różami. Kolce są długie, ostre i wyglądają, jakby miały zamiar kogoś zamordować.
— Eveline Archer! Co ty wyprawiasz? — słyszę srogi głos nauczycielki.
Dziedziczki zaczynają szeptać, wcale nie starając się, żebym ich nie słyszała. Wyłapuję słowa takie jak „czarownica” i „czarna magia”, słyszę stłumiony chichot.
No cóż… przynajmniej teraz jestem pewna, że, tak jak powinnam, dysponuję jakąkolwiek magią. Ta myśl przynosi mi absurdalnie dużą ulgę — większą niż fala nienawiści, która właśnie na mnie spada. Super. Mam moc. Tylko szkoda, że moja moc wygląda jak dekoracja na halloween.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Każda dziedziczka, której udało się wyczarować kwiat, zostaje skierowana ku wejściu do wieży. Tam w ogromnej, wyłożonej czarnymi kamieniami komnacie, czekają na nas nasze wilki. Kiedy podchodzi do mnie Alexei, zaskoczona podnoszę na niego wzrok. Niechętnie muszę przyznać, że w dopasowanych, czarnych spodniach i białej koszuli jest niezwykle przystojny.
Robię dobrą minę do złej gry, ciesząc się, że mój strój Czerwonego Kapturka przynajmniej jest wygodny. Rękawiczki bez palców leżą jak ulał, a wysokich, sznurowanych butów, mogłabym nie zdejmować. Stylizację wieńczy lekka i komfortowa, ale mimo to ciepła peleryna z kapturem. Jestem pewna, że mój strój kosztowałby małą fortunę.
— Co tu robisz i gdzie jest Etienne? — pytam podejrzliwie chłopaka.
Alexei nonszalancko wzrusza ramionami.
— Poszedł z Julią — wyjaśnia zdawkowo.
— Dlaczego nie ty? — pytam lekko zirytowana.
Blondyn przekrzywia lekko głowę, wpatrując się we mnie uważnie.
— Tak bardzo nie lubisz mojego towarzystwa? — zadaje pytanie, od którego czuję w brzuchu nieprzyjemne napięcie.
To nie tak, że nie lubię z nim przebywać… Momentami denerwuje mnie jego zachowanie, ale… no właśnie, to ale dotyczy spraw, o których zupełnie nie chcę w tym momencie myśleć.
— Idziemy? — zmieniam temat.
Chłopak kiwa głową i prowadzi mnie ku pnącym się w górę schodom. Nie zdążamy wejść nawet na czwarty stopień, kiedy nagle pojawiamy się w zupełnie innym miejscu. To porośnięta kwiatami i wysoką trawą łąka. W oddali mieni się odbijająca słoneczne światło tafla jeziora. Wieża zniknęła, a my znaleźliśmy się w jakimś zupełnie nieznanym mi miejscu.
— Wciąż jesteśmy w wieży — Alexei odpowiada na niezadane przeze mnie pytanie. — To swojego rodzaju labirynt, z którego wydostać się można tylko przy pomocy magii. Twojej magii — uściśla. — Musimy dotrzeć na piąte piętro. Tam będą czekali na nas nauczyciele i magiczne kryształy, które potwierdzą, do jakiego rodzaju magii masz największe predyspozycje. Wtedy zostanie ci przydzielony odpowiedni nauczyciel.
Wzdycham ciężko. Magia objawia się po raz pierwszy w szesnaste urodziny, tylko, że moje odbyły się w zupełnie zwyczajnym, niemagicznym świecie, więc jestem pewna, że niemal każda z dziedziczek miała nade mną przynajmniej kilkutygodniową przewagę. Fantastycznie. Mój koszmar się spełnił i jestem ostatnia w klasie — tylko tym razem stawką jest coś więcej niż ocena z matematyki.
Alexei zerka na mnie z ukosa i uśmiecha się tym swoim irytująco pewnym siebie uśmiechem.
— Nie martw się — mówi lekkim tonem. — To nie jest wyścig, tylko labirynt. A w labiryntach liczy się nie prędkość, tylko… pomysłowość.
— Łatwo ci mówić — mruczę, ruszając przed siebie przez wysoką trawę. — Ty masz za sobą całe życie w tym świecie. Ja mam za sobą szesnaście lat oglądania Netflixa i próby unikania WF-u.
Idziemy w milczeniu przez chwilę. Łąka jest piękna w ten niepokojący, burtonowski sposób — kwiaty są zbyt kolorowe, trawa zbyt bujna, a jezioro w oddali mieni się zbyt intensywnie, jakby pod powierzchnią kryło się coś, co nie powinno być oglądane za dnia. Alexei idzie obok mnie, ręce ma nonszalancko wsadzone do kieszeni. Wiatr lekko rozwiewa mu złociste włosy. Wygląda, jakby należał do tego miejsca. Ja w swojej asymetrycznej tunice i czerwonej pelerynie zdecydowanie tu nie pasuję.
Nagle ziemia pod naszymi stopami drży. Z trawy wyskakują pnącza — nie takie jak moje z kielicha, ale żywe, ruchome, z kolcami ostrymi jak sztylety. Jedno z nich ociera się o moją nogę i natychmiast się cofa, jakby się sparzyło.
Alexei reaguje błyskawicznie — łapie mnie za ramię i odciąga w bok.
— Spokojnie — mówi cicho. — To test. Labirynt sprawdza, jak reagujesz na zagrożenie.
— A ja myślałam, że to będzie tylko „zakwitnij kwiatka” — mamroczę, czując, jak moje serce wciąż pędzi w dzikim galopie. — Nie wspominali, że będzie też „nie daj się zjeść roślinom”.
Alexei parska cichym śmiechem. Stoi bliżej niż powinien, a jego dłoń wciąż spoczywa na moim ramieniu.
— Jesteś z Archerów — mówi, a w jego głosie jest coś dziwnego, prawie czułego. — To rośliny powinny się ciebie bać, a nie odwrotnie.
Patrzę na niego zaskoczona tym tonem. Przez moment widzę w jego oczach coś więcej niż zwykłą arogancję — jakby naprawdę chciał, żebym mu uwierzyła.
— No dalej, Czerwony Kapturku — dodaje już lżejszym tonem, puszczając moje ramię. — Pokaż temu labiryntowi, z kim ma do czynienia.
Wzdycham i ruszam dalej, czując na plecach jego spojrzenie. To będzie bardzo długa droga na piąte piętro.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Jestem zupełnie wykończona, ale gdy docieramy na piąte piętro, czuję prawdziwą satysfakcję. Udało się! Jesteśmy! Wykonałam kolejne zadanie. Alexei prowadzi mnie prosto do zawieszonych w powietrzu, po środku pomieszczenia, kryształów. Jest ich dokładnie siedem, a każdy ma inne zabarwienie. Pomiędzy nimi znajduje się niezbyt wysoki podest z białego kamienia.
— Stań tutaj — instruuje mnie chłopak, po czym sam się odsuwa.
Przez chwilę nic się nie dzieje, a ja mam czas, by rozejrzeć się wokół. Połowa dziedziczek już tu jest i teraz rozmawiają przyciszonymi głosami. Troje nauczycieli w uroczystych szatach wpatruje się we mnie bez większego zainteresowania. Kątem oka dostrzegam Etienne, który z założonymi rękami stoi nonszalancko oparty o kamienną ścianę. On również mi się przygląda.
W pewnym momencie czuję jak moje ciało przeszywa dreszcz. Na chwilę zamykam oczy, a gdy zaraz je otwieram, widzę przed sobą aksamitną ciemność. Powoli się rozjaśnia. Jeden z kryształów, ten w kolorze ciemnego fioletu, emanuje mocnym światłem.
— Eveline Archer, magia mroku — obwieszcza jedna z nauczycielek.
Alexei wraca i bierze mnie za rękę, wyciąga mnie z kręgu. Wygląda na mocno zaniepokojonego. Podchodzi do nas Etienne, który dla odmiany nie kryje swojego zadowolenia.
— Wygląda na to Evie, że twoja moc jest bardzo silna — cieszy się otwarcie. — Do tego magia mroku… — mówi niemalże rozmarzonym tonem. — Bałem się, że dysponujesz czymś tak nieprzydatnym, jak magia światła czy natury.
Alexei milczy. Wciąż nie puścił mojej dłoni i teraz czuję, jak ściska ją odrobinę mocniej. Nie jestem pewna, czy powinnam się cieszyć, czy może jednak martwić. Ostatecznie postanawiam robić dobrą minę do złej gry, bo przecież najważniejsze jest i tak to, że w ogóle mam w sobie jakąkolwiek magię. Jest wspaniale. Będę mogła straszyć w ciemnych korytarzach Dworu Orchidei. Przynajmniej nie będę się nudzić.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ogień, woda, natura — wszystkie pozostałe siedemnaście dziedziczek ma predyspozycje tylko do tych trzech rodzajów magii. Dźwięki, magia iluzji, magia przywoływania i magia światła nie dają o sobie znać ani razu. I tylko ja dysponuję magią mroku. Cudownie. Znowu jestem wyjątkiem. Kolejny raz jestem problemem.
Nauczyciele zaczynają dyskutować żywiołowo, a ja jestem pewna, że ponownie na mój temat. Ich głosy niosą się echem po kamiennej sali, coraz głośniejsze i coraz bardziej nerwowe.
W trakcie tego czekania podchodzi do nas Julia. W obstawie Darii MacAulay i Melissy Feywin oraz ich dwóch wilków. Wygląda, jakby zaraz miała eksplodować.
— Jeszcze nie skończyłyśmy! — warczy, wskazując palcem prosto na mnie. — Etienne powinien być przy mnie, a nie sterczeć tutaj jak jakiś pies łańcuchowy przy tej… tej… — nie kończy, ale wszyscy wiemy, co chciała powiedzieć.
Etienne nawet nie drgnie. Tylko unosi brew.
— Wypchaj się, Julia — mówi spokojnie, ale głos ma zimny jak stal. — Nie jestem twoim strażnikiem. Nigdy nie byłem.
Julia czerwienieje z wściekłości. Daria i Melissa wymieniają spojrzenia pełne obrzydzenia.
— No proszę — cedzi Daria, patrząc na Alexeia. — A ty co tu jeszcze robisz? Wszyscy wiedzą, że wygrałeś ją tylko po to, żeby pokazać, jaki jesteś silny. Po co ci taka… nic nie znacząca Archerówna? Mogłeś sobie wziąć kogoś lepszego.
Melissa kiwa głową, a jej wilk za plecami mamrocze coś do wilka Darii — obaj patrzą na Alexeia z mieszanką podziwu i totalnego niezrozumienia.
— Serio, Vaessen — rzuca jeden z nich półgłosem. — Wszyscy myśleliśmy, że wybierzesz kogoś z wpływowego rodu. Dlaczego właśnie ona? Co ty kombinujesz?
Alexei nie odpowiada im. Zamiast tego robi krok w przód i zasłania mnie swoim ciałem. Czuję ciepło jego pleców tuż przed sobą. Stoi zdecydowanie za blisko. Motyle w moim brzuchu robią fikołki, a ja mam ochotę jednocześnie uciec i zostać dokładnie tam, gdzie jestem.
— Będziemy robić absolutne konieczne minimum — mówi Alexei spokojnie, ale w jego głosie jest stal. — Nic więcej. I nie będziecie nam w tym przeszkadzać.
Julia otwiera usta, ale Alexei unosi rękę, uciszając ją jednym gestem.
— To nie jest dyskusja — dodaje cicho, ale tak ostro, że nawet wilki za plecami dziewczyn milką. — Eveline jest pod moją ochroną. I pod ochroną Etienne’a. Koniec tematu.
Julia patrzy na mnie z czystą, jadowitą nienawiścią. Daria i Melissa wymieniają spojrzenia, jakby właśnie potwierdziły wszystkie najgorsze plotki.
— Jeszcze tego pożałujesz — syczy Julia, odwracając się na pięcie.
Gdy odchodzą, czuję na plecach spojrzenia ich wilków — pełne podziwu dla Alexeia i kompletnego zaskoczenia jego wyborem.
Alexei wciąż stoi przede mną. Czuję ciepło jego ciała i lekki zapach lasu i dymu z ogniska. Serce mi wali jak oszalałe. Super. Jeszcze przed chwilą byłam tylko „tą Archerówną”. Teraz jestem „tą Archerówną, którą Alexei Vaessen uparł się chronić i nikt nie rozumie dlaczego”. Zresztą włącznie ze mną samą. Nie wiem, co jest gorsze.