Rozdział 13 – Dziedziczka
by Vicky
Wilki zabierają nas do hotelu na jednej z mniejszych wysp, gdzie czekają Julia i Melissa. Ledwo wchodzimy do środka, a ja już czuję, jak cała euforia z pobytu w lagunie spływa ze mnie razem z piaskiem i solą. Powinnam być wdzięczna, że żyję, Arsen uratował mi tyłek, wilki rozszarpały łowców na strzępy… a zamiast tego marudzę w duchu, bo zamiast wracać prosto do Dworu Orchidei, gdzie pnącza same robią mi herbatę, mamy jeszcze „wykonać szkolny projekt”. Akademia najwyraźniej nie uznaje „prawie utonęłam” za wystarczającą wymówkę.
Hotel jest piękny w ten trochę zbyt idealny sposób — białe ściany, drewniane balkony wychodzące na plażę z białym piaskiem i turkusową wodą, wszędzie są kwiaty, które pachną tak słodko, że aż podejrzanie.
Julia i Maggie są w siódmym niebie. Siedzą w salonie z mapami, broszurkami i oczami wielkimi jak u trytonów, którzy właśnie zorientowali się, że nie wszyscy ludzie gryzą.
— Kryształowe groty! Pływające targi! Plaże, na których piasek śpiewa o świcie! — wylicza Melissa, machając ulotką jak flagą. — Eveline, to będzie najlepsze doświadczenie w życiu!
Julia kiwa głową tak energicznie, że jej włosy podskakują.
— I te sklepy z magicznymi muszelkami! Słyszałam, że jak przyłożysz jedną do ucha, to słyszysz, jak syreny plotkują o najnowszych trendach w topieniu ludzi.
Arsen, który stoi tuż za mną w swoim nowym, luźnym lnianym stroju, wzdryga się lekko. Ja tylko wzdycham i sięgam po napój.
Po gorącej kąpieli, czystych ubraniach i śniadaniu, które smakuje jak raj, ale i tak tęsknię za herbatą z Dworu, którą Martin parzy z finezją godną lepszej sprawy, siadamy we wspólnym salonie. Niechętnie dołączam do przeglądania atrakcji. Kartkuję broszury i nagle moje oczy zatrzymują się na jednej z nich.
Nawiedzone Ruiny Świątyni Zapomnianych Cieni. Starodawne miejsce mocy, gdzie duchy przodków wciąż szepczą sekrety. Tylko dla odważnych. Ostrzeżenie: nie dla osób o słabych nerwach.
Czuję, jak w brzuchu coś mi drga z ekscytacji. To nie są zwykłe ruiny. To miejsce, w którym czuć magię mroku — taką samą, jaką ma w sobie Dwór Orchidei, gdy pnącza zaczynają szeptać po nocach.
— O, to wygląda… interesująco — mówię, starając się brzmieć obojętnie.
Julia i Melissa jednocześnie podnoszą głowy.
— Nie — mówią chórem.
— Moja stopa tam nie postanie — dodaje Julia, krzyżując ręce na piersi. — To nie jest atrakcja. To samobójstwo w formie turystycznej.
Melissa kiwa głową.
— Tam podobno ludzie znikają. Dosłownie. Wolę plażę z muzyką i te stoiska z lodami, które zmieniają smak w zależności od nastroju.
Wzruszam ramionami.
— Super. Wy idźcie się opalać i robić selfie z delfinami. Ja sobie spokojnie zwiedzę ruiny. Sama.
W tym momencie do salonu wchodzą wilki. Etienne opiera się o framugę drzwi z tym swoim leniwym, wilczym uśmiechem. Alexei stoi obok, jeszcze mokry po prysznicu, z włosami w nieładzie, który wygląda zbyt dobrze, żeby był przypadkowy.
— Ruiny? — pyta Alexei, unosząc brew. — Serio, Evie?
Etienne parska.
— Oczywiście, że ruiny. Nasza mała nekromantka chce pogadać z duchami, zanim skończy osiemnastkę.
Natychmiast zaczyna się kłótnia.
— Ja idę z Eveline — oświadcza Etienne stanowczo.
— Ty zostajesz z Julią i Melissą — warczy Alexei. — Ja biorę Eve.
— A ja? — wtrąca Arsen cicho z kąta kanapy, gdzie siedzi z nogami podkulonymi, jakby chciał zniknąć.
— Ty zostajesz z nami — mówi Julia słodko, ale w jej oczach jest ten sam głodny błysk co poprzedniego dnia na nabrzeżu.
Arsen blednie.
— Ja… wolę ruiny.
— W takim razie się rozdzielamy — stwierdzam, jakby to była oczywista oczywistość. — Poproszę do towarzystwa kogoś, kto nie będzie marudził przy każdej pajęczynie.
Okazuje się jednak, że podział drużyn wcale nie jest taki łatwy, jak mogłoby się wydawać. Kłótnia rozkręca się na dobre. Julia i Melissa chcą plażę i sklepy. Wilki kłócą się, kto mnie „pilnuje”. Arsen próbuje być niewidzialny. Stoję pośrodku i czuję, jak zaczyna mnie boleć głowa. W końcu wychodzę na taras, zostawiając ich za sobą. Morze iskrzy w słońcu, ale ja myślę tylko o nawiedzonych ruinach, które wzywają mnie tak samo jak ściany Dworu Orchidei. I o tym, że bez względu na to, jak bardzo próbuję uciec od magii mroku… ona zawsze mnie znajduje.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Etienne
Kompromis jest nieelegancki. Właściwie to nawet brzydki — jak wilk, który udaje, że lubi warzywa.
Dziewczyny zgodziły się na ruiny wyłącznie dlatego, że po drodze jest ta cholerna laguna, a my — ja, Alexei i Rafa, który słucha Alexei’a jak dobrze wytresowany szczeniak — zagroziliśmy im, że jeśli nie pójdą, to zabierzemy je tam siłą i zostawimy na płyciźnie, żeby syreny miały się czym zająć. Julia spojrzała na mnie wtedy tak, jakby właśnie zobaczyła swoją przyszłość w formie mokrego koszmaru. Maggie tylko pisnęła i schowała się za plecami Rafy.
Teraz od kilku godzin siedzimy przy lagunie. Kilku godzin, podczas których Eveline karmi morskie stworzenia słodyczami, które wcześniej testowała na Arsenie.
Patrzę, jak moja siostra wyciąga z torby garść kolorowych żelków i ostrożnie podaje je trytonom, a oni podpływają zdecydowanie bliżej niż poprzedniego dnia. Jeden z zielonymi włosami bierze żelka prosto z jej dłoni i… dosłownie je jej z ręki. Jak szczeniak. Eveline śmieje się cicho, a ja czuję, jak coś w mojej klatce piersiowej zaciska się i rozluźnia jednocześnie.
Ona jest tu. Żywa. Cała. I znowu traktuje normalnie coś, czego nikt inny nie chciałby nawet dotknąć.
Arsen siedzi obok niej na skale, w swojej trytoniej postaci, i patrzy na nią tak, jakby świat poza nią przestał istnieć. Eveline upewnia się, że każde stworzenie po wczorajszym ataku łowców jest całe. Sprawdza, czy nikt nie ma zadrapania, które mógłby przeoczyć.
Stoję kilka kroków dalej, oparty o skałę, i obserwuję, nie wiedząc co o tym myśleć.
Syreny są nieuprzejme. Nieufne. Syczą z wody, pokazując ostre zęby, ale… nawet one nie potrafią się oprzeć. Jedna z nich, srebrnowłosa, podpływa bliżej tylko dlatego, że trytoni jedzą żelki z zachwytem. Widzę, jak jej lodowate oczy miękną na ułamek sekundy.
— Ludzka… — mruczy pod nosem. — Ale słodycze… dobre.
Maggie i Julia stoją kawałek dalej i natychmiast wzbudzają antypatię całego lagunowego towarzystwa. Julia wyciąga rękę w stronę trytona, a ten cofa się tak gwałtownie, że prawie wpada na Arsena. Maggie próbuje zrobić zdjęcie syrenie i dostaje w odpowiedzi fontannę wody prosto w twarz.
Uśmiecham się wrednie. Dobrze im tak. Tu nie ma miejsca na ich „ojej, jaki ładny ogon”.
Mój wzrok wraca do Eveline. Znowu. Zaborczość, którą czuję przez więź, jest jak gorący drut owinięty wokół żeber. Ona jest moja i nikt, nawet ten złoty chłoptaś z bajki, nie ma prawa tego zmieniać.
Alexei stoi po drugiej stronie laguny i… miota się, dosłownie. Widzę to. Zazdrość w jego oczach jest tak oczywista, że aż śmieszna. Chce podejść bliżej, chce siedzieć obok niej na miejscu Arsena, ale jednocześnie stara się wyglądać na „spokojnego i opanowanego strażnika”. Gryzie się w wargę, zaciska pięści i udaje, że podziwia krajobraz.
No dalej, Vaessen. Jeszcze trochę i zaczniesz merdać ogonem z nerwów. Parskam cicho pod nosem. To jest nieomal lepsze niż walka.
Kilka godzin mija nam spokojnie — w leniwym, słonecznym chaosie. Eveline śmieje się, gdy mały tryton próbuje wcisnąć jej do ręki muszelkę w zamian za żelka. Arsen siedzi przy niej jak cień, spokojny tylko wtedy, gdy ona jest blisko. Stoję i patrzę. Moja siostra właśnie karmi całe lagunowe towarzystwo, zaś ja… po prostu pilnuję, żeby nikt jej przy tym nie ukradł.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Julie
— Serio, Eve? Żelki? Skąd ten pomysł? — pytam, starając się, żeby mój głos brzmiał lekko, ale w środku aż mnie skręca z zazdrości.
Eveline idzie kilka kroków przede mną, z torbą, która jeszcze przed chwilą była po brzegi wypełniona kolorowymi słodyczami, a cała laguna dosłownie jadła z jej ręki. Trytoni podpływali jak głodne kociaki, syreny syczały, ale i tak brały żelki, a ona śmiała się tym swoim głupim, lekkim śmiechem, jakby to było najnormalniejsze na świecie.
Przecież ma już Arsena. Pięknego trytona, który jest jak model żywcem wyjęty z okładki magazynu i patrzy na nią jak na ósmy cud świata. Mogła zostawić resztę nam. Ja tylko stałam z boku i patrzyłam, jak wszystkie te stworzenia otaczają ją uwielbieniem. Żałuję, że trytoni są takim rozchwytywanym towarem. Rodzice nigdy w życiu nie pozwoliliby mi na zakup jednego — „zbyt ryzykowne, Julio, zbyt drogie, zbyt… nieprzyzwoite”. Jakby posiadanie własnego trytona było gorsze niż noszenie krótkiej spódnicy.
— Słodycze zawsze poprawiają humor mojemu kelpie — Eve odpowiada szczerze, nie patrząc nawet w moją stronę. — Pomyślałam, że może inne wodne stworzenia też je lubią.
Blednę. Dosłownie czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Kelpie. Ten mokry, wściekły, potwór, który chciał utopić Melissę, a którego ona sama traktuje jak zwierzaka domowego. Oczywiście, że ona ma kelpie. Oczywiście, że karmi go żelkami. Ja nie mam nikogo, nawet swojego strażnika i to wyłącznie jej wina.
Nie odpowiadam. Tylko zaciskam zęby i idę dalej ścieżką w stronę ruin.
W ruinach jest jeszcze gorzej. Maggie przykleja się do mnie jak rzep i obie jesteśmy przerażone. Tu naprawdę straszy. Ściany są porośnięte czarnymi pnączami, które wyglądają, jakby oddychały. Powietrze jest gęste, ciężkie, jakby ktoś rozlał atrament i zapomniał posprzątać. Nawet Rafa jest niespokojny — co chwilę zerka w cień i warczy cicho pod nosem. Staram się nie piszczeć przy każdym szmerze, ale serio, te ruiny są aż za bardzo klimatyczne. Jakby szalony grabarz sam je zaprojektował po trzech kieliszkach absyntu.
Jednocześnie zalewa mnie fala zazdrości tak gorąca, że aż mnie piecze w gardle. Alexei otwarcie podrywa Eveline. Idzie obok niej, nachyla się, szepcze coś do ucha, dotyka jej ramienia „przypadkiem”. Ten jego złoty uśmiech, te lodowe oczy — wszystko skierowane tylko ku niej. Jakby reszta świata przestała istnieć. Stoję dwa kroki za nimi i czuję się jak piąte koło u wozu. Albo raczej jak przyzwoitka, której nikt nie chce. Do tej pory nie wierzyłam, że to właśnie z tego powodu o nią walczył, ale teraz widzę to na własne oczy. Zupełnie jakby zauroczyła go od pierwszego wejrzenia.
Wtedy pojawia się to coś. Siedzi w kącie i wychyla łeb zza kamienia. Przypomina małego, wychudzonego psa z koszmarów. Szare, kościste, z oczami jak dwie czarne dziury i zębami, których nie powinno mieć żadne stworzenie. Alexei natychmiast staje jak wryty.
— Eve, nie dotykaj tego szczeniaka — warczy. — To chupacabra. Żywi się krwią ssaków. Jedno ugryzienie i…
Eveline patrzy na niego jak na idiotę. Dosłownie przewraca oczami.
— Serio? Wygląda jak głodny kundel z traumą.
Etienne parska śmiechem i kuca przy małym stworzeniu bez chwili wahania. Szczeniak chupacabry warczy słabo, ale on tylko wyciąga rękę i… podaje mu nadgarstek.
— No dalej, mały. Zjesz coś porządnego.
Krew kapie. Stworzenie liże. A potem… merda ogonem. Jakby właśnie dostało najlepszą kolację w życiu.
— Adoptujemy go — oznajmia Eve z absolutną powagą.
— Zgoda — odpowiada jej Etienne, szczerząc zęby.
Stoję tam, patrząc, jak ci dwoje zachwycają się krwiożerczym potworem, a do mnie nagle dociera niezaprzeczalny fakt. Cieszę się. Naprawdę się cieszę, że nie muszę przebywać w towarzystwie Etienne’a dwadzieścia cztery godziny na dobę, że Eve go „zabrała”. Zdecydowanie nie chciałabym strażnika, który karmi chupacabrę własną krwią dla zabawy. Może… może jednak wyświadczyła mi przysługę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Idziemy wąskim korytarzem, a ściany zaczynają się ruszać. Nie w sensie „trzęsienie ziemi”. Dosłownie się ruszają. Kamień faluje jak skóra, a z niego wypływają obrazy — ostre, żywe, makabryczne. Widzę tatę leżącego w kałuży krwi na podłodze Dworu Orchidei, dokładnie tak, jak opisywał mi to Martin. Obraz jest tak realny, że czuję zapach żelaza.
— Do diaska… — mamroczę pod nosem i odruchowo cofam się o krok.
Plecami wpadam na kogoś ciepłego.
— Spokojnie — mówi Alexei tuż przy moim uchu. Jego dłoń ląduje na moim ramieniu, ciężka i pewna. — To tylko ściany. Jestem obok ciebie.
Etienne parska za moimi plecami. Trzyma szczeniaka chupacabry na rękach jak wielkiego, kościstego kota. Mały potwór merda ogonem i próbuje gryźć powietrze, jakby iluzje były smacznym kąskiem.
— „Tylko ściany” — przedrzeźnia Etienne niskim głosem. — Vaessen, ty naprawdę wierzysz w to, co mówisz? Za chwilę zobaczymy, jak twoja idealna wersja Eveline smaży ci naleśniki w fartuszku.
Alexei zaciska palce na moim ramieniu odrobinę mocniej, ale nie odpowiada. Czuję, jak jego klatka piersiowa unosi się szybciej.
Maggie wydaje cichy pisk i przykleja się do Julii.
— Ja chcę wracać… — jęczy. — To nie jest zabawa. To jest… to jest chore.
Julia milczy, ale widzę, jak jej oczy robią się ogromne. Na ścianie przed nami właśnie materializuje się scena, w której ona siedzi na tronie z kości, a wokół klęczą martwi dworzanie i biją jej brawo. Uśmiecha się w tej iluzji jak królowa. Prawdziwa Julia blednie.
— To… to nie jestem ja — szepcze.
— Jesteś, jesteś — mówi Etienne złośliwie. — Tylko trochę bardziej martwa niż zwykle.
Arsen idzie tuż obok mnie. Jego niebieskie włosy lśnią słabo w tym dziwnym, fioletowym świetle, które sączy się z sufitu. Wygląda, jakby labirynt w ogóle na niego nie działał.
— Eve — mówi cicho, melodyjnie. — Czujesz to? To miejsce… pachnie jak dom.
Kiwam głową, bo naprawdę czuję. Ta ciemność jest znajoma. Jak Dwór Orchidei podczas najgłębszej nocy.
Nagle korytarz przed nami się rozwidla. Z lewej strony wypływa wspomnienie. Młodsza wersja mnie stoi nad ciałem taty i płacze. Z prawej — scena, w której cała moja rodzina siedzi przy stole we Dworze Orchidei, uśmiechnięta, nieruchoma, niczym woskowe lalki. Wszyscy są „bezpieczni”. Nikt się nie rusza.
Zatrzymuję się.
— To… — głos mi się łamie.
Alexei nie pozwala mi dokończyć. Robi krok do przodu, zasłaniając mi widok własnym ciałem. Czuję ciepło jego torsu, zapach jego skóry zmieszany z solą z laguny. Patrzy na mnie z bliska, oczy ma ciemne, skupione tylko na mnie. Nie mówi nic. Ja również nie.
Przez kilka sekund stoimy tak, twarzą w twarz, w tej makabrycznej ciszy. Jego dłoń wędruje z mojego ramienia na talię. Przyciąga mnie odrobinę bliżej. Motyle w moim brzuchu robią salto. Nie mogę oderwać od niego wzroku.
Etienne chrząka głośno za nami.
— No proszę. Idealny moment na pocałunek w domu grozy. Vaessen, ty to masz wyczucie.
Alexei nie odwraca głowy. Tylko kącik jego ust drga lekko.
— Zamknij się, Rousseau.
Szczeniak na rękach Etienne’a wydaje ciche, zadowolone warknięcie i próbuje wgryźć się w ścianę z iluzją. Coś w labiryncie się zmienia. Powietrze robi się gęstsze. Zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Etienne
Do diabła, ależ to słodkie. Stoję dwa kroki za nimi i patrzę, jak Alexei przyciska Eveline do siebie w tej makabrycznej ciemności. Czoło przy czole. Jego dłoń na jej talii. Jej oddech przyspieszony. Motyle w jej brzuchu czuję nawet przez więź — te małe, zdradzieckie skurwysyny łaskoczą mi żebra.
I ona się nie odsuwa. Oczywiście, że nie. W środku aż mnie skręca, ale na zewnątrz zachowuję spokój.
— Eveline — mówię cicho, normalnym głosem. — Wszystko w porządku?
Odwraca głowę w moją stronę, przytakuje. Alexei zaciska palce na jej talii odrobinę mocniej. Widzę, jak walczy sam ze sobą. Zazdrość w jego oczach jest tak gęsta, że można by nią smarować chleb. Dobrze. Niech się dusi w tym swoim złotym przekonaniu, że to on tu rządzi.
Szczeniak na moich rękach merda ogonem i próbuje wgryźć się w ścianę, z której właśnie wypływa kolejna makabryczna scena — ojciec Eve leżący w kałuży krwi. Mały potwór warczy z entuzjazmem.
— Spokojnie, mały — mruczę i głaszczę go po kościstym łebku. — Jeszcze nie pora na kolację.
Arsen stoi obok mnie spokojny jak zawsze.
— Oni… ładnie razem wyglądają — mówi cicho.
Rzucam mu spojrzenie pełne politowania, ale nie komentuję. Za nami Julia wydaje zduszony dźwięk. Odwracam się. Na ścianie przed nią właśnie ożywa jej własna iluzja. Dziewczyna siedzi na tronie z kości, cała w fioletowych kwiatach, a martwi dworzanie biją jej brawo. Prawdziwa Julia jest biała jak ściana.
— Ja… ja nie chcę być królową — szepcze drżącym głosem.
— Nie? — szczerzę zęby w uśmiechu. — Szkoda. Pasowałaby ci korona z żeber.
Maggie piszczy i chowa twarz w ramieniu Rafy. Wracam wzrokiem do Eveline i Alexei’a. Ona wciąż stoi blisko niego. On wciąż jej nie puszcza. I właśnie w tej chwili ona zaczyna w to wątpić. Widzę to w jej oczach. Uśmiecham się w środku — powoli, wrednie. No dalej, Vaessen. Trzymaj ją. I tak jest moja.
Labirynt wokół nas śmieje się cicho. Makabrycznym, mokrym śmiechem. Stoję spokojnie, ze szczeniakiem na rękach, i cierpliwie czekam.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Julie
Stoję jak wryta i gapię się na ścianę przede mną. To ja. Ja na tronie z kości i fioletowych kwiatów. Uśmiecham się tam jak królowa, a wokół klęczą martwi dworzanie i biją mi brawo — powoli, metodycznie, jakby ktoś zapomniał wyłączyć mechanizm. Jeden z nich ma twarz mojego ojca. Drugi twarzy nauczycielki z Akademii. Wszyscy są martwi. Uśmiechają się w przerażających grymasach.
— Ja… ja nie chcę być królową — szepczę, a głos mi drży jak u dziecka.
— Nie? — pyta rozbawiony Etienne. — Szkoda. Pasowałaby ci korona z żeber.
Maggie wciska się mocniej w ramię Rafy, cała drżąca.
— Julio, to nie jest prawdziwe, prawda? — piszczy. — Powiedz, że to nie jest prawdziwe…
Nie odpowiadam. Bo nie wiem.
Kilka kroków przede mną Eveline stoi przyciśnięta do Alexei’a. On obejmuje ją tak, jakby świat miał się zaraz rozpaść, a ona była jedyną rzeczą, która jeszcze trzyma go w pionie. Czoło przy czole. Jego dłoń na jej talii. Ona nie odsuwa się. Patrzy na niego tak, jakby właśnie zobaczyła coś, czego nie powinna widzieć.
Czuję, jak coś we mnie pęka. Znowu ona. Znowu wszystko kręci się wokół niej.
Etienne stoi obok, spokojny, z tym cholernym szczeniakiem chupacabry na rękach. Głaszcze go po głowie jak zwykłego psa. Nawet nie drgnie mu powieka, kiedy ściana obok niego ożywa sceną, w której ktoś rozrywa mu gardło. Tylko patrzy na Eveline i Alexei’a z tym swoim spokojnym, opiekuńczym wyrazem twarzy, który zawsze przy niej ma.
Nienawidzę tego. Nienawidzę, że on przy niej jest taki… normalny.
— Wszystko w porządku? — pyta cicho Eveline, patrząc na Alexei’a.
Chłopak, zamiast odpowiedzieć, przyciąga ją jeszcze bliżej. Czuję nieprzyjemne ukłucie zawiści.
I wtedy labirynt jakby się znudził. Ściany falują mocniej. Powietrze robi się gęste, ciężkie, pachnie ozonem i czymś słodko-gnilnym. Korytarz przed nami nagle się rozwidla, a z podłogi wypływa fioletowa mgła.
Arsen marszczy brwi.
— To nie jest iluzja — mówi cicho. — To już coś innego.
Etienne unosi głowę.
— No proszę. W końcu coś ciekawego.
Szczeniak na jego rękach merda ogonem i warczy radośnie, jakby wyczuł zbliżającą się zabawę.
Serce wali mi w gardle. Wiem, że cokolwiek się teraz stanie… to będzie gorsze niż królowa trupów.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Etienne
Labirynt wokół nas śmieje się cicho. Makabrycznym, mokrym śmiechem. Uśmiecham się szeroko w duchu. No wreszcie. Coś ciekawego.
Mocniej przyciskam szczeniaka do piersi. Mały potwór merda ogonem i próbuje gryźć powietrze, jakby iluzje były smacznym kąskiem. Dobry chłopak.
Korytarz nagle się kończy. Ściany rozstępują się jak kurtyna i przed nami otwiera się okrągła komnata. W centrum wiruje fioletowa mgła, gęsta, żywa, pachnąca ozonem i czymś słodko-gorzkim. W środku mgły widać zarys portalu — czarnego, pulsującego, jakby samo piekło mrugało do nas okiem.
Eveline zamiera. Czuję przez więź, jak jej serce przyspiesza — nie ze strachu. Z rozpoznania.
— To… — szepcze.
— Tak — odpowiadam spokojnie, stojąc tuż za nią. Głos mam niski, opanowany. — To jest to.
Alexei robi krok w przód i instynktownie zasłania ją własnym ciałem. Widzę, jak jego ramiona napinają się. Biedny złoty chłoptaś. Myśli, że to zagrożenie.
— Nie ruszaj się — warczy.
Julia wydaje zduszony pisk. Maggie chowa twarz w ramieniu Rafy, a on sam wygląda, jakby najchętniej cofnął się o dziesięć kroków.
Arsen tylko uśmiecha się lekko i podchodzi bliżej mnie.
— Pachnie jak dom — mówi cicho.
Uśmiecham się jeszcze szerzej. Bo to jest dom, mały. Wreszcie wracamy tam, gdzie nasze miejsce. Portal pulsuje mocniej. Fioletowa mgła gęstnieje. Eveline robi krok do przodu. Ja idę za nią — blisko, ale nie za blisko. Alexei próbuje ją zatrzymać, ale ona tylko kładzie mu dłoń na torsie.
— Wiem, dokąd to prowadzi — mówi cicho.
I wtedy to się dzieje. Portal rozrywa się z cichym westchnieniem. Fioletowe światło wylewa się na nas jak atrament. Reszta grupy zamiera. Wzdycham z czystą, szczerą satysfakcją. Wreszcie.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Julie
Portal rozrywa się z cichym, przerażającym westchnieniem. Fioletowe światło wylewa się na nas jak atrament. Pachnie ozonem, starymi różami i czymś słodko-gorzkim.
A potem wychodzimy. Nie na plażę. Nie do Akademii. Stoimy w ogromnej, aksamitnie ciemnej sali. Pod sufitem wirują chmary fioletowych motyli. Podłoga jest z czarnego marmuru, a na ścianach rosną kwiaty, których nigdy wcześniej nie widziałam — głęboko fioletowe, lśniące, jakby same świeciły.
I nagle wszystko się zmienia. Z cienia wychodzi wysoki, elegancki mężczyzna w idealnie skrojonym czarnym fraku i białych rękawiczkach. Porusza się z nienaganną gracją kamerdynera starej szkoły. Jego oczy są stalowoszare, ostre i drapieżne.
Uśmiecha się uprzejmie i kłania nisko.
— Paniczu Etienne — mówi gładkim, aksamitnym głosem. — Panienko Eveline. Witam w Piekle. Lord Nathanael jest obecnie zajęty ważnymi sprawami, ale prosił, abym przekazał, że jest niezmiernie rad z waszego powrotu.
Cisza. Całkowita, martwa cisza. Maggie wydaje zduszony dźwięk i osuwa się na kolana. Rafa łapie ją w ostatniej chwili. Alexei zamiera, z ręką wciąż na talii Eveline.
Czuję, jak świat się przewraca. Panicz Etienne. Książę. Książę Piekła. Nazwisko Rousseau, którego z początku nie byłam w stanie przyporządkować do żadnego z rodów, teraz nagle mi się przypomina w pełnej krasie. Lord Nathanael, Siódmy Władca Piekieł, Pan Dworu Nocy, publicznie używa wyłącznie swoich tytułów, dlatego właśnie jest tak mało pamiętane, ale…
Patrzę na niego. Stoi spokojnie, z tym cholernym szczeniakiem na rękach, jakby właśnie wrócił z porannego spaceru. Patrzy na kamerdynera i kiwa głową z tym swoim spokojnym, chłodnym wyrazem twarzy.
W głowie mi się kręci. Przez cały ten czas… on był księciem. Prawdziwym, pieprzonym księciem Piekła. A ja… ja traktowałam go jak zwykłego wilka. Jak irytującego, zaborczego strażnika. Czuję, jak policzki mi płoną.
— O rany… — szepczę, zanim zdążę pomyśleć.
Słowa same mi się wyrywają.
W głowie mi się kręci, ale już wiem. Wiem, że od tej chwili wszystko się zmieni. Przed oczami mam już całą listę rzeczy, które mogłabym dla niego zrobić. Podawać mu herbatę. Nosić jego rzeczy. Uśmiechać się słodko i pytać, czy czegoś nie potrzebuje. Może nawet… przynieść mu coś specjalnego do akademii?
Czuję, jak kąciki moich ust same się unoszą w zachwyconym, trochę głupim uśmiechu. Książę Etienne. Ja pierdolę. To jest najlepsza rzecz, jaka mi się przytrafiła od początku tego całego koszmaru. Właśnie dostałam szansę, o jakiej nawet nie śniłam.