Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Słodycz piekła

    Jedenaste spotkanie

    Lisanna wciąż miała wrażenie, że świat kompletnie zwariował. Wszystko, co dotychczas uważała za pewne, rozsypało się w pył. Teraz jednak posiadała przynajmniej jakiś cel. Chciała dowiedzieć się czegokolwiek o swoich biologicznych rodzicach. Sebastian obiecał, że następnego dnia zabierze ją do miejsca, w którym istniała szansa na odnalezienie informacji. Lisanna czuła ekscytację. Jednocześnie nie potrafiła pozbyć się obaw. Tliły się w niej cicho, uporczywie, niczym żar pod popiołem.

    Kiedy wrócili do mieszkania, przez kilka godzin ćwiczyła używanie mocy, starając się korzystać ze wskazówek zarówno Sebastiana, jak i Mavena. Musiała przyznać, że to pierwsza metoda, która przynosiła jakiekolwiek efekty. Tworząc iluzje Cienie skupiały się na zmysłach — dotyk, zapach, smak. Kreując przedmioty, Posłańcy wizualizowali je w myślach. Ku zdumieniu Lissi, okazało się, że może stworzyć coś materialnego, w ten sam sposób, w jaki kreowały iluzje Cienie. To naprawdę działało. Była szczerze zadowolona, że wreszcie coś się jej udało. 

    Wieczorem, po kolacji, Sebastian nie zapytał jej o zdanie. Po prostu zabrał ją ze sobą i ułożył w swoim łóżku. Lisanna poczuła irytację. Jednocześnie ogarnęło ją silne pragnienie, by znaleźć się w jego ramionach.

    — Co teraz? — zapytała cicho.

    Mężczyzna spojrzał na nią.

    — Co masz na myśli?

    — Co Cienie planują z nami zrobić? Czy jestem waszym więźniem? Czy nikt z Elory nie będzie mnie ścigał? — Lisanna wyrzuciła z siebie pytania, które od wielu godzin krążyły jej po głowie.

    Sebastian podparł się na łokciu i wpatrywał w nią uważnie. Po chwili wyciągnął dłoń i delikatnie odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy. Lisanna poczuła, jak całe jej ciało rozpływa się pod tym gestem. Pragnęła przytrzymać jego ciepłą rękę przy swoim policzku. 

    — Możesz robić, co chcesz — powiedział spokojnie. — Musisz jednak liczyć się z tym, że wszędzie pójdę za tobą. Nieważne, co zdecydujesz — oznajmił stanowczo. — Nie wydaje mi się, żeby Posłańcy chcieli cię ścigać — dodał. — Sądzę, że kiedy trafiłaś do nas, przestałaś być ich problemem. To dla nich wygodne rozwiązanie. Natomiast Cienie nic ci nie zrobią. Nieważne, kim jesteś. Nasza więź jest ważniejsza od wszystkiego innego.

    Lisanna przełknęła ślinę.

    — A Maven? — zapytała cicho.

    Spojrzenie chłopaka stało się lodowate. Jego głos pozostał jednak opanowany.

    — Nie sądzę, żeby mu łatwo zaufali. Nikt go jednak nie skrzywdzi, jeśli nie da nam powodu.

    — Rozumiem — szepnęła Lissi.

    Sebastian przyciągnął ją do siebie i zamknął w ramionach. Dziewczyna cichutko westchnęła. Wbrew wszystkiemu poczuła się odrobinę uspokojona. W jego objęciach było jej przyjemnie. Przy nim czuła się bezpieczna.

    Zanim zasnęła, jej myśli powróciły do biologicznych rodziców. Kim byli? Dlaczego ukryli ją wśród ludzi? I czy w ogóle jeszcze żyli?

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Maven męczył się w milczeniu. Wiedział, że Lissi leży w łóżku Sebastiana. Ta myśl paliła go od środka. Szczęka zacisnęła mu się tak mocno, że zabolały go zęby. Palce wpiły się w twardą podłogę, aż knykcie pobielały. On sam został w salonie ze strażniczką. Marie zajęła kanapę bez wahania. Jemu pozostało zimne drewno pod łopatkami.

    Czuł ich oboje. Lisanna pragnęła być przy Cieniu. To docierało do niego wyraźnie, mimo ściany i zamkniętych drzwi. Jednak… pragnęła tego wbrew sobie, jakby zupełnie nie miała nad tym kontroli. O tym, czego chciał Sebastian, Maven wolał nie myśleć. Samo wyobrażenie sprawiło, że oddech uwiązł mu w płucach, a mięśnie karku nieprzyjemnie stwardniały. 

    Marie obróciła się na kanapie.

    — Przestań to robić. Twoje milczenie działa mi na nerwy.

    — Mhm — odburknął tylko.

    — Oczywiście. Dostojny Posłaniec nie raczy nawet otworzyć ust — zirytowała się strażniczka.

    Maven bez trudu odczytał jej emocje. Niechęć wobec niego. Pod nią — ostra, piekąca zazdrość o Sebastiana i chęć oderwania od niej myśli. Mimo woli poczuł gorzką satysfakcję. Przynajmniej nie tylko on umierał z zazdrości.

    — To nie mój problem — odpowiedział jej chłodno.

    Gardło miał ściśnięte. Każde słowo wychodziło krótko, ostro, jakby żal mu było powietrza. Marie prychnęła i odwróciła się twarzą do oparcia.

    Maven zamknął oczy. Lissi była teraz w ramionach innego mężczyzny. Jego ukochana. Druga połowa duszy. Serce biło mu zbyt mocno i zbyt nierówno. W skroniach pulsowało gorąco. Leżał na podłodze, wpatrzony w ciemność, i nic nie mógł z tym zrobić. Rozdarcie i złość splatały się w nim ciasno i boleśnie.

    Zanim sen zdążył go pochłonąć, wróciła ta sama, niemożliwa myśl. Lissi połączyła więź zarówno z nim, jak i z Cieniem. Pod tym jednym, jedynym względem ich ludy niczym się nie różniły. Kto odnalazł drugą połowę duszy, odnajdywał ją raz. Na zawsze. Bez wyjątków. Nikt nie mógł tej osoby zastąpić. A jednak Lisanna istniała i pod każdym względem stanowiła fenomen.

    Maven wiedział już, że nie potrafiłby żyć w świecie, w którym jej zabraknie. Dla niej był gotów oddać wszystko. Poświęcić samego siebie. Bez reszty.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Następnego dnia Sebastian zgodnie z obietnicą ponownie zabrał Lissi do podziemnego miasta. Zanim skierowali się dalej, zatrzymali się w wyjątkowo przytulnej kawiarni, schowanej między kamiennymi łukami i ciepłym światłem lampionów. Zapach świeżego pieczywa i mocnej kawy wypełniał niewielkie wnętrze.

    Lissi usiadła przy stoliku wraz z Sebastianem, Mavenem i Marie. Przed nią stała filiżanka, z której unosiła się jeszcze para. Jedli śniadanie w niemal zwyczajnej ciszy. Dziewczyna rozejrzała się po sali i odezwała się pierwsza.

    — Tutaj jest wyjątkowo dużo ludzi — zauważyła. — W Elorze mieszkali wyłącznie Posłańcy.

    Sebastian odstawił kubek.

    — To wcale nie jest rzadkie, że znajdujemy partnerów wśród ludzi — powiedział łagodnie. — Wtedy po prostu żyją razem z nami. U Posłańców wygląda to inaczej — dodał. — Jeżeli odnajdą swoje bratnie dusze pośród ludzi, pozostają samotni albo decydują się na aranżowane związki, które podnoszą ich status. Cenią sobie czystość krwi.

    Ostatnie słowa wypowiedział wyraźnie zdegustowany.

    Maven gwałtownie uniósł głowę.

    — To nie tak — odparł chłodno. — Po prostu w przeciwieństwie do was nie wciągamy ludzi w swoje sprawy. Nie zamierzamy ich narażać. Nawet jeżeli oznacza to samotność.

    — Czy ktoś wygląda ci tu na nieszczęśliwego? — Marie, która do tej pory milczała, odezwała się oschle.

    Lissi mimowolnie rozejrzała się dookoła. Musiała przyznać strażniczce rację. Podziemne miasto tętniło życiem. W powietrzu unosił się śmiech, muzyka i zapach jedzenia. Ludzie i Cienie poruszali się między sobą bez wyraźnych granic. Wspólnie pracowali, rozmawiali, bawili się. Nikt nie spoglądał na drugiego z góry ani z lękiem. Atmosfera była gęsta, ciepła i zadziwiająco swobodna.

    Dziewczyna powoli odstawiła filiżankę. Zauważyła, że w tym miejscu ludzka obecność nie była czymś ukrywanym ani wstydliwym. Stanowiła naturalną część całości.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Miejsce, w którym się znaleźli, zupełnie zaskoczyło Lisannę. Wieża wypełniona była setkami tysięcy starannie złożonych origami. Papierowe figurki stały na wąskich półkach i zwisały z długich sznurków, gęsto, niemal bezładnie, a jednak z jakąś ukrytą harmonią. Lisanna uniosła głowę. Sufitu nie potrafiła dostrzec. Przestrzeń ginęła w górze, wśród papierowych skrzydeł i cieni.

    Sebastian stanął tuż za nią.

    — To wspomnienia — wyjaśnił, sięgając po najbliższego żurawia. — Niektóre mają tysiące lat.

    Podał figurkę Lisannie. Gdy dziewczyna przyjęła ją do ręki, kartka rozprostowała się i wciągnęła ją w aż nazbyt rzeczywistą wizję. Dziewczyna poczuła, że stoi w pięknie ozdobionej komnacie. Dookoła tańczyły barwne pary. W powietrzu niosła się skoczna, radosna muzyka. Po chwili Lisanna znów stała w wieży, a kartka ponownie przybrała kształt żurawia.

    — To niesamowite — wyszeptała.

    — Myślę, że możemy tu znaleźć wspomnienia dotyczące twoich rodziców — powiedział Sebastian. — Nie ma jednak sensu szukać na oślep. Lepiej będzie, jeżeli skupisz się na tym, co chciałabyś odnaleźć. Wówczas same do ciebie przyjdą.

    Wziął ją za rękę. Lisanna splotła swoje palce z jego palcami. Tym razem również poczuła przyjemny dreszcz, wywołany dotykiem jego skóry. Zrobiła to, co jej zasugerował. Skupiła myśli na rodzicach. Na twarzach, których nigdy nie widziała. Na pytaniu, kim byli.

    Po chwili przed nią zawisł w powietrzu papierowy kwiat. Dziewczyna wyciągnęła ku niemu dłoń. Kartka rozwinęła się, a zapisane na niej wspomnienia wciągnęły ją w inną rzeczywistość.

    Jej oczom ukazała się młoda kobieta o ciemnych włosach, od której Lisanna wyraźnie wyczuwała energię Cieni. Kobieta rozpaczliwie wyciągała ręce do jasnowłosego mężczyzny — Posłańca. On patrzył na nią z przejmującą desperacją. Zostali rozdzieleni. Pomiędzy nimi stanęły dwie armie. Naprzeciw siebie ustawili się Posłańcy i Cienie. Byli niczym pionki na szachownicy. Czarne i białe skrzydła. Gęsta, wzajemna niechęć.

    Wspomnienie zgasło. Kartka ponownie złożyła się w kwiat. Zanim jednak Lissi zdążyła o cokolwiek zapytać, w wieży pojawiła się młoda kobieta. Sebastian obrzucił ją wyraźnie zrezygnowanym spojrzeniem.

    — Czy to naprawdę konieczne? — zapytał.

    Lisanna zauważyła, że nieznajoma przygląda się jej z nieskrywaną ciekawością.

    — Tak — odparła tamta. — Inaczej żadne z nas nie będzie spokojne. Myślę, że mamy wystarczająco wiele powodów do zmartwień. 

    Sebastian westchnął.

    — Lissi, poznaj moją siostrę. Ma na imię Aveel i bardzo lubi wtrącać się w nieswoje sprawy.

    Aveel obdarzyła ich promiennym uśmiechem.

    — Tylko wtedy, kiedy dotyczą ciebie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Sebastian czuł irytację. Jego rodzina koniecznie musiała się wtrącać. Uznał jednak, że woli mieć to z głowy. Był im nawet wdzięczny, że nie pojawiły się wszystkie naraz i nie spłoszyły Lissi. Jego trzy starsze siostry zawsze były, jak na jego gust, zdecydowanie nadopiekuńcze i nadmiernie wścibskie.

    Nikt przy zdrowych zmysłach nie wpuściłby Posłańca do Wieży Wspomnień. Dlatego Maven i Marie czekali na zewnątrz. Kiedy Sebastian wyszedł wraz z Lissi i Aveel, zgarnęli ich ze sobą.

    Irytacja Sebastiana wzrosła, gdy zobaczył, że jego siostra dosłownie przykleiła się do Lissi i coś do niej szepcze. Lissi zaśmiała się w odpowiedzi. Dźwięk ten powinien był go rozbroić. Zamiast tego jeszcze mocniej zacisnął szczękę. Jego rozdrażnienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy zdał sobie sprawę, dokąd Aveel ich prowadzi. Nie szli do domu, jak się spodziewał. Szli na łąkę, na której rosły magiczne kwiaty. Jego siostra chciała sprawdzić, czy więź łącząca go z Lissi jest rzeczywista.

    Przez chwilę miał ochotę powiedzieć Aveel, co myśli o jej braku zaufania. Szybko jednak się poddał. Wiedział, że mu nie odpuszczą. Uznał, że lepiej mieć to za sobą.

    Dotarli na miejsce.

    — Jak tu pięknie — szepnęła Lissi.

    Sebastian ponownie przysunął się do niej na tyle blisko, by móc wziąć ją za rękę. Ciepło jej palców przeniknęło przez jego skórę. Dzięki jej bliskości jego dobry humor zaczął powoli wracać.

    Łąka tonęła w półmroku jaskini, a mimo to sama siebie oświetlała. Magiczne kwiaty wydzielały miękkie, mleczne światło, które kładło się na płatkach, na trawie i na twarzy Lissi. Sebastian nie patrzył na łąkę. Patrzył wyłącznie na nią. Na to, jak rozszerzyły się jej oczy. Na to, jak zachwyt rozjaśnił jej rysy. Ten widok działał na niego mocniej niż jakiekolwiek miejsce, nie ważne jak piękne.

    Aveel bez wahania poprowadziła ich do ułożonego z białych kamieni kręgu.

    — Co to za miejsce? — zapytała cicho Lissi.

    — Gości tu starożytna magia — wyjaśniła Aveel. — Taka, która potrafi potwierdzić pokrewieństwo dusz.

    — Och… — wyszeptała Lissi, zaskoczona.

    Wtedy ich uwagę odwróciły świetliste motyle. Unosiły się nad kwiatami, a potem podleciały wyżej i zatoczyły krąg nad ich głowami. Aveel klasnęła w dłonie z jawną radością. Magia potwierdziła, że Lissi jest jego partnerką. Sebastian wiedział, że rodzina naprawdę cieszy się z tego, iż ją odnalazł. Zdawał sobie sprawę również z tego, że jednocześnie czują niepokój, ponieważ Lissi jest w połowie Posłańcem. Potrafił to zrozumieć.

    Wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Magiczny pył rozbłysnął jasnym światłem. Osiadł na włosach i ramionach Sebastiana. Osiadł na Lissi. To jednak nie był koniec. Motyle o tym samym kolorze otoczyły również Mavena. Ten sam pył osiadł na nim.

    Aveel wstrzymała oddech. Marie wstrzymała oddech. Sebastian również.

    Wydarzyło się coś kompletnie niemożliwego. Magia potwierdziła, że Lissi nosi w sobie drugą połowę jego duszy. Jak więc mogła dzielić ją również z Posłańcem?

    Sebastian był wstrząśnięty. Niejasno zdał sobie sprawę, że ani Maven, ani Lissi nie wyglądają na zaskoczonych. Oni oboje już o tym wiedzieli.

    Poczuł, jak przez jego wnętrze, niczym burza, przetacza się zimna furia. Lissy była jego! Tylko jego! Przestał nad sobą panować. Z jego pleców wyrosły czarne skrzydła. Bez ostrzeżenia rzucił się na Mavena. Zrobił to zwinnie i szybko, niczym polujący kot. Posłaniec nie bronił się, nawet nie starał się zasłonić, choć wyraźnie spodziewał się ataku. Uderzenie Sebastiana zwaliło go z nóg, odrzucając na kilka metrów, niczym szmacianą lalkę.

    Aveel i Marie, gdy wyszły z pierwszego szoku, próbowały go powstrzymać. Sebastian jednak sam uświadomił sobie swój błąd dopiero wtedy, gdy Lissi podbiegła do Mavena.

    — Nic ci nie jest? — zapytała zaniepokojona.

    Maven przecząco pokręcił głową i usiadł. Lissi przywarła do jego boku, a on oplótł ją ramionami. Sebastian patrzył na niego wściekłym wzrokiem. Posłaniec jedynie spojrzał na niego, tuląc do siebie przestraszoną dziewczynę. Uśmiechnął się tak, jakby już wygrał, a on dopiero teraz uświadomił sobie, że ten przeklęty lis nie bronił się z czystą premedytacją.

    Note