Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Słodycz piekła

    Dziesiąte spotkanie

    Maven nie rozumiał. Lisanna trzymała od niego wyraźny dystans, a on nie potrafił odnaleźć przyczyny. Co gorsza, nie udawało mu się odczytać ani jej myśli, ani emocji. Było tak, jakby skrywała się pod gęstym płaszczem z cieni. Jego zdolności empaty rozbijały się o coś nieprzeniknionego.

    Równie mocno niepokoiło go to, w jaki sposób Cienie ją traktowały. Spoglądali na nią bez wrogości, niemal z akceptacją, jakby była jedną z nich, a nie istotą o mieszanej krwi. Nie pojmował, jakim cudem zdołała przekonać ich, by pozwolili mu opuścić celę. Przydzielono mu jedynie surowo wyglądającą strażniczkę, której niechęć wobec niego była tak wyraźna, że czuł ją niemal fizycznie. Tymczasem mężczyznę, który towarzyszył Lisannie, darzyła uczuciami aż nazbyt ciepłymi. Maven był pewien, że jest w nim zakochana.

    Siedział teraz w fotelu, umyty, ubrany w czyste rzeczy. Salon nowoczesnego mieszkania miał wyraźnie męski charakter — chłodne barwy, proste linie, mało zbędnych przedmiotów. Lisanna nie spuszczała z niego wzroku. Wpatrywała się w niego z uporem, jakby bała się, że zniknie, gdy tylko odwróci głowę.

    Wreszcie Mavenowi udało się przebić przez jej zasłonę. Dotarła do niego fala troski. I strachu. Strachu o niego. A potem usłyszał jej myśli. Mężczyzna twierdził, że jest jego partnerką. Właśnie dlatego Lisanna bała się, że ten Cień może skrzywdzić Mavena z powodu tego, co ich łączyło.

    Te myśli całkowicie wytrąciły go z równowagi. Maven wstał. Podszedł bliżej i usiadł tuż obok niej na kanapie. Pochylił się, by mówić ciszej.

    — Lissie… to kompletnie niemożliwe — szepnął. — Taka więź istnieje wyłącznie jedna na świecie. Raz na zawsze. A ty… jesteś moją bratnią duszą. Nie możesz więc być jego partnerką. To musi być jakaś sztuczka.

    Ona jednak przecząco pokręciła głową. W jej oczach malowało się głębokie zagubienie. Dopiero w tej chwili Maven naprawdę zrozumiał. Przyciąganie między nią a tamtym Cieniem nie było jednostronne. Ona również je czuła. Jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, co połączyło ją z nim samym.

    Jej dłoń odnalazła jego rękę. Palce splotły się z jego palcami. Maven poczuł przyjemne, ciepłe mrowienie, które rozeszło się aż do przedramienia. Jedyną rzeczą, której w tej chwili pragnął, było przyciągnąć ją do siebie i już nigdy nie wypuścić z objęć. Powstrzymał się tylko dlatego, że rozumiał, jak trudna była gra, w którą przyszło im grać. Nie chciał, żeby dla Lissi stała się jeszcze trudniejsza.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Sebastian słyszał ich cichą rozmowę. Każde słowo docierało do niego z bolesną wyrazistością i wkurzało go coraz bardziej. Obserwował, jak Lissi — jego Lissi — bierze Posłańca za rękę. Jej palce splotły się z jego palcami naturalnie, bez wahania. Coś w Sebastianie stanęło na samym skraju. Wściekłość i ból mieszały się w piersi w sposób, którego prawie nie potrafił już kontrolować. Resztki poczytalności zachowywał wyłącznie dla niej. Tylko dla niej.

    Usiadł po drugiej stronie Lisanny. Dziewczyna spojrzała na niego ze szczerą wdzięcznością. Ten wzrok jednocześnie go cieszył i irytował. Była mu wdzięczna za to, że wyciągnął z celi przeklętego Posłańca. Sebastian zacisnął szczęki, lecz nic nie powiedział.

    Marie, która otrzymała rolę osobistej strażniczki Mavena, była wyraźnie niezadowolona. Opadła na fotel, założyła nogę na nogę i obrzuciła ich zirytowanym spojrzeniem.

    — Co teraz? — zapytała sucho.

    Sebastian nie spojrzał na nią. Jego wzrok spoczął na Mavenie z niechęcią, której nawet nie próbował ukryć.

    — Skoro już tu jest — rzucił — to może wreszcie uda nam się dojść do tego, jak działa moc Lissi. Widziałem, jak korzystała z magii Posłańców, kreując dla siebie ubranie. Jestem ciekaw, czy potrafi połączyć ją z naszą mocą.

    Maven uniósł brwi, a w jego jasnych oczach pojawił się błysk wyzwania.

    — Wasza moc opiera się na iluzji i ukrywaniu w cieniach — odparł chłodno. — Nasza na tworzeniu. Światło, bariery, przedmioty. Jeśli myślisz, że da się to po prostu wymieszać…

    — Nie musisz mi tłumaczyć różnic — przerwał mu Sebastian. — Wiem, że nie potraficie przejść niezauważeni, ani tutaj, ani w granicy między światami. My potrafimy. Za to wy potraficie stworzyć z niczego to, na co nam zajmuje dni pracy przy artefaktach. Ona ma w sobie jedno i drugie. Więc zamiast się legitymizować, spróbujemy to wykorzystać.

    Lisanna siedziała między nimi, wyraźnie spięta. Sebastian poczuł, jak jej ramię lekko styka się z jego ramieniem. Ten drobny kontakt wystarczył, by nieco stępić ostrze jego gniewu.

    Maven westchnął, lecz skinął głową.

    — Dobrze. Zaczniemy od czegoś prostego. Lissie, spróbuj najpierw stworzyć światło. Mały punkt. Tak jak uczyli cię w Akademii.

    — A kiedy już je złapiesz, spróbuj je ukryć — Sebastian dodał natychmiast, nie patrząc na Posłańca. — Nie zgasić. Ukryć. Jakby światło wciąż istniało, tylko nikt poza tobą nie mógł go dostrzec.

    Maven rzucił mu krótkie, wrogie spojrzenie, ale nie oponował.

    — Będę pilnował, żeby nie straciła kontroli nad tworzeniem — oznajmił. — Ty pilnuj, żeby nie utonęła w waszym mroku.

    Sebastian tylko nieznacznie przechylał głowę.

    — Zgoda.

    Obaj patrzyli teraz na dziewczynę. Wrogość między nimi była niemal namacalna, a jednak w tej chwili podporządkowali ją czemuś ważniejszemu. Jej bezpieczeństwu. Jej próbie zapanowania nad własną mocą.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lisanna weszła do własnego domu u boku Sebastiana. Od progu poczuła, że coś jest nie tak. W powietrzu unosiła się obca, jałowa cisza. Przeszła korytarzem i otworzyła drzwi do swojego pokoju. Zamiast łóżka, biurka i szafy z jej ubraniami zobaczyła starannie urządzony gabinet. Ciemne drewno, regały pełne książek, skórzany fotel. Wyglądało to tak, jakby ten pokój istniał tutaj od zawsze.

    — Mamo! — zawołała.

    Głos zadrżał jej w gardle.

    W kuchni stała kobieta, która przez lata była jej matką. Odwróciła się powoli. Spojrzenie, które na nią rzuciła, było całkowicie obce. Ani odrobiny rozpoznania.

    — Kim państwo są? — zapytała chłodno. — Jak państwo tu weszli?

    — Nigdy nas tu nie było — Sebastian odezwał się cicho, lecz stanowczo.

    Potem delikatnie, ale nieodparcie wyprowadził Lisannę przed dom. Kobieta pozostała w kuchni nieruchoma, jakby pogrążona w lekkim transie.

    Na zewnątrz Lisanna zatrzymała się gwałtownie. Przerażenie i poczucie całkowitego załamania zalały ją przytłaczającą falą.

    — Co się dzieje? — wyszeptała. — Dlaczego ona mnie nie poznaje? Czemu zniknęły wszystkie moje rzeczy?

    Sebastian stanął przed nią. Jego głos był niski i spokojny.

    — Posłańcy musieli zadbać o to, żebyś przestała istnieć w ludzkim świecie. Chodźmy stąd — mruknął cicho.

    Zabrał ją do pobliskiej kawiarni. Zamówił kawę i ciasto, po czym usiadł obok niej na miękkiej kanapie. Podsunął jej talerzyk. Lissi posłusznie nabrała kawałek czekoladowego ciasta na łyżeczkę. Smak był gęsty i słodki. Odrobina endorfin złagodziła ostrze paniki. Gorzka kawa przyjemnie przecięła tę słodycz.

    Sebastian objął ją ramieniem. Lisanna wtuliła się w jego bok bez namysłu. Jego bliskość działała niczym cieplejsza, bezpieczniejsza rzeczywistość. W brzuchu dziewczyny zawirowały motyle, szalone i uporczywe. 

    — Jeżeli chcesz — odezwał się cicho — mogę poprosić Jean o pomoc. Być może uda się sprawić, żeby twoi rodzice odzyskali pamięć.

    Lisanna przez chwilę milczała. Rozważała tę możliwość dokładnie. Wreszcie przecząco pokręciła głową.

    — Nie. Tak będzie dla nich lepiej. Nie chcę, żeby przeze mnie znaleźli się w niebezpieczeństwie.

    Sebastian spojrzał na nią ze zmartwieniem.

    — Może chcesz, żebyśmy spróbowali dowiedzieć się czegoś o twoich biologicznych rodzicach?

    Lissi uniosła na niego szeroko otwarte oczy.

    — Biologicznych rodzicach?

    Mężczyzna skinął głową.

    — Twoja matka i ojciec są ludźmi. Nie mogą być twoimi biologicznymi rodzicami.

    Dziewczyna wpatrywała się w niego w milczeniu. Wewnątrz wszystko układało się nagle w nowy, nieubłagany porządek. On musiał mieć rację. A skoro tak… W jej sercu pojawił się nowy, wyraźny cel. Za wszelką cenę chciała dowiedzieć się czegokolwiek o tych, którzy naprawdę dali jej życie.

    Note