Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Świt zmierzchu

    „Ludzie bowiem to anioły bez skrzydeł, i to jest właśnie takie piękne, urodzić się bez skrzydeł i wyhodować je sobie […].”

    José Saramago

    Zmierzchało. Stary, zabytkowy cmentarz, z grobami przypominającymi mauzolea, był pogrążony w półmroku. Amy szła przed siebie wąską, po obu stronach obsadzoną smukłymi drzewami, alejką. Nie zastanawiała się co to za drzewa, nie rozglądała się także dookoła, patrzyła jedynie przed siebie, zmierzając do konkretnego, na samym początku wyznaczonego celu. Nie chciała widzieć tego, co było wokół niej. Wiedziała, że jeżeli to wszystko zobaczy, zwyczajnie zrezygnuje, a po prostu musiała się dowiedzieć! Minęła część cmentarza, na której znajdowały się niewielkie groby dzieci. Tutaj odrobinę zwolniła. Ich duchy nie zawodziły, nie były przerażające, były po prostu smutne. Obserwowały życie, jak przez mgłę, wiedząc, że nigdy nie wezmą w nim udziału. Dziewczyna zatrzymała się na chwilę. Z rosnącego przy jednym z grobów krzewu pnącej róży, odłamała czerwony kwiat. Weszła między groby i położyła różę na jednym z nich, takim zupełnie pustym, z pękniętą tablicą.

    – To, żebyś wiedziała, że ktoś o tobie pamięta – wyszeptała, uśmiechając się smutno.

    Potem wróciła na główną aleję i poszła dalej. Cmentarz, o tej porze, był zupełnie pusty. Dobrze, o to jej przecież chodziło, dlatego wybrała się tutaj po zmroku. Z całej siły starała się ignorować otaczające ją postacie, zupełnie jakby ich tutaj wcale nie było. Przy starej, kamiennej studni, skręciła w prawo. Szła teraz otoczoną krzewami bukszpanu, bardzo wąską aleją. Gdyby nie te niewielkie, zielone listki i gałęzie na których rosły, mogłaby niemal fizycznie poczuć bliskość otaczających ją dusz. Wreszcie zatrzymała się. Zmusiła się do tego, żeby wejść między groby. Wiedziała, że te postacie nie zrobią jej krzywdy, nigdy dotąd nie próbowały, mimo to, sama ich obecność, budziła w niej głęboko drzemiącą panikę. Zatrzymała się przed jednym z grobów. „Tu spoczywa Helena Olszewska, świeć Panie nad jej duszą” – głosił wyryty na kamiennym nagrobku napis. Amy usiadła na niskiej, marmurowej ławeczce. Przestała zauważać otaczający ją świat. Czekała. W końcu, po prawie godzinie, nad grobem zaczęła unosić się siwa mgła. Z niej zmaterializowała się postać starszej kobiety. Jej eteryczne ciało nie było jednak w żaden sposób zmasakrowane, wyglądało na to, że umarła śmiercią naturalną.

    – Czego chcesz? – zapytała zrezygnowana, zwracając się bezpośrednio do Amy.

    – Mam pytanie – powiedziała dziewczyna, podnosząc na staruszkę wzrok. – Odpowiesz mi na nie?

    – Jestem zmęczona, daj mi spokój! – warknęła na nią kobieta.

    Amy spojrzała twardo w jej nieistniejące oczy.

    – Wiem kto cię otruł – odpowiedziała – wiem również dlaczego. Informacja za informację.

    Staruszka wyglądała teraz na odrobinę bardziej zainteresowaną. Jej mgliste oczy błysnęły.

    – KTO? – zapytała unoszącym się w powietrzu, nie dochodzącym z nikąd głosem.

    – Informacja, za informację – powtórzyła ostro Amy.

    – Pytaj – odezwał się niechętnie duch.

    – Jak sprawić, żeby anioł stał się człowiekiem? – dziewczyna zadała nurtujące ją od długiego czasu pytanie.

    Duch kobiety wyglądał na naprawdę zaskoczonego. Namyślał się przez dłuższą chwilę.

    – Musi tego chcieć – odpowiedziała w końcu zjawa.

    – A jeżeli chce? – drążyła dalej Amy.

    – Wówczas wystarczy pozbawić go skrzydeł – odpowiedziała kobieta z upiornym chichotem.

    Dziewczyna zadrżała. Nie takiego rozwiązania się spodziewała. Będzie musiała to sprawdzić w praktyce. Nie była tylko jeszcze pewna, jak. Wstała z ławki. Wyjęła ze sztruksowej, szarej torby kopertę, a z niej złożoną starannie kartkę. Rozwinęła list. Podeszła bliżej i położyła papier na granitowej płycie nagrobka.

    – Czytałam twoje pamiętniki – odezwała się cicho, współczującym głosem. – Nie byłaś szalona Heleno, wtedy jeszcze nie. Tu są twoje odpowiedzi – dodała wskazując na pożółkłą ze starości kartkę.

    Potem odwróciła się i odeszła tą samą, porośniętą bukszpanem aleją, zostawiając upiornie śmiejącego się ducha samego.

    Im ciemniej się robiło, tym cmentarz i otaczające dziewczynę zjawy, stawały się straszniejsze. Teraz Amy bardzo żałowała, że postanowiła wracać inną, krótszą drogą, niż ta, którą tutaj przyszła. Szybkim krokiem minęła groby poległych żołnierzy. Mimo okaleczonych ciał, nieprzyjaznych, pełnych oskarżeń spojrzeń i tej niesamowitej, nienaturalnej ciszy starała się nie panikować. Potem jednak było tylko jeszcze gorzej. Pod płotem, tuż za poświęconą ziemią, leżały groby samobójców. Duchy otoczyły Amy zwartym kręgiem. Dziewczyna próbowała się wycofać. Przecież one nie istniały… a jednak, nie potrafiła między nimi przejść. Strach ścisnął jej gardło. Czuła przenikające ją do szpiku kości zimno. Przykucnęła na piaszczystej ścieżce, zasłaniając dłońmi głowę. Nie potrafiła wyrwać się z otaczającego ją koszmaru. W pewnym momencie poczuła miękki, puszysty dotyk. Strach minął. Zjawy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Amy opuściła ręce, podniosła wzrok. Jej oczy, w kolorze mlecznej czekolady, rozszerzyły się ze zdumienia.

    – Gadriel, twoje skrzydła! – wykrzyknęła.

    Jego pokryte sztywnymi piórami skrzydła przedstawiały sobą przedziwny widok. Jedno było śnieżno białe, bez nawet pojedynczej, szarej skazy, za to drugie… drugie było czarne jak najciemniejsza noc. Chłopak wzruszył ramionami. Podniósł ją z ziemi.

    – To bez znaczenia – mruknął.

    Amy jednak wyraźnie mogła wyczuć, że wcale tak nie było. On sam był równie zdziwiony, co ona.

    – One są… – zaczęła.

    – To bez znaczenia – warknął na nią ostro, brutalnie jej przerywając. Wyglądał na wściekłego. – Lepiej mi powiedz co tu w ogóle robisz?! Rozum ci odjęło?! Po co tu przyszłaś?

    Dziewczyna przysunęła się bliżej. Jego skrzydła tworzyły dla niej coś w rodzaju strefy ochronnej. Mimo, że w dalszym ciągu widziała, co dzieje się na zewnątrz, to zjawy nie zwracały uwagi na jej obecność i dzięki temu, oraz bliskości Gadriela, czuła się bezpieczna.

    – Czytałam pamiętniki pewnej kobiety, odkryłam tajemnicę jej śmierci i uznałam, że pewnie chciałaby wiedzieć… – oznajmiła Amy, nie zamierzając mu zdradzić swoich pobudek.

    – Jesteś głupia – syknął na nią.

    – Martwiłeś się? – spytała uśmiechając się słodko.

    Chłopak warknął. Roześmiała się. I tak wiedziała, że się martwił. Zawsze się o nią martwił. Coraz bardziej fascynowały ją jego nowe skrzydła. Do tej pory zawsze były brudno szare i w zależności od tego, ile Gadriel napsocił, jak zwykli pieszczotliwie nazywać złe uczynki i namawianie do złego, pojawiały się w nich śladowej ilości czarne pióra lub, znacznie rzadziej, pojedyncze, śnieżnobiałe lotki, których obecności chłopak nigdy nie chciał wytłumaczyć.

    – Chodźmy stąd – rozmyślania przerwał jej ponury głos Gadriela.

    Skinęła głową. Ostatnią rzeczą, jakiej by chciała, było zostanie na cmentarzu na noc. Szła jak najbliżej niego, wiedząc, że tylko skrzydła chłopaka dają jej umysłowi ochronę przed zjawami. W pewnym momencie Gadriel zatrzymał się, nie będąc zdolnym iść dalej. Zaczął przeklinać.

    – Co jest? – spytała Amy.

    – Poświęcona ziemia – warknął nieprzyjaźnie. – Co za kretyn projektował ten głupi cmentarz?!

    – Więc jak się tu dostałeś? – spytała zaskoczona dziewczyna.

    Wzruszył ramionami.

    – Przeleciałem nad płotem. Samobójców zawsze chowali pod murami cmentarza, tam gdzie ziemia nie jest poświęcona. Tam mogłem przebywać – wyjaśnił.

    – Stąd już widać bramę – oznajmiła wskazując ręką. – Tyle przejdę sama. Poczekasz na mnie na zewnątrz? – poprosiła.

    Gadriel skinął głową, niechętnie rozprostowując otaczające ją do tej pory skrzydła.

    – Tylko nie biegnij – napomniał – to najgorsze, co możesz zrobić.

    Dziewczyna świetnie o tym wiedziała. Jeżeli zacznie biec, ogarnie ją panika i prawdopodobnie wtedy jej umysł rzeczywiście zwariuje, o ile już nie był wystarczająco chory. Jednak od dziesięciu lat, czyli od czasu w którym zamieszkała z Gadrielem, już nigdy nie myślała w ten sposób. To nie jej umysł płatał paskudne figle. Otaczająca ją rzeczywistość, wszystkie niesamowite rzeczy, w które nikt inny by nie uwierzył, istniały naprawdę.

    – Dobrze, nie będę – zgodziła się, mimo coraz gęstszego mroku, ruszając odważnie przed siebie.

    Do głównej bramy cmentarza było niedaleko. W oddali już było ją widać. Dziewczyna starała się ignorować wszystkie napotkane po drodze zjawy. Większość również nie zwracała na nią uwagi. Kiedy jednak ominęła stojący na środku głównej alei krzyż, usłyszała upiorne warczenie. Odwróciła się. Tuż za nią, na środku alei, stał olbrzymich rozmiarów pies. Miał ogromne zęby i szpony, czarną sierść oraz przenikliwe, żółte oczy. Amy z trudem powstrzymała się przed rzuceniem pędem do bramy. Wiedziała, że to nie jest duch. Był zbyt materialny. Ostatnie dziesięć metrów przeszła z szybko bijącym sercem, a kiedy tylko przeszła przez bramę, natychmiast wpadła w wyciągnięte ramiona Gadriela. Chłopak miał wyraźnie zaniepokojoną minę.

    – Co widziałaś? – zapytał ostro, stanowczo odsuwając ją od siebie. Nie odpowiedziała. – Co widziałaś? – powtórzył pytanie, potrząsając ją za ramiona.

    – Wydaje mi się, że Barghesta – odpowiedziała mu w końcu cicho Amy.

    Gadriel zaklął szpetnie. Po chwili się jednak uspokoił. Spojrzał w jej migdałowe, brązowe oczy.

    – Ty nie umrzesz – oznajmił jej pewnym głosem.

    Według legend czarne psy śmierci pojawiały się tylko w nocy, a każdy kto miał pecha takiego zobaczyć, wkrótce później umierał.

    – Skąd wiesz? – niemal prychnęła dziewczyna.

    – Po prostu wiem – odpowiedział Gadriel, przyciągając ją do siebie.

    – Przekonamy się niedługo – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem, jak mała dziewczynka wtulając się w jego ramiona.

    Amy nie bała się śmierci. Nikt, kto wiedział tyle co ona, nie potrafił się jej bać. Nie chciała jednak umierać, bo nigdy więcej nie spotkałaby już Gadriela. Nie należał już ani do nieba ani do piekła, a tylko tam, po śmierci, mogły zawędrować ludzkie dusze. Nie, Amy zdecydowanie nie chciała umierać.

    – Chodźmy do domu – zasugerował cicho chłopak, nie wypuszczając jej jednak z objęć.

    – Do domu – powtórzyła za nim jak echo, zamyślona dziewczyna.

    Tak, teraz, od kiedy ją wreszcie, dziesięć lat temu, zabrał z tamtej rzeczywistości, ona naprawdę miała dom. Ile by prawdy nie było w starych legendach, nie miała zamiaru umierać! I zrobi wszystko, żeby zawsze do niego wracać.

    Note