Rozdział 1 – Dziedziczka
by VickyNazywam się Eveline Archer i mam szesnaście lat. W tym roku zaczynam naukę w liceum, a raczej powinnam zacząć, bo wszystkie moje plany zupełnie straciły znaczenie. Do tej pory miałam jedynie mgliste pojęcie o tej drugiej rzeczywistości, o przerażającym świecie rodem z baśni Braci Grimm, w którym żył mój wuj, a z którego uciekł mój ojciec. Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Jestem jedyną żyjącą spadkobierczynią rodu Archer i muszę zająć miejsce Sary, mojej kuzynki. Nie mam wyboru, bo wiem, że jeżeli tego nie zrobię, ucierpią moi najbliżsi.
Czarna limuzyna zatrzymuje się przed bramą wspaniałej posiadłości. Chowam pamiętnik ojca do szarej sztruksowej torby, którą trzymam na kolanach. Wyglądam przez okno. Ostatni raz byłam tutaj dokładnie cztery lata temu. Świętowaliśmy dwunaste urodziny Sary. Ojciec pokłócił się wtedy z wujem Richardem i nigdy więcej tu nie wróciliśmy. Jak przez mgłę pamiętam jednak niezwykłe rzeczy, które się wtedy działy. Rok później tata został zamordowany, a sprawców nigdy nie odnaleziono. Moja rodzina jednak doskonale wiedziała, kto go zabił, tak samo zresztą jak teraz zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mogę odrzucić spadku.
Brama otwiera się, a samochód wjeżdża do środka. Zatrzymuje się na placu przed głównym wejściem. Kierowca wysiada, wyjmuje z bagażnika moją walizkę, a potem bez pożegnania odjeżdża. Zostaję sama przed wielkim domem, czując nieprzyjemny ucisk w żołądku. Niezależnie od tego, co by się nie działo, muszę tu przetrwać, bo od tego zależy bezpieczeństwo mojej mamy, młodszej siostry i babci. Po prostu nie mam innego wyjścia.
Niespiesznie wchodzę po dziesięciu szerokich stopniach i zastanawiam się, czy powinnam zadzwonić do drzwi. Gdy byłam tu ostatnim razem dom tętnił życiem, a teraz wygląda, jakby został zupełnie opuszczony. Przeraża mnie wizja, że będę w nim zupełnie sama, ale szybko odrzucam tą myśl. Ktoś przecież otworzył bramę wjazdową… Nie zdążyłam jeszcze podjąć decyzji, ale to nic nie szkodzi, bo drzwi same się uchylają.
– Panienko, zapraszam do środka – odzywa się poważnie wyglądający mężczyzna noszący liberię kamerdynera. Mniej więcej w tym wieku byłby teraz mój ojciec, oczywiście gdyby żył. – Przyniosę bagaże.
– Dziękuję – odzywam się niepewnie i wchodzę przez uchylone drzwi, podczas gdy on schodzi na podjazd po moją walizkę.
– Nazywam się Martin Lucret i od trzydziestu lat służę rodzinie Archer – przedstawia się, nisko się kłaniając. – Czy zaprowadzić panienkę do skrzydła rodzinnego?
Wzdrygam się na samą myśl o tym, że miałabym zająć pokój mojej zmarłej kuzynki.
– Miło mi pana poznać – staram się mówić pewnym głosem. – Będę spała w pokoju gościnnym, w zachodnim skrzydle – oznajmiam stanowczo, a on ze zrozumieniem kiwa głową.
– Jak panienka sobie życzy.
– Gdzie są pozostali? – pytam, kiedy wspinamy się po szerokich schodach.
Widzę, jak mężczyzna krzywi się nieznacznie.
– Odeszli po śmierci wuja panienki – wyjaśnia przepraszająco.
– Nie stać nas na ich utrzymanie? – pytam, zastanawiając się, dlaczego tak się stało.
– Stać nas na płacenie im przez kolejne tysiąc lat – zaprzecza kamerdyner. – Bali się pozostać bez ochrony pana Archera – wyjaśnia.
Wzdycham ciężko, bo nie sądziłam, że problemy pojawią się już na samym początku.
– Zatrudni pan nowy personel? – pytam z nadzieją.
Mężczyzna przecząco kręci głową.
– Przykro mi panienko, nikt się nie zgodzi tu pracować, niezależnie od tego, ile im zapłacę. Dwór Orchidei popadł w niełaskę, a nazwisko Archerów zostało splamione.
Schody kończą się i zaczyna się jasny, wysoko sklepiony korytarz. Na ścianach wiszą obrazy, większość z nich to portrety moich przodków. Nie chce na nie patrzeć, bo wiem, że na niektórych został uwieczniony również mój tata.
– A pan, dlaczego pan został? Nie boi się pan konsekwencji? – pytam.
Kamerdyner patrzy na mnie poważnie.
– Nie mam nic do stracenia – przyznaje. – Poza tym jestem dłużnikiem panienki ojca i dawno temu obiecałem mu, że jeżeli kiedykolwiek zajdzie taka potrzeba, to będę panienkę chronił.
Uśmiecham się, choć wiem, że mój uśmiech jest bardzo blady.
– Dziękuję, doceniam to – zapewniam.
– Przygotuję kolację – odzywa się dopiero, gdy docieramy do drzwi jednego z gościnnych pokoi.
Stawia moją walizkę przy drzwiach i odchodzi. Natychmiast wyjmuję z torby notatnik, kładę go na biurku pod oknem i piszę list do mamy. Jestem pewna, że drży z niepokoju. Nie mogła tu ze mną zamieszkać, z tego samego powodu, dla którego nie mogła zamieszkać na Dworze Orchidei z tatą. Nie należy do magicznego świata. Jest mi niezwykle przykro, że nie mogę do niej po prostu zadzwonić, ale niestety w tym miejscu żadna elektronika nie działa. To magiczne więzienie, którego nie mogę opuścić przez przynajmniej kolejne trzy lata, do czasu aż nie skończę przeklętej elitarnej szkoły dla dziedziczek, do której miała iść Sara. O ile oczywiście w ogóle uda mi się ją ukończyć.