Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Trzy rzeczy pozostały z raju: gwiazdy, kwiaty i oczy dziecka.

    Dante Alighieri

    Nareszcie nadarzyła się okazja. To była dobra pora. Długo na to czekał. Zrobi to co musi, a potem policzy się z tym parszywym towarzystwem. W pół siadzie zajmował miejsce na rozłożystej gałęzi dębu. W każdej chwili gotowy był do skoku. Obserwował szeroką, wydeptaną, parkową ścieżkę. 

    Przed chwilą zza zakrętu wyszły trzy wesoło rozszczebiotane dziewczyny. Ona była jedną z nich. Kiedy przeszły pod nim, miękko, jak polujący kot, zeskoczył na ziemię. Znalazł się tuż za ich plecami, nawet się nie zorientowały. Najpierw zajął się tymi po bokach. Obie osunęły się nieprzytomne na ziemię. Nie przejmował się czy nie zrobi którejś krzywdy. Życie jakichś ludzkich istot nie obchodziło go w najmniejszym stopniu. 

    Dziewczyna, która szła pomiędzy nimi, odwróciła się do niego. W jej dużych chabrowych oczach czaił się strach. Miała długie, czarne włosy, które kaskadą spływały po lewym ramieniu. Jej cera była bardzo blada. Drobne dłonie zacisnęła w pięści, jej różowe usta drżały. 

    Zdziwił się, że nie próbuje uciekać ani walczyć. Po prostu stała tam i wpatrywała się w niego. Czuł jej strach. Kiedy podszedł bliżej dziewczyna się cofnęła. Znalazła się pod drzewem, na którym wcześniej siedział. Nie miała już dalej gdzie się cofać. Drogę zagrodził jej szeroki pień. 

    Okolica była zupełnie pusta, nie było tutaj żadnych domów, a od ulicy oddzielał ich rozpostarty za rzeką park. Dalej rosły drzewa i gęste krzaki, ale tu, na górze nie było niczego, nawet zwykłego chodnika, jedynie szeroka, wydeptana przez lata ścieżka. Specjalnie wybrał takie miejsce, nie chciał przyciągać uwagi. 

    Odległość dzielącą go od dziewczyny pokonał jednym susem. Przestraszona oddychała bardzo szybko. 

    – Witaj królewno – odezwał się ironicznie.

    Nie spuściła wzroku, patrzyła mu prosto w oczy. Zdał sobie sprawę, że czeka na śmierć. Milczała. Kiedy na nią spojrzał, postanowił, że jej nie skrzywdzi. Właściwie nie wiedział czemu nagle zaczęło mu zależeć, żeby nic się dziewczynie nie stało. Delikatnie dotknął jej twarzy, wzdrygnęła się, ale nie odsunęła.

    – Śpij – powiedział łagodnie.

    Osunęła się nieprzytomna na trawę. Dobrze, była jego. Dostarczy ją Łowcy, a potem będzie mógł wreszcie zająć się własnymi sprawami. Przyjrzał się nieprzytomnej dziewczynie uważniej. Taka mała, a tyle z nią problemów. Związał jej sprawnie ręce za plecami oraz nogi w kostkach i nad kolanami. Użył do tego pasków jedwabiu. Był przekonany, że jeżeli uszkodzi ją w jakikolwiek sposób tamci nie będą zadowoleni, a będąc krok od upragnionej wolności nie miał zamiaru im się narażać. Po za tym naprawdę nie miał ochoty jej krzywdzić. Właściwie to nie chciał, żeby stało jej się coś złego. To było dla niego zupełnie nowe uczucie i wcale nie miał zamiaru się nad nim rozwodzić. Podniósł dziewczynę z ziemi. Była bardzo lekka. Przerzucił ją sobie przez ramię, rozwinął olbrzymie skrzydła jak u nietoperza i wzbił się w powietrze. 

    Po kilkunastu minutach wylądował. Stał teraz w ogrodzie przed dużą posiadłością na wzgórzu. Było stąd widać morze. Zwinął skrzydła, a one zniknęły, jakby ich tam nigdy nie było. Nawet jego czarna koszula była na plecach nietknięta. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Minął szybkim krokiem hol i znalazł się w ładnym, umeblowanym w starym stylu, przestronnym salonie. Rzucił dziewczynę bezceremonialnie na kanapę. Sam zajął stojący przed kominkiem wysoki fotel. Czekał.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Obudziła się. Nie miała pojęcia gdzie jest. Bolała ją głowa. Przypomniała sobie wysokiego chłopaka ubranego na czarno. On coś jej zrobił. Leżała na kanapie. Poczuła więzy krępujące jej ręce i nogi. Nie mogła się poruszyć. Co ze mną zrobi? Do czego jestem mu potrzebna żywa? – zastanawiała się dziewczyna. Martwiła się też o Wikę i Sylwię, czy nic im się nie stało? Kiedy ostatnio je widziała, leżały na ziemi nieprzytomne. Miała nadzieję, że przynajmniej je zostawił w spokoju. 

    – Czy ty oszalałeś cholerny idioto? – usłyszała dochodzący z bliska przyjemny, miękki głos. 

    Ton jednak zdecydowanie nie był miły. Właściciel głosu musiał stać za nią, kanapa nie pozwalała jej na niego spojrzeć. 

    – Chcieliście dziewczynę, oto ona. Cała i w jednym kawałku.

    To był chłopak z parku. Wstał z fotela przed kominkiem. Przyjrzała mu się uważniej. Był wysoki, muskularny i zdumiewająco młody. Miał brązowe, przydługie, opadające na oczy włosy i szare, zimne jak lód oczy. Wyglądał groźnie. Ogorzała od słońca twarz i ironiczny uśmiech błąkający się w kącikach ust nadawały mu drapieżny wygląd. Cały spowity był w czerń i to dosłownie. Nie tylko ubrany był na czarno, dziewczyna widziała też emanującą z niego mroczną aurę. Był niebezpieczny, bezlitosny i okrutny. Drugi mężczyzna wyszedł zza kanapy i teraz jego też mogła zobaczyć. Był zupełnym przeciwieństwem tamtego. Ciało miał szczupłe i wiotkie, jasne włosy nosił splecione na karku w myśliwski warkocz. Ubrany był w ciemnozielony sweter, w przyjemnym odcieniu i jasnobrązowe spodnie. Jego aura biła oślepiająco jasnym blaskiem. Dziewczyna poczuła się jakby patrzyła w słońce. Wyglądał na zagniewanego.

    – Co ci przyszło do głowy, żeby ją związać? Mieliśmy ją chronić, nie porwać. 

    Tamten roześmiał się, jego śmiech nie był wesoły ani miły. 

    – Uwierz mi obserwowałem ją od jakiegoś czasu i ta smarkula potrafi być kłopotliwa.

    Blondyn obrzucił Szarookiego wściekłym spojrzeniem, ale gdy jego wzrok padł na nią natychmiast złagodniał. Usiadł przy niej na kanapie i zabrał się do rozplątywania więzów. 

    – Widzę, że się obudziłaś – uśmiechnął się przyjaźnie. – Nazywam się Leldorin, jesteśmy tutaj, żeby cię chronić.

    Nagle zrozumiała co widzi, nieznajomy był elfem! Od dawna nie widziała żadnego przedstawiciela tej starożytnej rasy. Wyglądał po prostu cudownie, tak jak jego aura. Nie dała się jednak zwieść temu łagodnemu wyglądowi. Wiedziała, że te piękne istoty mogą być śmiertelnie niebezpieczne. 

    Uwolniona natychmiast usiadła podwijając pod siebie nogi i kuląc się w rogu kanapy. Spojrzała jeszcze raz na stojącego nieopodal mrocznego młodzieńca. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu. Krzyknęła. 

    Obydwaj obrócili się błyskawicznie. Elf wstał zwinnie. Jednym susem dotarł na środek pokoju. Z kominka wylewała się płynna ciemność, wyglądała jakby miała konsystencję błota. Kiedy dziewczyna się rozejrzała, zobaczyła ją także wpadającą przez drzwi i szpary w oknach. Było jej coraz więcej, płynęła jak bystra rzeka. Zbliżała się do nich, otaczała i odcinała drogę ucieczki. 

    Szarooki w jednej chwili znalazł się przy dziewczynie. Zasłonił ją sobą, a w jego rękach zmaterializował się olbrzymi, czarny miecz. Teraz przed sobą miała chłopaka, a z tyłu oparcie kanapy. Spojrzała na elfa. Wyglądał jakby pojaśniał jeszcze bardziej. Jego słoneczna aura powoli się rozszerzała, zajmując coraz większy obszar. Tam gdzie zetknęła się z czarną mazią ciemność syczała i zamieniała się w dym. Z mrocznego błota dookoła kanapy wyłoniły się macki. Ciemność była już tak blisko nich, że gdyby dziewczyna wyciągnęła rękę, mogłaby zanurzyć w niej dłoń. 

    – Nie pozwólcie im się dotknąć – krzyknął do nich elf, zauważywszy sięgające ku nim bezkształtne kończyny.

    Bijący od niego blask był coraz bliżej nich. Brakowało jeszcze tylko kilku metrów. Bezkształtne stwory sięgały ku nim coraz gęściej. Chłopak ciął mieczem. Odcięte macki opadały jak zwiędłe liście po czym stapiały się z resztą paskudnej mazi. Było ich coraz więcej, działały coraz szybciej. Zobaczyła jedną tuż przy swoim boku. Wiedziała, że nie zdąży się uchylić. Szarooki był jednak szybszy. Chwycił pewnie miecz prawą ręką, broniąc ich przed nadciągającymi przeciwnikami, a lewą złapał mackę. Owinęła mu się wokół nadgarstka. Syknął z bólu. Światło było coraz bliżej. W końcu ogarnęło ich całkiem. Ciemność zniknęła w kłębach dymu. Wykończony elf osunął się na kolana. Miecz wypadł z ręki Szarookiego. Chłopak jęknął. Upadł na podłogę. Zwinął się w kłębek, przyciskając do siebie lewą rękę. Drżał na całym ciele. Dziewczyna ześliznęła się z kanapy i uklęknęła przy nim. 

    – Zostaw go – odezwał się Leldorin, mówił z trudem. – Jest już martwy.

    Dziewczyna obrzuciła elfa zagadkowym spojrzeniem i ponownie całą swoją uwagę skupiła na Szarookim. Na jego twarzy widziała kropelki potu. Cierpiał w milczeniu przyciskając do ciała poczerniałą rękę. Delikatnym gestem odgarnęła mu z czoła wilgotne włosy. 

    – Potrzebuję noża – zwróciła się do elfa. 

    Tamten wzruszył ramionami i nie wstając z podłogi wyciągnął zza cholewki długi ostry sztylet. Przesunął go po dywanie w kierunku dziewczyny. Zapewne uznał, że tamta chce zabić chłopaka oszczędzając mu cierpień. Śmierć od dotyku cienia była straszna. Całe ciało czerniało, a naznaczona osoba przez wiele godzin konała w męczarniach. 

    – Daj mi rękę – tym razem łagodnie zwróciła się do Szarookiego.

    Zdziwiła się kiedy po prostu posłuchał. Najwyraźniej było mu już wszystko jedno. Pewnie chwyciła jego dłoń i podwinęła rękaw koszuli. Cień rozlewał się coraz szerzej po jego ciele. Chłopak skrzywił się z bólu, kiedy przeciągnęła ostrzem noża po jego nadgarstku, ale nie cofnął ręki. Popłynęła krew. Odłożyła nóż, a drugą rękę przyłożyła do zranionego przed chwilą miejsca. Oczy Szarookiego rozszerzyły się, nabrały dzikiego, zwierzęcego wyrazu. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, uważnie przyglądał się dziewczynie. Sięgnęła po jeden z jedwabnych strzępów i owinęła mu nim nadgarstek, starannie tamując dalszy upływ krwi. Położyła się przy nim na podłodze. Oddychał szybko i płytko, wyraźnie dalej cierpiał. Wzięła go za zranioną rękę, splotła palce z jego palcami. Spojrzał na nią niepewnie, zamknął oczy i zasnął. Jego oddech wyrównał się. Nie był już płytki i chrapliwy, stał się miarowy i spokojny. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno i nie puszczając jego ręki także zapadła w sen.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Łowca wszedł do salonu pewnym krokiem. To był jego dom, nie musiał nikogo prosić o pozwolenie. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok przez chwilę zatrzymał się na siedzącym na dywanie pobladłym elfie. Potem przeniósł się na parę leżącą na podłodze tuż przy kanapie. Na zakrwawiony sztylet. Ryknął wściekle. Podbiegł do nich i jednym płynnym ruchem rozerwał ich splecione dłonie. Kopnął chłopaka tak, że tamten odtoczył się kawałek, nie obudził się jednak. Uklęknął przy dziewczynie i delikatnie wziął ją na ręce. Wtuliła się w niego przez sen. Rzucił groźne spojrzenie w kierunku elfa i wyszedł z salonu ze śpiącą dziewczyną w ramionach. Zaniósł ja do jednej z sypialni na piętrze, ułożył delikatnie na łóżku i przykrył kocem. Jej czarne włosy rozsypały się po poduszce. Uśmiechnął się do siebie, kiedy przyszło mu na myśl, że wygląda jak Królewna Śnieżka. Wróci do niej później, teraz musi dowiedzieć się co się stało. Zszedł na dół. Elf siedział w fotelu, wyglądał na wyczerpanego. Chłopak dalej spał.

    – Co tu się u licha stało? – mimo wściekłości starał się mówić opanowanym głosem. 

    – Zaatakowały nas cienie – odpowiedział cicho elf. – Już zaczęli na nią polować. Dobrze, że demon przyprowadził ją dzisiaj – na wszelki wypadek wolał nie wspominać w jaki sposób tamten tego dokonał.

    – Co mu się stało? – spytał zerkając na leżącego chłopaka.

    – Jeden z nich go dotknął. Ostrzegałem ich.

    Łowca zaklął. Obrzucił leżącego pogardliwym spojrzeniem.

    – Jak mogłeś pozwolić jej to zrobić? Ten pies powinien sczeznąć, zasłużył sobie na to – warknął wściekle.

    – Zrobić co? – elf wyraźnie nie był zadowolony ze sposobu w jaki tamten się do niego zwracał.

    – Wyleczyć go. To ją naprawdę dużo kosztuje, osłabia. Ten śmieć nie jest tego wart – syknął. – Dotykając go zabierała jego ból. Ona wchłaniała go w siebie! – jego ton był groźny i nieprzyjazny, ale jednocześnie pełen żalu.

    – Skąd miałem wiedzieć, że go wyleczy? – oczy elfa odrobinę złagodniały. – Poprosiła o sztylet. Myślałem, ze chce go zabić, zwłaszcza po tym jak ją potraktował… – Leldorin pożałował swoich słów zanim jeszcze do końca opuściły jego usta.

    – Jak ją potraktował?! – w głosie łowcy pobrzmiewała furia.

    Elf westchnął ciężko, ale zdecydował się odpowiedzieć. No cóż, jeden demon mniej i świat stanie się lepszy. Żałował tylko, że wysiłek dziewczyny pójdzie na marne. Po za tym, mimo wszystko, Matthew był całkiem użytecznym sojusznikiem.

    – Przyniósł ją tutaj związaną i nieprzytomną. Naprawdę nie wiem czemu zdecydowała się mu pomóc.

    Usłyszawszy to Łowca poczerwieniał na twarzy. Mógłby zabijać samym spojrzeniem. Podszedł do chłopaka i kopnął go w brzuch. Tamten jęknął i mechanicznie zwinął się w ochronnej pozycji, nie obudził się jednak. Po chwili mężczyzna jakby się opanował.

    – Lance, Perry! – zawołał głośno.

    Po krótkiej chwili w pokoju pojawiło się dwóch osiłków.

    – Zabierzcie to ścierwo z moich oczu. Nie obchodzi mnie nic poza jednym: ma żyć.

     Tamci uśmiechnęli się szczerząc zęby. Ich uśmiechy mroziły krew w żyłach. Podnieśli chłopaka i wywlekli z pokoju. Łowca odprężył się odrobinę. Chwilowo dziewczyna była bezpieczna.

    – Dzięki Leldorinie, dobra robota, przyjacielu.

    Elf uśmiechnął się blado.

    – Chcę ją chronić tak samo jak ty Devorze.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Obudziła się zdezorientowana. Czuła się bardzo słaba. Rozejrzała się sennie. Była w jakimś dużym, jasnym pokoju. Leżała na miękkim łóżku w białej, atłasowej pościeli. Przy jednym z okien zauważyła wysokiego mężczyznę. Wyglądał jakby nad czymś rozmyślał. Usiadła, zakręciło jej się w głowie i znowu opadła na poduszki. Odwrócił się do niej. Natychmiast znalazł się przy łóżku. 

    – Nie wstawaj – powiedział łagodnie – jesteś bardzo osłabiona.

    Popatrzyła na niego. Miał niesamowite zielone oczy, bardzo ładne oczy. Ogólnie był najprzystojniejszym mężczyzną jakiego kiedykolwiek widziała. Nie miał cudownej urody elfa.  Rysy jego twarzy były surowe, ale jednocześnie łagodne. Delikatnie przydługie, blond włosy nadawały mu odrobinę zawadiacki wygląd. Był dobrze zbudowany, szeroki w ramionach  szczupły w tali. Podobała jej się także jego szara, ludzka aura i troska w oczach, którą widziała gdy na nią patrzył. Przysunął się do niej i ułożył w stertę poduszki za jej plecami. Delikatnie pomógł jej usiąść. 

    – Gdzie ja jestem? – spytała cicho.

    – Jesteś w moim domu. Nie martw się, nic ci tu nie grozi. Czarodzieje wzmocnili bariery ochronne. To co się stało wczoraj już się więcej nie powtórzy.

    Przypomniała sobie o ciemności i atakujących ją cieniach. Odetchnęła głęboko. Nagle wróciły do niej też inne wspomnienia. Chłopak z parku, ten który ją tu przyprowadził, który później uratował ją przed paskudną, czarną macką. Chciała mu pomóc. Próbowała. Nie była tylko pewna czy skutecznie.

    – Co z chłopakiem, który mnie bronił? Czy wszystko z nim w porządku?

    Mężczyzna najwyraźniej nie spodziewał się takiego pytania. Gwałtownie zachłysnął się powietrzem, oczy mu odrobinę pociemniały, przystojną twarz oszpecił grymas gniewu. Szybko jednak nad sobą zapanował. 

    – Żyje – odparł krótko – nie przejmuj się nim.

    Uśmiechnęła się delikatnie. Więc jednak się udało. Dobrze, nie chciała, żeby przez nią zginął.

    – Dlaczego tu jestem i kim ty jesteś?

    Wyglądał na zawstydzonego.

    – Przepraszam, wyleciało mi z głowy, że powinienem się przedstawić. Nazywam się Devor Vayandar, jestem Łowcą. Sprowadziliśmy cię tutaj, ponieważ zobowiązaliśmy się, że będziemy cię chronić. 

    Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.

    – Książę Terony?

    Roześmiał się miękko. Miał przyjemny śmiech.

    – Więc słyszałaś o mnie? – najwyraźniej pochlebiało mu to. – Tytuł Łowcy jest ważniejszy od jakichkolwiek tytułów szlacheckich – stwierdził jednak twardo.

    Skinęła głową. Wiedziała o tym.

    – Od kiedy stałam się taka ważna, że przysłali mi Łowcę do ochrony? – spytała starając się, żeby nie zabrzmiało to drwiąco lub obraźliwie.

    Znów się zaśmiał, potem jego oczy spoważniały.

    – Zawsze byłaś ważna, królewno.

    – Tak, na tyle, żeby czarodzieje zdecydowali się przysłać mnie tutaj – odparła – ale od tamtej pory radziłam sobie sama. Po za tym nie jestem królewną. Mój dziadek jest królem. Nigdy go nawet nie spotkałam.

    Puścił tę uwagę mimo uszu.

    – Sytuacja się zmieniła – powiedział cichym, poważnym głosem. – Władca Demonów odkrył, że to o tobie mówi proroctwo. Za wszelką cenę będzie próbował cię zabić. Już nie jesteś tu bezpieczna. 

    Z ust dziewczyny wydobyło się coś na kształt prychnięcia. Wyglądała teraz jak rozczochrany wściekły kotek.

    – Proroctwo? O mnie? Daj spokój! Potrafię robić kilka niezwykłych rzeczy, ale nie jestem wojowniczką ani czarodziejką, a już na pewno nie jestem elfką. Moja matka jest driadą, nimfą leśną. Ja też powinnam zostać jedną z nich, dołączyć do moich sióstr – dziewczyna mówiła wyraźnie rozżalona – ale nie jestem jedną z nich. Los postanowił spłatać mi okrutny figiel. Od kiedy się urodziłam mam setki wrogów. Wszyscy chcą mojej śmierci i nie ma to nic wspólnego z żadnym durnym proroctwem. Wystarczy im sam fakt, że istnieję. 

    – Mylisz się – oświadczył twardo. – Jesteś wnuczką w prostej linii Ardaniena, króla Wysokich Elfów. Po za tym Sojusz Zjednoczonych Królestw uważa, że Władca Demonów ma rację. Nie tylko mnie przysłali po to, żeby cię chronić. Poznałaś już Leldorina, jest najmłodszym synem króla Traviana i prawdopodobnie najzdolniejszym czarodziejem naszej ery. 

    Dziewczyna spojrzała na niego dużymi błękitnymi oczami. To co mówił nie miało sensu. Po za tym miała tu swoje normalne, ludzkie życie. Było jej dobrze, tak jak jest. Odpowiadało jej to, że wszyscy o niej zapomnieli, zostawili ją w spokoju. Nie chciała się mieszać w ich sprawy. 

    – Za kilka dni przybędzie też Vivien, wiedźma z Doliny Cienia – kontynuował – chociaż może wiedźma to złe określenie. Zresztą przekonasz się sama gdy już ją poznasz.

    – W skrócie stałam się twoim więźniem?

    Spojrzał na nią zaskoczony.

    – Jesteś moim gościem, nie więźniem.

    – Więc mogę stąd odejść? – spytała poważnie.

    – Nie.

    – Czyli jestem więźniem.

    Odwróciła od niego wzrok. Naprawdę miała już tego wszystkiego dosyć. Jego twarz przybrała smutny wyraz, westchnął ciężko, ale nic nie powiedział.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Wstać o własnych siłach dała radę dopiero następnego ranka. Devor zapewnił ją, że niczego jej nie zabraknie, a służba jest na jej rozkazy. Mimo wszystko wcale nie była zadowolona. Wolałaby po prostu wrócić do domu, do starej gospodyni – pani Łucji, do przyjaciółek i na studia. Cokolwiek by jej nie mówił, zdawała sobie sprawę, że jest w jego domu więźniem. 

    Do sypialni przylegała niewielka łazienka. Czuła się zupełnie jak w hotelu. Wzięła szybki prysznic, owinęła się ręcznikiem i zajrzała do szafy. Wisiały w niej same sukienki. Ani odrobinę jej się to nie spodobało. Znacznie pewniej czuła się w spodniach. Wybrała wreszcie długą, prostą, błękitną suknię na ramiączkach i niechętnie wciągnęła ją na siebie. Przejrzała się w dużym, stojącym w rogu pokoju lustrze. Westchnęła z rezygnacją. Zupełnie nie czuła się sobą. Starannie rozczesała długie aksamitne włosy i zwinęła je w niesforny kok, przytrzymując go czarną drewnianą spinka. W pokoju niczego nie brakowało, a była przekonana, że nawet jeżeli coś się znajdzie, to wystarczy, że poprosi o to któregoś ze służących. Postanowiła, że i tak ucieknie. Nie zamierzała zostać na łasce Sojuszu, ale póki co będzie grała w tę ich małą gierkę i postara się przestrzegać ich reguł.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Był środek lata. Z okna swojego pokoju widziała morze. Zżerała ją ciekawość czy chociaż na plażę będzie wolno jej wyjść. Opuściła pokój i po cichu zeszła na dół. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Drzwi do salonu były uchylone. Zajrzała do środka. Wyglądało na to, że toczy się tam jakaś burzliwa dyskusja. Na jednym z eleganckich foteli siedział Leldorin i tłumaczył coś spokojnie chodzącemu po pokoju Devorowi. Na myśl nasunęło jej się skojarzenie z chodzącym po klatce tygrysem. Uśmiechnęła się do siebie, jednak uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. Głębiej w pomieszczeniu, pod ścianą, klęczał szarooki chłopak, którego pamiętała z parku. Był odwrócony bokiem do drzwi. Miał na sobie jedynie podarte, poplamione krwią spodnie. Jego ręce były związane z tyłu tak mocno, że sznur przecierał mu nadgarstki do krwi. Twarz miał opuchniętą, na jego torsie widziała siniaki i krwawe pręgi. Za nim stali dwaj mężczyźni w czarnych garniturach. Wyglądali jak filmowi ochroniarze albo agenci FBI, ale spojrzenia mieli zwykłych bandziorów.

    – Dlaczego miałbym go nie zabijać? – spytał Devor buntowniczo zwracając się do elfa.

    – Może się nam jeszcze przydać – tłumaczył tamten cierpliwie.

    – Zrobił już to co miał, nie jest nam dłużej potrzebny – warknął mężczyzna nieuprzejmie.

    – Mieliśmy umowę – syknął Szarooki.

    Jeden z ochroniarzy natychmiast uderzył go w brzuch. Chłopak zgiął się w pół, ale chwilę później wyprostował się znowu, dumnie unosząc głowę. Tym razem Łowca zwrócił się bezpośrednio do niego.

    – Nie obchodzą mnie umowy z takimi jak ty – powiedział gniewnym głosem – jesteś śmieciem i zasługujesz wyłącznie na śmierć. 

    Szare oczy chłopaka pociemniały, chłodno wpatrywał się w twarz tamtego. Milczał. Dziewczyna zdecydowała się wejść do pokoju. Otworzyła szerzej drzwi i stanęła tuż za progiem. 

    – Nie zabijesz go – powiedziała cichym i spokojnym, ale stanowczym tonem.

    Wszyscy jak na komendę spojrzeli w jej stronę.

    – A to niby czemu? – Devor bardzo starał się mówić spokojnie.

    – Uratowałam mu życie, według prawa należy do mnie.

    Elf uśmiechnął się do dziewczyny z uznaniem.

    – Ona ma rację Dev, nie możesz go zabić.

    – To mój dom i mój więzień, jesteśmy z dala od Zjednoczonych Królestw i praw Sojuszu, mogę zrobić co zechcę – warknął.

    Spojrzała na niego z niechęcią, naprawdę miała o nim lepsze zdanie. Leldorin najwyraźniej wpadł na jakiś pomysł.

    – Niech demon złoży jej przysięgę krwi, nie może odmówić, skoro go uratowała.

    Devor spojrzał na niego mrużąc gniewnie oczy, Szarooki splunął na ziemię i warknął wściekle, a dziewczyna rozszerzyła oczy ze zdumienia i niedowierzania. Najwyraźniej żadnemu z nich się to nie spodobało, ale słowa padły z ust czarodzieja i teraz tylko on mógł je wycofać. Elf jednak nie zamierzał tego zrobić. Wyciągnął przed siebie wyprostowaną rękę trzymając ją dłonią do góry, a na niej uformował się kryształowy kielich. Podszedł do Szarookiego. Chłopak wyglądał na wyraźnie zrezygnowanego, jakby ulotnił się z niego cały duch walki.

    – Uwolnijcie mu dłonie – Leldorin rozkazał strażnikom.

    Mężczyźni niechętnie przecięli więzy na nadgarstkach demona. Elf chwycił jego prawą dłoń i naciął ostrym sztyletem, kilka centymetrów nad nadgarstkiem. Do kielicha skapywała krew. Kiedy uznał, że wystarczy, podszedł do dziewczyny i uczynił to samo.

    – Jakie teraz nosisz imię? – spytał delikatnym, poważnym głosem.

    – Eliza – odpowiedziała cicho.

    Przesunął dłonią nad raną, a ta natychmiast się zasklepiła. Wyglądało tak, jakby nigdy nie powstała. Do kielicha dolał czerwonego wina z barku pod ścianą. Wyszeptał nad nim kilka słów w obcym dla dziewczyny języku, poczym podał jej kielich.

    – Elizo, córko Diany, czy dobrowolnie przyjmujesz życie tego demona w swoje ręce?

    – Przyjmuję – powiedziała patrząc przepraszająco na Szarookiego i upiła łyk z otrzymanego pucharu.

    Elf podszedł do chłopaka. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. 

    – Matthew, synu ognia, czy dobrowolnie składasz swoje życie w ręce Elizy i przysięgasz ją chronić, aż nie spłacisz długu?

    Szarooki wpatrywał się w Leldorina nie skrywając nienawiści. Przemknęło jej przez myśl, że raczej wolałby zginąć niż złożyć przysięgę. Po chwili walki toczonej z samym sobą chłopak wziął puchar z rąk elfa.

    – Przysięgam – warknął wściekle i wypił resztę zawartości kielicha.

    ~ ♣ ~ ♣ ~ ♣ ~

    Eliza stała w salonie wpatrując się w okno. Elf podszedł do niej i stanął obok. Po tym jak Matthew złożył przysięgę, Devor wyszedł z pokoju wściekły, zabierając ze sobą strażników. Demon opadł na podłogę tam gdzie go zostawili i wpatrywał się w przestrzeń pustym wzrokiem. Po policzkach dziewczyny spływały łzy.

    – Nie rozumiem, czemu tak okrutnie postąpiłeś – wyszeptała do elfa. 

    – Właśnie – powiedział cicho – nie rozumiesz. Po pierwsze Devor się uparł, żeby go zabić, to był jedyny sposób na uratowanie mu życia. Osobiście nie darzę go sympatią, ale wypełnił swoją część umowy, nie zasłużył na śmierć. 

    Dziewczyna prychnęła.

    – Sądzę, że wolałby umrzeć niż zostać moim niewolnikiem – powiedziała cicho.

    – Po drugie – kontynuował elf niewzruszenie – nie ufam Devorowi.

    To zaskoczyło ją zupełnie. Uniosła pytająco brwi.

    – Nie zrozum mnie źle. W walce jest niezastąpiony, ale chce cię tutaj nie tylko z powodu poleceń Sojuszu. Ma w tym jakiś osobisty interes, a teraz będzie ktoś, kto ochroni cię również przed nim. Po trzecie – spojrzał na Szarookiego – nie uważam, żeby było dobrym pomysłem wypuszczenie go tak po prostu. Jest cholernie niebezpieczny i nieobliczalny. Z nienawiści, z zemsty czy dla własnej satysfakcji mógłby nam poważnie zaszkodzić. Żałuję tylko, że ciebie skazałem na takie towarzystwo, niczego po za tym.

    Eliza westchnęła, teraz rozumiała co kierowało elfem i w duchu musiała mu przyznać rację mimo, że jej samej ten pomysł się zdecydowanie nie podobał.

    – Możesz go uleczyć? – spytała.

    – Po co? – jego zdziwienie zdenerwowało dziewczynę, naprawdę aż tak nienawidzili demona?

    – Potrzebuję swoich rzeczy i jakichś cholernych spodni – warknęła wściekle – w takim stanie raczej będzie zwracał na siebie nadmiar uwagi.

    Leldorin wzruszył ramionami. Podszedł do Szarookiego i dotknął jego twarzy. Opuchlizna zniknęła, chłopak wyglądał normalnie. Zauważyła z trudem hamując złość, że elf nie zamierza nic więcej zrobić.

    Note