Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    „Mała, smutna królewna, której rozbawić nigdy nie mógł nikt.

    Mała, smutna królewna, której już dawno uśmiech z buzi znikł.”

    Natalia Kukulska

    Dwa lata później…

    Dwa lata mojego życia upłynęły jak w bajce. Miałam swojego księcia na białym koniu, najlepszą przyjaciółkę i nawet mama mniej pracowała, a częściej przebywała w domu. Co prawda tęskniłam za przyjacielem, ale widywaliśmy się w każde wakacje i ferie. To znaczy ja jeździłam, a raczej latałam samolotem do niego, do Anglii, ponieważ Daniel w Polsce nie bywał już wcale. Dzięki Gabrielowi poprawiły się także moje oceny, bo ze względu na niego nie korzystałam już z każdej nadarzającej się do zabawy okazji. Tak więc maturę zdałam śpiewająco i mogłam złożyć dokumenty na swoją wymarzoną filologię francuską, wiedząc, że z konkursu świadectw dostanę się bez problemu. Z najdłuższych wakacji swojego życia zamierzałam wyciągnąć ile tylko się da.

    Gabriel od dwóch lat studiował na AWF’ie w mieście leżącym godzinę drogi samochodem od nas. Nie wynajął żadnej stancji, postanowił po prostu po każdych zajęciach wracać do domu. Jego rodzice trochę protestowali, ale on się uparł, więc w końcu jak zwykle go poparli, a ja dzięki temu byłam naprawdę szczęśliwa. Bardzo bałam się tego, że nasz związek stanie się takim na odległość i będzie to zwyczajnie nie do zniesienia.

    W rodzinie mojego chłopaka zaszły także inne zmiany. Urodziła się mu malutka siostrzyczka. Po babci odziedziczyła romantyczne, Szekspirowskie imię – Julia. Złote włoski, niebieskie oczęta, dziewczynka była chodzącą rozkoszą, a kiedy podrosła na tyle, żeby zacząć obdarzać mnie mokrymi buziakami, zupełnie podbiła moje serce.  

    Teraz obydwoje mieliśmy wakacje. Zapowiadały się cudownie. Gabriel z pięcioboju przerzucił się głównie na jazdę konną i poza tym właściwie tylko brał udział w zajęciach na uczelni lub, od czasu do czasu, udowadniał mi jak kiepsko pływam. Teraz, z początkiem lipca, zapowiadało się naprawdę wiele różnorakich zawodów, z czym wiązały się wyjazdy, na które oczywiście zawsze zabierał mnie. Uwielbiałam podróżować, uwielbiałam konie i oczywiście uwielbiałam Gabriela. Spełniały się moje marzenia.

    2 lipca, czwartek

    Był piękny, słoneczny ranek. Lato w tym roku było naprawdę gorące, za to pod wieczór często pojawiały się burze. Jechaliśmy z Gabrielem do maleńkiej miejscowości o jakże uroczej nazwie – Miłosna. Odbywały się tam zawody w WKKW, co prawda ujeżdżenie nie było mocną stroną mojego chłopaka, ale Gabe uwielbiał wyzwania poza tym z nawiązką nadrabiał w skokach i krosie. Tak więc obydwoje mieliśmy pogodne nastroje i naprawdę doskonałe humory.

    Nocowaliśmy w starym, zabytkowym pensjonacie, gdzie do posiłków podawano świeże zioła z własnego, wiejskiego ogródka. Niezwykle urokliwe miejsce. Biegałam po nim ciesząc się jak mała dziewczynka, zaglądając gdzie się da i uśmiechając do każdego, kogo spotkałam na swojej drodze.

    Po obiedzie Gabriel zrobił mi niespodziankę i pożyczył drugiego konia, żebyśmy mogli pojeździć razem po lesie. Jego krnąbrny ogier, Promyk, jak zwykle rwał się do drogi. Zawsze zastanawiałam się nad genezą jego imienia. Był to potężnie zbudowany, czysto krwisty arab. Niezwykle rzadko spotyka się konie arabskie o maści całkowicie karej, Promyk więc należał do niezastąpionych wyjątków. Ja dostałam tarantowatego wałacha, o spokojnym charakterze i wiecznie głodnym spojrzeniu.

    Las, zachodzące nad drzewami słońce, czego więcej można by sobie zamarzyć? Dallas, mój misiowaty towarzysz, po raz kolejny postanowił pokazać mi kto tu rządzi i najspokojniej w świecie zszedł sobie z wydeptanej ścieżki poskubać trochę trawy. Gabriel roześmiał się podjeżdżając do mnie.

    – Nie na za dużo mu pozwalasz? – spytał rozbawiony.

    – Ja mu na nic nie pozwalam! – warknęłam. – On tak sam robi!

    – Robi tak, bo mu na to pozwalasz – tłumaczył cierpliwie Gabe, a ja zastanawiałam się czy przypadkiem już go brzuch ze śmiechu nie rozbolał. – Może go trochę rozruszamy? – zaproponował. – Pogalopuje za Promykiem.

    Uśmiechnęłam się wesoło, poczułam przyjemny dreszcz emocji. Tak, galop, a nawet cwał to było coś na co zawsze byłam gotowa. Poluźniłam wodze i złapałam się łęku siodła, nie byłam na tyle dobrym jeźdźcem, żeby sama kierować koniem podczas galopu, a nie chciałam mu przypadkiem poszarpać pyska. Skinęłam głową, na znak, że jestem gotowa. Gabriel puścił się pędem przed siebie po leśnej ścieżce, a mój misiowaty Dallas natychmiast pognał za nim. Życie było cudowne!

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Kiedy wróciliśmy do pensjonatu byłam równie szczęśliwa co wykończona. Kolację zjedliśmy już w swoim pokoju. Zaskoczyło mnie jak bardzo po takim leśnym spacerze jestem głodna. Kiedy Gabriel się najadł, zniknął w łazience, żeby wziąć prysznic, a ja po prostu miałam ochotę być z nim. Nieśmiało wśliznęłam się do łazienki. Stał już w samych spodniach. Spojrzał na mnie pytająco, odrobinę speszony.

    – Mogę wykąpać się z tobą? – zapytałam patrząc w jego głębokie, niebieskie oczy.

    – Jeżeli chcesz – uśmiechnął się do mnie, tym swoim chłopięcym uśmiechem, który zawsze niesamowicie na mnie działał.

    Byliśmy parą od ponad dwóch lat, ale w dalszym ciągu nie minął etap odkrywania nawzajem swojego ciała. Nie mogłam sobie przypomnieć czy Gabriel widział mnie kiedyś rozebraną bardziej niż do bielizny. Teraz zapragnęłam, żeby zobaczył. Czasami po prostu był zbyt porządny. Podeszłam do niego oplatając ramionami jego szyję. Pocałowałam go, a on natychmiast odwzajemnił mój pocałunek. Kiedy zaczęłam go rozbierać, nie pozostawał mi dłużny. Weszliśmy razem pod prysznic. Woda była cudowna, ale nic nie dorównywało temu, że dotykałam niczym nie osłoniętej skóry Gabriela. Każdy jego najlżejszy, nawet przypadkowy dotyk, pobudzał mnie coraz bardziej. Wyraźnie widziałam, jak bardzo on również był podniecony. 

    Kiedy skończyliśmy kąpiel, delikatnie otulił mnie ręcznikiem, a dopiero potem sam się wytarł. Pisnęłam zaskoczona, kiedy wziął mnie na ręce. Roześmiał się. Oplotłam ramionami jego szyję. 

    – Kocham cię – mruknęłam mu do ucha.

    – Ja ciebie też – odpowiedział poważnie wpatrując się w moje zielone, radosne oczy.

    Patrzył na mnie pełnym uwielbienia i zachwytu wzrokiem. Nawet nie zorientowałam się, kiedy wylądowaliśmy w łóżku, na śnieżnobiałej, świeżo wyprasowanej pościeli. Spałam z Gabrielem wiele razy, dotykaliśmy się, ale nigdy jeszcze w ten sposób. To było coś cudownego, być przy nim w ten sposób, a ja pragnęłam coraz więcej i więcej. Chłopak także nie wytrzymywał. Czułam jego rosnące z każdą chwilą napięcie. Jego dłonie delikatnie błądziły po moim brzuchu, piersiach, w końcu i po intymnych miejscach. Nie przestawałam go całować. To było zupełnie tak, jakbym nim oddychała, jakbym potrzebowała go do życia. Był dla mnie powietrzem, chlebem i wodą. Jęknęłam z żalem, kiedy na chwilę oderwał się od moich spragnionych ust.

    – Vicky, na pewno tego chcesz? – zapytał cicho, a ja potrafiłam dać mu tylko jedną odpowiedź.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Rankiem obudziło mnie zaglądające przez okno słońce. Byłam w cudownym nastroju. Leżałam w ramionach Gabriela, który czule mnie do siebie przytulał. On także już nie spał. Wpatrywał się we mnie z zachwytem w swoich jasnych oczach. Tak bardzo kochałam to spojrzenie! Pocałował mnie. Wtuliłam się w niego jeszcze bardziej. 

    – Kocham cię, Vicky. Jesteś moim słońcem – mruknął cicho, a ja promiennie uśmiechnęłam się, zupełnie jakby na potwierdzenie jego słów.

    Delikatnie dotknął wargami mojej skroni, a potem wstał. Zaczął się pospiesznie ubierać.

    – Dokąd idziesz? – zapytałam niezadowolona siadając.

    – Muszę poprosić o czyste prześcieradło – uśmiechnął się do mnie przepraszająco – to wczoraj trochę pobrudziliśmy. Ubierzesz się w tym czasie, to zejdziemy na śniadanie, potem mam trening, a wieczorem jest kros. Mój paskudny brat obiecał, że się tobą zaopiekuje.

    Gabriel skończył się ubierać i wyszedł z pokoju, obrzucając mnie ostatnim, tęsknym spojrzeniem. Przeciągnęłam się, ziewnęłam i odrzuciłam kołdrę. Skrzywiłam się na widok poplamionego krwią prześcieradła, ale już chwilę później uśmiechałam się na myśl, że to był mój pierwszy raz, że swoje dziewictwo straciłam właśnie z Gabrielem. Niemal boleśnie zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo go kocham.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Po śniadaniu zaopiekował się mną Michał, młodszy brat Gabriela. Miał siedemnaście lat i był kompletnym przeciwieństwem brata, jedyne co ich łączyło to żywo niebieskie oczy i jasne, skręcające się w niesforne loczki włosy. Mimo to zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że rozumieliśmy się bez słów. Michał był molem książkowym, gorąco interesował się fantastyką, a w ogóle sportem, chyba, że pod uwagę wziąć bractwo rycerskie. Należał do osób małomównych i raczej unikał ludzi, ale mnie to po kilku miesiącach znajomości już nie dotyczyło. Byłam dziewczyną Gabriela i traktował mnie jakbym należała do rodziny. Cieszyło mnie, że zarówno dla niego jak i dla małej Julci, ani trochę nie jestem obca.

    Po południu rozpętała się burza, która szybko przeszła w nieprzyjemny deszcz. Wielu ludzi wyniosło się jeszcze przed krosem, ale nas jakaś tam ulewa nigdy nie mogłaby odstraszyć. Tor wyścigu ustawiony był już od poprzedniego dnia i rano oglądaliśmy go razem z Gabem, teraz więc wiedzieliśmy jak się ustawić, żeby widzieć jak najwięcej przeszkód. Razem z Michałem mokliśmy w przeciwdeszczowych kurtkach, co ani odrobinę nie psuło naszej radości i dobrego humoru.

    Gabriel miał jechać jako czwarty. Z daleka widziałam padok i niespokojnie wiercącego się Promyka. Nie mógł doczekać się biegu. Jemu deszcz i błoto ani trochę nie przeszkadzały. Zawodnicy jechali z lepszym lub gorszym czasem, aż w końcu nadeszła pora Gabe’a. Deszcz rozpadał się jeszcze mocniej. Niewiele było widać w jego strugach. Mimo to Promyk pędził przed siebie jak szalony, a nigdy nie idący na łatwiznę Gabriel wcale nie wybierał najłatwiejszej trasy. Bezbłędnie pokonali cztery pierwsze przeszkody, a potem cwałem popędzili między drzewa.  

    Nagle w powietrzu rozległ się krzyk, potem rozpaczliwe końskie rżenie, aż wreszcie wszystko ucichło, tonąc w strumieniach deszczu. Ludzie popędzili zobaczyć co się dzieje. Podjechała karetka. Zalała mnie fala paniki. Przestałam zdawać sobie sprawę z tego co się dookoła mnie dzieje. Chciałam tylko być z Gabrielem, wiedzieć, że nic mu nie jest. Wszystkie wydarzenia potoczyły się jak we śnie. Stałam przemoczona, w strugach deszczu, a Michał w milczeniu przytulał mnie do siebie, mocnym, stanowczym gestem. W jednej, krótkiej chwili cały świat przestał istnieć. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Następne godziny pamiętam jak przez mgłę. Jak mała dziewczynka, kurczowo trzymałam się Michała, dopóki nie przyjechała po mnie mama. Potem znalazłam się w samochodzie, a po cichej podróży w domu. 

    – Mamo, zadzwoń dowiedzieć się co z Gabrielem – poprosiłam cicho, kiedy tylko minęłyśmy próg. Sama zwyczajnie nie byłam w stanie tego zrobić.

    Moja mama wyglądała na smutną i bardzo zmęczoną życiem. 

    – Zadzwonię – powiedziała niepewnie – ale wolałabym, żeby nie było cię przy tej rozmowie.

    Skinęłam głową. Poszłam do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku. Błagałam, żeby nic mu się nie stało. Po kilkunastu minutach przyszła do mnie mama. W jej oczach lśniły łzy.

    – Kochanie, tak mi przykro – wyszeptała cicho, siadając koło mnie. Usiadłam, spojrzałam na nią pytająco. Objęła mnie ramieniem. – Gabriel nie żyje. Umarł jeszcze zanim zdążyli go zabrać do szpitala.

    Słyszałam słowa mamy jak we śnie. Nie docierało do mnie ich znaczenie. Siedziałam otępiała wpatrując się w ścianę. Mama tuliła mnie do siebie cicho płacząc, a ja nie byłam zdolna robić nawet tego. Czułam się jakby wszystko przestało istnieć. Nie zdawałam sobie sprawy, kiedy moja mama wstała. Przebrała mnie w piżamę. Posłusznie, w milczeniu, wykonywałam jej polecenia. Potem leżałam w łóżku. Wpatrywałam się w ścianę. Wisiał na niej plakat z czarnobiała więżą Eiffla, który dostałam od Gabriela na moje siedemnaste urodziny. To było ponad dwa lata temu. To nie możliwe! On nie może… nie! Ta wszechogarniająca pustka, którą w sobie czułam, ta rozpacz, to poczucie beznadziei. Gabe… Płakałam przez większą część nocy, w końcu, nad ranem, zasnęłam zmęczona własnym łkaniem. 

    Lipiec… 

    Cały świat stracił sens. Wszystko było szare i mgliste. Zdechł złoty ptak moich marzeń, szczęście roztrzaskało się na kawałki, a życie straciło barwy. Rano przyszła do mnie Ola. Już słyszała. Nie odezwałam się do niej ani słowem. W ogóle nie wstałam z łóżka. W końcu poszła, zmęczona próbą pocieszenia mnie lub przynajmniej nawiązania jakiegokolwiek kontaktu. Potem miałam jeszcze innych gości, nawet nie wiem kogo. Mama nie wpuszczała ich do pokoju. Jak przez mgłę słyszałam dochodzące z dołu głosy. Strzępy koszmarnym rozmów echem odbijały się w mojej głowie. 

    „To był straszny wypadek, koń ugrzązł między drzewami…”; „Zmarł w wyniku doznanych obrażeń…”; „Konia też trzeba było uśpić…”; „Pogrzeb będzie w sobotę, czy przyjdzie pani z Wiktorią?”;   

    Miałam dość. Wyciągnęłam z plecaka mp3. Jęknęłam. To był ipod Gabriela. Nie odłożyłam go jednak. Wróciłam z nim na łóżko. Włączyłam muzykę na cały regulator i tak spędziłam resztę dnia. Kolejne wcale nie były lepsze. Nie jadłam, nie spałam, słuchałam głośnej muzyki i patrzyłam w pustkę.

    W sobotę nie poszłam na pogrzeb. Nie potrafiłam się do tego zmusić, a mama nawet nie próbowała namawiać. Nie zdejmowałam piżamy, nie wychodziłam z łóżka. Całymi dniami leżałam wpatrując się w czarnobiałą wieżę Eiffla. 

    Ola odpuściła po dwóch tygodniach. Nie miała już siły do mnie przychodzić, a mnie i tak było wszystko jedno. Mama zmuszała mnie do jedzenia, namawiała do wstania, do wyjścia z domu. Nie chciałam. Nikt nie był w stanie mi pomóc, bo nikt nie potrafił przywrócić do życia Gabriela.

    2 sierpnia, niedziela

    Miesiąc minął i przepadł w pustce. Moja dusza roztrzaskała się na kawałki. Snułam się po domu jak cień. Pobladłam, ponieważ od czterech tygodni nie widziałam słońca. Zawsze byłam przyjemnie szczupła, ale teraz nie byłam w stanie jeść, więc stałam się po prostu chorobliwie chuda i wyraźnie ucierpiały na tym moje kobiece kształty. 

    Koło południa znalazła mnie mama. Bez słowa wcisnęła mi do ręki telefon. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Odłożyłam słuchawkę nie patrząc na numer. Zadzwonił jeszcze raz i kolejny. W końcu dźwięk stał się tak natrętny, że aż nie do wytrzymania. Odebrałam.

    „Posłuchaj idiotko” – usłyszałam ze słuchawki ostry głos Daniela – „od miesiąca próbuję się z tobą skontaktować i nic! Na jutro masz wykupiony bilet i jeżeli nie wysiądziesz z tego samolotu to pojadę tam i osobiście skopię ci tyłek. Zrozumiałaś?”

    Nie miałam siły ani ochoty z nim dyskutować. Tutaj czy tam, jaka to różnica…

    – Tak – odpowiedziałam cichutko, mój głos był zachrypnięty, ponieważ Daniel był pierwszą osobą do której odezwałam się od miesiąca.

    „Doskonale – mruknął – w takim razie widzimy się na lotnisku.”

    3 sierpnia, poniedziałek

    Rano spakowałam do plecaka co popadnie. Do sztruksowej torby na ramię włożyłam pamiętnik i ipoda Gabriela. Pierwszy raz od miesiąca ubrałam się i wyszłam z domu. Nie patrzyłam co na siebie wkładam. Było mi wszystko jedno. Miałam na sobie adidasy, podarte, niebieskie jeansy i czarną bluzę z kapturem, którą dostałam kiedyś od Daniela. Padał deszcz. Kiedy zamknęłam drzwi, szłam po prostu przed siebie, nie myśląc dokąd. Po kwadransie stałam przy obłożonym kwiatami grobie Gabriela. Po policzkach spływały mi łzy, mieszając się z kroplami deszczu. 

    – Kocham cię Gabe – wyszeptałam cicho. – Tak bardzo cię kocham…

    Beznadzieja, wieczne pytanie dlaczego… Tak bardzo chciałam chociaż raz, ostatni raz znaleźć się w jego ramionach…

    Stałam tak chyba z godzinę, wpatrując się w ozdobiony barwnymi kwiatami grób. Potem przyjechała po mnie mama.

    – Wiktorio, tak bardzo martwiłam się o ciebie! Tak nagle zniknęłaś – westchnęła, przytulając mnie do siebie. – Chodź, bo spóźnisz się na samolot.

    Objęła mnie ramieniem i poprowadziła w stronę samochodu. Ostatni raz odwróciłam się w stronę nagrobka. „Gabriel Andrzejewski, zmarł 2 sierpnia… Świeć Panie nad Jego Duszą…” – boleśnie kołatało się w moim umyśle. I to paskudne pytanie: „Dlaczego?!”.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Po południu wysiadłam z samolotu, na oddalonym kilkadziesiąt kilometrów od centrum Londynu lotnisku Luton. Kiedy czekający na mnie Daniel zobaczył moją smętną postać, po prostu mnie przytulił. Byłam wdzięczna, że nie zmusza mnie do żadnej rozmowy. Nie miałam ochoty się odzywać, a już na pewno nie chciałam mówić nic na temat śmierci Gabriela. Najwyraźniej, w odróżnieniu od wszystkich innych, on to zrozumiał. 

    Wsiedliśmy do wygodnego autobusu, który zawiózł nas do centrum miasta. Mama Daniela wynajmowała niewielkie mieszkanko na pograniczu pierwszej i drugiej strefy, więc stamtąd nie mieliśmy już daleko. Przez całą drogę nie zamieniliśmy ani słowa, jednak sama obecność przyjaciela sprawiała, że było mi choć odrobinę lżej. Nie mam pojęcia dlaczego, ale czułam się z tego powodu bezsensownie winna.

    Natalia, mama Daniela, przywitała mnie jak zwykle bardzo ciepło i serdecznie. Była energiczną, bardzo szczupłą kobietą przed czterdziestym rokiem życia. Wyglądała na naprawdę zmęczoną otaczającym ją światem. 

    – Dzień dobry ciociu – przywitałam ją tak jak przyzwyczaiłam się mówić od dzieciństwa (moja mama także służyła Danielowi za przyszywaną ciotkę, praktycznie od urodzenia), ale nie potrafiłam zdobyć się nawet na leciutki, smutny uśmiech. 

    Weszliśmy do środka i usiedliśmy przy drewnianym stole w niewielkiej kuchni, a kobieta natychmiast postawiła przed nami półmiski pełne różnorakiego jedzenia. Nie byłam w stanie jeść. Zmusiłam się, żeby cokolwiek skubnąć, a potem grzecznie przeprosiłam i wstałam od stołu. Całe mieszkanie składało się z maleńkiej łazieneczki, średniej wielkości kuchni i jednego, zagraconego pokoju. Wiedziałam jednak, że jak na Londyńskie warunki jest to naprawdę dobre miejsce. Większość Polaków po prostu wynajmowała pokoje, a o własnej kuchni czy łazience mogli jedynie pomarzyć, zmuszeni do dzielenia się nimi z całą kamienicą. Mieszkańcy tego prowizorycznego domostwa spali na materacach, a w dzień stawiali je pod ścianą, żeby zaoszczędzić jak najwięcej miejsca. 

    Weszłam do zastawionego rzeczami pokoiku i usiadłam pod ścianą. Oplotłam ramionami kolana, ukrywając w nich twarz. Przez okno wpadało barwne światło zachodzącego słońca. Na zewnątrz była piękna, letnia pogoda, co było naprawdę dziwną rzeczą jak na Londyn. Za to ironicznie, w Polsce przez cały ostatni miesiąc padało. Tak naprawdę byłam z tego powodu zadowolona. Nawet niebo postanowiło ze mną opłakiwać śmierć Gabriela.

    Myślałam, że moje życie w Londynie ograniczy się do egzystencjonalnej pustki i depresji, tak samo jak było w Polsce, Daniel miał jednak w stosunku do mnie zupełnie inne plany. Wszedł do pokoju i bezceremonialnie usiadł po turecku naprzeciwko mnie.

    – Ciocia przysłała mi twoje dokumenty – mruknął. – Złożyłem je na tutejszym uniwersytecie. Dostałaś się na filologię francuską i od października zaczynasz szkołę. Jutro rano tam pójdziemy, bo musisz podpisać umowę. 

    Podniosłam zaskoczona głowę. Spojrzałam na niego niedowierzająco, po chwili jednak odwróciłam wzrok.

    – Nie zamierzam studiować – szepnęłam.

    – Owszem zamierzasz – oznajmił, tak zwyczajnie jakby właśnie stwierdzał fakt, ze niebo jest niebieskie, a trawa zielona.    

    Nie poczułam nawet odrobiny zirytowania, które normalnie powinien wywołać taki komentarz. Było mi wszystko jedno.

    – Coś jeszcze zaplanowałeś w związku z moim życiem? – zapytałam na powrót wtulając twarz we własne kolana.

    – Tak – stwierdził, po prostu nie siląc się na żadne dalsze wyjaśnienia.

    Westchnęłam.

    – Jak sobie chcesz – mruknęłam stłumionym głosem. 

    To i tak nie miało znaczenia. Nic go ostatnio nie miało. W moich zielonych, wiecznie smutnych oczach, po raz niewiadomo który pojawiły się łzy.

    4 sierpnia, wtorek

    W tej zamyślonej, melancholijnej dziewczynie sama nie potrafiłam odnaleźć nic z dawnej Vicky. Bolało mnie to, że Daniel tak się o mnie martwił, dlatego od rana postanowiłam udawać, że wszystko jest w porządku. To była moja ostatnia przepłakana noc. 

    Rankiem zaczęłam przegrzebywać swoją torbę i plecak. Niejasno, jak przez mgłę, pamiętałam, że w domu wrzucałam do nich co popadnie i teraz, tak naprawdę nic sensownego  w bagażach nie było. Wzruszyłam ramionami. To także nie miało dla mnie znaczenia. Wyciągnęłam domowe, poprzecierane jeansy i niebieski top w delikatne białe paseczki. Kiedyś nigdy nie poszłabym w ten sposób ubrana do miasta, teraz było mi to obojętne. 

    Mamy Daniela już nie było w domu, do pracy wychodziła wraz ze wschodem słońca. Usiedliśmy z przyjacielem przy drewnianym, kuchennym stole, a ja znowu nie byłam w stanie ruszyć swojego śniadania. Niechętnie, wolno, sączyłam zrobioną przez Daniela herbatę. Nie skomentował mojego niejedzenia, mimo, że przyglądał mi się, jakby chciał przejrzeć na wylot.

    – Przebierz się, mówiłem, że wychodzimy – rozkazał stanowczo, kiedy sam skończył jeść.

    – Idę tak – mruknęłam nie patrząc na niego.

    Przez chwilę zagapił się na mnie zdumiony, a potem tylko skinął głową.

    – Ok. jak sobie życzysz, bylebyś podpisała te cholerne papiery – westchnął.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Kiedy wyszliśmy z domu, Daniel opiekuńczo objął mnie ramieniem, a ja nie miałam nic przeciwko. Potrzebowałam jego bliskości, czyjejkolwiek bliskości w zamian za tą na zawsze mi odebraną. Zatrzymaliśmy się przed kawiarnią Starbucksa. Uwielbiałam Londyńską kawę i te papierowe kubeczki do wzięcia „na wynos”. Tym razem jednak nawet moje ukochane czereśniowe Latte mi nie smakowało. Cały świat był dla mnie obojętny i pozbawiony jakichkolwiek barw. 

    Usiedliśmy na ławce w Regent Parku. Obojętnie patrzyłam na przecudnej urody, obsadzone kolorowymi kwiatami klomby. Daniel obejmował mnie leniwie, a ja wtuliłam się w niego jak mała dziewczynka. Z trudem powstrzymywałam napływające do oczu łzy. W pewnym momencie stanęła przed nami smukła, ładnie opalona brunetka. Swoim wyglądem przywodziła na myśl egzotyczną tancerkę.

    – What the hell is going on?! – warknęła bez cienia wstępu.

    Mój angielski nie był doskonały, tyle jednak rozumiałam. Na twarzy Daniela pojawiła się konsternacja. Potem uśmiechnął się arogancko, żeby ją ukryć.

    – Przepraszam – mruknął – na śmierć o niej zapomniałem. – Nie wstając z ławki i nawet nie przestając mnie obejmować, wyzywająco spojrzał na brunetkę. – This is my best friend from Poland, Vicky – przedstawił – Vicky, meet Sara, my girlfriend.

    Odrobinę zaskoczona przyjrzałam się stojącej przede mną piękności. Nie spodziewałam się, że Daniel będzie miał dziewczynę, ponieważ kiedy przyjeżdżałam, nigdy żadnej nie miał. Zdałam sobie sprawę, jak bezsensowne było moje założenie. Nie polubiłam Sary, za bardzo przypominała mi mnie samą z dawnych dni, postanowiłam jednak, że przez wzgląd na Daniela będę dla niej miła. On w końcu tolerował mojego Gabe’a… Podniosłam na nią wzrok.

    – Hello – przywitałam się uprzejmie.

    Ona jednak zupełnie mnie zignorowała.

    – So here we have your “different plans”? – zapytała wściekle świdrując chłopaka wzrokiem.

    – Exactly – odpowiedział, a z jego twarzy ani na moment nie zniknął leniwy, koci uśmiech.

    Sara prychnęła i dumnym krokiem oddaliła się przez parkową alejkę. Byłam przekonana, że liczyła na to, że Daniel pobiegnie za nią. On jednak nie ruszył się z miejsca.

    – No to mam ją z głowy na resztę dnia – mruknął najwyraźniej bardzo z tego powodu zadowolony.

    Zaczęłam się zastanawiać czy fakt, że o niej zapomniał nie był jednoznaczny z „zapomniałem z nią zerwać”. Zawsze bawiły mnie krótkie, burzliwe związki mojego przyjaciela. Tym razem obserwowanie tego nie sprawiło mi jednak zwyczajowej, dziecięcej radości. Zrobiło mi się przykro. Całą sobą zapragnęłam, żeby chociaż jemu się w życiu ułożyło.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Załatwiliśmy podpisanie dokumentów na uczelni, chociaż i tak byłam przekonana, że nie będę uczęszczała na ten uniwersytet. Zrobiłam to dla mamy i Daniela, żeby chociaż przez chwilę nie musieli się o mnie martwić. Wieczorem przyjaciel zostawił mnie samą w towarzystwie książki. Pracował na recepcji w oddalonym o dwie ulice hotelu. Najczęściej miał tam nocne zmiany. Położyłam się na materacu przytulając do siebie poduszkę i zaczęłam czytać „Błękitny Zamek” Lucy Maud Montgomery, który zawsze mnie do tej pory pocieszał. Bardzo żałowałam, że nie zadziała i tym razem. 

    5 sierpnia, środa

    Obudziłam się wcześnie rano i nie mogłam ponownie zasnąć. Ciocia Natalia, mama Daniela szykowała się właśnie do pracy. Przywitała mnie wesołym uśmiechem. Zjadłyśmy razem śniadanie, a potem zaproponowała mi, żebym poszła odebrać jej syna z pracy. Nie miałam nic przeciwko. Wyszłyśmy razem, pokazała mi hotel, a potem zniknęła w tunelu metra, zostawiając mnie samą.

    Kiedy weszłam do dużego, hotelowego holu, w oczy natychmiast rzucił mi się kontuar recepcji. Stojący za nim Daniel szykował się do wyjścia. Zdziwił się na mój widok. Widziałam, jak szeroko się uśmiechnął. Ja też nie potrafiłam się nie uśmiechnąć. Jeszcze nigdy dotąd nie widziałam mojego przyjaciela w garniturze.

    – Cześć wredoto – przywitał się wesoło. – Poczekaj chwilę, muszę się przebrać – powiedział, wskazując mi obite zielonym pluszem fotele, a sam zniknął w przylegającym do recepcji pomieszczeniu, zastąpiony przez wysokiego, lekko czerwonego na twarzy kolegę.

    Usiadłam wygodnie, chwytając pierwsze z brzegu czasopismo. Bez zainteresowania zaczęłam przeglądać kolorowe ubrania. Poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłam głowę, tylko po to, żeby napotkać wkurzone, nienawistne spojrzenie Sary. Wzruszyłam ramionami, wracając wzrokiem do gazety. Kompletnie nie obchodziła mnie ta dziewczyna i nie miałam zamiaru mieszać się w sprawy pomiędzy nią a Danielem. Ona jednak była innego zdania.

    – Oh, we met yesterday, aren’t we? – zaczęła siadając obok mnie ze słodkim, ujmującym uśmiechem na twarzy. – You are a friend of Daniel, Vicky, right? 

    Najwyraźniej postanowiła zmienić taktykę, skoro poprzednia nie zadziałała. Westchnęłam. Od dawna już nie bawiły mnie te gry. Niechętnie skinęłam głową, nie odzywając się do niej.

    – Are you waiting for him? – zadała oczywiste pytanie.

    – Yes, I am – odpowiedziałam ponuro.

    Błagam Daniel, streszczaj się, nie zostawiaj mnie z nią samej, dodałam ponaglająco w duchu. Coraz bardziej jej nie lubiłam. Na szczęście mój przyjaciel przyszedł dosyć szybko. Jego wesołość natychmiast ulotniła się na widok Sary. Dziewczyna ostentacyjnie zarzuciła mu ręce na szyję, całując go w usta. Wyraźnie starała się zaznaczyć, że to jej prywatna własność. 

    – What are we doing today? – zapytała wesoło uczepiwszy się jego ramienia.

    – Im going with Vicky to Camden – odpowiedział wyraźnie podkreślając moje imię.

    – Oh! Cool! I will go with you! Shopping is what I like – wykrzyknęła entuzjastycznie, z zadowoloną miną, nie odsuwając się ani na milimetr od chłopaka.

    Daniel obrzucił ją ponurym spojrzeniem, ale nie skomentował. Cudownie! Wycieczka w towarzystwie nowej dziewczyny mojego przyjaciela. Spełniały się moje marzenia. Byłam jednak jakoś dziwnie przekonana, że niestety nie pozwoli mi zostać w domu.

    Note