Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Moje ulubione motywy w książkach

    Moje ulubione tropy w literaturze

    – motywy, przez które moje postacie kończą w psychiatryku (a ja razem z nimi)

    Hej, witajcie w moim małym kąciku czarnego humoru i literackich guilty pleasure. Mam słabość do trope’ów, które normalni ludzie oznaczają czerwoną flagą, a ja czerwonym serduszkiem (no dobrze, najczęściej czarnym). Wiecie, te tropy w książkach, po których czytelnik wychodzi z powieści z pytaniem „czy to jest zdrowe?”, a ja odpowiadam: „nie, ale jest pyszne”.

    Dzisiaj zabieram was na wycieczkę po moich ulubionych tropach literackich – tych, które regularnie pojawiają się w moich opowiadaniach. Zero moralizowania, sporo czarnego humoru i zero spoilerów (obiecuję, że nie dowiecie się, kto kogo zabije… tym razem). Przyznam, że w ogóle właśnie dlatego zaczęłam pisać, bo tych motywów, na dodatek przedstawionych bez standardowego odkupienia win, w książkach zawsze było naprawdę bardzo mało. 

    Morally grey heroes (i villains, bo po co wybierać?)

    Uwielbiam bohaterów, którzy nie są ani czarni, ani biali – są szarzy jak listopadowy smog nad Krakowem. Zabijają, manipulują, mają traumy wielkości Mount Everestu i jeszcze potrafią być uroczy.

    W Cieniu Kruka macie zabójcę na zlecenie, który moralność ma gdzieś w okolicy „zależy od dnia i stawki”. I wiecie co? To jest piękne. Bo szczerze? Bohaterowie z idealnym moralnym kompasem w moich historiach zwykle kończą martwi w rozdziale trzecim. Darwin literacki, kochani.

    Dark romance – miłość boli (i to dosłownie)

    Dark romance to nie jest „on jest bogaty i ma issues”. To jest „on ma issues, noż i prawdopodobnie zabił twojego byłego, ale hej, ma piękne oczy”.

    W Sercu Czarnej Wieży i serii Wybrańcy Bogów emocje są traktowane jak broń masowego rażenia. Miłość? Tylko jeśli jest toksyczna, zaborcza i pachnie magią oraz lekkim zapachem szaleństwa. Klasyczny trope dark romance, który uwielbiam, bo zdrowe relacje są nudne. Zdrowe relacje nie kończą się scenami, po których czytelnik potrzebuje czekolady i terapeuty.

    Trauma fiction – terapia? Jaka terapia?

    Moi bohaterowie nie idą na terapię. Oni idą na wojnę z własnymi demonami… i czasem dosłownie z demonami.

    Kolor Samotności to klasyka trauma fiction – klinika psychiatryczna, światła nigdy nie gasną, a irlandzkie legendy ożywają w głowach ludzi, którzy i tak już są na granicy. Bo nic nie mówi „romans” jak wspólne halucynacje i PTSD na spółkę. Czarny humor level expert. 

    Czasami zdarza mi się też trauma fiction bez fantastyki – nie jestem fanką, ale zdarzało mi się pisać, bo ktoś o to poprosił, albo natchnęło mnie jakieś realne wydarzenie z życia. I tak powstały: Kropla łez, Zanim nauczę się oddychać, Na warunkach jego miłości.   

    Soul mates / magiczne więzi przeznaczenia

    „Jesteśmy sobie przeznaczeni” – brzmi słodko, dopóki nie dodasz, że przeznaczenie jest sadystyczne i lubi dramaty.

    W Wybrańcach Bogów więź starsza niż pamięć to nie jest cute little red string of fate. To jest łańcuch, który dusi, pali i sprawia, że bohaterowie robią rzeczy, po których normalni ludzie dostaliby dożywocie. I właśnie dlatego to kocham.

    Mitologiczne stworzenia i bogowie, którzy mają nas w dupie

    Bogowie w moich historiach nie są mili. Są kapryśni, wredni i traktują ludzi jak pionki w wyjątkowo okrutnej grze planszowej.

    Irlandzkie legendy w Kolorze Samotności? Bogowie i ich wybrani w Wybrańcach? To nie jest „mądra, starożytna siła”. To jest „ups, właśnie zniszczyliśmy ci życie dla funu”. Mitologiczne stworzenia w tropach w książkach nigdy nie były tak zabawne (i przerażające).

    Chaos i szaleństwo – mój comfort zone

    Lubię, gdy świat się wali. Dosłownie.

    Imperium na skraju wojny, akademie magiczne, w których nikt nie jest bezpieczny, klinika, w której granica między rzeczywistością a obłędem jest cieńsza niż bibuła. Chaos to nie błąd fabularny – to mój ulubiony trop. Bo w chaosie przynajmniej coś się dzieje. W spokoju? Nuda.

    Love triangle (i czasem group pampered, bo czemu nie?)

    Klasyczny love triangle to za mało. Czasem dorzucam całą drużynę, która postanawia, że bohaterka będzie rozpieszczona, chroniona i (delikatnie mówiąc) otoczona troską na poziomie „nie ruszaj jej, bo zginiesz”.

    Bohaterowie noszą maski i fragmenty serii z wieloma zainteresowanymi to czysty fun. Bo po co wybierać jednego toksycznego faceta, skoro można mieć kilku?

    Bonus trope’y, które też kradną mi serce

    Isekai / przeniesienie do świata książki – budzisz się jako postać drugoplanowa i mówisz „no to zmieniamy ending, kochani”.

    Magiczne akademie, w których na zajęciach z magii naprawdę można zginąć (i często tak właśnie się dzieje).

    Found family, która jest równie toksyczna co biologiczna, ale przynajmniej ma lepsze żarty.

    Wątki, których nienawidzę (i nigdy nie piszę, bo aż mnie skręca)

    A teraz mała dawka szczerości z czarnym humorem. Są tropy w książkach, przy których moja miłość do morally grey gaśnie szybciej niż nadzieja bohatera w rozdziale siódmym.

    Wybaczona zdrada – serio? On ją zdradza, a ona po trzech scenach mówi „rozumiem, kochanie, miałeś zły dzień”? Ja na jej miejscu spaliłabym mu życie magią i poszła na drinka z jego wrogami. Zero konsekwencji, zero uczuć, tylko tania drama dla dramatu. Fuj.

    Potem jest to genialne „może ją kocham, a może jednak nie”. Bohater przez 400 stron waha się jak liść na wietrze, a czytelnik siedzi i myśli – „decyduj się, człowieku, albo ja cię zabiję”. Emocjonalny ping-pong bez zwycięzcy – najgorsza tortura literacka ever.

    I wisienka na torcie – niesatysfakcjonujące emocjonalnie zakończenia. Te, po których zamykasz książkę i czujesz pustkę większą niż po randce z ghosterem. Zero katharsis, zero payoffu, tylko „no i tak jakoś to się skończyło”. Jakbym czytała 500 stron po to, żeby dostać klepnięcie w plecy i „sorry, nie wyszło”. Nie. Nie u mnie.

    Podsumowanie, czyli dlaczego w ogóle to piszę?

    Życie jest już wystarczająco szare. Wolę czytać (i pisać) o szarości, która jest ciekawa. O tropach w książkach, które są moralnie wątpliwe, emocjonalnie wyniszczające i absolutnie uzależniające.

    Jeśli lubisz, gdy literatura kopie cię w tyłek, a potem przytula (i dźga nożem w plecy), to zapraszam na unrivalled.site. Tu znajdziesz wszystkie moje ulubione tropy w książkach w jednym miejscu – podane z czarnym humorem i nutką magii.

    Który trope jest twoim guilty pleasure? Napisz w komentarzu – obiecuję, że nie oceniam (no, może troszeczkę).

    Note