Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Czarna wieża

    Effie, dzień pierwszy

    Otworzyłam oczy. Leżałam na dużym łóżku, w atłasowej, białej pościeli. Pokój był jasny i przestronny. Nie sprawiał wrażenia szpitalnej sali. Nie miałam pojęcia, gdzie się znajduję. Czy ja naprawdę umarłam? 

    Usiadłam, rozglądając się zaciekawiona. Pod jedną ze ścian stała luksusowa, pomalowana na biało toaletka z dużym lustrem, a na niej cała masa przeróżnych buteleczek. Pod drugą znajdowała się ogromna szafa, a obok niej kolejne, tym razem wolno stojące lustro w drewnianej ramie. Dalej widniało otwarte, niezabezpieczone drzwiami przejście. Ogromne, niczym niezasłonięte okna wpuszczały do pokoju słoneczne promienie. Byłam pewna, że tak nie może wyglądać piekło. 

    Wstałam z łóżka i podeszłam do okna. Znajdowało się na wysokości drugiego piętra, a widok z niego był niesamowity. Rozpościerał się na różany ogród, w którym rosły kwiaty mieniące się setkami barw. Niektóre miały własne krzewy, a inne wspinały się po pomalowanych na ciemną zieleń pergolach. Przyszło mi do głowy, że może znalazłam się w jakimś prywatnym szpitalu psychiatrycznym, ostatecznie moich rodziców było na to stać… Zdałam sobie jednak sprawę, że nie mam na sobie piżamy, tylko jakąś zwiewną, długą, niekrępującą ruchów suknię, z rozcięciem na boku. Czułam się dziwnie lekka i zgrabna. Może zapadłam w śpiączkę i teraz śnię? 

    Podeszłam do stojącego przy szafie lustra. Kiedy w nie spojrzałam, nie ujrzałam swojego odbicia. Patrzyła na mnie jakaś obca dziewczyna. Miała porcelanową cerę i długie do pasa, czarne, nieco rozwichrzone włosy. Jej fiołkowe oczy o nieistniejącym zabarwieniu były duże i odrobinę przestraszone. Była prześliczna i wyglądała na moją rówieśniczkę. Odsunęłam się od lustra, patrząc na swoje dłonie. Były blade i nie miały na sobie żadnej skazy, podczas gdy moje od zawsze pełne były zadrapań i różnej wielkości piegów. Ponownie spojrzałam w lustro. Tak, to zdecydowanie musiał być sen.  

    Od strony otwartego przejścia usłyszałam ciche kroki. Po chwili do pokoju weszła odziana w szary, dopasowany uniform, młoda kobieta. Spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem.  

    – Dzień dobry panienko, nie sądziłam, że panienka już wstała. Przyszłabym wcześniej, przepraszam – jej głos drżał, a ona wpatrywała się w podłogę.  

    Kobieca postać wydała mi się aż nazbyt realna. Postanowiłam dostosować się do dziwnej sytuacji, w której się znalazłam. Ostatecznie i tak nie miałam niczego do stracenia… 

    – Dzień dobry, nic się nie stało – uśmiechnęłam się do niej uprzejmie. 

    Gdy podniosła na mnie wzrok, na jej twarzy malował się szok i… jeszcze większa panika. 

    – Pomogę się panience ubrać, jakie ubranie panienka na dzisiaj wybrała? – spytała odrobinę drżącym głosem. 

    Podeszłam do szafy i rozsunęłam drewniane drzwi. W środku wisiały lub leżały złożone na półkach setki przeróżnych strojów. Od skórzanych, obcisłych kombinezonów po suknie godne gwiazdy filmowej. 

    – Co proponujesz na dzisiaj? – spytałam niezbyt pewnie. 

    Dziewczyna wyraźnie się speszyła. 

    – Nie ma panienka zaplanowanych żadnych oficjalnych spotkań – odpowiedziała jednak z przekonaniem. 

    W oczy rzuciła mi się wisząca na wieszaku burgundowa tunika. Wyjęłam ją z szafy razem z parą obcisłych, czarnych legginsów z tkaniny, której nie znałam.  

    – Co o tym sądzisz? – spytałam. 

    O ile to tylko możliwe, jej twarz pobladła jeszcze bardziej. 

    – Panienka będzie wyglądała idealnie – odpowiedziała niemalże szeptem. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Czułam się dziwnie. Skorzystałam z przylegającej do sypialni łazienki, która była niezwykle elegancka, ale przy tym wyglądała bardzo staromodnie. Po kąpieli dziewczyna pomogła mi się ubrać, a potem rozczesała moje włosy. Kiedy zapytała, czy to już wszystko, a ja pozwoliłam jej odejść, uciekła, jakby sam diabeł ją gonił. W drzwiach minęła się z kolejnymi gośćmi. Dwóch mężczyzn w wojskowych mundurach w kolorze głębokiej czerni wprowadziło do środka ciemnowłosego młodzieńca. Pchnęli go na podłogę, zmuszając, żeby przede mną uklęknął. Miał na sobie tylko spodnie. Na jego szyi zapięta była skórzana obroża. Jego doskonale wyrzeźbiony tors pokrywały liczne siniaki i blizny. Oceniłam, że nie mógł być wiele starszy ode mnie. Dawałam mu najwyżej dwadzieścia lat. Włosy w kolorze gorzkiej czekolady opadały mu na oczy, nadając mu nieco zawadiacki wygląd. Był… przystojny. Niepokojąco atrakcyjny — w sposób, który kłócił się z każdą raną na jego ciele. Kiedy jednak podniósł na mnie wzrok przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Jego karmelowe oczy były pełne nieskrywanej pogardy i nienawiści. 

    – Pani? – spytał jeden z żołnierzy, wyraźnie czekając na to aż coś powiem. Tylko czego ode mnie oczekiwali i dlaczego przyprowadzili tu tego chłopaka? Spojrzałam na niego pytająco. Jego twarz wyraźnie pobladła. Ukłonił się nisko. – Możemy odejść czy masz dla nas jeszcze jakieś rozkazy? 

    Przez chwilę rozważałam sytuację. Nie chciałam zostawać z nieznajomym chłopakiem sam na sam, ale… był pierwszą osobą, która nie patrzyła na mnie przerażonym wzrokiem. Może będzie w stanie udzielić mi jakichś odpowiedzi? Wytłumaczyć gdzie się znalazłam… 

    – Dziękuję, to wszystko – odezwałam się cicho, starając się by nie zadrżał mi głos. 

    On również był obcy i wyjątkowo melodyjny. Tym razem skłonili się obydwaj, a potem wyszli z pomieszczenia, starannie zamykając za sobą drzwi. Westchnęłam i przeszłam kilka kroków, by usiąść na czarnej, skórzanej kanapie. W czarno-białym pokoju czułam się, jakbym przebywała na szachownicy. Była tutaj duża, wygodna kanapa, stolik z dwoma krzesłami, biurko i kilka zamkniętych regałów. Na ścianach wisiały abstrakcyjne obrazy, one również miały kolory czerni i bieli. Przy oknie, na podwyższeniu stał fortepian. Poza tym sporej wielkości pomieszczenie sprawiało wrażenie dość pustego. Spojrzałam na chłopaka. Nie ruszył się z miejsca. Wciąż jednak nie spuszczał ze mnie wzroku. 

    – Wygrałaś – powiedział po dłuższej chwili milczenia, jego głos miał przyjemny tembr, ale był wyraźnie zachrypnięty. – Spełnię każdą twoją zachciankę, tylko to powstrzymaj. 

    Patrzyłam na niego skonsternowana. Przez głowę przelatywały mi setki różnych pytań, a ja nie potrafiłam zdecydować, które z nich powinnam mu zadać. Drzwi otworzyły się ponownie i do pomieszczenia weszło dwóch odzianych w szare stroje mężczyzn. Obojętnie wyminęli wciąż klęczącego chłopaka. W milczeniu poustawiali na stole przywiezione na srebrnym wózku półmiski. Były na nich owoce, warzywa, orzechy, jajka, sery i przeróżne wędliny. Obok nich stanął wazon pełen białych róż i dzbanek z jakimś przejrzystym płynem oraz kryształowe kieliszki. Zaintrygowana przyglądałam się pracy mężczyzn. Zanim wyszli postawili jeszcze na podłodze metalową psią miskę z jakąś szarą, bezkształtną breją. Opuścili pomieszczenie, zabierając ze sobą wózek i tak jak wcześniej żołnierze, starannie zamykając za sobą drzwi. Wypuściłam długo wstrzymywane powietrze. Chłopak odczekał chwilę, a potem na czworaka podszedł do miski. Spojrzałam na niego przerażona. 

    – Zaczekaj! – niemalże krzyknęłam. 

    Podniósł na mnie wzrok. Tym razem jego spojrzenie było pełne rezygnacji. 

    – Znowu zamierzasz mnie głodzić? – zapytał cicho. 

    Coś ścisnęło mnie w gardle. Może to jednak było piekło? Do licha! Przecież musiałam mu coś odpowiedzieć. 

    – Zjedz to co jest na stole – poprosiłam nieśmiało. – Ja nie mam ochoty. 

    Popatrzył na mnie zdezorientowany, ale posłusznie usiadł przy stole. Przyglądałam mu się, kiedy zaczął jeść, a raczej dosłownie pochłaniać jedzenie, jakby zaraz ktoś miał mu je zabrać. Zresztą może faktycznie tego się właśnie spodziewał… 

    – Czy mam skorzystać z łazienki? – zapytał, kiedy skończył.

    Pytanie zupełnie zbiło mnie z tropu, więc w odpowiedzi tylko skinęłam mu głową. Doskonale wiedział dokąd iść. Kiedy zniknął za drzwiami, podniosłam się z kanapy. Nie cierpiałam tego eleganckiego, ale surowego i wysnutego z wszelkich barw pokoju. Pełna słonecznego światła, przestronna sypialnia wydawała mi się znacznie przyjemniejsza. Usiadłam u wezgłowia wielkiego łoża, opierając się plecami o stertę poduszek. Nieznajomy nie kazał na siebie długo czekać. Już po paru minutach stanął przede mną owinięty w pasie białym ręcznikiem. Jego włosy wciąż były wilgotne po niedawnym prysznicu i teraz niesforne, posklejane kosmyki opadały mu na twarz. Patrzył na mnie wyczekująco. W końcu zebrałam się w sobie. Musiałam się czegoś dowiedzieć, czegokolwiek! 

    – Jak masz na imię? – spytałam łagodnie. 

    – To jakaś gra? – odpowiedział pytaniem na pytanie, nie spuszczając ze mnie niechętnego spojrzenia. 

    – Załóżmy, że tak – westchnęłam, nie mając lepszego pomysłu. 

    – Aedan – mruknął zrezygnowany. 

    – Gdzie teraz jesteśmy, Aedanie? – kontynuowałam.

    Skonsternowany przekrzywił głowę lekko na bok, co tylko bardziej dodało mu chłopięcego uroku. 

    – W twoim pokoju – odezwał się jednak zupełnie spokojnie.

    – A szerzej? – poprosiłam. 

    – W twierdzy twojego ojca, Władcy Północnych Ziem, w Mayonace. 

    Och. Kompletnie nic mi to nie mówiło. Jeżeli był to sen, to zdawał się aż nazbyt realny, a ja miałam dalej dziesięć palców, mogłam odczytać godzinę na wiszącym w czarno-białym pokoju zegarze i czytać litery w leżących na biurku książkach. Żadna z tych rzeczy podczas snu nie powinna być możliwa. 

    – A ty, dlaczego tutaj jesteś, Aedanie? – drążyłam dalej. 

    Roześmiał się gorzko. W jego śmiechu nie było nawet cienia wesołości. 

    – Ponieważ sobie tego zażyczyłaś – oznajmił chłodno, podchodząc bliżej łóżka. – I uświadomiłaś mi jakie konsekwencje będzie miało niespełnianie twoich życzeń – dodał. Rozsunął ręcznik, który miękko opadł na podłogę, odsłaniając w pełnej krasie jego okazałe przyrodzenie. Przyglądałam mu się oniemiała, szeroko otwartymi oczami. Co to za porąbane miejsce i kim była dziewczyna, którą ujrzałam w lustrze? Po chwili młodzieniec znalazł się na łóżku tuż przy mnie. Zdecydowanie zbyt blisko mnie! Przysunął twarz do mojej twarzy. – Wiesz, dlaczego mi stoi? – spytał lodowatym głosem. – Bo wyobrażam sobie co z tobą zrobię, kiedy znajdziemy się w odwrotnej sytuacji – odpowiedział nie czekając na moją reakcję.   

    Jego usta dotknęły moich ust, ręka znalazła się na osłoniętym cienkimi spodniami udzie, a ja nie byłam w stanie się poruszyć. Ze strachu moje serce biło jak oszalałe. Dotknęłam jego torsu, żeby go od siebie odepchnąć, ale gdy tylko moja dłoń spotkała się z jego skórą, mój umysł zalała fala przeróżnych wizji. Aedan bity i poniżany, chodzący na czworaka na smyczy, jedzący z psiej miski, zmuszany do lizania jej butów, zmarznięty, spragniony i głodny. Zalała mnie fala paniki. Czy to mogły być jego wspomnienia? Odsunął się ode mnie gwałtownie.  

    – Co do cholery?! – warknął przerażony. – To jakaś pieprzona sztuczka?!

    – Nie wiem… – szepnęłam, nie mogąc oderwać od niego wzroku i zastanawiając się, czy on to wszystko naprawdę znosił. 

    Przez chwilę patrzył na mnie niedowierzająco, a potem przysunął się z powrotem. Tym razem wziął mnie za rękę. Wizje wróciły, ale teraz były spokojniejsze. Mury zamku z białego kamienia, galop po lesie, szum morskich fal. W końcu puścił moją dłoń. 

    – Nie jesteś nią – oznajmił niedowierzająco. 

    Przecząco pokręciłam głową. 

    – Nie jestem. 

    Zdałam sobie sprawę, że wciąż siedzi przy mnie zupełnie nagi. Podałam mu leżący na poduszkach miękki pled, a on owinął się nim w biodrach. 

    – Jak to możliwe? – zapytał delikatnie marszcząc brwi. 

    – Nie wiem… – przyznałam, czując, że zdecydowanie zbyt często powtarzam te słowa. – Chciałam się zabić… zasnęłam… a potem obudziłam się tutaj, w tym łóżku… i wyglądałam tak jak teraz, a nie jak ja… 

    – Widziałem – przyznał, ze stoickim spokojem. – Myślałem, że wędrówki dusz to tylko historie dla małych dzieci – westchnął. 

    – Co takiego? – spytałam nie rozumiejąc. 

    – Umarłaś, a twoja dusza znalazła drogę do jej ciała… według legend to zesłana przez bogów kara lub jak kto woli druga szansa dla samobójców – wyjaśnił. – Tylko że to oznacza, że ona również musiała umrzeć. Chyba niezbyt drastycznie i we śnie… skoro obudziłaś się tutaj. Może ktoś ją otruł… – zaczął snuć przypuszczenia. 

    Nagle się roześmiał. Tym razem naprawdę, za to niemalże histerycznym śmiechem. Wzięłam głęboki oddech. 

    – Mnie to wcale nie bawi – fuknęłam na niego. – Spodziewałam się pustki i spokoju, a zamiast tego obudziłam się w ciele jakiejś psychopatki. Co ja mam zrobić?

    Chłopak spoważniał, na jego ustach jednak wciąż błąkał się drwiący uśmieszek. Spojrzał mi prosto w oczy. 

    – Udawać – oznajmił mi z prostotą. 

    – Jak? – spytałam błagalnie. 

    Tym razem skrzywił się odrobinę. 

    – Albo będziesz piekielnie dobrą aktorką, albo obydwoje umrzemy. Tylko jej kaprys trzymał mnie przy życiu – westchnął zrezygnowany. – Pomożemy sobie nawzajem? – zapytał z nadzieją.  

    – Nawet nie wiem jak miała na imię – jęknęłam cicho. 

    – Vivien – niemalże wypluł to słowo. – A ty, jak masz na imię? – spytał zaciekawiony.  

    – Effie – odparłam cichutko. – Jak się tu znalazłeś? Bo chyba raczej nie jesteś tu z własnej woli… 

    – Nie jestem – przyznał kładąc się i opierając głowę na łokciu, a ja niemal fizycznie poczułam jak chłopak się rozluźnia. – Twój ojciec podbił mój kraj, ale my nigdy nie przestaliśmy walczyć. Byłem jednym z rebeliantów. Mieli nas publicznie stracić, ale ona powiedziała ojcu, że chce mnie na własność. Zostałem jej pieprzonym prezentem urodzinowym.  

    – Długo już tu jesteś? – spytałam przerażona jego słowami. 

    – Od kilku miesięcy – westchnął cicho. 

    Przez dłuższą chwilę milczeliśmy. On się nie odzywał, a ja nie wiedziałam co mogę mu powiedzieć. Obydwoje znaleźliśmy się w naprawdę paskudnej sytuacji. Nagle do głowy przyszła mi myśl, rozrywająca na strzępy nici jakiegokolwiek bladego planu przetrwania w tym miejscu. 

    – Aedanie… – zaczęłam, a on ponownie spojrzał prosto na mnie. – Jak mam udawać, jeżeli ktokolwiek mnie dotknie, zobaczy kim jestem? 

    Roześmiał się. Tym razem cicho i jakby… łagodnie. Przecząco pokręcił głową. 

    – To tak nie działa – wyjaśnił swobodnie. – Ona… miała pewne umiejętności. Połączyła nas czymś w rodzaju magicznej więzi. Dzięki niej mogła zadawać mi ból nie tylko fizyczny, ale także psychiczny… mogła zsyłać mi koszmary i widzieć moje myśli… ale swoje zawsze starannie ukrywała, no chyba, że chciała mnie podręczyć. W twoich wspomnieniach pływałem jak w jeziorze.  

    – Ja w twoich również – przyznałam. – I… były przerażające. 

    – I jeszcze będą – mruknął cicho. – Bo ja również będę musiał udawać… Poza tym Effie – zaczął patrząc mi prosto w oczy – przebierz się proszę. Ona ubierała się na czerwono tylko wtedy, kiedy planowała zabrudzić się krwią. 

    Note