Rozdział 8 – Serce Czarnej Wieży
by Vicky
Raven
Obudziło mnie bardzo nieprzyjemne uczucie. Coś było nie tak. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że… nie pochodzi ode mnie. Płynęło z magicznej więzi, którą niechcący splotłem z księżniczką. Niepokój… strach… Ponownie zamknąłem oczy, szukając jej myślami. Zakląłem, gwałtownie siadając. Zakon Cienia! Co ona tam do diaska robiła?! W pośpiechu wciągnąłem na siebie ubranie i szybkim krokiem ruszyłem do legowiska Scarlett.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień dwudziesty
Obudziłam się z bólem głowy. Nie miałam pojęcia, co się stało. Znajdowałam się na podłodze w śnieżnobiałym pokoju, który nie miał żadnych drzwi ani okien. Obok mnie leżał towarzyszący mi wcześniej, jasnowłosy czarodziej, którego imienia za nic nie mogłam sobie przypomnieć. Powoli usiadłam.
– Żyjesz? – spytałam trącając go w ramię.
Spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
– Chyba tak… – mruknął siadając. – Gdzie jesteśmy? – spytał rozglądając się po pustym, białym pokoju.
– Miałam nadzieję, że ty mi to powiesz – westchnęłam.
W pewnym momencie w jednej z do tej pory gładkich ścian otworzyło się niewielkie okienko. W pomieszczeniu pojawił się rozbłysk zielonego światła. Blondyn sprawiał wrażenie spanikowanego. Spojrzałam na niego nie rozumiejąc. Chciałam zapytać o co chodzi, ale wtedy to poczułam. Przejmujący, dotkliwy ból docierał do każdego fragmentu mojego ciała. Nie mogłam ruszyć się z miejsca. Jemu jednak jakimś cudem się to udało. Przycisnął mnie do podłogi, zasłaniając sobą i odgradzając od źródła poświaty. Dopiero teraz mogłam znów złapać oddech. Przylgnęłam do chłopaka, bojąc się, że znowu to poczuję. Wtedy zdałam sobie sprawę, że światło wcale nie zniknęło. Oddech czarodzieja był płytki i urywany.
– Mów do mnie – poprosił cicho, z trudem przełykając ślinę.
Przymknęłam oczy. Wyglądało na to, że znaleźliśmy się w naprawdę paskudnej sytuacji.
– Nawet nie wiem jak masz na imię – przyznałam otwarcie.
Mimo bólu, który wciąż musiał odczuwać roześmiał się lekko.
– Możesz mi mówić Chris, mam na imię Christopher.
– Niech więc będzie Chris – żałowałam, że nie mogę się do niego uśmiechnąć. – Czy wiesz, dlaczego się tu znaleźliśmy? – spytałam z nadzieją.
– Nie mam pojęcia – przyznał cichym głosem – ale coś blokuje mi możliwość używania magii. Za to domyślam się kto nas porwał i nasza sytuacja nie wygląda za dobrze.
Rozmawialiśmy przyciszonymi głosami. Christopher opowiedział mi o życiu w Czarnej Wieży i o tym, jak jeszcze jako dziecko do niej trafił, mimo to odniosłam wrażenie, że wiele rzeczy przemilczał.
Nie byłam pewna ile czasu minęło, kiedy okno się zamknęło, a w jednej z białych ścian pojawił się owalny otwór. Przeszły przez niego dwie wysokie, odziane w obcisłe, skórzane stroje bez rękawów kobiety. Ich ubrania miały kolor wytrawnego wina, co, byłam pewna po przygodzie w Manhaim, źle nam wróżyło.
Zielone światło rozpłynęło się w powietrzu. Usiadłam, a tuż za mną podniósł się czarodziej.
– Czego chcą od nas wojowniczki z Zakonu Cienia? – spytał chłodno Christopher. – Czarna Wieża nie pozostaje z wami w konflikcie.
– To się jeszcze okaże – roześmiała się jedna z nich. Podeszła do mnie, zmuszając mnie, żebym wstała. – Uniknęłaś bólu, a nie o to nam chodziło – oznajmiła wyniośle.
Mimo że była kobietą, to wzrostem przerastała mnie o głowę, a jej muskulatury nie powstydziłby się żaden mężczyzna. Brutalnie chwyciła mnie za przedramię. Spróbowałam się wyrwać, ale trzymała mnie jak w imadle. Teraz naprawdę żałowałam, że nie mieliśmy z Aedanem więcej czasu na ćwiczenie samoobrony. Kobieta wygięła mi rękę do tyłu, a ja krzyknęłam z bólu. Christopher zerwał się, by mi pomóc, ale jakaś niewidzialna siła ponownie powaliła go na podłogę.
– Puść mnie, proszę – wydusiłam z siebie poprzez napływające mi do oczu łzy.
Roześmiała się i jeszcze mocniej wygięła moją rękę. Z trudem chwytałam powietrze. Trzasnęła kość. Dopiero wtedy pchnęła mnie na podłogę. Zalała mnie nowa fala bólu, gdy upadłam, dotykając posadzki złamaną kończyną.
W pewnym momencie kątem oka dostrzegłam ciemną sylwetkę. Cień rosłego mężczyzny, który pojawił się za plecami kobiet, uniósł dłoń ze sztyletem. Wszystko działo się tak szybko, że nie potrafiłam dostrzec szczegółów, ale już po chwili stojąca bliżej drzwi wojowniczka osunęła się na podłogę z poderżniętym gardłem. Potem cień zaatakował drugą z nich. Zdążyła się odwrócić, ale to niewiele jej dało. Szybko podzieliła los towarzyszki. Cień rozpłynął się w nicość. W owalnym przejściu pojawiła się znajoma sylwetka Ravena, a mnie zalała fala ulgi. Jego czekoladowe oczy były zdecydowanie ciemniejsze niż to zapamiętałam.
– Nie wejdę tam – warknął na powitanie – ten pokój blokuje magię.
Podniosłam się z kolan i podeszłam do niego, jak najszerszym łukiem omijając leżące na mojej drodze martwe ciała. Zrobiło mi się niedobrze, a ból nie ustępował ani na chwilę.
– Coś ci jest? – spytał zaniepokojonym głosem młodzieniec, kiedy mijałam go w przejściu.
Przecząco pokręciłam głową, bojąc się, że jak się spróbuję odezwać, to zamiast tego wybuchnę płaczem. On jednak sam zauważył. Znajdowaliśmy się w długim, kamiennym korytarzu. Raven posadził mnie na podłodze pod przeciwległą ścianą. Ukucnął przy mnie i wziął mnie za rękę.
– Raven, nie rób tego! – Christopher również zdążył wyjść z pomieszczenia i teraz górował nad nami z malującym się na twarzy przerażeniem.
– Zamknij się! – warknął na niego chłopak, nie puszczając mojej dłoni. – Zrośnij się – odezwał się pewnie, a ja poczułam, jak ból zastępuje przyjemne ciepło. – Po kilku minutach czarodziej wstał. Odwrócił się do mnie plecami. – Idziemy – zakomenderował.
Moja ręka zupełnie przestała boleć, odzyskała też dawną sprawność. Byłam zachwycona. Zwinnie wstałam i podbiegłam kilka kroków, żeby dogonić oddalającego się Ravena. Chciałam go zatrzymać i podziękować, ale Christopher odciągnął mnie do tyłu, zanim zdążyłam chwycić jego dłoń.
– Nie dotykaj go – mruknął – sprawisz mu dodatkowy ból.
– Co masz na myśli? – spytałam nie rozumiejąc.
Blondyn spojrzał na mnie z zainteresowaniem. Przyspieszyliśmy kroku, żeby nie zgubić idącego korytarzem niczym burza Ravena.
– Więc nie wiedziałaś? – ni to spytał, ni stwierdził.
– O czym? – wciąż nie rozumiałam o co mu chodzi.
– Magia ma swoją cenę – wyjaśnił. – Zazwyczaj jest to piekielne zmęczenie, ale kiedy kogoś próbujemy wyleczyć, przejmujemy na siebie jego cierpienie, które zostaje z nami przynajmniej na kilkanaście godzin.
Zszokowana wpatrywałam się w plecy Ravena. Jeżeli Christopher mówił prawdę, to aż nazbyt dobrze zaczęłam rozumieć, czemu czarodziej nie chciał pomóc Sol.
– Dlatego chciałeś go powstrzymać? – starałam się zrozumieć.
– Nie – blondyn niemalże prychnął. – Nie obchodzi mnie co czuje Raven, ale jestem zmęczony, a nawet jeśli bym nie był, to i tak on jest ode mnie znacznie lepszy w walce. Jeżeli będzie zbyt słaby, to nas stąd nie wyciągnie, a to co ja umiem najlepiej, to przemiany i rozplątywanie cudzych zaklęć. Te umiejętności raczej nam w tej sytuacji nie pomogą.
Naturalnym gestem Christopher wziął mnie za rękę, a ja poczułam się bardzo nieswojo. Przyspieszyliśmy, by zrównać się z wciąż oddalającym się czarodziejem. Po drodze minęliśmy kilkanaście zakrwawionych, kobiecych ciał, w których kierunku starałam się nie patrzeć.
Ku mojej uldze i radości, gdy wyszliśmy na zewnątrz, na dziedzińcu czekała na nas Scarlett. Okazało się, że uwięzili nas w miejscu, które skojarzyło mi się jedynie ze średniowiecznym klasztorem. Budowlę z czerwonej cegły otaczał wysoki mur.
Raven dopiero tutaj się zatrzymał. Odwrócił się i pomógł mi wejść na grzbiet smoczycy i tym razem sadzając mnie przed sobą i zabezpieczając nas skórzanymi pasami. Kiedy Scarlett wzlatywała w powietrze objął mnie tym razem tylko jedną ręką. Christopher usiadł tuż za nami.
– Raven? – odezwałam się cicho, gdy smoczyca wyrównała lot.
– Mhm? – mruknął mi tuż do ucha, a mnie przeszyły przyjemne dreszcze.
Jego bliskość była nie do zniesienia. Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek mogłabym czuć się przy nim tak swobodnie, jak przy Aedanie.
– To, że mnie wyleczyłeś… czy to cię boli? – spytałam cicho.
– Wystarczyłoby, gdybyś podziękowała – powiedział nieco rozbawiony, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie.
– Nie zmieniaj tematu – poprosiłam.
– To nie ma znaczenia i nie musisz się tym przejmować – tym razem odezwał się z wyraźną rezerwą i chłodem.
Westchnęłam. Uznałam, że prościej będzie wypytać później o wszystko Christophera.
– Dziękuję – odpowiedziałam po prostu, rozkoszując się cudownym widokiem z góry i bliskością chłopaka, która sprawiała mi niekłamaną przyjemność.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień dwudziesty siódmy
Dni stawały się coraz cieplejsze. Minął niespełna tydzień, a ja w Czarnej Wieży czułam się lepiej niż kiedykolwiek w domu rodziców. Ku mojej ogromnej radości okazało się, że plaża, która rozpościera się za oknem mojego pokoju to nie żadna iluzja. Ona naprawdę tam była! Wystarczyło, że wyobraziłam sobie drzwi na taras i mogłam wyjść na zewnątrz, by po chwili znaleźć się na piasku, z bliska obserwując ocean.
Tego dnia siedzieliśmy na plaży budując zamek z piasku. Czułam się jak mała dziewczynka, a jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że to co robimy, ma zupełnie inny sens niż zwykła zabawa. Maleńka trąba powietrzna zatańczyła pomiędzy strzelistymi wieżami, nadając im idealnie owalny kształt. Z fontanny na miniaturowym, zamkowym placu trysnęła woda. Drobne rzeczy przychodziły mi z dnia na dzień z coraz większą łatwością. Szczególnie wtedy, gdy swoim myślom potrafiłam nadać konkretny kształt.
– Wolisz atakować czy bronić zamku? – Raven zapytał przesuwając palcami po mojej leżącej na piasku dłoni.
Wpatrywał się we mnie, jakby to była niezwykle ważna decyzja. Zabawy magią wciągały, a Raven uwielbiał mnie podpuszczać. Byłam pewna, że celowo mnie rozprasza. Nie miałam nic przeciwko jego dotykowi, ale napięcie między nami czasami było po prostu nie do zniesienia. Nie sądziłam, że to możliwe, ale teraz, ubrany w grafitowe dżinsy i czarną, dopasowaną koszulkę, strój jaki doskonale znałam z mojego poprzedniego życia, wydawał mi się jeszcze atrakcyjniejszy. Równocześnie jednak byłam pewna, że to typ mężczyzny, od którego powinnam się trzymać z daleka. Zresztą nigdy nie wykonał w moim kierunku żadnego następnego kroku. Muskał mnie palcami, dotykał niby przypadkiem, często znajdował się zbyt blisko, a ja… czułam się jakbym była jego zabawką.
– Atakować – odpowiedziałam pewnie, bo zrobiło mi się żal naszej piaskowej budowli. Byłam przekonana, że nie przebiję się przez jego obronę. – Jakieś zasady? – spytałam.
– Tak, spróbuj nie zrobić nam krzywdy – odpowiedział zupełnie poważnie.
Westchnęłam. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że jak coś robię, to od razu na dużą skalę. Nie potrafiłam użyć odrobiny magii. Nie zamierzałam jednak się poddawać.
– No to zaczynam – mruknęłam.
Przez chwilę myślałam czy nie stworzyć jakiejś miniaturowej armii, ale tak naprawdę nie byłam pewna czy potrafiłabym powołać ją do życia, a jeżeli tak, to czy nie zostałaby z nami na stałe. Zdecydowałam się więc na katastrofę naturalną, a z powodu bliskości wody postawiłam na powódź.
– Toń – rozkazałam, uporczywie wpatrując się w nasz śliczny, starannie wykonany zamek z piasku.
Przez chwilę nic się nie działo, ale potem Raven siarczyście zaklął. Niespodziewanie chwycił mnie w ramiona i przyciągnął do siebie. Wtedy ja również to zauważyłam. Od oceanu w naszą stronę pędziła kilkumetrowa fala. Przylgnęłam do chłopaka. Woda chlusnęła, zalewając całą szeroką plażę. Chłodna fala uderzyła w nas, zwalając nas z nóg. Potem cofnęła się z powrotem do morza. Leżeliśmy na mokrym piasku z trudem łapiąc oddechy.
– Effie, jesteś niemożliwa – westchnął Raven.
Ku mojej uldze nie był rozgniewany, a wyraźnie rozbawiony.
– Ale wygrałam, prawda? – uśmiechnęłam się do niego, wskazując na stertę błota, która jeszcze niedawno była naszym zamkiem.
Chłopak roześmiał się ponownie przyciągając mnie do siebie. Był teraz bardzo blisko. Zdecydowanie zbyt blisko! Oparł czoło o moje czoło, dłonią przesuwając po moich plecach, do których przykleiła się mokra tunika. Wstrzymałam oddech. Myślałam, że mnie w końcu pocałuje, ale on zamiast tego gwałtownie się odsunął. Wstał starannie otrzepując z piasku spodnie.
– Zobaczymy się później – oznajmił jak gdyby nigdy nic, odwrócił się i ruszył w kierunku Wieży.
Zawiedziona wpatrywałam się w jego znikające plecy. Czy to możliwe, że to co czułam, gdy znajdował się w pobliżu było jednostronne? Zwyczajnie nie mogłam w to uwierzyć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
Do diaska! Nie tak to miało wyglądać. Dlaczego ta dziewczyna tak na mnie działała i czemu rok wcześniej w ogóle tego nie odczułem? Byłem pewien, że gdybym został przy niej choć chwilę dłużej, to zdarłbym z niej ubranie, na plaży, tak jak staliśmy. Nie wiedziałem natomiast, czy by mi na to pozwoliła.
– Raven, nareszcie cię znalazłem – moje rozmyślania przerwał spokojny głos Paula, który starał się ukryć zaskoczenie na widok mojego mokrego ubrania.
– Czego chcesz?! – warknąłem nieprzyjaźnie, mając nadzieję, że się dzięki temu ode mnie odczepi.
Niestety nie tym razem…
– Otworzyły się nowe przejścia – zaczął wyjaśniać mężczyzna – Mistrz chce, żebyś zajął się tymi na zachodzie.
Jęknąłem w duchu. Miałem zdecydowanie ciekawsze rzeczy do roboty. Niestety granica oddzielająca ten świat od świata demonów robiła się coraz cieńsza, a Czarna Wieża w zamian za wszystko, co nam dawała, żądała od nas tylko jednego, żebyśmy nie dopuścili do zagłady światów, z którymi była połączona. Natomiast inwazja demonów właśnie to by oznaczała.
– Przekaż mu, że się tym zajmę – odpowiedziałem z niechęcią.
Paul skinął głową i odszedł korytarzem.
Wszedłem do swojego pokoju, by zdjąć z siebie mokre ubranie. W oczy rzucił mi się czerwony grzbiet oprawionej w skórę książki, której tam wcześniej nie było. Zaciekawiony wyciągnąłem ją z półki. Uśmiechnąłem się do siebie, kartkując kolejne strony. Wieża zawsze dokładnie wiedziała, czego akurat potrzebuję.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Swój czas dzieliłam pomiędzy Ravena, którego metody nauczania były dość niekonwencjonalne, ale musiałam przyznać, że skuteczne i Aedana, z którym wciąż trenowałam samoobronę. Wieczory natomiast najczęściej spędzałam w mieście w towarzystwie Christophera, jego przyjaciela Lucasa, Andre i Aedana, który niezwykle łatwo nawiązał nić porozumienia z młodymi czarodziejami. Raven nigdy się do nas nie przyłączał. Odniosłam wrażenie, że w ogóle unika towarzystwa innych magów. Dlatego tym bardziej zdziwiło mnie, kiedy wieczorem pojawił się w drzwiach mojego pokoju. Uśmiechał się łobuzersko, a ja poczułam, że wcale nie przeszła mi irytacja spowodowana tym, jak rano zostawił mnie samą na plaży. Oznajmił, że wyjeżdża i nie będzie go przez kilka dni, a ja, sama nie wiedziałam dlaczego, poczułam nieprzyjemne ukłucie w środku. Szczególnie że chłopak podał mi dobry powód swojego wyjazdu. Po chwili jednak dodał coś, co kompletnie mnie zaskoczyło.
– Znalazłem ciekawy rytuał wzmacniający źródło naszej energii, z której czerpiemy magię – kontynuował jak gdyby nigdy nic. – To… ułatwiłoby mi pozamykanie portali, jeśli oczywiście będziesz chciała mi pomóc – obdarzył mnie leniwym, kocim uśmiechem, a ja nabrałam pewności, że czegoś mi nie powiedział.
Zajrzałam do księgi, którą mi podał. Byłam przekonana, że to jakiś zawiły, starożytny, a być może nawet dawno wymarły język, ale dla mnie, tak samo jak książki z pokoju Vivien, wyglądał po prostu jak mój rodzimy angielski. Zresztą, nawet gdybym nie mogła przeczytać tekstu, ryciny i tak mówiły same za siebie.
– Czy ty właśnie zaproponowałeś mi seks? – spytałam dla pewności.
– To chyba nic niezwykłego. Przecież i tak na mnie lecisz, a ja na ciebie – powiedział bez cienia skrępowania, stając za mną i przesuwając dłońmi po moich odsłoniętych ramionach. Przeszył mnie przyjemny dreszcz. – Czemu mielibyśmy tego nie wykorzystać?
Przymknęłam oczy. Miałam ochotę mu przyłożyć, a jednak… zdawałam sobie sprawę, że nie mija się z prawdą. Tylko sposób w jaki to powiedział… Właściwie czemu by nie? Być może jego charakter pozostawiał wiele do życzenia, ale pod względem wyglądu był moim chodzącym ideałem. Poza tym przecież nie proponował mi związku tylko odrobinę zabawy i… chwilę zapomnienia. Na dodatek, według tego, co twierdziła księga, całkiem pożytecznej zabawy.
– Dobrze – odpowiedziałam mu starając się, żeby głos nie zadrżał mi ze zdenerwowania. – Co mam zrobić?
Niemal fizycznie poczułam jego zadowolenie. Odniosłam wrażenie, że ani przez chwilę nie dopuszczał do siebie możliwości, że mu odmówię. Arogancki palant! Niestety cholernie seksowny i pociągający arogancki palant.
– Daj mi kwadrans, żebym wszystko przygotował – zamruczał. – Potem po prostu przejdź przez jakiekolwiek drzwi myśląc o mnie. Wieża zaprowadzi cię tam, gdzie trzeba.
Zaczerpnęłam tchu, dopiero kiedy wyszedł z mojego pokoju. Kotłowało się we mnie morze sprzecznych emocji. Z jednej strony byłam naprawdę podekscytowana, a z drugiej… już dawno nie czułam tak bardzo narastającej irytacji.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Komnata w której się znalazłam sprawiała surrealistyczne wrażenie i to mimo ciepłego, przyćmionego światła, które wydobywało się nie wiadomo skąd. Ściany wyłożone były czarnym kamieniem, a równie ciemną podłogę zdobiły zawiłe, białe wzory, identyczne z tymi na rycinach w księdze. Pod jedną ze ścian stało duże łóżko z drewna, które przypominało mi dąb. Zaścielone było ciemnoczerwoną pościelą. Poza tym pokój był pusty.
Raven podszedł powoli, z tym swoim leniwym, kocim uśmiechem, który zawsze sprawiał, że czułam nieznośne motyle w podbrzuszu. Zanim zdążyłam nabrać powietrza, złapał mnie za kark i przyciągnął do siebie. Pocałunek nie był delikatny. Był głodny, zaborczy, jakby chciał mnie pożreć.
Świat przestał istnieć. Jego dłonie znalazły się na moich plecach, a ja dopiero teraz w pełni zdałam sobie sprawę, że chłopak pragnie mnie przynajmniej tak samo desperacko, jak ja jego. Nie miałam pojęcia, dlaczego przez tyle czasu się powstrzymywał.
Zacisnęłam palce na jego koszuli i oddałam pocałunek z równą desperacją. Smakował winem i czymś ciemniejszym, ostrzejszym. Jego dłonie ześlizgnęły się po moich plecach — mocno, niemal boleśnie — jakby bał się, że mu się wymknę, albo jakby chciał zostawić ślad.
Nie pamiętam, jak pozbyliśmy się ubrań. Były tylko gorące dłonie, szarpanie materiału i nasze przyspieszone, urywane oddechy. Nagle poczułam chłodny dotyk pościeli na nagich plecach. Raven był nade mną — ciężki, gorący, idealny. Pod moimi dłońmi jego tors był twardy, pokryty runami, które chciałam zapamiętać ustami.
Kiedy jego usta ześlizgnęły się z mojej szyi na piersi, wygięłam się w łuk z cichym, bezradnym jękiem. Złapał sutek zębami, a ja wplotłam palce w jego ciemne włosy i przyciągnęłam go bliżej. Potem przesunął rękę niżej, na moją talię, by ostatecznie znalazła się między moimi nogami. Jęknęłam cicho.
Przesunął się jeszcze niżej, ustami dotykając mojego brzucha. Gdy jego język dotknął mojego najczulszego miejsca, z moich ust wyrwał się ostry, zduszony dźwięk. Raven nie był delikatny. Lizał mnie zachłannie, niemal brutalnie, jakby to on był tym głodnym. Jedna z jego dłoni przytrzymywała moje biodra w miejscu, druga pieściła pierś, szczypiąc sutek dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebowałam. Napięcie skręcało mi się w brzuchu coraz mocniej, coraz goręcej, aż w końcu eksplodowało — gorącą, oślepiającą falą, która wyrwała mi z gardła jego imię.
Drżałam jeszcze, gdy Raven podniósł się i spojrzał na mnie. Jego oczy były prawie czarne. Bez słowa złapał mnie za uda, rozsunął je szerzej i wszedł we mnie jednym, głębokim pchnięciem.
Zacisnęłam dłonie na jego ramionach, wbijając paznokcie w skórę. Był duży, gorący, wypełniał mnie tak kompletnie, że na chwilę zapomniałam, jak się oddycha. Zaczął się poruszać — mocno, rytmicznie, jakby chciał mnie naznaczyć. Każdy ruch wyciskał ze mnie ciche, bezradne jęki. Patrzył mi prosto w oczy i nie odwracał wzroku ani na sekundę.
Pragnęłam coś powiedzieć. Chciałam, żeby on coś powiedział, ale była tylko ta intensywna, paląca cisza między nami.
Przyspieszył. Moje ciało napięło się znowu, tym razem mocniej. Kiedy doszłam po raz drugi, zacisnęłam się wokół niego tak mocno, że usłyszałam, jak z jego gardła wydobywa się niski, gardłowy dźwięk. Chwilę później zadrżał i skończył we mnie — głęboko, gorąco.
Przez kilka uderzeń serca leżeliśmy spleceni, dysząc ciężko. Byłam wykończona, ale dawno nie było mi tak dobrze i błogo. Czułam się spełniona.
Raven wstał z łóżka i zaczął się ubierać. Spojrzałam na niego zaskoczona, podnosząc głowę i opierając się na łokciu.
— Dokąd idziesz? — spytałam nie rozumiejąc jego zachowania.
— Zadziałało, nie czujesz tego? — popatrzył na mnie zaciekawiony.
Miał rację. Powietrze wokół mnie niemal buzowało od nadmiaru energii. Czułam się, jakbym mogła zrobić dosłownie wszystko. Tylko że… zupełnie nie tego się spodziewałam. Po cudownym seksie miałam nadzieję, że położy się obok mnie i weźmie mnie w ramiona. Liczyłam na to, że będziemy rozmawiać, albo zaśniemy wtuleni w siebie nawzajem. Jednak Raven najwyraźniej miał inne plany.
— Tak, czuję — mruknęłam przełykając gorycz.
Uśmiechnął się do mnie leniwym, kocim uśmiechem.
— Zobaczymy się za kilka dni Effie — oznajmił i już zupełnie ubrany po prostu wyszedł z pokoju.
Opadłam z powrotem na poduszki. Chwyciłam jedną i cisnęłam nią o podłogę. W tym momencie nienawidziłam go całą sobą. Tylko że… musiałam przyznać, że tak naprawdę nic złego nie zrobił. Najwyraźniej to ja wyobrażałam sobie zdecydowanie zbyt wiele.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień dwudziesty ósmy
Było już dobrze po północy, kiedy niepewnie zapukałam do drzwi pokoju Aedana. Mimo że sypiałam u niego niemal każdej nocy, to tego dnia nie zamierzałam do niego przychodzić. A jednak… znalazłam się właśnie tutaj.
Chłopak otworzył mi, przecierając oczy. Miał na sobie jedynie w pośpiechu włożone spodnie. Uśmiechnął się do mnie promiennie.
– Effie, myślałem, że już dzisiaj nie przyjdziesz – odezwał się biorąc mnie za rękę i wciągając do środka. – Przyzwyczaiłem się do twojej obecności i nie lubię bez ciebie zasypiać – przyznał, a ja byłam pewna, że mówi zupełnie szczerze.
W końcu od niemal miesiąca sypialiśmy zawsze w jednym łóżku…
Aedan bez skrępowania zdjął spodnie, zostając jedynie w samej bieliźnie. Usiadł na pościeli. Ja również się rozebrałam, zostawiając na sobie majtki i kusą koszulkę. Kiedy podeszłam do niego, chłopak położył się, robiąc mi obok siebie miejsce. Przylgnęłam do niego, a on otulił nas kołdrą. Poczułam się… bezpieczna. Do oczu napłynęły mi niechciane łzy.
– Coś się stało? – zapytał cicho, delikatnie głaszcząc moje włosy.
– Nie, nic – skłamałam przełykając łzy i starając się uspokoić własne łkanie. – Po prostu to wszystko mnie przerasta – westchnęłam tym razem nie mijając się z prawdą. – Przepraszam – dodałam cicho, przypominając sobie przez co przeszedł Aedan. – Wiem, że ty miałeś znacznie gorzej.
Chłopak roześmiał się cicho. Przytulił mnie mocniej.
– Eff, to nie licytacja – oznajmił ciepłym głosem. – Masz prawo czuć się źle. I myślę, że to właśnie ja jestem odpowiednią osobą, kimś, komu możesz się wyżalić – dodał lekkim tonem.
Poczułam, jak w moim wnętrzu rozlewa się przyjemne ciepło. Aedan wciąż tu był, mimo tego, że teraz, z pomocą czarodziejów, spokojnie mógł bez żadnych konsekwencji odejść.
– Dziękuję – szepnęłam, ocierając łzy.
Delikatnie pocałował moje włosy. Sama nie byłam pewna, kiedy zasnęłam, wtulona w jego opiekuńcze ramiona.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Czarna Wieża otoczona była chaosem. Wyraźnie widać było, jak wokół niej, dom po domu, powstawała osada, która szybko przekształciła się w coraz bardziej rozrastające się bez żadnego planu zagospodarowania miasto. Ludzie wycinali otaczający ich las, by przygotować miejsce pod nowe budynki. Ciekawiło mnie co tak bardzo przyciąga tutaj tych wszystkich osadników. Szczególnie że z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, Czarna Wieża była samowystarczalna, a jej mieszkańcom nigdy niczego nie brakowało. Czarodzieje nie potrzebowali otaczających ich gospodarstw.
– Co robią tu ci wszyscy ludzie? Czemu wciąż sprowadzają się nowi? – gdy wreszcie minęliśmy ostatnie zabudowania, zaciekawiona zapytałam jadącego na koniu obok mnie Christophera.
Młodzieniec wydawał się sympatyczny, ale ja wciąż nie miałam pewności, czy w ogóle go lubię. Nawet pomimo jego wsparcia podczas nieprzyjemnej przygody, która nam się przydarzyła. Właściwie nie byłam pewna, dlaczego tak bardzo mnie drażni nawet sama jego obecność.
Christopher wzruszył ramionami.
– W cieniu Wieży czują się bezpieczni. Są pewni, że w razie potrzeby zapewnimy im ochronę.
– I faktycznie tak jest? – spytał z wyraźną drwiną dosiadający srokatej klaczy Aedan, który najwyraźniej wciąż żywił urazę z powodu słów kuzyna, który stwierdził, że gdyby czarodzieje wtrącili się w wojnę pomiędzy Vente, a Północnymi Ziemiami, to wsparliby mojego ojca.
– Zależy co by się działo – z bolesną szczerością odpowiedział Christopher. – Pośpieszmy się, bo niepotrzebnie tracimy czas – ponaglił nas spinając konia do galopu.
Poczułam jak moja kara klacz radośnie zrywa się, by pogonić za wałachem chłopaka i pozwoliłam, by cudowne uczucie towarzyszące galopowaniu rozlało się po całym moim ciele. W dawnym życiu, w którym byłam samotną nastolatką z bogatymi rodzicami, nic nie sprawiało mi takiej przyjemności jak jazda konna. W tym świecie ku mojej ogromnej radości była ona codziennością.
Zwolniliśmy po kilkudziesięciu minutach jazdy, by zboczyć z traktu i zagłębić się w rzadki, brzozowy las. Christopher, który tego dnia był naszym przewodnikiem, pewnie prowadził konia pomiędzy drzewami. Z daleka słychać było szum wody. Gdy wyjechaliśmy spośród drzew, moim oczom ukazał się wspaniałej urody wodospad. Woda spadała pomiędzy skałami do rozległego zbiornika, by później szerokim korytem leniwie płynąć dalej.
Zsiedliśmy z koni, a Aedan wziął wodze mojej klaczy i wprawnie poluzował zwierzętom popręgi, by bezpiecznie mogły skubać zieloną trawę. Christopher również zostawił swojego wierzchowca i podszedł do mnie uśmiechając się radośnie.
– Więc czemu nas tu zabrałeś? – spytałam nieufnie.
– Bo to ładne miejsce – oznajmił z chłopięcą przekorą, a ja poczułam, że mam ochotę mu przyłożyć i to wcale nie w żartach.
Mimo cudownego galopu wcale nie byłam w najlepszym humorze. Martwiło mnie czy po drodze coś złego nie spotkało Daemona i Sol. Drażniło mnie zniknięcie Ravena i to co wcześniej wydarzyło się między nami. W tym momencie dobry humor Christophera działał na mnie jak czerwona płachta na byka.
– Jest wiele ładnych miejsc – odpowiedziałam mu zirytowana.
– Ale to właśnie tutaj chciałem pokazać ci, czego mógłbym cię nauczyć, gdybyś mi na to pozwoliła – wyszczerzył do mnie zęby w uśmiechu.
Spojrzałam na niego ze zdecydowanie większym zainteresowaniem.
– Jestem do twojej dyspozycji – odezwałam się z nutką ekscytacji, czując jak z miejsca zmienia się moje nastawienie do porannej wycieczki i zupełnie ignorując fakt, jak łatwo dałam się podpuścić.
Christopher odsunął się ode mnie o kilka kroków, wciąż nie przestając się uśmiechać.
– W razie potrzeby uspokój konie – poprosił równie zaciekawionego, co ja Aedana. – Przekształć się – wyszeptał, gdy tamten w odpowiedzi skinął mu głową.
Postać Christophera otoczyła srebrna mgiełka. Po chwili na miejscu chłopaka stał śnieżnobiały, olbrzymi wilk. Patrzyłam na niego z zachwytem, marząc o tym, by również móc coś takiego zrobić. Byłam jednak pewna, jak będzie brzmiał jego warunek, ponieważ dręczył mnie o to od pierwszego dnia, kiedy się poznaliśmy. Z nieznanej mi przyczyny bardzo zależało mu na tym, żebym przestała być uczennicą Ravena i znalazła się pod jego własnymi, opiekuńczymi skrzydłami.
– Co muszę zrobić, żebyś mnie tego nauczył? – spytałam zrezygnowana, gdy na miejscu wilka znów znalazł się człowiek.
– Nic – był wyraźnie zadowolony z siebie.
– Nic? – nie mogłam w to uwierzyć.
– Effie, chcę, żebyśmy byli przyjaciółmi – oznajmił pewnym głosem. – To jak, zaczynamy?
Przemiana w wilka wcale nie była prostą czynnością. Nie wystarczyło tak jak w przypadku wielu innych rzeczy, ukierunkować swojej woli wypowiadając zaledwie jedno słowo. Musiałam dokładnie wyobrazić sobie każdy szczegół, poznać wilczą anatomię, którą opisał mi Christopher i dopasować wszystkie detale, nawet takie jak wielkość uszu czy długość ogona. Pierwsza poprawna przemiana udała mi się dopiero po paru godzinach ciężkiej pracy. Wilczyca, którą się stałam była czarna jak noc i stosunkowo drobna, szczególnie w porównaniu z wielkim, białym wilkiem, w którego przemieniał się Christopher. Zachwycona podbiegłam do Aedana, który znudzony już od dawna drzemał leżąc w trawie. Gwałtownie się podniósł, kiedy trąciłam go łapą.
– Effie? – spytał szeroko otwierając oczy.
Dotknęłam go nosem, a on wyciągnął rękę i delikatnie przesunął dłonią po moim miękkim futrze.
Masz ochotę pobiegać? – usłyszałam myśl Christophera.
Och tak! Zdecydowanie miałam! Czułam jak rozpiera mnie energia, którą koniecznie musiałam jakoś rozładować.
Po chwili zniknęliśmy w lesie. Bieg nie kosztował mnie ani odrobiny wysiłku. Czułam się cudownie!
Dziękuję, że mi to pokazałeś – wysłałam myśl w kierunku Christophera, który wcześniej wyjaśnił mi, że tak właśnie porozumiewają się wilki.
Mógłbym nauczyć cię o wiele więcej, podzieliłbym się z tobą wszystkim, co wiem – kusił. – Lucas i Andre również.
Czemu chcesz mnie uczyć? Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?
Ponieważ byliśmy w wilczej formie, usłyszałam myśl, której byłam pewna, Christopher wcale nie chciał mi przekazać. Ani trochę nie zależało mu na tym żeby mnie uczyć. Nie chciał, żeby robił to Raven. Myśli tej jednak nie towarzyszyła zawiść, ani żadne inne tego typu uczucie, a strach. Christopher bał się, że Raven zrobi mi krzywdę.
Zrozum, on jest nieobliczalny – temu, co chciał mi przekazać towarzyszył ogromny niepokój i nuty desperacji. – Uwierzyłem pogłoskom, przez które myślałem, że jesteś złą osobą. Dlatego zostawiłem cię Ravenowi. Potem cię poznałem i wiem, że taka nie jesteś. Poza tym, kiedy przestąpiłaś próg Wieży, stałaś się jedną z nas i moim obowiązkiem jest cię chronić.
Dlaczego tak bardzo nie lubisz Ravena? – podczas przekazu myślowego nie mogłam ukryć ogromu swojej ciekawości. – Czemu uważasz, że powinnam się go bać?
Effie, on zabija z zimną krwią. Nigdy nie ma wyrzutów sumienia. Nikim się nie przejmuje. Zapomniałaś, że już pierwszego dnia naraził cię na śmiertelne niebezpieczeństwo? – spytał. – Do Czarnej Wieży przybył, kiedy miał dwanaście lat, rok później wrócił do domu tylko po to, żeby go spalić. Nikt nie uszedł stamtąd z życiem, a Mistrz, jakby nigdy nic przyjął go z powrotem. – Christopher był wyraźnie rozgorączkowany. – A to wcale nie było najgorsze co zrobił. Bawi się zakazaną magią, przeprowadza niebezpieczne eksperymenty, wzywa demony. Powinnaś się trzymać od niego z daleka, dla własnego bezpieczeństwa. Tak jak robią to pozostali.