Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Effie, dzień trzeci

    Miejsce, w którym się znalazłam, ani trochę mi się nie podobało. Mieszkańcy ogromnej twierdzy Manhaim dzielili się na dwie kategorie. Jedni panicznie się mnie bali, a drudzy próbowali się podlizywać. Aedan, nie przebierając w słowach uświadomił mi, że nie mogę spędzić reszty życia w pokoju, a teraz chodził za mną niczym cień, milczący i ponury jak chmura gradowa. 

    Twierdza, mimo że przypominała mi trochę średniowieczny zamek, to jednak dysponowała znacznie większą ilością udogodnień. Była tutaj kanalizacja, a z rur płynęła bieżąca woda. Ściany i sufity ozdobione były kulami światła, choć nie sądziłam, by w budynkach był prąd. Niektóre kobiety nosiły piękne, obcisłe suknie, z wycięciem przy udzie, by nie krępowały ich ruchów, większość jednak mieszkańców ubierała się praktycznie, w coś, co określiłabym mianem eleganckiej odzieży sportowej. Kobiety najczęściej nosiły obcisłe legginsy i tuniki oraz wysokie, skórzane buty, a mężczyźni przylegające do ciała, ciemne stroje. 

    Od trzech dni zwiedzałam twierdzę i przylegające do niej miasto, a jeszcze nie poznałam wszystkich jej zakamarków. To były naprawdę rozległe włości. 

    Nasz plan dnia zawsze wyglądał mniej więcej tak samo. Zaczęłam od odprawienia służących i teraz pojawiali się tylko ci, którzy w milczeniu przynosili jedzenie. Aedan wylegiwał się do późna, wyraźnie zadowolony, że może to robić. Łóżko było tak duże, że bez problemu podzieliśmy je między sobą. Ja w tym czasie czytałam wszystko, co tylko wpadło mi w ręce, a zbiór książek, które Vivien trzymała w zamkniętych regałach czarno-białego pokoju był oszałamiający. Większość dotyczyła działania magii, ale pojawiły się wśród nich również podręczniki sztuk walki, książki historyczne i powieści o bohaterach. Z tyłu, schowane za innymi tomami, znalazłam nawet jakieś romanse, które przybliżyły mi odrobinę etykietę i dworskie życie. Gdy Aedan decydował się wstać, chodziliśmy zwiedzać, a po paru godzinach wracaliśmy do pokoju. Nikt niczego ode mnie nie wymagał, a nawet wręcz przeciwnie. Odniosłam wrażenie, że osoby, które spotykałam oddychają z ulgą, że to ja niczego od nich akurat nie chcę. 

    Jednak trzeciego dnia chłopak oznajmił, że powinniśmy zacząć trenować. W twierdzy Manhaim, domu wojowników, dla każdego było to codziennością. Bogactwo miejsc przeznaczonych do nauki walk było równie oszałamiające, co sama forteca.  

    – Wszyscy wyjść – rzuciłam chłodno, kiedy weszłam z Aedanem u boku do jednej z mniejszych treningowych sal.  

    Mimo zapewnień chłopaka, że tak właśnie zachowywała się Vivien, poczułam się bardzo nieswojo przerywając im ćwiczenia i wyganiając z miejsca, w którym mieli większe prawo być niż ja sama. 

    Mężczyzna koło trzydziestki i dwóch nastoletnich podlotków skłoniło się nisko, zabrali swoje rzeczy i opuścili salę. Aedan zamknął za nimi drzwi. 

    – Co teraz? – spytałam niezbyt przekonana do jego pomysłu. 

    Wzruszył ramionami.

    – Będziemy ćwiczyć – wyjaśnił jak gdyby nigdy nic. – Nawet jeżeli ty nic nie potrafisz, to Vivien trenowała od najmłodszych lat i jej ciało na pewno pamięta co i jak. Z tego, co widziałem nie była najlepsza – dodał – więc nie musisz się za bardzo przejmować, nikt nie będzie cię sprawdzał. Ważne, żebyś potrafiła się obronić. Znacznie lepiej szło jej z magią.  

    – Doskonale – mruknęłam pod nosem. 

    Tkwiłam w niebezpiecznym, nieznanym mi miejscu, w którym poza moją wątpliwej jakości grą aktorską, nie miałam żadnej możliwości obrony. 

    Aedan na sali treningowej czuł się jak ryba w wodzie. Na jego twarz wrócił pogodny uśmiech. Z ulgą przyjęłam, że forsowna rozgrzewka, którą zarządził, nie sprawiła mi większych trudności. Problemy zaczęły się, dopiero kiedy przeszliśmy do podstaw obrony. Chłopak miał opory przed tym, żeby mnie dotykać i musiałam przyznać, że… wcale mu się nie dziwiłam. 

    – Chcesz zrobić przerwę? – spytałam patrząc na niego zaniepokojona. 

    Przecząco pokręcił głową. 

    – Muszę sobie po prostu wbić do głowy, że jej już nie ma – mruknął. 

    – Chciałabym czegoś spróbować, możemy? – spytałam przyglądając mu się uważnie. 

    – Jasne – spróbował się uśmiechnąć, ale jego uśmiech wyszedł bardzo blady. 

    Czytałam wiele książek fantasy, oglądałam filmy oraz seriale i kilka dotyczących magii rzeczy prawie we wszystkich się zgadzało. Byłam ciekawa, czy zadziałają również i w tym zupełnie obcym dla mnie świecie. Wyobraziłam sobie wysoki, ceglany mur, taki jak ten, który otaczał tajemniczy ogród. Przysunęłam się bliżej chłopaka i wzięłam go za rękę. Wbił wzrok w ziemię, ale bez wahania podał mi swoją dłoń. Czułam targające nim emocje. Obrzydzenie i złość w stosunku do ciała Vivien mieszały się w jego umyśle z cienką nicią sympatii, jaką zaczął mnie darzyć. Wstydził się również tego, że ona mu się podoba i jego ciało na nią reaguje. Byłam pewna, że ta psychopatka wykorzystywała to w każdy możliwy sposób. Aedan spojrzał na mnie zaskoczony. 

    – Nie widzę twoich myśli, jak to zrobiłaś? – spytał nieufnie. 

    – Wyobraziłam sobie ścianę – uśmiechnęłam się do niego. – Spróbujemy jeszcze czegoś? – poprosiłam, a on tylko skinął głową. 

    Pomyślałam o kocie, którego mieli moi rodzice. Był rodowitym persem o płaskim nosie i naprawdę paskudnym charakterze. To przez niego często miałam podrapane ręce.  

    – Co to za stworzenie? – spytał Aedan. – Wyglądało komicznie. 

    – Kot, tylko taki rasowy – odpowiedziałam mu automatycznie, zdziwiona, że się udało. Magia była fascynująca i niezwykle przydatna, a ja zamierzałam dowiedzieć się na jej temat czego tylko się da. – To co, nauczysz mnie jak się bronić czy na dzisiaj dajemy sobie spokój? 

    Chłopak westchnął, ale tym razem już bez wahania chwycił mnie za ramię i ustawił w odpowiedniej jego zdaniem pozycji. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie, dzień siódmy

    Kiedy się obudziłam, ku mojemu zdziwieniu, Aedana przy mnie nie było. Poczułam ukłucie paniki. W pośpiechu włożyłam na siebie ciemnofioletową tunikę i czarne spodnie. Pamiętając o potrzebie zachowywania pozorów, rozczesałam i związałam włosy w wysoką kitkę. Zanim jednak zdążyłam wyjść, drzwi czarno-białego apartamentu otworzyły się, a chłopak wszedł do środka. Jego twarz była blada jak płótno. Rzucił kilka niecenzuralnych słów, a potem zaczął przeklinać w nieznanym mi języku. 

    – Co się stało? – spytałam zaniepokojona. 

    – Twój chłopak wrócił z frontu. Niestety w jednym kawałku. 

    Spojrzałam na niego zaskoczona. 

    – Myślałam, że ona sypiała z tobą… – żadne z nas nie miało ochoty wypowiadać jej imienia. 

    – Sypiała z kim chciała – warknął – i ani on, ani ona nie mieli nic przeciwko trójkątom.  

    – Och! – spojrzałam lekko przestraszona na swoje-nieswoje ciało.  

    Chłopak sprawiał wrażenie zmieszanego.

    – Przepraszam, nie chciałem – mruknął. – Po prostu, zanim wyjechał byłem już w sytuacji z nią i Daemonem i… nie było miło. Nie wiem które z nich miało większe skłonności do sadyzmu. 

    – Kłócili się o coś? – zapytałam z nadzieją. 

    Aedan przecząco pokręcił głową. 

    – Był jak wierny pies – wyznał. – Gotowy na każde jej skinienie. 

    Wzdrygnęłam się. 

    – Więc się domyśli? – spytałam cicho. 

    – Mam nadzieję, że nie… – powiedział spokojnie – ale jeżeli tak się stanie, rozkażesz go zabić. Jest półkrwi i stoi dość nisko w hierarchii, tylko dzięki niej coś zaczął znaczyć. Arystokracja uzna, że się nim znudziłaś.  

    – Nie zamierzam nikogo zabijać! – zaprotestowałam. 

    Chłopak przymknął oczy. 

    – Rozumiem – stwierdził chłodno – ale obawiam się, że żeby przeżyć, czasami będziesz musiała…

    – Poza tym, gdzie byłeś? – naskoczyłam na niego, chcąc zmienić temat.

    Zmieszał się odrobinę. 

    – Moi ludzie, ci którzy przeżyli, wciąż są tu uwięzieni – wyjaśnił cicho. – Zaniosłem im trochę jedzenia.  

    Och. Musiałam przyznać, że nie tego się spodziewałam. 

    – Nic ci nie grozi, kiedy wychodzisz beze mnie? – spytałam nie kryjąc zdziwienia. 

    Wzruszył ramionami. 

    – Od czasu do czasu ktoś mnie dla zabawy zaczepia, ale nikt mi nic nie zrobi. Nie bez twojego pozwolenia. Mówiłem ci, łączy nas magiczna więź, więc i tak nie mógłbym uciec – wyjaśnił. – Czasem zdarzało się jej mnie po coś posyłać – dodał. 

    – Martwiłam się – przyznałam szczerze. – Zniknąłeś bez słowa. 

    Jego wciąż pobladłą twarz ozdobił lekki uśmiech. 

    – Nie pomyślałem o tym – westchnął – przepraszam. Następnym razem wezmę to pod uwagę, ale na razie opowiem ci wszystko, co wiem o Daemonie, bo na pewno jeszcze dzisiaj będzie chciał się z tobą spotkać. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Niecierpliwie wygładziłam przylegającą do ciała, fioletową tunikę. Po kilku krótkich wspomnieniach, które pokazał mi Aedan, byłam pewna, że nie polubię Daemona. Miałam jednak nadzieję, że uda mi się go oszukać. Gdy tylko wszedł do czarno-białego pokoju natychmiast wstałam z kanapy. Jego obecność natychmiast wypełniła pomieszczenie. Był szeroki w barach, ciężki w ruchach, ubrany w dopasowaną, czarną koszulę, która podkreślała sylwetkę wojownika przyzwyczajonego do walki, nie do salonów. Wziął mnie w ramiona, a ja pozwoliłam mu okręcić się ze mną dookoła. Pochylił się wtulając twarz w moje włosy, a ja chcąc nie chcą przylgnęłam do niego, wtulając policzek w jego czarną koszulę. Cieszyłam się, że Vivien nie należała do zbyt wylewnych osób, bo dzięki temu nie musiałam mówić szczególnie dużo. 

    W końcu Daemon odsunął się ode mnie odrobinę i opadł z westchnieniem na czarną kanapę, ciągnąc mnie za sobą. Usiadłam obok niego, a on przytulił mnie do siebie. Chłopak Vivien był przystojny urodą modela z reklam odzieży sportowej. Krótko ścięte blond włosy, urokliwa, ale wyraźnie męska twarz, zielone oczy i ciało wojownika. Nie potrafiłam nie porównywać go do Aedana, który był równie przystojny, ale zdecydowanie szczuplejszy i budową ciała raczej przypominał lekkoatletę niż zapaśnika.    

    – Tęskniłem za tobą – mruknął w moje włosy, a ja wtuliłam się w niego jeszcze mocniej. 

    To było… przyjemne. Zbyt przyjemne, szczególnie jak na to, że udawałam, ale ciało Vivien wyraźnie na niego reagowało, tak samo zresztą, jak i na Aedana, a ja nie miałam ochoty walczyć z chemią. Poza tym… bardzo potrzebowałam, żeby ktoś mnie choć odrobinę przytulił. Nawet jeżeli ten ktoś w rzeczywistości był socjopatą i prawdopodobnie szybko stanie się moim wrogiem. 

    – Coś cię niepokoi? – spytałam cicho, z całą pewnością wiedząc, że mam rację. 

    Odsunęłam się od niego odrobinę, żeby móc patrzeć mu w oczy, które teraz jednak były przymknięte. Wziął głęboki oddech.  

    – Jak zwykle przenikliwa – zamruczał cicho, przesuwając dłonią po moim udzie, jakby w bezwiednym geście. Ze wszystkich sił walczyłam ze sobą, żeby się nie wzdrygnąć. – To była pułapka – wyznał otwarcie. – Ktoś naumyślnie wprowadził w nią mój oddział. Nie mieliśmy szans, żeby się wycofać – mówił spokojnym głosem, ale ja całą sobą czułam, jak bardzo jest spięty. Otworzył oczy i spojrzał na mnie łagodnie. – Żyję tylko dzięki twoim runom – przyznał. – Ukryły mnie.     

    Wzięłam go za rękę, splatając jego palce z moimi palcami. Nie wiedziałam, czy powinnam mu o tym mówić, ale… uznałam, że przynajmniej na razie będę miała w nim sprzymierzeńca. 

    – Mniej więcej tydzień temu ktoś próbował mnie otruć – wyznałam, a potem podzieliłam się resztą tego, co w międzyczasie odkrył Aedan. – Wiem, że zarządca jest w to zamieszany, ale nie sądzę, żeby działał sam… 

    W zielonych oczach zapłonął gniew. 

    – Czemu więc jeszcze żyje?! – zawarczał. 

    Westchnęłam. Daemon wyraźnie należał do tych porywczych mężczyzn, bez szerszej perspektywy. 

    – Ponieważ jest tylko płotką. 

    – I masz nadzieję, że doprowadzi cię do grubszej ryby? – zgadł. 

    Skinęłam głową. Blondyn na chwilę się zamyślił, a potem rozluźnił, wygodniej rozsiadając się na kanapie. 

    Niespodziewanie drzwi wejściowe otworzyły się i do środka wszedł Aedan. Spojrzał na nas zaskoczony. Zaklęłam w duchu, patrząc na wiszący na ścianie zegar. Według planu miałam zaproponować Deamonowi spacer i… miało nas tu już nie być od dobrych piętnastu minut. Wróciłam wzrokiem do siedzącego obok mnie blondyna i zamarłam. Jego twarz wykrzywiała wściekłość. 

    – Wyjdź i poczekaj za drzwiami – rozkazał – na kolanach – dodał. Aedan bez wahania posłuchał. – Jeszcze nie znudził ci się ten szczeniak? – zwrócił się do mnie, a na jego twarzy nie było już ani cienia złości, teraz gościł na niej szeroki, leniwy uśmiech. 

    Zmusiłam się do ukrycia własnych, narastających we mnie emocji. 

    – Długo cię nie było – zamruczałam. 

    – To fakt – przyznał, sadzając mnie sobie na kolanach – ale już jestem i nigdzie się nie wybieram. 

    Przyciągnął mnie do siebie i pocałował zaborczo, a ja walczyłam ze sobą, żeby go nie odepchnąć. Zmusiłam się do odwzajemnienia pocałunku, bo byłam pewna, że Aedan miał rację i jedyną alternatywą byłoby skazanie Daemona na śmierć. 

    Note