Rozdział 7 – Serce Czarnej Wieży
by Vicky
Effie, dzień osiemnasty
Daemon wykąpał Sol, a potem położył się przy niej na łóżku, brudną pościel po prostu zrzucając na podłogę. Zjedliśmy z Aedanem kolację i w milczącym porozumieniu wspólnie zajęliśmy kanapę. Nie było to może najwygodniejsze rozwiązanie, ale żadne z nas nie chciało im przeszkadzać. Położyłam głowę na przedramieniu chłopaka, opierając się o niego plecami, a on przyciągnął mnie do siebie, drugą ręką obejmując w talii. Starałam się nie myśleć, ale i tak długo nie mogłam zasnąć, wciąż mając żywo przed oczami to, co działo się z Sol i zdając sobie sprawę z tego, co by się stało, gdyby Raven nie zdecydował się pomóc.
Kolejny dzień prawie cały spędziliśmy zamknięci w pokoju. Dopiero pod wieczór zaniepokojona służba doniosła, że posłaniec z Czarnej Wieży również tego dnia nie opuścił swoich komnat i nie tknął przygotowanego dla niego jedzenia. Zdałam sobie sprawę, że bardziej bali się zajrzeć do niego, niż powiadomić mnie, co, musiałam przyznać, było dość nietypowe. Zaniepokojona weszłam do pokoju Ravena, który nie reagował na pukanie. Mimo późnego popołudnia chłopak spał. Byłam ciekawa, czy to możliwe, że tak bardzo wykończyła go używana przez niego magia? W głowie kłębiły mi się setki przeróżnych pytań i żywiłam nadzieję, że będę miała sporo czasu na ich zadanie.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
Ktoś łagodnym głosem wypowiedział moje imię, dotykając mojego przedramienia. Otworzyłem oczy, by zobaczyć pochyloną nade mną, śliczną twarz księżniczki, na której rysowała się wyraźna ulga. Cholera! Wiedziałem, że tak będzie!
– Długo spałem? – spytałem siadając powoli, żeby nie zakręciło mi się w głowie.
– Jest już wieczór – odpowiedziała, a ja wcale nie byłem zdziwiony. – Służba się zaniepokoiła, bo nie ruszyłeś żadnego z posiłków. To wina magii? – spytała zaciekawiona.
Skinąłem głową. Byłem potwornie głodny, spragniony i wciąż nie mogłem przegonić wspomnienia potwornego bólu z poprzedniego dnia. Ciekawe czy w ogóle się opłaciło.
– Dziewczyna żyje? – spytałem obojętnym tonem.
– Tak – odpowiedziała po prostu, bez wdawania się w szczegóły. – Zamierzasz coś zjeść?
– A co, chcesz mnie nakarmić? – spytałem bez zastanowienia.
– Jeśli masz taki kaprys – uśmiechnęła się do mnie uroczo, tylko odrobinę się rumieniąc.
Roześmiałem się. Musiałem przyznać, że to całkiem kusząca perspektywa. Teraz jednak chciałem, żeby sobie stąd poszła. Nie miałem zamiaru pokazywać jej swojej słabości.
– Możemy jutro wyjechać? – spytałem nie kryjąc nadziei.
Zastanowiła się przez chwilę, a potem skinęła głową.
– Myślę, że Sol da radę podróżować – oznajmiła, natychmiast wzbudzając moją irytację.
– Nie zrozumieliśmy się – odezwałem się chłodno, patrząc na nią wyzywająco. – Jedziemy tylko my, ty i ja. Nie zabierzesz ze sobą trzystuosobowego orszaku.
– Nie planowałam – odpowiedziała mi spokojnie. – Chcę zabrać trzy osoby, nie trzysta.
Z trudem powstrzymałem się przed warknięciem.
– Wieża i tak nie wpuści nikogo bez predyspozycji do magii – oznajmiłem mając nadzieję, że to zakończy dyskusję.
– Nie musi – jej ton stał się władczy i nieznoszący sprzeciwu. – Wokół jest wystarczająco dużo zabudowań gospodarczych.
To fakt. Wokół Czarnej Wieży powstało całe, niewielkie miasteczko. Musiałem przyznać, że księżniczka dobrze się przygotowała.
– Po co chcesz ich zabierać? – nie byłem pewien czy kłótnia z nią ma jakikolwiek sens, ale miałem nadzieję, że dotrą do niej jakieś logiczne argumenty.
Spojrzała na mnie wyraźnie rozważając jakiej odpowiedzi ma mi udzielić. Spodziewałem się kłamstwa, ale ona zaskoczyła mnie zupełną szczerością.
– Ponieważ nie dożyją mojego powrotu – przyznała. – W Manhaim nie jest bezpiecznie. Dopiero co moja niedoszła macocha została zmuszona do wypicia trucizny, którą dla mnie przygotowała.
– Rozumiem – mruknąłem niechętnie. – Na twoim miejscu wyprawiłbym ich od razu. Konna podróż zajmie im koło dwóch tygodni. My w Czarnej Wieży znajdziemy się w ciągu godziny.
Ku mojemu zdumieniu nie zadawała dalszych pytań. Przystała również na moją sugestię, żeby iść się przygotować do drogi. Nie miałem pojęcia co o niej myśleć, bo odbiegała od wszelkich moich wcześniejszych wyobrażeń. Zacząłem się zastanawiać czy nie popełniłem błędu przyjeżdżając do Manhaim. Wyobraziłem sobie Christophera na moim miejscu. Byłby zachwycony mogąc zgrywać dla niej bohatera. Uśmiechnąłem się pod nosem. Być może to jednak on popełnił błąd, nie zgadzając się na propozycję Mistrza, a jeśli Wieża wpuści ją do środka, w najgorszym przypadku pozostanie mi taka satysfakcja.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień dziewiętnasty
Spotkaliśmy się na placu przed zewnętrznymi murami twierdzy, tak jak chciał tego Raven. Musiałam przyznać sama przed sobą, że czuję lekką ekscytację na myśl o jakimś magicznym, tajemniczym sposobie podróżowania. Karmiona od wczesnego dzieciństwa książkami fantasy, mogłam tylko zgadywać, co mnie czeka. Gdy jednak zbliżyliśmy się do Ravena, brązowe oczy chłopaka pociemniały ze złości. Z wrogością spojrzał na odzianego w strój podróżny Aedana.
– Co on tu robi?! – warknął na mnie.
– Jedzie z nami – miałam nadzieję, że mój głos brzmi wystarczająco pewnie.
– Myślałem, że już to ustaliliśmy – jego ton był lodowaty – twoi towarzysze mieli jechać konno.
– I tak się stało – powiedziałam patrząc na niego wyzywająco. – Jestem tylko ja i Aedan. Jeżeli twój sposób podróżowania nie dopuszcza jego obecności, to my również możemy pojechać konno.
Raven się zawahał. Wyglądało na to, że walczy sam ze sobą i nad czymś się zastanawia.
– Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy? – spytał nie kryjąc niechęci.
– Połączyła nas więzią cienia – ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział mu Aedan. – Nie mogę się od niej za bardzo oddalić – dodał. – No chyba, że potrafisz ją przerwać? – zapytał z nadzieją.
Czarodziej się roześmiał, ale jego śmiech wcale nie brzmiał wesoło.
– Niezła próba, niewolniku – odpowiedział mu chłodno. – Są jednak inne sposoby. Mogę cię po prostu zabić i wtedy nie będziesz już problemem.
– Ani się waż – tym razem to ja warknęłam na niego, na wszelki wypadek stając pomiędzy nim, a Aedanem.
– Jak sobie chcesz – westchnął wyraźnie niezadowolony Raven. – Skoro nie ma innego wyjścia, to możemy spróbować go zabrać ze sobą.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Mimo wszystko i tak jechaliśmy konno, ale tylko po to, żeby opuścić stolicę Północnych Ziem, Mayonakę. Gdy jednak znaleźliśmy się w dolinie, za granicami miasta, Raven wypuścił nasze konie, żeby spokojnie wróciły do domu. Sceptycznie spojrzał na moją przewieszoną przez ramię torbę. Taką samą miał również Aedan. Obydwoje uznaliśmy, że nie potrzebujemy więcej bagaży i mieliśmy ze sobą jedynie ciepłą odzież i zapas na zmianę oraz gotówkę i kosztowności, za które coś będzie można kupić na miejscu.
Zeszliśmy w głąb doliny i zatrzymaliśmy się przed linią drzew, gdzie królowały porośnięte wysoką trawą nieużytki. Kawałek dalej coś się poruszyło, powoli wynurzając się z trawy. Zaskoczona stanęłam w miejscu. Wcześniej myślałam, że to pagórek, ale gdy pokazało całą swoją postać… To był… najprawdziwszy w świecie smok! Stworzenie było przepiękne. W całości pokrywały je czarne, odbijające światło słoneczne łuski. Smok był gigantyczny. Jego głowa sama w sobie dorównywała wielkością mojemu tułowiowi, a szyja była gruba jak pień starego drzewa. Kiedy pochylał łeb w moją stronę, widać było, że mógłby objąć mnie szczękami bez najmniejszego wysiłku – jeden ruch, jedno zwarcie, i przestałabym istnieć. Byłam przekonana, że jednym leniwym ruchem łapy mógłby połamać człowiekowi wszystkie kości.
Raven podszedł do stworzenia bez cienia lęku i pogłaskał ręką rozszerzające się nozdrza.
– To Scarlett – przedstawił ją z dumą w głosie. – Tęskniłaś? – zamruczał do smoka, a chyba raczej w tym przypadku smoczycy, która delikatnie trąciła go pyskiem. – Wracamy do domu, ale mamy gości, nie masz nic przeciwko? – zapytał.
Głowa stworzenia, na długiej szyi wysunęła się w naszym kierunku, a ja poczułam, jak stojący u mojego boku Aedan sztywnieje. Nie miałam pojęcia jak powinnam odnosić się w stosunku do smoka, ale skoro Raven z nią rozmawiał, to musiała być istotą rozumną.
– Miło mi cię poznać – odezwałam się bez przekonania. – Wyglądasz wspaniale – dodałam zupełnie szczerze.
Mój umysł zalała fala wizji. Rozbryzgująca się morska woda, tarzanie się w piasku na plaży, powiew wiatru podczas lotu. Zdałam sobie sprawę, że to jeszcze smocze dziecko… choć może już nie takie całkiem małe. Wyobraziłam sobie wspomnienie rozbryzgujących się na nocnym niebie, barwnych fajerwerków, łąkę pełną czerwonych maków, smak dziko rosnących poziomek. Przez mój umysł przemknęła fala jej zadowolenia. Wyciągnęła szyję tak, że teraz jej pysk znalazł się za mną i popchnęła mnie delikatnie w stronę stojącego kawałek dalej Ravena. Młodzieniec patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, ale niczego nie powiedział. Łeb smoczycy znalazł się pomiędzy nami, a Aedanem. Bestia syknęła na niego ostrzegawczo, a on cofnął się o kilka kroków.
– To by było na tyle, jeśli chodzi o latanie – mruknął do mnie Raven – wyraźnie go nie polubiła.
– A nie dzieje się tak przypadkiem dlatego, że ty go nie lubisz? – zasugerowałam, zdając sobie sprawę z jaką łatwością smoczyca odczytywała moje emocje.
Obojętnie wzruszył ramionami.
– Być może, ale to on patrzy na Scarlett z odrazą.
– A gdyby spał? Zgodziłaby się go wtedy zabrać? – spytałam sugerując pierwsze rozwiązanie, jakie przyszło mi do głowy.
– Warto spróbować – stwierdził zrezygnowany.
Odnalazłam łączącą mnie z Aedanem więź. Spojrzał na mnie zaskoczony, kiedy spróbowałam przekazać mu trochę własnego spokoju. Pomyślałam o tym, że zasypia, a on osunął się na trawę. Zdziwiłam się, że podziałało i to z taką łatwością, ale starannie ukryłam swoje zaskoczenie.
Smoczyca dokładnie obejrzała leżącego na trawie chłopaka, a potem odrobinę się wycofała. Dopiero teraz zauważyłam, że na jej grzbiecie znajduje się czarna, skórzana uprząż. Scarlett długim ogonem oplotła Aedana i położyła na swoim grzbiecie. Odniosłam wrażenie, że patrzy na nas z wyrzutem. Raven równie niechętnie wspiął się na grzbiet smoczycy i przywiązał chłopaka rzemieniami.
– Masz coś cieplejszego? – spytał patrząc na mnie z góry.
Sam, mimo ciepłego, wiosennego dnia, miał na sobie skórzaną kurtkę, a ja dopiero teraz zrozumiałam jej sens. Wyjęłam z przewieszonej przez ramię torby swoją kurtkę i włożyłam ją na tunikę, zapinając jej haftki pod samą szyję. Nie mając pojęcia co mnie czeka, nie spakowałam zbyt wielu rzeczy, ale nie zapomniałam o cieplejszym ubraniu.
Raven wyciągnął do mnie rękę, a kiedy ja również wspięłam się na grzbiet smoczycy, posadził mnie przed sobą i zabezpieczył nas rzemieniami. Scarlett wyraźnie się niecierpliwiła. Kiedy wstała i rozwinęła ogromne, pokryte czarną błoną skrzydła, zamknęłam oczy. Uczucie wznoszenia się było jednocześnie cudowne i przerażające. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Raven obejmuje mnie ramionami, ale nie protestowałam. Dzięki temu poczułam się bezpieczniej. Gdy otworzyłam oczy byliśmy już wysoko. W oddali widać było Mayonakę i twierdzę Manhaim. Z lotu ptaka wyglądała jednocześnie złowrogo i baśniowo.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć w to, jak łatwo porozumiała się ze Scarlett. Smoczyca nie żywiła przyjaznych uczuć nawet względem większości magów z Czarnej Wieży, a ją zaakceptowała bez żadnych zastrzeżeń. To było… interesujące. Musiałem przyznać sam przed sobą, że będzie mi trochę przykro, jeżeli księżniczka zginie zaraz po przekroczeniu progu. Jednak w najmniejszym stopniu nie zależało to ode mnie.
Po przyjemnym locie, Scarlett wylądowała na placu przed Czarną Wieżą. Księżniczka rozglądała się zaciekawiona. Kiedy pozbyłem się naszych zabezpieczeń, zwinnie zsunęła się z grzbietu smoczycy, a ja podążyłem w jej ślady.
Zakląłem w myślach, bo wokół nas zdążył już ustawić się spory tłum gapiów. Scarlett położyła niewolnika na ziemi, a potem, nie czekając, wzbiła się w powietrze. Nie miałem jej tego za złe. Doskonale wiedziałem, jak bardzo nie lubi przebywać wśród ludzi. Tym razem jednak, przez wzgląd na gości, nie mogliśmy wylądować w zaciszu jej legowiska, które znajdowało się na schowanym w chmurach piętrze wieży.
– Chodź – ponagliłem dziewczynę, chcąc mieć to już za sobą.
– Zaczekaj, co z Aedanem? – spytała zaniepokojona, kucając przy nim.
Westchnąłem ciężko. Czy naprawdę musiała się nim teraz przejmować? Kiedy go dotknęła, leżący na ziemi chłopak otworzył oczy.
– Co się stało? – zapytał wyraźnie skołowany.
– Jesteśmy na miejscu – odpowiedziała mu z bladym uśmiechem.
Wypatrzyłem wśród gapiów znajomą twarz mężczyzny, który często zajmował się różnymi sprawunkami dla mieszkańców Czarnej Wieży.
– Jensen – odezwałem się na tyle głośno, żeby mnie usłyszał i skinąłem ręką, żeby do nas podszedł. – Zaprowadź go do gospody i wynajmij mu pokój – zażądałem, kiedy znalazł się bliżej. Tamten skinął głową i natychmiast zajął się Aedanem. – Zadowolona? Możemy iść? – zwróciłem się do księżniczki, coraz bardziej zniecierpliwiony.
Zirytowało mnie, że przypatruje się plecom oddalającego się niewolnika. W końcu jednak poprawiła przewieszoną przez ramię torbę i skinęła mi głową. Od Czarnej Wieży dzieliło nas kilkanaście metrów, ale otaczająca ją magia działała tak, że nieproszeni goście, mogliby iść w jej kierunku w nieskończoność. Ku mojej uldze jej to nie dotyczyło.
– Co teraz? – zapytała, gdy zatrzymaliśmy się pod czarną, pozbawioną otworów, kamienną ścianą.
– Połóż rękę na kamieniach – zasugerowałem, ciekawy co się stanie.
Dziewczyna posłusznie wykonała moje polecenie. Przez chwilę zaskoczona wpatrywała się w ścianę.
– Ona żyje – szepnęła z niedowierzaniem.
Do diaska! Nie tego się spodziewałem. Jakim cudem ona potrafiła to wyczuć?!
– To może poproś, żeby otworzyła nam drzwi? – postanowiłem brnąć w to dalej. Tym razem nawet nie poczułem zdziwienia, kiedy przed nami pojawiło się ciemne, owalne przejście. – Idziemy? – spytałem starając się ukryć napięcie.
Dziewczyna weszła do środka i… nic się nie stało. Wielokrotnie widziałem już jak Wieża radzi sobie z niechcianymi intruzami, ale ona na szczęście do nich nie należała. Zadowolony poszedłem za nią. Najwyraźniej to nie koniec, a dopiero początek wspólnej zabawy.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Nigdy nie widziałam tak wysokiego budynku! Jej piętra dosłownie tonęły w chmurach. Na dodatek Czarna Wieża nie była po prostu budowlą z kamienia. W ogóle nie była budowlą. Gdy tylko jej dotknęłam, zdałam sobie sprawę, że to żywa, potężna istota, a gdzieś wewnątrz ciemnych jak najczarniejsza noc murów, biło jej serce.
Tak jak zasugerował Raven, zapytałam, czy mogę wejść do środka, a w ścianie po prostu znikąd pojawiło się przejście. Zalała mnie fala przyjemnego ciepła, a przekraczając próg, poczułam się nie tylko mile widziana, ale jakby Wieża czekała na mój przyjazd… zupełnie jakbym była członkiem najbliższej rodziny, którego dawno nie widziała i bardzo za nim tęskniła.
– Co mam teraz zrobić? – spytałam niepewnie, rozglądając się po szerokim, jasno oświetlonym korytarzu.
Znajdowały się przy nim liczne drzwi, nigdzie jednak nie mogłam odnaleźć źródła białego światła.
– Pomyśl, że chcesz znaleźć się w swoim pokoju i po prostu otwórz jakieś drzwi. Wszystko jedno które – poinstruował mnie Raven.
Wzruszyłam ramionami i chwyciłam pierwszą z brzegu klamkę. Otwarte drzwi przywitały mnie przyjaznym błękitem i odrobinę skandynawskim wystrojem. Poczułam się trochę tak, jakbym wchodziła do pokoju z katalogu Ikei. Białe łóżko, szafa, wiszący fotel i niebieskie dodatki. Był tu też regał zastawiony książkami, a na łóżku leżała urocza, pluszowa foczka. Z okna ozdobionego granatowymi zasłonami, które teraz były rozsunięte, rozpościerał się widok na piaszczystą, złotą plażę i morskie fale. Na komodzie stał wypełniony białymi liliami wazon, a w pokoju roznosił się ich błogi, oszałamiający zapach. Raven wszedł za mną do środka, rozglądając się po pomieszczeniu wyraźnie zaskoczony.
– To mój pokój? – spytałam od razu czując się tu jak u siebie.
– O cholera! – wyrwało się chłopakowi.
– Coś nie tak? – spojrzałam na niego zaniepokojona.
– Nie, wręcz przeciwnie – uśmiechnął się do mnie leniwym, kocim uśmiechem. – To, że dostałaś własny pokój oznacza, że Wieża cię w pełni zaakceptowała. Nie tylko cię nie zabije, ale wręcz życzy sobie, żebyś stała się jedną z nas.
– Mogła mnie zabić? – spytałam mając złe przeczucia.
– Owszem, mogła – usłyszałam za sobą nieznajomy, wyraźnie zagniewany głos. Odwróciłam się, by ujrzeć szczupłego, starszego, skromnie odzianego mężczyznę. – Ten kretyn – spojrzał wymownie na Ravena – powinien ulokować cię w gospodzie. Zamiast tego postanowił narazić twoje życie.
Właściwie nawet nie poczułam się zaskoczona. Chyba… tego właśnie spodziewałam się po ciemnowłosym młodzieńcu.
– To nasz Mistrz, Edward Hall – przedstawił mężczyznę, bez cienia skruchy w głosie.
– Owszem, a ty możesz już iść – zwrócił się chłodno do Ravena. – Od tej pory ktoś inny przejmie opiekę nad panienką Arashi.
Nie miałam pojęcia dlaczego, ale poczułam nieprzyjemny uścisk w żołądku. Zaczęliśmy protestować w tym samym momencie. Ostry sprzeciw Ravena zlał się w jedno z moją, miałam nadzieję, uprzejmą prośbą. Edward Hall spojrzał na nas ze szczerym niedowierzeniem. Wyglądało to tak, jakby myślał, że z ulgą przyjmiemy jego decyzję. Ostatecznie jednak wzruszył ramionami, ale zanim zdążył odpowiedzieć, coś na drzwiach do mojego nowego pokoju przykuło jego uwagę.
– To ciekawe – mruknął Mistrz. – Wieża nadała ci nowe imię – zwrócił się do mnie, wskazując starannie wykaligrafowane na drzwiach litery, które układały się w słowo Effie. – Obecnie mieszka tu jedenaście osób, ale coś takiego stało się tylko raz, dziesięć lat temu, kiedy przybył do nas Raven.
– Effie – chłopak uśmiechnął się tym swoim leniwym, aroganckim uśmiechem, wyraźnie smakując moje prawdziwe imię – to pasuje do ciebie znacznie bardziej. Vivien jakoś nie chciało przejść mi przez gardło – skrzywił się nieznacznie, a ja zdałam sobie sprawę, że chyba faktycznie ani razu nie nazwał mnie imieniem księżniczki.
– Ja też je lubię – przyznałam otwarcie.
Edward Hall skinął głową.
– Wieża nigdy się nie myli – oznajmił. – Teraz odpocznij Effie, a wieczorem, podczas kolacji poznasz pozostałych.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
Nie spodziewałem się, że aż tak łatwo będzie podpuścić Christophera, ale proszę… stał teraz ze mną przed budynkiem gospody i kipiał ze złości na samą myśl, że ktoś może posiadać niewolnika. Pieprzony Sir Galahad się znalazł. Tym razem jednak było mi to na rękę.
Weszliśmy do środka i wspięliśmy się na piętro, by chwilę później stanąć przed drzwiami pokoju, w którym zatrzymał się piesek księżniczki. Zapukaliśmy. Otworzył nam prawie natychmiast.
– Gdzie Vivien? – spytał mnie wyraźnie zaniepokojony.
– Nie musisz się jej bać – odezwał się Christopher, wchodząc do środka, a kiedy podążyłem za nim, starannie zamknął za nami drzwi. – Jesteśmy przy granicy z Hanami i Dareshią, w żadnym z tych królestw niewolnictwo nie jest legalne. Wystarczy, że przekroczysz granicę. Jestem Christopher Randall, Czarodziej z Czarnej Wieży i możesz liczyć na moją pomoc.
Chłopak sprawiał wrażenie mocno zmieszanego.
– On sugeruje, żebym uciekł? – znów zwrócił się do mnie, zupełnie ignorując Christophera, co w innych okolicznościach nawet by mi się podobało, ale nie teraz, kiedy liczyłem na to, że to właśnie jemu zaufa.
– Na to wygląda – przyznałem.
– A co z więzią? – zapytał.
– Christopher jest dobry… w takich sprawach. I może spróbować ją przełamać, jeżeli dasz mu szansę. – Dopiero po chwili dotarło do mnie, że mój towarzysz wpatruje się w Aedana szeroko otwartymi oczami. – Co jest? – spytałem podejrzliwie.
– To Aedan De’Vree, następca tronu Vente. Północne Ziemie podbiły jego kraj.
Spojrzałem zaskoczony na chłopaka, który sprawiał wrażenie kilka lat młodszego ode mnie. Jeżeli naprawdę był królewiczem, to nic dziwnego, że księżniczka tak bardzo o niego dbała. W razie konieczności mógł być niezłą kartą przetargową.
– Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? – spytałem zniecierpliwiony.
Christopher zbliżył się do młodzieńca.
– Pozwolisz mi spróbować? – zapytał.
Aedan skinął głową, a tamten dotknął jego ręki. Kiedy ujrzał misterne nici zaklęcia, ja również je zobaczyłem. Było bardzo skomplikowane i wiło się niczym wąż. Jakim cudem księżniczka mogła posłużyć się taką magią, ledwo znając podstawy? Po chwili Christopher cofnął rękę.
– Nie mogę przerwać zaklęcia – odezwał się przepraszająco – potrafię je jednak przykryć. Vivien nie będzie mogła cię odnaleźć, straci też kontrolę nad twoim umysłem i, co najważniejsze, będziesz mógł się od niej oddalić.
– Nie będzie mogła mnie odnaleźć? – spytał Aedan, a ja byłem przekonany, że ten pomysł bardziej przeraził niż uspokoił chłopaka.
– Będziesz dla niej niewidzialny – przytaknął mój towarzysz. – Kazałem przygotować dla ciebie konie i prowiant, możesz wyruszyć od razu – zachęcił chłopaka.
– Dziękuję za troskę, ale nigdzie się nie wybieram – Aedan uśmiechnął się do nas ponuro. – Nie tylko magia trzyma mnie przy księżniczce.
Miałem ochotę przeklinać. Christopher jeszcze przez chwilę próbował go przekonywać, ale Aedan zrobił się wyjątkowo stanowczy. Wkrótce opuściliśmy gospodę z gorzkim posmakiem porażki. Musiałem wymyślić inny sposób na pozbycie się psującego mi plany chłopaka.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Zachwycona otwierałam i zamykałam szafę. Za każdym razem pojawiał się w niej strój o jakim właśnie pomyślałam. Magia była niesamowita! Czarna Wieża była niesamowita! Ostatecznie wybrałam sięgający do połowy uda, błękitny, obcisły sweter o delikatnym splocie i białe legginsy. Prostym, ciemnym włosom pozwoliłam luźno spłynąć po plecach i ramionach. Nie miałam pojęcia czy w Czarnej Wieży obowiązuje jakiś dress code, ale szczerze w to wątpiłam.
Zamierzałam wziąć udział w kolacji, na którą zostałam zaproszona, a potem odszukać Aedana. Bez trudu odnalazłam drogę do wspólnej sali biesiadnej, a raczej Wieża po prostu mnie tam zaprowadziła prostym korytarzem, w którym świeciło jasne, białe światło.
Kiedy weszłam do środka, rozmowy ucichły, a ja poczułam na sobie nieprzychylne lub wręcz wrogie spojrzenia. Ravena nigdzie nie było. Dziesięciu mężczyzn w różnym wieku siedziało przy długim stole. Najstarszym z nich był Edward Hall, którego miałam okazję wcześniej poznać. Na mój widok wstał od stołu i podszedł do mnie.
– Poznajcie córkę władcy Północnych Ziem, Effie Vivien Arashi, którą Czarna Wieża zaakceptowała i przyjęła do naszego grona – powiedział kładąc wyraźny nacisk na ostatnią część zdania. Magowie zaszemrali. Niemal fizycznie czułam nieprzyjemną, gęstą atmosferę. Mistrz, zupełnie to ignorując, poprowadził mnie bliżej stołu wskazując mi miejsce na rogu, tuż obok tego, które sam przed chwilą zajmował. – Effie, poznaj mieszkańców Czarnej Wieży, to kolejno Christopher Randall – wskazał siedzącego po drugiej stronie w rogu młodego, elegancko odzianego blondyna – Andre De’Vree – przedstawił zajmującego sąsiednie miejsce bruneta, który wydał mi się dziwnie znajomy – Lucas Crue – kolejny blondyn, tym razem o chłodnym spojrzeniu i ostrych rysach twarzy był ostatnią młodą osobą w pomieszczeniu – Paul Marcus, Aleksander Verenich, Singh Agnihotri, David Nehru – wszyscy sprawiali wrażenie mężczyzn po trzydziestym roku życia, o niezwykle różnorodnych korzeniach etnicznych – Aarav Tashunka – zdecydowanie starszy mężczyzna przywodził na myśl indiańskiego wodza rodem wyjętego ze starych westernów – i Jackson Griffin – ostatni z magów był blady i szczupły, sprawiał wrażenie jakby miał zaraz zniknąć.
Niepewnie skinęłam im głową i usiadłam na wskazanym przez Edwarda miejscu. Zdałam sobie sprawę, że mężczyźni różnią się nie tylko pochodzeniem i wiekiem, ale również strojami, które były równie niedobrane, co oni sami. Z pewnością znalazłam się w interesującym towarzystwie. Zdałam sobie sprawę, że siedzący naprzeciwko blondyn nie spuszcza ze mnie wzroku. Nie odezwał się jednak. Gdy magowie zaczęli odchodzić od stołu, wstałam razem z ich Mistrzem. Mimo suto zastawionego stołu, zdecydowanie nie była to przyjemna kolacja. Czułam się tu… niechciana. Tylko czy mogłam spodziewać się czegokolwiek innego?
Kiedy chciałam wyjść z sali, blondyn zagrodził mi drogę.
– Porozmawiajmy – zażądał.
– O czym? – zapytałam nieufnie, zdając sobie sprawę, że zostaliśmy tylko my dwoje i siedzący wcześniej obok niego brunet.
– Mimo że znajdujemy się na granicy Północnych Ziem, niewolnictwo nie jest tu mile widziane – oznajmił, a ja patrzyłam na niego zaskoczona, nie mając pojęcia o co mu chodzi. – Zabrałaś ze sobą niewolnika – ponaglił, kiedy nic mu nie odpowiedziałam. – Uwolnisz go – rozkazał – a my będziemy ci towarzyszyć – gestem wskazał na siebie i bruneta.
Och. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że chodzi mu o Aedana. Mimo tego, że się nie odezwałam, najwyraźniej nie zamierzali dać mi żadnego wyboru. Brunet brutalnie chwycił mnie za przedramię i pociągnął za sobą. Andre De’Vree był wysokim mężczyzną o szerokich ramionach i twardej, wojowniczej sylwetce, która zdradzała siłę wypracowaną latami, a nie pokazową dominację. Krótkie, ciemne włosy nosił niedbale, twarz miał surową, podkreśloną kilkudniowym zarostem i ostrą linią szczęki. Jego spojrzenie było chłodne i czujne — spojrzenie kogoś, kto zawsze liczy konsekwencje. Ubrany prosto, bardziej przypominał żołnierza niż arystokratę.
Po chwili już szliśmy brukowanymi ulicami miasteczka. Zatrzymaliśmy się przed dużym budynkiem z drewnianych bali, który postawiony został na kamiennej podmurówce. Magowie otworzyli drzwi i weszliśmy do środka. Ominęli zastawioną stołami biesiadną salę, w której było już całkiem tłoczno i weszli na prowadzące w górę schody, po czym zapukali do jednego z pokoi. Aedan ostrożnie uchylił drzwi, ale kiedy mnie zobaczył, otworzył je na całą szerokość.
– Wszystko w porządku? – zapytał, a ja przecząco pokręciłam głową.
Od razu stanął między mną, a towarzyszącymi mi młodzieńcami. Mimo tego, że zapewne nie miał szans w starciu z magami, poczułam się przyjemnie bezpieczna. Zdałam sobie sprawę, że brunet wpatruje się w Aedana, jakby zobaczył ducha. On sam jednak dopiero teraz przyjrzał się nowo przybyłym.
– Andre? – zapytał wyraźnie zaskoczony.
– Aedan! Sądziłem, że nie żyjesz! – brunet podszedł do niego i zamknął go w niedźwiedzim uścisku, który tamten natychmiast odwzajemnił.
Blondyn, tak samo jak ja zbity z tropu, przyglądał się niespodziewanej sytuacji.
– Stracono by mnie, gdyby nie pomoc księżniczki – chłopak szybko przejął inicjatywę, tylko odrobinę mijając się z prawdą. – Vivien, to mój kuzyn Andre De’Vree – oznajmił radośnie. – Co tu w ogóle robisz? – zwrócił się do kuzyna.
– Dwa lata temu dołączyłem do grona czarodziejów – oznajmił z dumą. – Starałem się na bieżąco śledzić losy Vente, ale w pewnym momencie zniknąłeś mi z oczu – przyznał.
– Rebelianci wpadli w pułapkę, wielu z nas zostało schwytanych – przyznał Aedan. – Wiem, że Czarna Wieża nie miesza się do polityki, ale…
Brunet spojrzał na niego ponuro.
– Prawda jest taka, że gdyby czarodzieje się wtrącili, stanęliby po stronie Północnych Ziem. Nie mielibyśmy wyjścia. Ród Arashi chroni ten świat przed rzeczami znacznie gorszymi niż wojny.
Aedan zacisnął pięści obrzucając kuzyna gniewnym spojrzeniem. Delikatnie dotknęłam jego ramienia. Poczułam, jak się odrobinę odpręża.
– Może chcecie porozmawiać na osobności? – spytałam go cicho.
Chłopak skinął głową, nie spuszczając jednak wzroku z Andre.
– Tylko wróć do mnie na noc – poprosił, co, byłam pewna, dla magów musiało zabrzmieć zdecydowanie niedwuznacznie.
– Dobrze – mruknęłam i wyszłam na korytarz wyciągając za sobą patrzącego na mnie nieufnie blondyna.
Zatrzymał mnie natychmiast, gdy tylko opuściliśmy budynek gospody. Słońce już niemal zaszło za horyzontem, ale jeszcze nie było na tyle ciemno, żeby cokolwiek oświetlało ulice.
– Chyba źle cię oceniłem – powiedział patrząc na mnie dużymi, niebieskimi oczami. Jego spojrzenie przywodziło mi na myśl szczeniaka labradora. – Nie powinienem był wysnuwać opinii na podstawie zasłyszanych plotek.
Patrzyłam na niego zaskoczona. Z pewnością nie spodziewałam się takiego wyznania. I… musiałam przyznać, że nie było mi potrzebne do szczęścia.
– Zdarza się – odpowiedziałam wzruszając ramionami.
– Porozmawiam z Mistrzem – ciągnął – Raven nie powinien cię uczyć. Ja się tobą zajmę.
Teraz zupełnie zbił mnie z tropu. Zastanawiałam się co mam mu odpowiedzieć, żeby go nie urazić i co oni tak właściwie mają do Ravena. To prawda, był irytujący, ale jak do tej pory mogłam na nim polegać. Uratował życie Sol i…
Nagle poczułam dziwną senność. Przez chwilę próbowałam z nią walczyć, ale potem po prostu osunęłam się w ciemność.