Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Effie, dzień sześćdziesiąty siódmy

    Wieża dalej nie przestała się gniewać. Tylko magowie, którzy mi pomogli odzyskali swoje dawne pokoje. Natomiast Raven nie miał ochoty na konfrontację i po prostu wszystkich unikał, nie dotyczyło to jednak mnie i Scarlett. Smoczyca rozpływała się z dumy, kiedy ją pochwalił, a ja byłam pewna, że rzuciłaby się za nim w otchłań piekieł, gdyby zaszła taka potrzeba.

    Po południu wyszłam do miasteczka w poszukiwaniu Aedana. Scarlett oczywiście chciała iść ze mną, ale udało mi się ją przekonać, że tym razem naprawdę potrzebuję pobyć trochę sama. Miałam też nadzieję, że uda nam się wznowić treningi z samoobrony, musiałam przyznać, że bardzo mi ich brakowało. 

    Na placu przed gospodą zastałam Daemona. Odrazu spostrzegłam, że nie był tu przypadkiem. Stał tak sztywno, jakby ktoś przywiązał mu do kręgosłupa metalowy pręt. Wypatrzył mnie natychmiast i ruszył w moją stronę.

    – Effie – powiedział cicho. – Musisz ze mną iść. Teraz.

    – Coś się stało? – spytałam, odruchowo rozglądając się za Sol.

    – Sol… zniknęła – wydusił, a jego głos lekko zadrżał. – Nie wróciła do pokoju. Nie ma jej też w mieście. Aedan już pomaga ją znaleźć. 

    Poczułam, jak robi mi się zimno. Odruchowo sięgnęłam ku dziewczynie magią, ale ta wyłącznie potwierdziła, że faktycznie nie ma jej nigdzie w miasteczku. 

    – Kiedy? – zapytałam ostro.

    – Może z godzinę temu… Wyszła tylko na moment… – urwał i zacisnął szczękę.

    To brzmiało gorzej niż źle.

    – Pokaż mi gdzie zniknęła – powiedziałam, nie zostawiając sobie miejsca na wątpliwości.

    Daemon ruszył natychmiast, prowadząc mnie bocznymi uliczkami. Szliśmy szybko, zbyt szybko jak na rozmowę. Minęliśmy ostatnie zabudowania i weszliśmy w wąski pas drzew, który oddzielał miasteczko od pól.

    – Daemon – odezwałam się, zwalniając. – Powinniśmy powiadomić Christophera.

    – Nie ma czasu – odpowiedział natychmiast. 

    Zatrzymałam się. Daemon też przystanął. Odwrócił się do mnie. Na jego twarzy pojawiła się chłodna determinacja. 

    – Przykro mi – powiedział niemal niedosłyszalnie.

    W tej samej chwili coś błysnęło w powietrzu. Krótki, zielonkawy impuls, jak igła wbita prosto w mój układ nerwowy. Szarpnęłam się instynktownie i próbowałam przywołać tarczę, ale ból był tak silny, że nie mogłam się skupić na niczym innym. Zza drzew wysunęły się dwie kobiety w skórzanych strojach w kolorze wytrawnego wina. Rozpoznałam w nich Zakon Cienia. Tuż przy mnie natychmiast zmaterializował się cień Ravena. Poruszał się szybko i bezgłośnie. Bez wahania zaatakował wrogów. 

    Jedna z kobiet zaklęła i z ledwością odparowała jego cios. Dołączyło do nich kilka kolejnych. Musiałam przyznać, że były świetnymi wojowniczkami, a ja… wciąż nie mogłam skupić się na tyle, żeby przywołać do siebie magię. 

    – Szybko, zabierzcie ją stąd – rozkazała jedna z nich. – Tylko jej nie uszkodźcie, bo nasza pani się zdenerwuje – dodała chłodno. 

    Odwróciłam się do Daemona, ale on stał niewzruszony, kilka kroków dalej. Kobiety podeszły bliżej, a ja poczułam jak mój obraz zwęża się do ciemnych pni drzew, a potem coraz bardziej, aż zupełnie pochłonęła mnie ciemność. Zanim zupełnie się w nią osunęłam do głowy przyszła mi zabawna myśl — tym razem to nie Raven wciągnął mnie w pułapkę, ktoś zrobił to za niego.

     

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven

    Poczułem jej strach. Zdałem sobie sprawę, że uaktywnił się cień, którego do niej przykleiłem. Wystarczyło mi kilka minut, żebym znalazł się tam, gdzie się pojawił, ale Effie już tam nie było. Za to na polu leżało kilkanaście pokrytych krwią, kobiecych ciał. Natychmiast rozpoznałem w nich wojowniczki z Zakonu Cienia. Miałem ochotę przeklinać. 

    Nie wyczuwałem jej magii, ale dzięki tej plątaninie zaklęć, którą nas przez przypadek omotała, wciąż wyczuwałem prowadzący mnie do niej ślad. Ruszyłem w jego kierunku, kilkukrotnie skracając sobie drogę, aż w końcu dotarłem do schowanej pod ziemią sieci jaskiń. 

    Wejścia pilnowało kilka strażniczek, które nie zdążyły wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie miały szans z moimi cieniami. Idąc po śladach magii, dotarłem do dużego pomieszczenia, z którego widać było otoczoną antymagicznymi runami jaskinię. Nie mogłem wejść do środka, jeżeli znowu nie chciałem stracić swojej mocy. 

    W pomieszczeniu na dole znajdowała się Effie, którą Daemon trzymał przy sobie, zdzierając z niej ubranie. U jej stóp klęczał Aedan, który sprawiał wrażenie, jakby walczył sam ze sobą. Widok zdecydowanie mi się nie podobał. 

    Uniosłem wzrok, czując obok czyjąś obecność. Przede mną pojawiła się ciemnowłosa dziewczyna, która wyglądała jak siostra bliźniaczka Effie. Miała na dobie czerwoną, obcisłą tunikę i czarne, skórzane spodnie. Natychmiast zdałem sobie sprawę, że wiem, kim była, nie miałem tylko pojęcia, w jaki sposób udało jej się wrócić. 

    – Przerwij to – warknąłem.

    – Dlaczego miałabym to zrobić? – spytała kokieteryjnie zawijając na palcu kosmyk czarnych włosów. 

    Vivien należała do tego typu kobiet, które lubiły igrać z ogniem. Zdawała sobie sprawę z tego, że bez wysiłku mogę ją zabić, ale jakimś cudem odgadła, że tego nie zrobię, bo nie wiem, co wtedy stałoby się z Effie. Musiałem przyjąć inną taktykę i zagrać w jej grę. Być może to ona miała wszystkie asy w rękawie, ale byłem pewien, że nie brała pod uwagę, że to ja mogę mieć jokery. 

    Odesłałem cienie. Zmusiłem się do tego, żeby chwycić jej nadgarstki i przycisnąć je do kamiennej ściany. Pochyliłem się ku niej, przysuwając się tak, żeby poczuła bliskość mojego ciała. 

    – Nie lubię, kiedy ktoś bawi się moimi zabawkami – odpowiedziałem jej chłodno. 

    Jej policzki były lekko zaróżowione, a oczy zdradzały ekscytację. Wyraźnie podobała jej się moja odpowiedź. 

    – Ach tak? – ni to spytała, ni stwierdziła. – Przykro mi to mówić – spojrzała mi w oczy – ale zamierzam odebrać swoje ciało. Wtedy zostanę tu tylko ja, czy to ci wystarczy? – zamruczała. 

    Wyobrażanie sobie, że Vivien to Effie w niczym nie pomagało. Chociaż wyglądały, jak dwie krople wody, nie czułem ekscytacji, ani tej przyjemnej, ciepłej bliskości. Jedną ręką wciąż trzymałem jej nadgarstki, a drugą przesunąłem na jej talię. Chwyciłem ją stanowczo i przyciągnąłem do siebie bliżej, tak, że musiała mnie dotknąć. Teraz była pewna, że podoba mi się tylko i wyłącznie jej ciało. 

    – To się okaże – rzuciłem coś pomiędzy flirtem, a groźbą, a jej oczy zalśniły. – Jaki masz plan?

    – Wejdziemy do lodowej jaskini i przejdziemy przez kryształowe lustro – wyjaśniła swobodnie, tym razem sama się o mnie ocierając. – Wtedy zostanie tylko jedna z nas, ta prawdziwa – uśmiechnęła się do mnie zalotnie – a później… będziemy mogli kontynuować to, co teraz zaczęliśmy – zasugerowała.

    Spojrzałem na nią, oceniając ją wzrokiem. Widziałem, że to również jej się spodobało.  

    – Pomogę ci, ale mam też swoje warunki – oznajmiłem z dystansem. – Po pierwsze przerwij to, co tam się dzieje. Jak już mówiłem, nie lubię się dzielić, nie ważne czy to jej czy twoje ciało. – Powoli skinęła głową, wyraźnie jeszcze bardziej uradowana. – Po drugie pozbądź się niewolnika. Drażni mnie, od kiedy po raz pierwszy go spotkałem,  ale ona wciąż uparcie go broniła.  

    – Och, taka szkoda – jęknęła teatralnie. – Naprawdę go lubiłam… i tyle się napracowałam, żeby go ze sobą związać… ale oczywiście spełnię twoją zachciankę – dodała przymilnie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Otworzyłam oczy i natychmiast sięgnęłam do źródła mocy, którego jednak nie potrafiłam dotknąć. Leżałam na kamiennej podłodze. Powoli usiadłam. Kawałek dalej pod ścianą siedział Aedan. Głowę chował w kolanach, osłaniając się ramionami. Natychmiast przesunęłam się w jego stronę.

    – Nie! – zaprotestował gwałtownie. – Nie zbliżaj się do mnie, błagam!

    – Dlaczego? Co się stało? – spytałam słysząc swój zachrypnięty głos. 

    Podniósł na mnie wzrok. Starał się głęboko oddychać. Oczy miał rozszerzone, a policzki rumiane. 

    – Daemon… coś mi podał. Nie jestem w stanie nad sobą zapanować i… boję się… że zrobię ci krzywdę – wyrzucił z siebie cicho. 

    Odetchnęłam głęboko, szukając wyjścia z tej popieprzonej sytuacji, ale żadne nie przychodziło mi do głowy. Daemon mnie zdradził… prawdopodobnie dlatego, że ktoś porwał Sol. Widziałam też wojowniczki z Zakonu Cienia, które już wcześniej czegoś ode mnie chciały. Dlaczego jednak był tutaj ze mną Aedan? 

    Daemon wszedł do pomieszczenia, patrząc na nas niezadowolony. 

    – To piekielnie silny narkotyk, jakim cudem udaje ci się z nim walczyć? – zwrócił się do Aedana zaciekawiony. – Wygląda na to, że będę musiał ci trochę pomóc – uśmiechnął się kocim uśmiechem.  

    Podszedł do mnie i jednym pociągnięciem postawił mnie na nogi. Przyciągnął mnie do siebie tak, że opierałam się o niego plecami. Był wystarczająco silny, by jednym ramieniem unieruchomić mi ręce. Sięgnął do mojej tuniki i rozerwał ją na kawałki. 

    – Puść ją! – krzyknął Aedan, rzucając się w naszym kierunku, a jego słowa zabrzmiały jak coś pomiędzy rozkazem na błaganiem.

    Próbując się wyrwać na chwilę podniosłam wzrok i zamarłam. Nad nami, na skalnej półce zobaczyłam znajomą sylwetkę Ravena. Trzymał nadgarstki jakiejś kobiety i przyciskał ją swoim ciałem do ściany. Nadzieja, że czarodziej po mnie przyszedł, mieszała się w moim wnętrzu z przerażeniem. Raven… nie lubił nikogo dotykać… nikogo poza mną. Zawsze używał do tego swoich cieni, a teraz… nie było ich nigdzie w pobliżu.

    Daemon podążył za moim wzrokiem.

    – Och, zapomniałem wspomnieć, dlaczego tu jesteśmy – wyszeptał tuż przy moim uchu. – Vivien wróciła i chce odzyskać swoje ciało. Ravena też planuje mieć dla siebie – dodał, przyciskając mnie do siebie jeszcze mocniej – i wygląda na to, że on również nie ma nic przeciwko – zaśmiał się nieprzyjemnie.  

    – Czy to co teraz robisz, naprawdę cię bawi? – spytałam niedowierzająco. – Rozumiem, że Vivien szantażuje cię życiem Sol, ale…

    Mężczyzna roześmiał się. Tym razem ze szczerą wesołością. Jego dłoń powędrowała ku rzemieniom trzymającym mój stanik. Rozwiązał je powoli, niespiesznym gestem. 

    – Zupełnie nie nadajesz się do życia w tym świecie. Jesteś zbyt naiwna i łatwowierna. Cała ta historia od początku do końca była częścią planu – wyjaśnił wciąż rozbawiony. – Księżniczka Vivien spodziewała, się, że ktoś może ją zamordować i odkryła pomost łączący jej duszę z twoją duszą. Rozgryzła cię, zanim pojawiłaś się w Manhaim. Nauczyła się, jak oszukać śmierć. Zostawiła w moim umyśle wspomnienia, które miały cię przekonać do współpracy ze mną. Niestety z jakiejś przyczyny Raven zaczął cię chronić – dodał z udawanym żalem. – Więc najpierw musieliśmy rozwiązać ten problem.

    Z trudem przełknęłam ślinę. To było tak nierealne, że aż zakręciło mi się w głowie. I wtedy do głowy przyszła mi przerażającą myśl. 

    – To ty zgwałciłeś i zamordowałeś królewnę Daphne? 

    – Oczywiście, że ja – zrobiło mi się niedobrze, bo mężczyzna brzmiał na szczerze zadowolonego. 

    – Ty skurwielu! – warknął Aedan, podnosząc się z kolan i rzucając się na niego, ale Daemon w odpowiedzi jedynie pociągnął w dół stanik, odsłaniając moje zgrabne piersi i pchnął mnie w kierunku Aedana.

    Chłopak przytrzymał mnie przy sobie i pocałował, mocno, zaborczo. Nie pozwolił mi wyrwać się ze swoich ramion.  

    – Aedan… – odezwałam się błagalnie, ale on już na nic nie reagował. 

    Jego dłonie przesuwały się po moim ciele. Pocałunki zaczęły schodzić niżej na szyję i ramiona. Wyraźnie czułam na swoim ciele rysującą się w jego spodniach wypukłość. 

    – Wystarczy – usłyszałam swój glos, tylko bardziej rozkazujący, władczy. – Daj jej coś do ubrania i przyprowadź ją tutaj, a potem pozbądź się niewolnika – zażądała. – Już nie będzie mi potrzebny.

    Kiedy na nią spojrzałam, to było jak zimny prysznic. Wyglądała dokładnie tak jak ja, a Raven… stał tuż za nią, zdecydowanie zbyt blisko, by można było to uznać za przypadek. Jego twarz była lodowato zimną, niczego nie wyrażającą maską. 

    Daemon brutalnie wyrwał mnie z ramion Aedana, odpychając chłopaka tak, że ten przewrócił się na podłogę. Okrył mnie swoją koszulą, a potem brutalnie chwycił za przedramię i zaprowadził w kierunku Ravena i Vivien. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Mój żołądek z nerwów zwinął się w ciasny supeł. Uczucie było tak nieprzyjemne, że chciało mi się wymiotować. Vivien, jak gdyby nigdy nic, obejmowała dłońmi biceps Ravena, niemalże przytulając się do jego boku, a on w żaden sposób na to nie reagował. Wtedy to do mnie dotarło. Ravenowi podobało się ciało Vivien i było mu wszystko jedno, kto jest w środku. Być może nawet lepiej, jeżeli była to oryginalna księżniczka, przy której nie będzie musiał się hamować, przed którą nie będzie musiał ukrywać swoich działań, a wręcz może wciągnąć ją w swoje plany, na które ona zgodzi się z radością. Widok był dla mnie nie do zniesienia. Pustka, którą poczułam w środku również. 

    Władca Północnych Ziem stał obok nich z nieodgadnionym wyrazem twarzy, byłam jednak pewna, że jemu również jest wszystko jedno, a sytuacja bardziej go bawi niż drażni. Vivien w jakiś sobie tylko znany sposób ściągnęła go do nas, a on miał ze sobą oddział gwardzistów na wywernach, którzy odeskortowali nas w stronę gór, a potem oddalili się, zgodnie z rozkazami. 

    Zacisnęłam pięści i wzięłam głęboki oddech. Dobrze, dostaną to, czego chcieli. Wyprostowałam się dumnie bez słowa. To i tak nie był mój świat, a ja już dawno powinnam była umrzeć. 

    – Idziemy? – rzuciłam do Vivien wyzywająco.

    Uśmiechnęła się bez cienia radości. Odsunęła się od Ravena i podeszła do mnie bliżej. Ostatni raz spojrzałam w kierunku czarodzieja. Obserwował nas niewzruszony, jakby sam był lodowym posągiem. Nie zamierzałam dawać mu satysfakcji. 

    – Dzielna dziewczynka – zamruczała Vivien. – Myślałam, że będę musiała ciągnąć cię za włosy. Szkoda, że nie mogę cię zatrzymać dla siebie. Byłabyś doskonałą lalką. I nie martw się – dodała po chwili, wyraźnie zadowolona – dobrze zaopiekuję się twoim chłopakiem. 

    Miałam ochotę ją uderzyć, nie zrobiłam tego jednak. Ramię w ramię weszłyśmy do lodowej jaskini — miejsca, z którego wyjdzie już tylko jedna z nas, ta realna, która została wykreowana dla tego świata i… nie będę to ja. 

    Kilka metrów głębiej stanęłyśmy przed ogromnym, kryształowym lustrem, którego srebrna tafla była płynną materią. Vivien bez słowa wzięła mnie za rękę i pociągnęła do wnętrza lustra. Gdy wyszłam po drugiej stronie byłam już sama. 

    Rozejrzałam się w okół zmieszana. Lustro nie było już płynne — stało się twardą powierzchnią. Widziałam w nim swoje odbicie, do którego przywykłam przez ostatnie dwa miesiące. Czarne włosy, fiołkowe oczy, jasna, alabastrowa skóra i szczupła, wręcz eteryczna sylwetka. Oryginalnej Vivien nigdzie nie było.  

    Usłyszałam brzęk tłukącego się szkła. Lustro rozsypało się na tysiące drobnych odłamków. Uniosłam wzrok, by zobaczyć stojącego kilka kroków dalej Ravena. To on rozbił lustro, rzucając w nie kamieniem. Nie rozumiałam co się dzieje, ani dlaczego chłopak to zrobił. Ból tego, że wybrał Vivien wciąż był świeży i… nierealny. Bo jeżeli tak faktycznie się stało, to dlaczego wciąż tu byłam?

    Raven podszedł do mnie powoli. Uśmiechnął się arogancko. 

    – Czy kiedykolwiek nauczysz się mi ufać? – zapytał swobodnie. 

    Zdjął swoją skórzaną kurtkę i narzucił ją na moje ramiona. Wtuliłam się w niego z taką ulgą, jakby właśnie wszystkie moje roztrzaskane fragmenty zostały magicznie zebrane, poskładane na nowo i złożone ponownie w jedną, spójną całość. 

    – Nie, jeżeli będziesz pozwalał, żeby dotykały cię obce dziewczyny – mruknęłam wtulając twarz w jego czarną koszulę. Roześmiał się lekko i delikatnie pogłaskał moje włosy. – Poza tym, skąd wiedziałeś? Dlaczego tak się stało? – koniecznie chciałam się dowiedzieć.

    – Wiedziałem od momentu, kiedy zobaczyłem wspomnienia z twojego poprzedniego świata – wyjaśnił. – Tamta powłoka… nie była twoja. Pasowała do Vivien. 

    – Dokładnie tak było – Władca Północnych Ziem pojawił się za plecami Ravena, a ja odrobinę odsunęłam się od czarodzieja, żeby na niego spojrzeć. – Niedługo po twoich narodzinach w Manhaim zrobiło się zbyt niebezpiecznie. Byłaś łatwym celem i wszyscy na ciebie polowali. Twoja matka została zamordowana kilka dni po wydaniu cię na świat. Dlatego zawarłem umowę z Czarną Wieżą. Wysłała cię do innego świata, sprowadzając tu dziecko o najbardziej czarnej duszy, jakie tylko zdołała znaleźć — takie, które miało szanse przetrwać w Manhaim. Wieża miała sprowadzić cię z powrotem, kiedy skończysz dwadzieścia jeden lat, ale coś najwyraźniej poszło nie tak i jesteś z powrotem dwa lata wcześniej niż było zaplanowane. 

    – Och… – patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Wieża z pewnością była do tego zdolna. – Więc naprawdę jestem twoją córką? 

    Skinął głową, ale na jego twarzy nie było ani grama czułości. Malowała się tam za to satysfakcja. 

    – Jeżeli w przyszłości będziesz czegokolwiek potrzebowała, po prostu daj mi znać. Chętnie wywołam dla ciebie kolejną wojnę – oznajmił spokojnie, jakby mówił o tym, co zjemy na obiad. – Spełnię każdą twoją zachciankę – zapewnił – w końcu mam do nadrobienia dziewiętnaście lat. Dam wam chwilę prywatności – rzucił i niespiesznie wyszedł z jaskini.

    Niedowierzająco patrzyłam na jego znikające plecy. Raven z powrotem mnie do siebie przyciągnął.

    – Jak zamierzasz mi to wynagrodzić? – zamruczał przy moim uchu. – Zupełnie we mnie nie wierzysz. Poza tym, wiesz, jak bardzo się męczyłem dotykając kogoś, kto nie jest tobą? – zapytał z wyrzutem w głosie. – Jestem przekonany, że Shaderai nie wyszło z tego cało – dodał.

    Wyciągnęłam rękę i położyłam dłoń na jego policzku. Miał rację. Zdecydowanie powinnam mu to jakoś wynagrodzić. Stanęłam na palcach i dotknęłam ustami jego ust, a on natychmiast pogłębił pocałunek. Chciałam się w nim zatracić, w tej chwili nie marzyłam o niczym innym, ale natrętnie wróciła do mnie zupełnie inna myśl. Aedan! Musiałam sprawdzić czy nic mu nie jest!

    Niechętnie odsunęłam się od Ravena, który patrzył na mnie z mieszanką zaskoczenia i irytacji. 

    – Zaczekaj – odezwałam się do niego łagodnie, chwytając go za rękę. – Musze porozmawiać z ojcem. 

    Wciąż niezadowolony wyszedł za mną z jaskini. 

    – Wracamy? – spytał Władca Północnych Ziem na nasz widok.

    Skinęłam głową. 

    – Mówiłeś ojcze, że spełnisz moje życzenia? – upewniłam się. 

    – Czego ode mnie oczekujesz? – sprawiał wrażenie zadowolonego, że poruszyłam ten temat.

    – Chcę, żebyś schwytał Daemona i upewnił się, że Aedan jest bezpieczny – wypowiedziałam swoją prośbę.

    Poczułam, jak ręka Ravena mocniej zaciska się na mojej dłoni. 

    – Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – zapewnił mnie z drwiącą nutą ojciec. – W takim razie ruszajmy – zasugerował.  

    Zanim udaliśmy się w kierunku pilnujących wywern gwardzistów, ponownie spojrzałam na Ravena. Czarodziej sprawiał wrażenie, jakby był naprawdę czymś mocno wkurzony, na tyle, że nawet nie chciało mu się tego ukrywać pod jego zwyczajową, pełną chłodu maską. 

    Note