Rozdział 17 – Serce Czarnej Wieży
by Vicky
Effie, dzień pięćdziesiąty drugi
Przelot do Manhaim był cichy i nerwowy jednocześnie. Scarlett niosła nas wszystkich na grzbiecie, w swojej prawdziwej, smoczej postaci, a ja siedziałam z przodu, wpięta w skórzane pasy uprzęży. Za mną znajdowali się Christopher, Lucas i Andre, również zabezpieczeni rzemieniami, ostatecznie Scarlett w razie potrzeby potrafiła zrzucić pasażera bez najmniejszego wysiłku. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Słyszałam tylko szum wiatru i ciężki, równy rytm skrzydeł. Czułam napięcie w ich ciałach, kiedy Scarlett zniżała lot albo gwałtowniej zmieniała kierunek, jakby testowała, czy zasługują na to, żeby ich nie strącić.
Kiedy Manhaim wyłoniło się z mgły, poczułam znajome ukłucie w żołądku. Twierdza wyglądała tak samo jak wcześniej — monumentalna, zimna, dumna ze swojej brutalności. Strażnicy na murach poderwali się, gdy dostrzegli Scarlett, a potem zamarli, kiedy zobaczyli mnie. Zszokowało mnie, jak szybko wpuścili nas do środka. Nikt nie próbował dyskutować, nie padło pytanie, czemu wróciłam. Mimo początkowej gotowości nikt nie ośmielił się zaatakować smoczycy.
Scarlett wylądowała na dziedzińcu, a ja zsunęłam się na kamienie, prostując plecy, zanim moje emocje zdążyły wypłynąć na zewnątrz. Christopher podszedł do mnie od razu.
– Pamiętaj, po co tu jesteśmy – powiedział cicho.
Skinęłam głową, choć miałam ochotę rzucić mu, że gdyby nie ja, dalej siedzieliby w klasztornych celach i udawali, że to kaprys Wieży. Zamiast tego spojrzałam na Andre i Lucasa.
– Trzymajcie się za mną i nie wdawajcie w rozmowy. Ojcowskie poczucie humoru bywa… bardzo czarne.
Lucas uniósł brew, a Andre zacisnął szczękę, ale posłusznie poszli za mną i Christopherem. Scarlett w swojej smoczej formie została na dziedzińcu.
Wprowadzono nas do środka bez ceremonii. Ktoś zaprowadził czarodziejów do jednej z sal dla gości.
– Władca prosi księżniczkę Vivien o spotkanie w cztery oczy – odezwał się jeden z oficerów, głęboko się kłaniając.
Szłam korytarzami, które znało moje ciało, choć mój umysł nadal traktował je jak obce. Zatrzymałam się przed ciężkimi drzwiami. Strażnik otworzył je bez wahania. Ojciec Vivien stał przy mapie rozłożonej na stole. Wyglądał, jakby od dawna był gotowy do ruchu, tylko brakowało mu dobrego alibi.
– Wreszcie – powiedział, nie siląc się na czułość. – Wejdź.
Gdy tylko weszłam do pomieszczenia ciężkie drzwi zamknęły się za moimi plecami.
– Witaj, ojcze – odezwałam się z szacunkiem, ale wyraźnie nie czekał na żadną kurtuazję.
– Słyszałem, że w miasteczku pod Wieżą zrobiło się zamieszanie – rzucił, jakby mówił o pogodzie. – Twój nauczyciel został wydany dareshiańskim żołnierzom. To interesujące.
Zamarłam. Fakt, że już to wiedział, nie powinien mnie dziwić, ale i tak mnie przeraził.
– Przyszłam w sprawie Dareshii – powiedziałam prosto z mostu. – Chcę, żeby zniknęła z mapy świata, jak Vente.
Spodziewałam się pytań, rozbawienia, drwiny, może nawet odmowy tylko po to, żeby pokazać mi, kto tu rozdaje karty. Zamiast tego ojciec… skinął głową, jakbym właśnie potwierdziła coś, co już wcześniej zaplanował.
– Doskonale – odpowiedział. – Byłem pewien, że to ja będę musiał cię przekonywać do wojny.
Zatkało mnie.
– Słucham?
– Dareshia od dawna testuje granice – powiedział spokojnie. – Najpierw drobne prowokacje, potem śmielsze ruchy. Wczoraj dostałem raport o ich mobilizacji. Dzisiaj rano kazałem przygotować rozkazy wymarszu. Brakowało mi tylko pretekstu, który będzie wyglądał dobrze na papierze. – Podniósł wzrok i spojrzał na mnie z tym samym chłodnym zainteresowaniem, które pamiętałam z pierwszych dni. – Przyniosłaś mi odpowiedni pretekst.
Poczułam, jak robi mi się zimno.
– Zrobisz to… dla mnie?
– Twoja prośba jest wygodna – wyjaśnił, tym razem nie ukrywając już rozbawienia pod maską powagi.
Przez chwilę chciałam się wycofać. Potem przypomniałam sobie Ravena, związanego magią, klęczącego na placu. Przypomniałam sobie pustą Wieżę i klasztorne cele. Przypomniałam sobie, że dzisiaj nie przyjechałam tu po pocieszenie, tylko po narzędzie.
– Kiedy ruszacie? – spytałam ze stanowczym chłodem.
Ojciec uśmiechnął się kocim uśmiechem.
– Możemy wyruszyć w każdej chwili. Wojska są już przy granicy. Ty tylko zdecyduj, czy chcesz być na czele armii, czy wolisz przyglądać się z boku.
W tej chwili zrozumiałam, że on naprawdę był gotowy. Spodziewał się, że… do niego przyjdę… a to, że przyszłam, ogromnie go cieszyło.
Przecząco pokręciłam głową.
– Nie tym razem – oznajmiłam twardo. – Wojnę zostawiam tobie, moim priorytetem jest uwolnienie czarodzieja. Nie przybyłam jednak z pustymi rękami – dodałam, to co wcześniej uzgodniliśmy. – Zostawiam ci do dyspozycji dwóch potężnych magów, którzy będą wspierali cię w nadchodzących bitwach.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
Mimo bólu nie mogłem przestać się śmiać. Przez ostatnie dwa tygodnie byłem zrezygnowany, czułem, jakby mój świat się zawalił. Byłem pewien, że Effie mi nie uwierzyła i stanęła po stronie magów, a to bolało znacznie bardziej, niż chciałbym przyznać. Ona natomiast nie tylko była po mojej stronie, ale na dodatek rzuciła Północne Ziemie w wir wojny z Dareshią. Pękałem z dumy. Nie mógłbym sobie wyobrazić wspanialszej partnerki.
Zamykali mnie w zimnej celi pod pałacem, wyciągali na przesłuchania, a potem znowu wrzucali w ciemność. Zmieniali się tylko ludzie. Wyzwiska były w kółko takie same, oskarżenia też. Zgwałciłeś królewnę. Zamordowałeś ją. Jesteś potworem. Kiedy próbowałem się zaśmiać, krew spływała mi po brodzie, co dodatkowo wywoływało ich furię. Nie pierwszy raz ktoś bił mnie do nieprzytomności, choć dawno już nie było tak, że nie mogłem sięgnąć po magię.
W końcu któryś z nich pękł. Nie mówił tego do mnie. Kłócił się z innym strażnikiem na korytarzu, krzyczał, że to koniec — oddziały z Północy przeszły jak burza przez cały kraj i dotarły do stolicy. Król Dareshii zwołał radę i kazał przyspieszyć egzekucję, żeby tłum zobaczył winnego, zanim zobaczy płonące pałace.
Oparłem głowę o kamienną ścianę i uśmiechnąłem się szerzej. Przed oczami miałem jej fiołkowe oczy i zdeterminowany wyraz twarzy.
Pojęli wreszcie, że nie chodzi o mnie, tylko o to, kogo mam po swojej stronie. Byłem pewien, że jeżeli zginę dzisiaj, będę umierał bez cienia żalu.
Wyciągnęli mnie z celi gwałtownie, jak worek z odpadami. Przez chwilę szliśmy korytarzami, potem schodami, aż w końcu uderzyło mnie światło dnia. Plac był pełen ludzi. Krzyczeli. Widziałem zaciśnięte pięści, twarze czerwone od nienawiści, chorągwie. Widziałem też podwyższenie, przygotowane z przesadną teatralnością, jakby król Dareshii próbował udowodnić, że wciąż tu rządzi. Monarcha wygłosił przemowę. Słowa spływały po mnie jak deszcz po kamieniu. Czekałem tylko na moment, kiedy da mieczem znak i ktoś podejdzie bliżej.
Wtedy tłum nagle zamilkł.
Najpierw usłyszałem ciężki, równy rytm kroków. Potem zobaczyłem czarne mundury. Elitarne wojsko z twierdzy Manhaim. Żołnierze weszli na plac niczym fala, ustawiając się w klin. Ludzie cofali się odruchowo, zdając sobie sprawę, że wojska z Północnych Ziem nie przyjechały negocjować. Na ich czele szła Effie. Była wyprostowana, spokojna i pewna siebie. Była piękna.
Obok niej zobaczyłem… Christophera. Mrugnąłem, przekonany, że ból wreszcie dopadł mój mózg i tworzy halucynacje. Czarodziej jednak był tam naprawdę. Miał twarz napiętą jak struna. Nie patrzył na tłum, tylko na mnie, jakby przez zaciśnięte zęby próbował utrzymać się w ryzach. Effie zatrzymała się przed podwyższeniem. Jej głos był wyraźny, nie było w nim cienia drżenia.
– To mój nauczyciel – spojrzała na króla, jakby był tylko kolejną przeszkodą na jej drodze. – Został bezprawnie porwany z terenu, który należy do Północnych Ziem. Zabraliście go. Oddajecie go teraz.
Król próbował coś odpowiedzieć. Nie dosłyszałem. Patrzyłem wyłącznie na Effie. Uniosła dłoń. Christopher wykonał krok do przodu, a potem drugi, jakby sam siebie do tego zmuszał. Zatrzymał się przy moich kajdanach, spojrzał na splot zaklęć i przez chwilę jego twarz stężała. Nie było w tym finezji. Była za to wściekłość i precyzja. Nici, które trzymały mnie jak zwierzę, zaczęły pękać jedna po drugiej. Poczułem, jak wraca mój oddech, moc, po którą znów mogę sięgnąć. Jak wracają moje cienie, które wcześniej tkwiły gdzieś na granicy widzenia, głodne i gotowe. Kiedy ściągnął ostatnią pieczęć, wstałem z kolan.
Christopher natychmiast złapał mnie za przedramię. Jego dłoń zapłonęła jasnym, chłodnym światłem. Zasklepiał, co mógł. Składał mnie na szybko, jakby naprawiał narzędzie, które musi zadziałać, bo inaczej wszyscy zginiemy. Ból cofał się falami.
– Jestem ci to winien – rzucił przez zęby, nie patrząc mi w oczy.
Roześmiałem się krótko, choć brzmiało to bardzo ochryple.
– Słaby argument.
– Zamknij się – syknął.
Kątem oka zobaczyłem, że Effie stoi napięta. Widziała wszystko. Czułem jej gniew, choć milczała. Czułem też coś jeszcze — satysfakcję i rozpierającą mnie dumę. Dziewczyna poradziła sobie ze wszystkim. Przyszła po mnie tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Przechyliłem głowę w jej stronę.
– Zajmij się nim – powiedziałem cicho, wskazując wzrokiem Christophera. – Za chwilę poczuje to, co ja czułem.
Christopher spojrzał na mnie z irytacją, ale już było za późno. Cena magii dosięgała go szybciej, niż chciałby przyznać. Zbladł. Effie chwyciła go natychmiast, jakby to było coś oczywistego.
– Raven… – zaczęła cicho.
– Potem – przerwałem jej, bo w tej chwili nie miałem czasu na rozmowę.
Wstałem do końca, rozprostowałem palce i pozwoliłem, żeby zmaterializowały się cienie. Tłum krzyknął, gdy moja magia rozlała się po placu, ciemna niczym najczarniejsza noc. Nie patrzyłem już na ludzi, nie interesował mnie też sam król. Interesowały mnie tylko twarze tych, którzy torturowali mnie w lochach i uważali, że ujdzie im to na sucho. Zemsta nie wymagała słów.
Effie stała przy Christopherze. Oddychał ciężko, oparty o jej ramię, z twarzą wykrzywioną bólem. Wciąż nie mogłem zrozumieć, dlaczego tu z nią przyszedł.
– Chodźmy – powiedziała krótko, jakby bała się, że jeśli zatrzymamy się na sekundę dłużej, świat znowu obróci się przeciwko nam.
Scarlett znaleźliśmy niedaleko murów, w miejscu, gdzie nikt normalny by się jej nie spodziewał. Była wściekła, ranna i dumna nawet w słabości. Wróciliśmy we czwórkę do Wieży. Tylko tam świat wciąż miał sens.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień sześćdziesiąty szósty
Obudziłam się w ramionach Ravena i nic innego nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia. Dotarcie z Mayonaki do stolicy Dareshii zajęło nam niemal dwa tygodnie, które były dla mnie jak wieczność. Nie miałam pojęcia, w którym momencie mój świat zaczął kręcić się wokół niego, ale myśl o tym, że może mu się coś stać, że nie zdążę na czas, była nie do zniesienia. Łącząca nas magia była dla mnie błogosławieństwem, bo przynajmniej dzięki niej wiedziałam, że czarodziej wciąż żyje.
Zacisnęłam dłoń na jego czarnej koszulce, jakby to miało mi pomóc w zatrzymaniu go przy sobie na zawsze. Poprzedniego dnia Raven był tak zmęczony, że wykąpał się i od razu poszedł spać, zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że kolejne dni będą trudne, a konflikt w Wieży będzie tylko narastał.
– Nie śpisz już? – usłyszałam jego aksamitny, wciąż zaspany głos.
Miałam ochotę zamruczeć, kiedy przytulił mnie do siebie mocniej, a jego dłoń przesunęła się po moich plecach. Odsunęłam się odrobinę, żeby móc na niego spojrzeć.
– Jak się czujesz? Nic ci nie jest? – spytałam go zaniepokojona.
Przecząco pokręcił głową.
– Wszystko wziął na siebie Christopher – odpowiedział spokojnie. – Nie mam pojęcia, jak go do tego namówiłaś – przyznał.
– Chcesz zobaczyć? – zaproponowałam.
Kiedy przytaknął wpuściłam go do swojego umysłu i pokazałam mu wspomnienia z ostatnich dwóch tygodni. Ku mojemu zdumieniu po jego stronie była tylko czarna, jak bezgwiezdna noc, ciężka i aksamitna ciemność.
Roześmiał się cicho.
– Jesteś niesamowita Effie – zamruczał, wpatrując się we mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy, jakbym była jakąś boginią.
– Ty nie chcesz mi niczego pokazać? – zadałam nurtujące mnie pytanie.
Skrzywił się odrobinę.
– Zdecydowanie nie chcę – zapewnił.
– Dlaczego ktoś chciał cię wrobić w zabójstwo królewny? – spytałam, zmieniając temat.
Na moment przymknął oczy.
– Nie mam pojęcia, ale odnoszę wrażenie, że intryga musiała być skierowana również w ciebie, skoro nie chodziło tylko o morderstwo, ale też o przemoc seksualną. Komuś bardzo zależy na tym, żeby nas rozdzielić. – Jego słowa mocno mnie zaskoczyły, ale trudno mi było się z nimi nie zgodzić. Zarówno czarodziejom, jak i mieszkańcom Dareshii wystarczyło by samo morderstwo, żeby chcieli stracić Ravena. – Pierwszą osobą, którą podejrzewałem był Christopher, ale nie sądzę, żeby posunął się do gwałtu, poza tym z pewnością by z tobą nie współpracował, gdyby był winny. To samo dotyczy Lucasa i Andre.
Przyjrzałam mu się zaskoczona.
– Myślisz, że Chris mógłby zabić królewnę?
Czarodziej wzruszył ramionami.
– Jeżeli uznałby to za najlepsze rozwiązanie… – jego odpowiedź wywołała we mnie zimny dreszcz.
– Ktoś jeszcze przychodzi ci do głowy?
– Moja odpowiedź ci się nie spodoba – ostrzegł.
– Po prostu mów – westchnęłam. – Nie podoba mi się cała ta sytuacja.
– Sądzę, że mógł to zaplanować twój niewolnik.
Gwałtownie usiadłam.
– Żartujesz! – pomysł wydał mi się tak absurdalny, że miałam ochotę się roześmiać.
– Wiedziałem, że tak zareagujesz – mruknął podpierając głowę na łokciu. – Po przejrzeniu twoich wspomnień uważam też, że mógł to zaplanować twój ojciec, uznając, że to świetny pretekst do wypowiedzenia wojny.
Przecząco pokręciłam głową.
– Nie, to nie miałoby sensu. Gdyby chciał wypowiedzieć wojnę, po prostu by to zrobił, nie musiałby się tak fatygować – wyjaśniłam.
– Cóż, pozostaje nam czekać na kolejny ruch naszych wrogów.
Odgarnęłam mu z twarzy niesforne kosmyki włosów, a potem pochyliłam się i pocałowałam go w skroń.
– Wstawajmy – zasugerowałam – jestem pewna, że z okazji twojego powrotu Wieża przygotowała na śniadanie cos wyjątkowo smacznego.