Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Raven

    Żałowałem, że tym razem to nie mi przypadła Scarlett. Chciałem jak najszybciej z powrotem znaleźć się w Wieży. Od dawna nic nie intrygowało mnie tak bardzo, jak księżniczka z rodu Arashi. To jednak było ważniejsze. Wieża była ważniejsza od moich zachcianek. 

    Dzięki zabawie z księżniczką magia we mnie aż buzowała. Zamykanie przejść między światami nigdy jeszcze nie było aż takie proste. Dlatego wracając, mimo że było to męczące, uznałem, że przy pomocy magii skrócę sobie drogę. Nie uśmiechało mi się spanie na gołej ziemi, a jeszcze mniej chciało mi się zwiedzać przydrożne gospody. Czasoprzestrzeń była niczym prosta kartka i by skrócić odległość z punktu A do B wystarczyło ją tylko kilkakrotnie złożyć, a niektóre miejsca były na te zagięcia wyjątkowo podatne. Zagłębiłem się w brzozowy zagajnik, by po chwili wyjechać z niego na otoczony sosnowym lasem trakt, który znajdował się kilkanaście godzin podróży bliżej od Czarnej Wieży. 

    Jednak zdecydowanym minusem używania takich skrótów, było to, że nie mogłem zawczasu zauważyć zagrożenia. Ściągnąłem wodze karego ogiera, który ze zdenerwowania zaczął potrząsać głową i w miejscu przebierać kopytami. Ktoś strzelił do mnie z kuszy, ale bełt odbił się od otaczającej mnie bariery i upadł na drogę. Dwóch mężczyzn rzuciło się na mnie z krótkimi toporami. Westchnąłem, przywołując do siebie trzy cienie. Nie miałem zamiaru brudzić sobie rąk. 

    Rozejrzałem się po trakcie. Wyglądało na to, że przeszkodziłem rozbójnikom w napadzie na jakichś zamożnych podróżnych. Przy drodze leżało kilkunastu martwych gwardzistów. Za zwalonym pniem drzewa stała bogato zdobiona karoca. Moje cienie bez trudu radziły sobie z kolejnymi bandytami. Kilku z nich rzuciło się do ucieczki, zagłębiając się w las, ale pozostali przy życiu gwardziści ruszyli za nimi. Przez chwilę rozważałem, czy się nie ulotnić, ale nie chciałem, żeby Mistrz znów był zawiedziony moim zachowaniem, a zapewne plotki o tym zdarzeniu szybko dotrą do jego uszu. Zrezygnowany podjechałem do mężczyzny z insygniami kapitana.   

    – Jestem Raven Wairudo, Czarodziej z Czarnej Wieży – przedstawiłem się od niechcenia. – Z kim mam przyjemność? – spytałem. 

    Odziany w lekką zbroję mężczyzna jedną ręką przytrzymał denerwującego się gniadosza, a drugą zdjął hełm. Jęknąłem w duchu, rozpoznając jego twarz. Przede mną stał główny dowódca pałacowej gwardii z Dareshii. 

    – Kapitan Richard Nightingale – przedstawił się uprzejmie, kłaniając się na tyle, na ile pozwalała mu zbroja. – Dobrze, że byłeś w pobliżu, panie, ponieważ eskortujemy jej wysokość, księżniczkę koronną Daphne Emmę Merrowind, do zamku duka Longshire. Wpadliśmy w zasadzkę – wyjaśnił, zupełnie jakbym nie zauważył. 

    Z karety wysiadła wspomniana księżniczka w towarzystwie starszej służącej i bogato odzianej damy dworu, która nie przestawała używać wachlarza, jakby zaraz miała zemdleć. 

    – Panie, miło nam cię poznać – odezwała się ta ostatnia. – Łut szczęścia postawił nas na twojej drodze. Jeśli zgodzisz się nam towarzyszyć, jestem pewna, że duke Longshire odpowiednio cię wynagrodzi. 

    Z trudem powstrzymałem się przed prychnięciem z irytacją. Czego niby mógłbym chcieć od jakiegoś przeklętego diuka? 

    – To Lady Izabella, córka barona Rosco – kapitan Nightingale przedstawił młodą kobietę ze szczerym zachwytem w głosie. Przyjrzałem się jej uważniej. Miała burzę płomiennie rudych loków i błękitną suknię, podkreślającą atuty jej kobiecych kształtów. Sprawiała wrażenie niezłej kusicielki, szczególnie w kontraście z jasnowłosą, nastoletnią księżniczką Daphne. Zacząłem odrobinę współczuć kapitanowi gwardii, bo wyglądało na to, że mimo zauroczenia, nie miał u niej najmniejszych szans. – I faktycznie, ponieważ nasze oddziały zostały rozbite, bylibyśmy ci ogromnie wdzięczni za towarzystwo, Czarodzieju.  

    Czy moje obawy zawsze musiały być słuszne? Przez chwilę zastanawiałem się nad tym, jak grzecznie odmówić. Nie byłem dobry w te klocki, a nie zamierzałem ani narażać się Mistrzowi, który co chwilę powtarzał nam, jak ważne są konwenanse, ani tym bardziej im towarzyszyć. To byłaby kompletna strata czasu.  

    – Panie – księżniczka zbliżyła się do mnie o kilka kroków, a ja spojrzałem na nią pytająco. – Czy w Czarnej Wieży słyszeliście jakieś wieści na temat Vente? – spytała z nadzieją w głosie. – Co stało się z rodziną królewską? – kontynuowała błagalnie. 

    – Jej Wysokość martwi się o swojego narzeczonego, królewicza Aedana De’Vree – wyjaśniła usłużnie Lady Izabella. 

    Kto wie, może jednak to spotkanie nie okaże się taką zupełną stratą czasu? Uśmiechnąłem się kocim uśmiechem. Postanowiłem, że nadłożę te kilka godzin drogi i będę im towarzyszył do zamku duka Longshire, a być może, przy odrobinie szczęścia, księżniczka Daphne rozwiąże moje aktualne problemy. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie, dzień trzydziesty pierwszy

    Obudziło mnie poczucie czyjejś obecności. Raven. Wiedziałam, że to on, zanim jeszcze odwróciłam się w jego kierunku. Bez pytania wszedł do mojego pokoju i położył się przy mnie na łóżku, wślizgując się pod kołdrę.

    – Co robisz? – spytałam zaskoczona.

    Musiałam przyznać, że stęskniłam się za nim i teraz byłam jednocześnie zadowolona, że już wrócił i wściekła na niego, jak chłodno potraktował mnie tuż przed wyjazdem. Poza tym drażniło mnie, że na sam jego widok, w moim brzuchu wściekle harcuje nie tyle stado motyli, co cała banda przebrzydłych trzmieli. Czy od początku tak na niego reagowałam?

    – Gdybyś mnie tu nie chciała, Wieża nie pozwoliłaby mi odnaleźć twojego pokoju – zamruczał, przyciągając mnie do siebie. 

    Zatonęłam w jego ramionach, błagając w duchu, by za bardzo nie namieszał mi w głowie. Miałam w głębokim poważaniu, co myślał o nim Christopher. 

    – Co robiłeś, jak cię nie było? – spytałam niepewna czy będzie chciał mi odpowiedzieć. 

    – Miałem po drodze ciekawe spotkanie – odezwał się tuż przy moim uchu, a ja zadrżałam, czując na karku jego ciepły oddech. Kiedy przesunął dłonią po moim udzie znów byłam pewna, że mnie pocałuje, ale on i tym razem tego nie zrobił. – Wpadłem na Daphne Merrowind, która jest narzeczoną twojego niewolnika – kontynuował. – Możliwe, że odwiedzi nas w ciągu najbliższego tygodnia.  

    – Och – przylgnęłam do niego, wtulając się jeszcze mocniej w jego ramiona – pewnie będzie zadowolony, bardzo martwi się o osoby ze swojego wcześniejszego życia. 

    Dłoń Ravena na chwilę zamarła na moim udzie, a ja zdałam sobie sprawę, że chyba nie takiej reakcji się po mnie spodziewał. Gdy jego ręka podjęła swoją wędrówkę, wszystko inne przestało mieć w tym momencie jakiekolwiek znaczenie, a ja niecierpliwie czekałam, czy chłopak wykona w moim kierunku jakiś następny krok.  

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven

    Czułem się sfrustrowany. Ledwo wróciłem do Wieży, a już Mistrz planował wysłać mnie do kolejnego zadania. Tym razem przynajmniej mogłem zabrać ze sobą Effie, chociaż zdecydowanie nie podobało mi się, że mają nam towarzyszyć również Christopher, Lucas i Andre. Mieliśmy odzyskać jakiś mało ważny artefakt, skradziony ze świątyni przez dareshiańską armię. Nie miałem pojęcia po co tyle zachodu o taki drobiazg, ale przypuszczałem, że Mistrz miał w tym jakiś wyższy cel, jak choćby zmuszenie mnie do współpracy z Christopherem. Z pewnością jednak nie zamierzałem ułatwiać mu życia. 

    Planowałem natomiast zapewnić księżniczce z rodu Arashi bezpieczeństwo, a ku mojemu zadowoleniu Wieża postanowiła mi w tym pomóc, więc teraz leżałem na kanapie, słuchając szalejącej za oknami nawałnicy i kartkując książkę z ochronnymi runami. Zapowiadała się niezła zabawa.   

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Pokój, w którym się znajdowaliśmy miał białe ściany i ogromne, wychodzące na niezwykły, tropikalny ogród okna. Nie było w nim żadnych mebli. Na podłodze leżały japońskie maty, przykryte teraz kłębami białego, przyjemnego w dotyku materiału. 

    Raven zamoczył pędzel w stojącej przy nas misce z czarnym tuszem. Delikatnie przesunął nim po moim odsłoniętym ramieniu, kopiując runę, która zdobiła teraz jedną z białych ścian. Gdy również chwyciłam pędzel, biały materiał, który do tej pory przytrzymywałam, by zakrywał mi piersi, opadł na moje nogi. Młody mężczyzna wpatrywał się we mnie bez skrępowania, ale w taki sposób, jakby nigdy nie widział nic piękniejszego. 

    Końcówką pędzelka przesunęłam po jego cudownie wyrzeźbionym torsie. Runa na ścianie zmieniła swój kształt. Jak najlepiej umiałam, spróbowałam odwzorować ją na skórze chłopaka. Po kilkudziesięciu minutach niemal całe nasze ciała były pokryte we wciąż zmieniających się na ścianie symbolach. 

    – Łaskoczesz – roześmiałam się, kiedy przysunął końcówką pędzelka po mojej szyi. 

    – Przepraszam – odezwał się zachrypniętym z podniecenia głosem. 

    Byliśmy tutaj sami, nadzy, dotykając się nawzajem. Napięcie było nie do zniesienia. Przez ostatni kwadrans miałam okazję w pełnej krasie obserwować jego męskość, która przez ten czas nie opadła ani na chwilę. On jednak nie wykonał w moją stronę żadnego ruchu. Od czasu, kiedy wrócił do Wieży i wśliznął się do mojego łóżka, żeby się poprzytulać, nie zrobił niczego więcej. Zupełnie niczego. Doskonale jednak pamiętałam jego namiętność. Zaczęłam się zastanawiać, czy chłopak nie oczekuje, że tym razem to ja wykonam pierwszy krok. Przysunęłam się bliżej, oplatając go ramionami i nagimi piersiami wtulając się w jego bok. Raven odłożył pędzelek. Zdałam sobie sprawę, że z trudem przełyka ślinę. 

    – Effie, nie musisz tego robić – powiedział cicho, delikatnie zdejmując moją dłoń ze swojej szyi. 

    – Co masz na myśli? – spytałam zbita z tropu. 

    – Ta magia nie wymaga tego rodzaju bliskości – wyjaśnił poważnym tonem, patrząc mi w oczy. 

    Przyjrzałam mu się niedowierzająco. 

    – Czy ty nigdy nie uprawiasz seksu dla przyjemności? – wypaliłam bez zastanowienia. 

    Ku mojemu zdumieniu przecząco pokręcił głową. 

    – Nigdy mi się nie zdarzyło – przyznał otwarcie. 

    Chyba po raz pierwszy poczułam się przy nim taka skrępowana. 

    – I nie masz na to ochoty? – drążyłam dalej, jednak z coraz mniejszą pewnością. 

    Nie spuszczał ze mnie wzroku, a ja mogłabym przysiąc, że jego brązowe oczy pociemniały z pożądania. 

    – Oczywiście, że mam i jak będziesz mnie dalej prowokowała, to w końcu nad sobą nie zapanuję – zapewnił. 

    – Więc czemu po prostu tego nie zrobimy? – spytałam nie mogąc pojąć jego toku rozumowania. 

    – A chcesz uprawiać ze mną seks? – byłam pewna, że się rumienię, bo mimo tej całej, zupełnie abstrakcyjnej sytuacji, nie spodziewałam się aż tak bezpośredniego pytania. 

    – Raven – jęknęłam – nie czujesz tego napięcia między nami? Gdybym nie chciała, to nie zgodziłabym się już za pierwszym razem – dodałam. – Niezależnie od tego, czy było to związane z magią, czy nie. 

    Przez chwilę wpatrywał się we mnie, jakby nie do końca zrozumiał moje słowa. Szybko jednak otrząsnął się z tego dziwnego stanu. Stanowczym gestem przyciągnął mnie do siebie, oplatając ramionami. Jego usta znalazły się na moich ustach, dłonie zaczęły błądzić po całym moim ciele. Odwzajemniałam jego namiętne pocałunki, dotykałam jego ozdobionych czarnymi runami torsu, pleców i ramion. Posadził mnie sobie na kolanach, a ja powoli, patrząc mu w oczy, nasunęłam się na jego gotową do działania męskość.

    Raven przestał się w jakikolwiek sposób powstrzymywać. Poruszał biodrami, całując moją szyję, by już za chwilę zejść ustami niżej, na moje kształtne piersi. Jęknęłam z rozkoszy, gdy wziął do ust mój sutek i zaczął go pieścić językiem. Chłopak, nie wysuwając się ze mnie, położył mnie na plecach, a sam znalazł się nade mną. Teraz poruszał się znacznie szybciej i pewniej. Oplotłam jego szyję ramionami, a on zaczął mnie namiętnie całować. Nie mogłam powstrzymać cichych jęków i westchnień, co chyba tylko jeszcze bardziej go nakręcało. Kilka kolejnych ruchów wystarczyło, by rozkosz rozlała się po całym moim ciele, a nasza dziwaczna rozmowa zupełne odeszła w niepamięć.

    Note