Rozdział 19 – Serce Czarnej Wieży
by Vicky
Raven
Plac przed Wieżą wyglądał jak scena po bitwie, tylko że nikt nie miał odwagi nazwać tego bitwą. Elitarni gwardziści Władcy Północnych Ziem stali w równych szeregach, spokojni i bezczelnie pewni siebie. Tacy ludzie zawsze mnie irytowali. Mieli w oczach to samo przekonanie, które widziałem u strażniczek Zakonu Cienia, że skoro są po, ich zdaniem, właściwej stronie, to wszystko im wolno.
Niestety działali nadzwyczaj sprawnie, albo może niewolnikowi dopisywało zbyt dużo szczęścia. Zdążyli uratować Aedana, zanim Daemon go wykończył. Zdążyli też pojmać samego Daemona i przyprowadzić go tutaj, na plac, jak trofeum. Stał pod nadzorem gwardzistów, z twarzą, która próbowała udawać, że jeszcze cokolwiek kontroluje. Nie kontrolował już niczego. Nie po tym, jak zobaczyłem Effie w tamtej jaskini.
Dowódca gwardii mówił rzeczowo, jakby składał raport z polowania. Władca Północnych Ziem pozbędzie się Zakonu Cienia. Zabije każdą jeszcze żywą członkinię. Zniszczy wszystkie ich siedziby. Brzmiało to jak sprzątanie brudu z zamkowego korytarza. Powinienem czuć satysfakcję, bo Zakon był problemem, ale w tej chwili miałem w sobie tylko jedną, uporczywą myśl — Daemon śmiał dotknąć tego, co należy do mnie. Wybrał Vivien zamiast Effie i to był jego najgorszy błąd.
Effie nie chciała go skazywać na śmierć, bo zawsze miała ten irytujący odruch, żeby szukać w ludziach resztek człowieczeństwa. Już miałem jej powiedzieć, żeby przestała, kiedy gwardziści przyprowadzili Sol. Wyglądała, jakby nadal była zamknięta w celi. Blada, roztrzęsiona, z oczami, które nie mogły złapać ostrości. Kiedy zobaczyła Daemona, coś w niej pękło. Na jej twarzy najpierw pojawiło się niedowierzanie, a potem ból.
– To prawda, że skrzywdziłeś królewnę z Dareshii? – wydusiła, a głos jej zadrżał. – I wykorzystałeś mnie do porwania księżniczki Arashi?
Daemon spróbował zrobić krok, ale gwardzista natychmiast przycisnął mu ramię, zmuszając go do bezruchu. Widziałem, że Sol chce, żeby to był żart, jakieś nieporozumienie. Żeby jej świat znów był prosty. Niestety.
Chwilę później pojawiła się Scarlett i wszystko dokończyła za mnie. Nie musiała podnosić głosu. Wystarczyło, że powiedziała prawdę. Daemon działał na zlecenie Vivien. To on wrobił mnie w zabójstwo i gwałt. Kiedy to nie wystarczyło, porwał Effie, a potem dodała coś, co dla Effie miało znaczenie, choć dla mnie brzmiało jak kpina — Daemon naprawdę lubił Sol. Nie chciał, żeby stało jej się coś złego. Scarlett potrafiła to wyczuć, bo czytała w myślach i emocjach jak w otwartej księdze.
Dokładnie wtedy zobaczyłem w oczach Effie decyzję. Z pewnością nie taką, jaką ja bym podjął. Ona nie chciała jego śmierci. Pragnęła, żeby Sol nie musiała żyć z myślą, że kochała potwora, który umarł zbyt łatwo. Zacisnąłem zęby, czując narastającą we mnie irytację. Szybko jednak wpadłem na doskonały pomysł, który nie pozwoli jej na idiotyczny akt łaski.
— Idź w stronę Wieży — rozkazałem chłodno.
Daemon, niczym w transie, posłusznie ruszył przed siebie i po chwili zniknął nam z oczu.
— Raven… — zaczęła, wyraźnie coraz bardziej zaniepokojona, chwytając mnie za rękę.
— No, co — przerwałem jej zirytowany. Nie rozumiałem, czemu tak bardzo chciała go oszczędzić, po tym, jak ją skrzywdził. — Przecież go nie zabiłem, dokładnie tak jak chciałaś.
— Co się z nim stanie? — spytała cicho.
Wzruszyłem ramionami.
— Wieża sama go ukaże — wyjaśniłem chłodno. — Gdyby jednak chciała go zabić, już znaleźlibyśmy ciało — dodałem, na wszelki wypadek nie wyjaśniając jej jednak, że zapewne spotkał go los gorszy od śmierci, na przykład uwięzienie w jego najgorszych koszmarach.
Daemon szybko zniknął w oddali, ale Effie wciąż patrzyła w stronę Wieży, jakby próbowała usłyszeć jej odpowiedź już teraz. Gwardziści rozeszli się, jakby wykonali obowiązek i właśnie kończyli zmianę. Sol stała w miejscu, otępiała, z dłońmi przyciśniętymi do własnych ramion, jakby bała się, że rozsypie się na kawałki. Scarlett była obok Effie i wyglądała na niepokojąco spokojną.
— Zaprowadzę ją do gospody — zaproponowała uczynnie.
Effie przez krótką chwilę patrzyła na nią podejrzliwie, ale w końcu skinęła jej głową. Obie dziewczyny odeszły ku zabudowaniom miasteczka. Aedan pojawił się zanim zdążyły zniknąć nam z oczu, jeszcze blady, ale żywy, co zdecydowanie mi się nie podobało. Szczerze liczyłem, że Vivien rozwiąże za mnie przynajmniej ten problem.
Królewicz pewnym krokiem podszedł do Effie.
– Effie… – zaczął, a głos mu się załamał. – Przepraszam. Ja… nie potrafiłem… Nie chciałem… Powiedz mi, że nic ci nie jest.
Bez zadawania pytań, nie wahając się ani chwili, przyciągnął ją do siebie. Objął ją stanowczo. Jakby miał do tego prawo. Jakby to było normalne. Jak gdyby nigdy nic.
Świat na moment ucichł. Widziałem tylko jego ręce na jej plecach. Jej ciało w jego ramionach i coś we mnie pękło z takim hukiem, że aż na ułamek sekundy zrobiło mi się ciemno przed oczami. Poczułem, jak obok mnie pojawia się cień, mimo że go świadomie nie wzywałem.
– Puść ją – powiedziałem cicho, głosem, który zwykle słyszą ludzie chwilę przed tym, jak popełniają ostatni błąd.
Aedan spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz mnie zauważył i wreszcie przypomniał sobie, że stoję tuż obok. Nie obchodziło mnie, że jest ofiarą. Nie obchodziło mnie, co podała mu Vivien. Nie obchodziło mnie, że teraz udaje skruchę. Obchodziło mnie tylko to, że dotykał Effie, a ja nie byłem już w nastroju, żeby udawać, że potrafię się tym nie przejmować.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Zamarłam w ramionach Aedana, jakby czas na moment się zatrzymał. Przytulał mnie do siebie mocno, stanowczo, ale nie z tych samych powodów, które chwilę wcześniej doprowadziły mnie do paniki w jaskiniach. W jego uścisku była rozpacz, poczucie winy i potrzeba upewnienia się, że jeszcze istnieję i nie zniknęłam mu sprzed oczu razem z tamtym koszmarem.
Nie zdążyłam jednak odpowiedzieć, bo chłodny głos Ravena przeciął powietrze.
– Puść ją.
Zimny dreszcz przebiegł mi po karku. Poczułam, jak obok czarodzieja gęstnieje cień, chociaż Raven nawet nie drgnął. Podniosłam wzrok i zobaczyłam jego twarz — pustkę, w której czaiła się furia.
– Aedan – powiedziałam cicho, zanim cokolwiek zdążyło się wydarzyć. – Puść mnie, proszę.
Jego uścisk na sekundę się wzmocnił, jakby walczył sam ze sobą, a potem dłonie chłopaka powoli opadły. Odsunęłam się od niego o krok i od razu stanęłam tak, żeby być dokładnie pomiędzy nimi. Nie dlatego, że byłam odważna. Dlatego, że ktoś musiał ich zatrzymać, zanim zrobią coś, czego nie da się odkręcić.
– Raven – odezwałam się ostrzej, niż planowałam. – Wystarczy.
Jego spojrzenie wbiło się we mnie. Widziałam, że to słowo nie pasuje do jego świata. Do jego sposobu myślenia.
– Effie… – zaczął Aedan, ale uniosłam dłoń, uciszając go gestem.
– Nie teraz.
Obróciłam głowę w stronę Ravena, nie spuszczając go z oczu.
– Aedan przeprasza. Ja żyję. Nic mi nie jest. To powinno ci wystarczyć – powiedziałam spokojnie, chociaż serce waliło mi jak oszalałe. – Jeśli chcesz się wyżyć, to nie na nim. — Cień obok Ravena poruszył się, jakby czekał na pozwolenie. Zrobiło mi się zimno. – Raven… proszę – dodałam ciszej.
Na krótką chwilę jego źrenice pociemniały, jak zawsze, kiedy coś w nim chciało się wyrwać spod kontroli. Potem powoli wypuścił powietrze, a cień cofnął się o pół kroku, jak posłuszny pies.
– Nie dotykaj jej – rzucił do Aedana, już chłodniej, ale nadal wyraźnie wyczuwałam płonący w nim ogień.
Aedan pobladł. Niechętnie skinął głową.
– Rozumiem – wydusił.
Nie wierzyłam, że naprawdę rozumie, ale w tej chwili nie potrzebowałam jego zrozumienia. Potrzebowałam, żeby przeżył.
Odetchnęłam dopiero, gdy Raven zrobił krok w moją stronę i stanął tak blisko, że poczułam ciepło jego ciała. Nie objął mnie. Nie dotknął. Jakby sprawdzał, czy pozwolę.
– Wracamy – oznajmił.
To też był rozkaz, tylko ubrany w spokojniejsze słowo. Spojrzałam jeszcze raz w stronę gospody, gdzie poszła Scarlett z Sol. Potem na Aedana, który stał jak skamieniały, wciąż zawstydzony i nieszczęśliwy.
– Naprawdę nic mi nie jest, a ty nie zrobiłeś nic złego – powiedziałam mu miękko. – Idź do siebie, odpocznij.
Nie odpowiedział. Skinął tylko głową.
Raven już się odwracał. Chwyciłam jego dłoń, zanim zrobił kolejny krok.
– Nie rób nic głupiego – wyszeptałam.
Popatrzył na mnie tak, jakby to było najzabawniejsze zdanie, jakie tego dnia usłyszał.
– Zależy, co uznasz za głupie – mruknął.
Zacisnęłam palce mocniej na jego ręce, bo nagle dotarło do mnie, że to dopiero początek, a ja nie zamierzałam rezygnować z drogi, którą wybrałam, nawet doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie będzie najłatwiejsza.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Znałam Ravena już na tyle dobrze, żeby widzieć, że wciąż był wkurzony, nawet jeżeli ukrywał emocje pod swoją zwyczajową maską. Wystarczył mi sam widok tego, jak silna nawałnica szalała za oknami jego loftu. Nie miałam pojęcia co mu chodzi po głowie, ale za wszelką cenę zamierzałam odwrócić jego myśli od Aedana. Poza tym… po dzisiejszym dniu naprawdę czułam, że mogę na niego liczyć. Po raz kolejny pokazał mi, że to właśnie mnie wybrał i to mimo tego, że Vivien z pewnością byłaby dla niego wygodniejszym rozwiązaniem.
Kiedy usiadł na kanapie, usiadłam mu na kolanach, oplatając ramionami jego szyję, a on natychmiast objął moją talię.
— Dokończymy to, co zaczęliśmy w jaskini? — spytałam nachylając się ku niemu.
Nie kazał mi czekać na odpowiedź. Jego usta znalazły się na moich ustach, pocałunki były desperackie, żywiołowe, niemalże brutalne. Jego ręce wśliznęły się pod koszulę, dotykając mojego nagiego ciała. Zaczął całować moją linię szczęki, policzek, szyję, delikatnie przygryzł płatek mojego ucha.
— Jesteś pewna, że chcesz w tym momencie mnie prowokować? – odezwał się zachrypniętym z podniecenia głosem.
Spojrzałam za okno. Nawałnica nie cichła, ale wbrew rozsądkowi nie czułam strachu, a ekscytację.
— Wystarczająco dużo czasu już straciliśmy, nie uważasz? – mruknęłam.
Bez uprzedzenia chwycił mnie za nadgarstki, a potem przewrócił na kanapę. Jedną ręką wciąż mnie przytrzymywał, a drugą pozbywał się mojego ubrania. Zachłannie całował moją szyję, dekolt, a potem piersi.
Kiedy byłam już naga, szybko pozbył się również swoich spodni. Przekręcił mnie w taki sposób, że teraz wypinałam ku niemu pośladki. Jedną ręką trzymał moje biodro. Po chwili poczułam, jak palce drugiej zaciskają się na moim karku, mocno, stanowczo, dominująco, ale ku mojej uldze nie brutalnie. Wsunął się we mnie od razu mocno, głęboko, tak, że zachłysnęłam się powietrzem. Jęknęłam w poduszkę. Początkowy dyskomfort szybko zmienił się w falę przyjemności, która rozlewała się po całym moim ciele.
Tym razem Raven był dziki, drapieżny, jakby faktycznie jego nadrzędnym celem było pozbycie się nagromadzonej złości, a ja, zamiast strachu, czułam ekscytację. Poczułam, jak rozlewa się we mnie jego ciepło.
Gdy skończył, przewrócił mnie na plecy i ponownie zaczął mnie całować. Ani na moment nie pozwolił mi się wyswobodzić, a to, mimo że po dzisiejszych wydarzeniach nie powinno, i tak nakręcało mnie jeszcze bardziej.
Nie minęło nawet kilka minut, gdy wszedł we mnie ponownie. Uniósł moje nogi. Tym razem, kiedy się poruszał, moich jęków nie tłumiła poduszka.
W pewnym momencie nachylił się ku mnie. Poczułam jego ciepłe usta na swoim uchu.
— Nie licz na to, że kiedykolwiek pozwolę ci odejść – oznajmił cichym, lekko zachrypniętym głosem.
Potem zaczął mnie całować, nie pozostawiając miejsca na moją odpowiedź. Poczułam euforię. Oplotłam go ramionami i przesunęłam paznokciami po jego plecach. Chciał, żebym należała do niego, a mi to w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień siedemdziesiąty
Byłam czarodziejką z Czarnej Wieży, a także księżniczką z rodu Arashii, córką okrutnego i bezwzględnego tyrana, Władcy Północnych Ziem, który jednak, z jakiejś przyczyny, spełniał wszystkie moje zachcianki. Dzięki temu, że poznałam swoją tożsamość, mój świat powoli zaczął nabierać sensu, choć i tak w przeważającej mierze kręcił się wokół Ravena. Tego dnia jednak postanowiłam zrobić coś dla kogoś zupełnie innego. Zamierzałam odzyskać dla Aedana to, co chłopak utracił.
Spotkanie z ojcem i tym razem było… zaskakująco proste. Nie żałowałam nawet, że w świecie, w którym Czarna Wieża ma swoją fizyczną formę, nie może mnie tak po prostu przenieść gdziekolwiek bym chciała, bo lot na grzbiecie Scarlett jak zawsze był cudowny.
Nieniepokojona przez nikogo, po dotarciu do twierdzy, poszłam prosto do gabinetu ojca, po drodze mijając stojące na wewnętrznym dziedzińcu poskręcane drzewa, w których uwięzione zostały dawne przyjaciółki Vivien.
Meble w gabinecie ojca były masywne, wyrzeźbione z ciemnego drewna, w oknach wisiały ciężkie zasłony, a na ścianach stare mapy. Ojciec stał przy oknie, jakby czekał na mnie od dawna.
– No proszę – odezwał się spokojnie. – Moja córka postanowiła zaszczycić mnie wizytą.
Nie uśmiechnął się, ale w jego głosie brzmiała satysfakcja, jakby każda moja decyzja była dowodem na to, że jego plan zadziałał. Przez chwilę miałam ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymałam się. Potrzebowałam go dzisiaj w dobrym humorze.
– Chcę porozmawiać o Dareshii – oznajmiłam od razu.
Władca Północnych Ziem odwrócił głowę powoli, z tym swoim spojrzeniem, które sugerowało, że wszystko co robię jest dla niego niezmiernie interesujące.
– Dareshia jest teraz twoja – stwierdził rzeczowo. – Podbiłaś ją na własne życzenie. Więc powiedz mi, co mam z nią zrobić.
Zacisnęłam dłonie. Przez ułamek sekundy wróciło do mnie obrzydzenie na myśl o tym, jak łatwo w jego ustach brzmiało słowo „podbiłaś”. Jakby mówił o kupieniu nowego konia.
– Niczego nie chcę z nią robić – odpowiedziałam spokojnie. – Dareshia mnie nie interesuje.
Sprawiał wrażenie rozbawionego.
– To ciekawe. W takim razie po co przyszłaś?
Wzięłam głęboki oddech. Nie mogłam pozwolić, żeby zabrzmiało to jak prośba o łaskę. Musiało brzmieć jak transakcja.
– Chcę się z tobą wymienić – oznajmiłam.
Ojciec zmrużył oczy.
– Słucham uważnie.
– Zabierz sobie Dareshię – powiedziałam wyraźnie. – Zostaw ją dla siebie, zrób z nią co chcesz.
Przez krótką chwilę milczał, jakby sprawdzał, czy to żart. Nie było w nim jednak zaskoczenia. Raczej czysta ciekawość.
– W zamian? – spytał.
Uniosłam podbródek i wyprostowałam plecy.
– Vente – wypowiedziałam nazwę spokojnie, chociaż serce zabiło mi szybciej. – Oddaj mi Vente. Chcę, żeby było moje.
W jego spojrzeniu pojawiła się iskra. Taka sama, jaką widziałam wtedy, gdy mówił o wojnie z uśmiechem człowieka, który akurat znalazł ulubioną zabawkę.
– Vente… – powtórzył wolno. – Królestwo twojego ulubionego królewicza.
Zesztywniałam, ale nie dałam mu satysfakcji żadną reakcją.
– Vente jest jego domem – doprecyzowałam.
Ojciec podszedł bliżej. Nie spieszył się.
– Chcesz mu je oddać? – spytał, jakby próbował zrozumieć mechanizm, którego nie ma w jego konstrukcji. – Z litości?
– Nie – odpowiedziałam ostro, zdając sobie sprawę, że jeżeli nie zaproponuję niczego sensownego, to mój pomysł po prostu nie przejdzie. Nawet Władca Północnych Ziem nie mógł sobie pozwolić na taką dobroczynność. Mogłaby mieć zbyt poważne konsekwencje. – Niech zostanie państwem wasalskim Północnych Ziem, niech płaci podatki, ale zachowa swoją autonomię. Ty również skorzystasz na tym, jeśli będzie się rozwijać, a rebelianci znikną, bo przestaną być potrzebni.
Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu. Potem skinął głową, jakby właśnie podjął decyzję o przesunięciu pionka na planszy.
– Dobrze – oznajmił. – Dareshia zostaje moja. Vente będzie twoje.
Zamrugałam, bo… to było zbyt łatwe.
– Tak po prostu? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
– Spełniam twoje zachcianki – przypomniał mi łagodnie, co brzmiało znacznie gorzej niż groźba. – Poza tym… Vente jest mniej użyteczne niż Dareshia. Wymiana jest korzystna.
Poczułam, jak coś we mnie zaciska się i rozluźnia jednocześnie. Ulga mieszała się z niechęcią. Zgodził się, bo to się opłacało.
– W takim razie dopilnujesz, żeby to było formalne? – dopytałam cicho.
– Rozczulasz mnie – mruknął. – Dopilnuję, ale sama ustalisz zasady.
Odwrócił się z powrotem do okna, jakby rozmowa była skończona.
— Dobrze, niech tak będzie — odpowiedziałam wciąż niedowierzając.
Po chwili rozległo się pukanie do drzwi, a gdy mój ojciec ich zaprosił, służący wnieśli sporych rozmiarów drewnianą skrzynię. Postawili ją na biurku, skłonili się i odeszli.
— Zajrzyj do środka — polecił mi ojciec.
— Co to takiego? — spytałam zbita z tropu.
W skrzyni znajdowały się setki listów. Wszystkie adresowane były do Vivien, a może teraz raczej powinnam powiedzieć, że do mnie…
— Propozycje małżeństwa — wyjaśnił spokojnie, jak gdyby nigdy nic. — Nawet Imperator z zachodniego kontynentu wysłał propozycję, żebyś poślubiła jego najstarszego syna. — Spojrzał na mnie poważnie. — Nie mogę odmawiać im w nieskończoność. Wybierz czarodzieja, albo królewicza z Vente, kogo tylko sobie życzysz, ale zrób to, zanim twoje wahanie po raz kolejny zatopi kontynent w morzu krwi. Oczywiście — w jego spojrzeniu wciąż było rozbawienie — jeżeli wolisz wybrać tę drogę, to nie będę miał do ciebie pretensji. — Przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu, a potem ponownie się odezwał, najwyraźniej uznając rozmowę za zakończoną. — Wracaj do swojej Wieży, córko – rzucił spokojnie. – Jeśli jeszcze czegoś zapragniesz, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Wyszłam stamtąd z uczuciem, że właśnie zrobiłam coś dobrego… korzystając z najgorszego narzędzia, jakie miałam do dyspozycji i strachem, że faktycznie, jeśli nic nie zrobię, świat utonie w morzu krwi.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Siedziałam na podłodze, oparta plecami o łóżko, z nogami podciągniętymi pod brodę i niechętnie wpatrywałam się w skrzynię pełną listów. Stała przede mną jak żart, którego nikt w ten sposób nie nazywał. Wieko było uchylone. W środku piętrzyły się koperty, równo ułożone, starannie opisane, jakby ktoś pakował towar, a nie cudze życie. Należały do księżniczki Vivien, a jednak teraz wszystkie były skierowane do mnie.
Nie otworzyłam żadnej z kopert. Przesunęłam tylko palcami po pierwszym liście i cofnęłam dłoń, jakby parzył. W głowie wciąż słyszałam głos ojca, spokojny i rzeczowy, jakby nie kazał mi wybierać między deklaracją a kolejną wojną.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Podniosłam wzrok.
– Co robisz? – spytał Raven, jak zawsze bez zaproszenia wchodząc do środka.
– Ojciec kazał mi przejrzeć oferty małżeńskie – odpowiedziałam nieobecnie. – Żąda ode mnie deklaracji albo szykowania się na kolejną wojnę.
Raven nawet nie udawał, że go to interesuje. Nie zapytał o szczegóły. Nie skomentował ojca, ani małżeństw, ani wojny. Przez krótką chwilę tylko patrzył na skrzynię, jakby oceniał jej wagę i to, ile miejsca zajmuje w moim pokoju. Potem zrobił krok do przodu.
– Płoń – mruknął od niechcenia.
Skrzynia stanęła w magicznych płomieniach. Ogień pojawił się nagle, był czysty i kontrolowany. Koperty zaczęły się zwijać, lak pękał, papier czerniał i kruszył się w cienkie płatki popiołu.
Siedziałam nieruchomo, z dłonią zaciśniętą na kolanie, i tylko patrzyłam, jak problem zmienia się w szary pył. Raven stał obok i nie powiedział ani słowa.
Kiedy ogień zgasł, ze skrzyni została tylko warstwa popiołu i kilka poskręcanych, zwęglonych resztek. Raven odwrócił się, jakby skończył to, po co przyszedł i tak samo cicho, jak do niego wszedł, opuścił mój pokój. Zostałam sama, wciąż na podłodze, z dziwną pustką w sercu, nerwowym napięciem i myślą o tym, co wydarzy się dalej.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
Nie byłem wściekły. Można powiedzieć, że czułem lekką irytację, a to uczucie bywa znacznie bardziej użyteczne. Polityka bywała przewidywalna i nudna, a ja znałem ten typ zagrania. Władca Północnych Ziem nie rzucał wojną, listami ani propozycjami małżeńskimi dla rozrywki. Robił to, bo chciał przesunąć figurę na planszy i sprawdzić, czy zareaguje. Rozumiałem, że listy były wymierzoną we mnie prowokacją. Prawdopodobnie z premedytacją. Nie zamierzałem udawać, że jej nie zauważyłem.
Scarlett przez chwilę narzekała, że ostatnio zbyt często lata do Manhaim, ale szybko zorientowała się, że nie miałem w sobie zbyt wiele cierpliwości.
Gabinet Władcy Północnych Ziem wyglądał dokładnie tak, jak on sam — ciężki, zimny i zbudowany po to, żeby każdy wchodzący czuł się mniejszy. Mapy na ścianach, ciemne drewno, zasłony jak z mauzoleum. Mężczyzna stał przy oknie, jakby od początku wiedział, że przyjdę i teraz spokojnie czekał.
Nie prosiłem o audiencję. Wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi.
Spojrzał na mnie spokojnie, z tym swoim chłodnym rozbawieniem, które mówiło, że wszystko dzieje się, tak jak to sobie zaplanował. Nie lubiłem być elementem cudzej gry, a jednak pragmatyzm zwyciężył. Północne Ziemie pozbywały się ze świata demonów, a do tego należały do Effie. Jeżeli kiedyś będzie chciała wyciągnąć po nie rękę, musiały na nią czekać potężne i niepokonane.
— Czego chcesz, czarodzieju? — spytał, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie, nie o jego córce.
Nie traciłem czasu.
— Effie należy do mnie – oznajmiłem stanowczo.
Na jego twarzy nie pojawiło się zaskoczenie. Była tam satysfakcja. Minimalna, ledwo widoczna, ale wystarczająco jasna.
— Interesująca deklaracja — mruknął. — Zdecydowanie… dojrzała.
— Dobrze by było, żebyś ogłosił to światu — kontynuowałem obojętnie. — Ludzie boją się Czarnej Wieży. Nikt nie odważy się jej tknąć, jeśli będą pewni, że taki ruch oznacza deklarację wojny.
Odwrócił głowę powoli. Rozbawienie w jego oczach stało się wyraźniejsze.
— Skąd masz pewność, że moja córka ostatecznie wybierze ciebie, a nie królewicza z Vente? — spytał miękko, jakby pytał o zakład w karczmie.
Miałem ochotę wzruszyć ramionami, ale to byłoby zbyt łagodne. Prawda brzmiała lepiej.
— Królewicz żyje tylko dlatego, że Effie jeszcze go nie wybrała — oznajmiłem chłodno. — Gdyby to zrobiła… pozbyłbym się go.
W gabinecie zapadła cisza. Ciężka. Niemal namacalna. Władca Północnych Ziem roześmiał się głośno. Szczerze. Jak ktoś, kto wreszcie usłyszał dokładnie to, na co czekał.
— W końcu — powiedział z rozbawieniem, jakbyśmy mieli wspólny język od lat. — W końcu ktoś przestał udawać, że miłość jest grzeczna.
Nie odpowiedziałem, bo tego ode mnie nie oczekiwał. Podszedł do biurka i oparł o nie dłoń, wciąż mnie bacznie obserwując.
— Chcesz, żebym ogłosił zaręczyny — podsumował. — Co dostanę w zamian?
— Zyskasz sojusznika — odparłem bez wahania. — Potężnego. Takiego, którego nikt nie będzie próbował szantażować ani przekupywać.
Uniósł brew.
— I obiecujesz, że będziesz ją chronił — ni to spytał, ni stwierdził.
— Nie obiecuję — poprawiłem go. — Informuję.
W jego spojrzeniu pojawiło się coś, co mogło uchodzić za zadowolenie.
— Jestem pewien, że gdybyś się zawziął — stwierdził spokojnie, jakby naprawdę chciał wybadać moje granice — mógłbyś pokonać całe Imperium.
Nie skomentowałem tego, bo nie zamierzałem dawać mu satysfakcji. On i tak wiedział, że rozważałem podobne opcje. Dla niej.
— Ogłoszę zaręczyny — oznajmił w końcu. — Nie dlatego, że mi zależy na waszych uczuciach, Ravenie. Zrobię to, bo to zadziała. Strach, autorytet i twoja reputacja to spore atuty.
Skinąłem głową.
— Każdego, kto będzie dla niej zagrożeniem, po prostu usunę z drogi — powiedziałem jeszcze, bardziej dla porządku niż dla efektu.
— Nie wątpię — odparł, jakby mówił o kimś, kto ma w dłoni ostry nóż i wie, jak go użyć.
Porozumienie zapadło i obydwoje byliśmy nim usatysfakcjonowani. Odwróciłem się do wyjścia.
— Powiesz jej? — zapytał za moimi plecami.
— Nie — odpowiedziałem bez wahania.
Zaśmiał się krótko.
— W takim razie rozumiemy się doskonale.
Nie obejrzałem się za siebie. Effie nie miała dowiedzieć się ani o naszym spotkaniu, ani o tym, że jej przyszłość została właśnie rozpisana przez dwóch mężczyzn, którzy nienawidzą, kiedy cokolwiek wymyka im się z rąk.
Koniec części pierwszej.