Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Czarna Wieża

    Effie, dzień czterdziesty siódmy 

    Staliśmy pod prysznicem. Ciepła woda strumieniami spływała po moim ciele. Czarodziej objął mnie od tyłu, a ja oparłam się o niego. Pasowaliśmy do siebie idealnie. Jego dotyk był subtelny i zmysłowy, a ja, po raz kolejny, zupełnie zatraciłam się w jego pieszczotach. 

    Od ostatnich wydarzeń minął już ponad tydzień, a Scarlett wciąż nie zmieniła swojej postaci. Na szczęście przestała mieć możliwość wchodzenia do mojego i Ravena pokoju, bo kiedy tylko wychodziłam na korytarz lub opuszczałam Wieżę, od razu się do mnie przyklejała. Nie miałam pojęcia, co jej chodzi po głowie, ale zachowywała się nienagannie, a do tego sympatycznie, jak urocza, młodsza siostra. Za to Raven… on w przeciwieństwie do smoczycy znów zaczął być denerwujący. 

    – Pozbądź się go – powiedział przysuwając usta tuż do mojego ucha. – Nie obchodzi mnie co z nim zrobisz. Możesz go zabić, oddać komuś, albo uwolnić. Byleby zniknął. 

    Poczułam narastającą irytację. Był niemożliwy! Przed chwilą kochał się ze mną tylko po to, żeby teraz… Wiedziałam, że żadna racjonalna rozmowa w jego przypadku nie ma po prostu sensu. Gwałtownie wyrwałam się z jego ramion.

    – Spierdalaj! – warknęłam na niego. 

    Jego oczy pociemniały. Otworzył drzwi od kabiny prysznicowej, a ja poczułam chłód łazienki.  

    – Zjeżdżaj stąd! – rozkazał. 

    – Z przyjemnością – mruknęłam pod nosem, wychodząc z kabiny i otulając się miękkim ręcznikiem. 

    Zaczęłam liczyć w myślach, powoli otwierając drzwi od łazienki. 

    – Effie, zaczekaj, proszę – tym razem nie zdążyłam dotrzeć nawet do siedmiu. Nie miałam pojęcia czemu to sobie robił. Opuścił kabinę i owinął się w pasie grafitowym ręcznikiem. Przyciągnął mnie do siebie, oplatając ramionami. – Przepraszam – odezwał się zdławionym głosem. 

    Poczułam się podle. Tak bardzo bałam się jego manipulacji, a teraz wychodziło na to, że to ja nim manipulowałam… Zdecydowanie nie tego chciałam. Tylko, że przecież nie mogłam pozbyć się Aedana — był moim przyjacielem i zupełnie nie miał dokąd pójść. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Byłam bardzo zaciekawiona, gdzie tym razem zaprowadzi mnie Raven. Czarna Wieża była połączona z wieloma różnymi światami, do których podróżować mogliśmy zależnie od jej kaprysu. Kiedy wyszliśmy z jego pokoju, moim oczom nie ukazał się, tak jak zawsze, długi korytarz. Tym razem znaleźliśmy się na chodniku, obok szerokiej ulicy, po której jeździły samochody nieznanych mi marek. Chodnikami szły tłumy ludzi, a wszędzie dookoła widać było szyldy sklepów, restauracji i innych firm, zupełnie, jak w moim starym świecie, a jednak, wyczuwałam w tym miejscu coś obcego. 

    – Gdzie jesteśmy? – spytałam zaciekawiona, kiedy chłopak wziął mnie za rękę. 

    – Witaj w Shaderai – uśmiechnął się do mnie wyraźnie zadowolony.

    Ponownie rozejrzałam się dookoła. 

    – Co będziemy tu robić? – spytałam z nutą podejrzliwości. 

    Raven wzruszył ramionami.

    – Zjemy śniadanie i napijemy się kawy – oznajmił po prostu, a ja spojrzałam na niego niedowierzająco. – Nie zabrałem cię tu wcześniej, bo nie wiedziałem, jak zareagujesz na nowoczesną technologię – wyjaśnił w odpowiedzi na moje spojrzenie. – Teraz, kiedy wiem, że wychowywałaś się w bardzo podobnym świecie, nie stanowi to już problemu. 

    Przyjrzałam się mu uważniej. 

    – To randka, czy jakaś ukryta misja? – spytałam wprost, czując przyjemną ekscytację.

    Roześmiał się lekko. 

    – Randka – potwierdził, a ja przeszczęśliwa przysunęłam się do niego bliżej, oplatając swoją ręką jego przedramię i wtulając w nie policzek. 

    Poczułam ekscytację, a w moim brzuchu w dzikim tańcu zawirowała chmara niespokojnych motyli. 

    Raven zaprowadził mnie do przytulnie wyglądającej kawiarni, posadził na wygodnej kanapie, a sam zamówił dla nas croissanty i kawę. Po wydarzeniach z ostatnich dwóch miesięcy, to było tak normalne, że aż nie mogłam w to uwierzyć. Siedząc blisko niego i popijając kawę, czułam przyjemną błogość.

    Kiedy po ostatnim łyku kawy odstawiłam na stolik filiżankę, zdałam sobie sprawę, że na ulicy zrobiło się zbiegowisko. Ludzie nagrywali coś telefonami. Czarodziej jednak nie wyglądał na zaniepokojonego. 

    – Chcesz popatrzeć? – zapytał spokojnym głosem.  

    – Na co? – chciałam wiedzieć. 

    – Najwyraźniej w pobliżu pojawił się portal – rzucił wyjaśnienie, które kompletnie niczego mi nie wyjaśniało. 

    Wyszliśmy przed kawiarnię. W oddali, kilkaset metrów przed nami, na ulicy pojawiło się coś, dla czego faktycznie nie znalazłabym innego określenia niż portal. Brama była ogromna, ciemna i iskrzyła się niebieską poświatą. 

    – Co to takiego? Czy to takie przejście, z którego wyłażą demony, jak te, które zamykacie w świecie Vivien? 

    Tłum na ulicy gęstniał. Raven objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie w opiekuńczym geście, nie pozwalając, żeby ktoś na mnie wpadł. 

    – Mniej więcej, ale nie do końca – stwierdził cicho. – To wejście do świata, w którym mieszkają potwory. Tylko, że w Shaderai to nie my zamykamy bramy. Mają od tego łowców o specjalnych umiejętnościach, którzy wchodzą do środka, wybijają potwory i wtedy przejście samo znika. Jeśli nie zdążą tego zrobić w wyznaczonym czasie, brama sama się otwiera, a mieszkające w środku potwory atakują cywili. 

    Spojrzałam na niego zaskoczona.

    – Słyszałam, że mieszkańcy Shaderai nie władają magią – stwierdziłam.

    – To prawda. Umiejętności łowców to raczej coś zbliżonego do mutacji genetycznych. Kiedy się w nich obudzą, stają się szybsi, silniejsi i bardziej wytrzymali. Magia jest bardziej uniwersalna i przydatniejsza – zapewnił. 

    Ulicą przemknęła kolumna pojazdów wojskowych. Żołnierze zabezpieczyli teren, przesuwając gapiów z okolicy otaczającej wrota. Szybko zablokowali bezpośrednie przejście do bramy. 

    – Co teraz? – spytałam. 

    – Wracamy, nic tu po nas – odpowiedział mi obojętnie. – Planowałem spacer po mieście, ale będziemy musieli go przełożyć na kiedy indziej. 

    Raven wziął mnie za rękę i ruszyliśmy przez tłum. Poczułam jak chłopak kreuje wokół nas magiczną barierę, od której odbijali się, wpadający na nas ludzie. Musiałam przyznać, że to niezwykle praktyczne rozwiązanie.  

    Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, czarodziej otworzył drzwi, przez które tu trafiliśmy i siarczyście zaklął. Za drzwiami nie było ani jego pokoju, ani korytarza w wieży, tylko zwyczajna klatka schodowa. 

     ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven

    Zakląłem pod nosem, patrząc na klatkę schodową za drzwiami, które jeszcze godzinę temu prowadziły prosto do mojego pokoju. To nie był przypadek, a ja doskonale wiedziałem, co to oznacza. Wieża nie pozwoli nam wrócić, dopóki nie załatwimy sprawy, którą nam wyznaczyła. Nie podobało mi się jednak, że tym razem nie miałem pojęcia, czego mogła dotyczyć. 

    Effie stała obok mnie, zbyt spokojna, jak na sytuację, która powinna ją przerazić. Może przywykła już do tego, że świat potrafi rozpaść się w ciągu kilku chwil. Może ja też przywykłem.

    – To znaczy, że Wieża chce, żebyśmy zostali – powiedziałem, zanim zdążyła zadać pytanie. Nie lubiłem, kiedy ktoś patrzył na mnie, czekając na wyjaśnienia. – Mamy w Shaderai coś do załatwienia.

    Spojrzała na mnie pytająco.

    – To… normalne?

    – Wieża bywa kapryśna – mruknąłem, po czym zamknąłem drzwi.

    – Co teraz? – spytała cicho.

    – Musimy dowiedzieć się, czego od nas chce. Chodź – rozkazałem, ponownie biorąc ją za rękę.

    Przeszliśmy kawałek i skręciliśmy za róg, a potem weszliśmy do budynku jednej ze znajdujących się przy ulicy firm. Od razu skierowałem się do windy, nie mając ochoty odpowiadać na niepotrzebne pytania. Zjechaliśmy na dół. Gdy drzwi się otworzyły, uderzył w nas chłód podziemnego parkingu i zapach paliwa, gumy oraz wilgotnej stali. Betonowe filary tworzyły równe rzędy jak w labiryncie, a światła jarzeniówek były zdecydowanie zbyt jasne.

    Effie rozejrzała się odruchowo, jakby spodziewała się, że zaraz ktoś wyskoczy zza samochodu.

    Podszedłem do jednej ze ścian, gdzie w rogu stał przykryty brudną, szarą plandeką kształt. Ściągnąłem materiał jednym ruchem. Czarny motocykl błysnął matowym lakierem. Shaderai nie lubiło magii, ale miało inne, równie przydatne rzeczy.

    Zaskoczona Effie wpatrywała się w maszynę.

    – Masz tu motocykl?

    – Mam tu wiele rzeczy – odpowiedziałem, nie patrząc na nią. Sprawdziłem bak, odblokowałem kierownicę, przekręciłem stacyjkę. Silnik zawarczał nisko, głęboko, jak ostrzeżenie.

    Wyciągnąłem drugi kask z metalowej skrzynki przy ścianie i rzuciłem jej. – Zakładaj.

    Złapała go zręcznie. Effie potrafiła się dostosować do wszystkiego. To była jedna z tych cech, które mnie wkurzały… i jednocześnie sprawiały, że nie mogłem przestać o niej myśleć.

    Wsiadłem pierwszy. Ona zawahała się tylko przez ułamek sekundy, a potem usiadła za mną. Jej ciepło na moich plecach było znajome w sposób, który działał jak narkotyk. Ułożyła dłonie na moich biodrach. Za blisko. Zdecydowanie za dobrze.

    – Trzymaj się – rzuciłem krótko.

    Wyjechaliśmy na ulicę. Miasto pulsowało życiem. Shaderai było głośne i agresywne. Mijałem kolejne skrzyżowania, trzymając się bocznych ulic. Nie chciałem używać głównych dróg, zbyt wiele było przy nich kamer i potencjalnych komplikacji.

    Effie przez całą drogę milczała, ale byłem pewien, że umiera z ciekawości.

    W końcu zostawiliśmy centrum za sobą. Budynki robiły się tu niższe, bardziej surowe. Przedmieścia Shaderai zawsze były brzydsze, ale za to praktyczne. Nikt tu niczego nie szukał, jeśli nie miał powodu.

    Zjechaliśmy z asfaltu na popękaną drogę, potem na jeszcze gorszą, aż wreszcie dotarliśmy do wysokiego ogrodzenia z drutu i betonu. Za nim rozpościerał się rozległy kompleks, na pierwszy rzut oka opuszczony. Hale o wybitych oknach, zardzewiałe konstrukcje, ślady dawnej produkcji. Dla przeciętnego człowieka była to martwa fabryka.

    Wysłałem odrobinę mocy, żeby uchyliła dla nas bramę i wjechaliśmy do środka. Zatrzymałem motocykl i zgasiłem silnik. Cisza była prawie nienaturalna. Jakby nawet ptaki uznały to miejsce za błąd na mapie.

    Effie zsunęła się z siedzenia i zdjęła kask. Jej włosy były rozczochrane, a policzki zaróżowione. Wyglądała naprawdę uroczo. Spojrzała na ogrodzenie, potem na mnie.

    – Co to za miejsce?

    – Moje centrum operacyjne – odpowiedziałem spokojnie. – Miejsce, gdzie zbieram informacje. 

    Spojrzałem na Effie.

    – Trzymaj się blisko mnie – rozkazałem, prowadząc ją do środka. 

    Wieża chciała, żebyśmy coś załatwili. No to tak właśnie zrobimy.

     ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Zatrzymaliśmy się przed budynkiem z czerwonej cegły, a potem weszliśmy do środka. Wyglądał na opuszczony, ale kiedy Raven zaprowadził mnie na piętro, poczułam się, jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie. Znajdowało się tu rozległe, industrialne biuro z nowoczesnymi komputerami, wyspą kuchenną, kompletem wypoczynkowym i gąszczem doniczkowych roślin. 

    Czarodziej pewnym krokiem wszedł do środka, a sprzed komputerów zerwało się pięć drobnych postaci. To były dziewczynki, a żadna z nich, na pierwszy rzut oka, nie mogła jeszcze być pełnoletnia.

    – Dlaczego cię nie zauważyłyśmy? – spytała z pretensją w głosie jedna z nich. 

    Miała ciemne włosy i różowe pasemka. Ubrana była w dżinsy i czarny top, a na szyi miała przewieszone słuchawki. 

    – Właśnie, dlaczego? – Raven odpowiedział pytaniem na pytanie. – Jak to wytłumaczycie?

    Do przodu wystąpiła młodsza dziewczynka, z rudym, wysoko zebranym kucykiem. Wyglądała może na dziesięć lat.

    – Aleks i Rini są na warcie, niemożliwe, żeby kogokolwiek przegapiły – zapewniła. – Na pewno użyłeś jakiejś sztuczki – oznajmiła podejrzliwie.

    – Porozmawiamy o tym później – uciął chłodno Raven. 

    Niechętnie skinęły głowami, jakby spodziewały się, że czeka je reprymenda.

    – Kto to? – spytała ta z różowymi pasemkami, wskazując na mnie. – Nowa?

    Czarodziej przecząco pokręcił głową. Jakby odruchowo objął mnie ramieniem.

    – To moja dziewczyna, ma na imię Effie – wyjaśnił swobodnie, a ja poczułam w środku przyjemne ciepło. 

    Wszystkie pięć zgodnie westchnęło, wpatrując się we mnie, jak w obrazek. 

    – Jestem Lili – z przejęciem przedstawiła się rudowłosa. – To Hana – wskazała na tą z różowymi pasemkami, Kate, Mai i Lisa. 

    – Miło mi was poznać – odpowiedziałam, starając się nie pokazywać zaskoczenia, ale pytań miałam zdecydowanie więcej niż odpowiedzi. 

    Raven podszedł w stronę foteli, prowadząc mnie za sobą. Posadził mnie na jednym z nich, a potem sam usiadł.

    Zaciekawiona przyglądałam się dziewczynkom. Najstarsza z nich, Hana, miała może siedemnaście lat i nie miałam pojęcia jakim cudem Christopher mógł pomyśleć, że to harem. 

    – Mówcie, co ważnego wydarzyło się od mojej ostatniej wizyty – rozkazał im Raven. 

    Z ust Lili wylał się potok słów, który nagle został brutalnie przerwany przez pojawienie się cienia. Ku mojemu zdumieniu Hana była niemalże przy mnie. W zaciśniętej dłoni trzymała długi nóż, skierowany prosto w moją szyję. Cień odepchnął ją ode mnie, powalił na podłogę i obezwładnił. 

    – Hana, odbiło ci?! – naskoczyła na nią Kate. 

    Pozostałe dziewczynki wstrzymywały powietrze, a ja powoli otrząsnęłam się z szoku.

    Czarodziej sprawiał wrażenie zirytowanego. Podniósł się z fotela i stanął nad obezwładnioną przez cień dziewczyną. 

    – Mówiłem przecież, że Effie nie jest jedną z was – warknął.

    – Więc po co ją tu przyprowadziłeś? – syknęła Hana. – Nie kupuję tego. 

    – To już nie mój problem – oznajmił chłodno. Popatrzył po pozostałych. – Któraś z was jeszcze ma ochotę na zabawy? – spytał lodowatym tonem. – Effie jest pod moją ochroną, a Hana spowodowała, że straciłem cierpliwość – ostrzegł.

    Przecząco pokręciły głowami, ale żadna z nich się nie poruszyła. Cień wciąż przytrzymywał Hanę, przyciskając ją do podłogi.

    – Nic z tego, co do tej pory powiedziała Lili nie jest jakoś szczególnie ważne. Znajdźcie mi jakąś anomalię, coś co mogłoby doprowadzić do upadku świata – zażądał. 

    Natychmiast rzuciły się do komputerów. Ponownie rozejrzałam się po pomieszczeniu.

    – Raven… – zaczęłam niepewnie.

    Westchnął z rezygnacją. 

    – Tak, wiem – mruknął.

    Tym razem podszedł do mnie i uniósł mnie delikatnie, a potem usiadł, sadzając mnie sobie na kolanach. Zacisnął rękę na mojej dłoni, a mnie zalała fala jego wspomnień. 

    Sterylne laboratorium, przypominające izolatki cele, naukowcy w białych kitlach, sala treningowa, wyglądająca jak tor przeszkód z horroru, w której trenowały nastoletnie dziewczynki. 

    – Były eksperymentem – usłyszałam przy uchu jego cichy głos. – Opowiadałem ci dzisiaj o łowcach – stwierdził. – Ich umiejętności pojawiają się naturalnie, ale naukowcy wciąż próbują je stworzyć siłą. Wieża na to nie pozwala, a kiedy wysłała mnie, żebym zniszczył laboratorium, uznałem, że mogą być… przydatne – wyjaśnił bez cienia emocji. – Każda z nich jest żywą bronią i czasami bywają… nieobliczalne. 

    Spojrzałam na wciąż leżącą na podłodze Hanę. Przynajmniej w tej chwili nie chciałam wiedzieć czym jeszcze Raven w przyszłości postanowi mnie zaskoczyć. 

     ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven

    Niechętnie wstałem z łóżka, w którym zostawiłem śpiącą Effie. Wolałabym z nią zostać, ale miałem do załatwienia parę spraw. 

    Hana wciąż leżała na podłodze, z twarzą przyciśniętą do betonu i ramieniem wykręconym w niewygodnej pozycji. Cień trzymał ją w miejscu, nie zadając bólu, ale wystarczająco stanowczo, żeby zapamiętała granicę. Kate i Mai stały jak skamieniałe, Lisa z Lili wstrzymywały oddech, a Rini patrzyła na mnie tym swoim spokojnym, nienaturalnie uważnym wzrokiem, jakby ważyła każde moje drgnięcie powieki. Aleks zeszła z warty i teraz stała w przejściu, opierając o podłogę długi, snajperski karabin.

    Nie musiałem podnosić głosu. One reagowały na ciszę lepiej niż na krzyk. Cisza oznaczała, że sprawa jest poważna. Cisza oznaczała, że jeśli teraz popełnią błąd, to nie będzie „następnym razem”. Pozwoliłem im odczuć ciężar tej chwili, a potem odwróciłem wzrok od Hany i spojrzałem na pozostałe dziewczynki.

    — Kiedy nie ma mnie w pobliżu, to wy jesteście odpowiedzialne za to, żeby chronić Effie — odezwałem się do nich spokojnie.

    Hana próbowała spojrzeć na mnie wciąż wyraźnie rozdrażniona, ale pozostałe dziewczynki pokiwały głowami, jakby uważały to za oczywistą oczywistość, przytaknęła mi nawet Aleks. Dobrze. Tak właśnie powinno być.

    — Mówiłeś, że zna magię, nie potrafi obronić się sama? — spytała Hana nieco naburmuszonym głosem.

    Spojrzałem jej w oczy.

    — Oczywiście, że potrafi — stwierdziłem obojętnie — ale nie chciałybyście być w pobliżu, jeśli zajdzie taka potrzeba. Effie jest… nieprzewidywalna. Ma ogromną moc, której jeszcze nie potrafi kontrolować i broniąc się mogłaby zniszczyć całe miasto, a przy okazji niechcący pozabijać nie tylko wrogów, ale i was — wyjaśniłem, nie potrafiąc ukryć swojego zadowolenia z posiadanej przez Effie mocy. 

    To, co powiedziałem, zadziałało od razu. Widziałem to w ich twarzach. Najpierw strach, potem zachwyt, a na końcu… gotowość. Lili niemal się rozpłynęła, jakby usłyszała pochwałę. Lisa skinęła głową tak szybko, że aż zabolała mnie od tego głupiego widoku szczęka. Mai przygryzła wargę, nie ze stresu, tylko z podekscytowania, jakby sama wizja “jej mocy” była dla niej czymś pięknym. Kate spojrzała w bok, ale nawet ona nie potrafiła ukryć błysku dumy. Rini nie mrugnęła ani razu. 

    – Rozumiemy – powiedziała spokojnie, a ja wiedziałem, że to nie jest zwykłe słowo, znaczyło, że w razie potrzeby zrobią wszystko, co w ich mocy.  

    Podszedłem bliżej. Kucnąłem przy Hanie, tak żeby wyraźnie widziała moją twarz. 

    – To nie jest zabawa – oznajmiłem. – Jeśli kiedykolwiek zrobisz krok w jej stronę z czymkolwiek ostrym w dłoni, to cień nie będzie cię tylko trzymał. Czy to jasne? 

    Hana zacisnęła zęby, ale w jej spojrzeniu coś pękło. Nie był to respekt, a strach przed utratą miejsca w świecie, który stworzyłem. 

    – Tak – wychrypiała. 

    Machnąłem ręką, a cień odsunął się od niej i rozpłynął w powietrzu. Dziewczyna podniosła się powoli, masując nadgarstek. Żadna z pozostałych nie podeszła jej pomóc. Wiedziały, że to byłoby “stawanie po jej stronie” i że ja to zobaczę. Dobrze. Uczyły się.

    – Effie jest moja – dodałem jeszcze ciszej. – Więc jeśli chcecie tu zostać, będziecie słuchały również jej, nie tylko mnie. Nie dlatego, że tak wypada, tylko dlatego, że ja tak mówię.

    Widziałem, jak prostują się ich plecy, jakby usłyszały rozkaz, na który czekały całe życie.

    – Tak, Raven – odpowiedziały niemal jednocześnie.

    W tej jednej chwili poczułem przyjemną satysfakcję. Byłem zadowolony, że ją tu przyprowadziłem. Dziewczyna potrzebowała ochrony — strażniczek, które będą gotowe zginąć, zanim ktoś dotknie jej wbrew mojej woli. W tej chwili nie obchodziło mnie nic innego. Jeśli świat ma spłonąć, spłonie. Byleby ona została.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie, dzień czterdziesty ósmy

    Obudziłam się w dużym, zasłanym grafitową pościelą łóżku, w którym poprzedniego wieczoru zasnęłam, wtulona w ramiona Ravena. Pokój był spory, ale minimalistyczny. Na ścianach z czerwonej cegły nie wisiały żadne ozdoby. Po prawej stronie od łóżka było duże okno, składające się z kilkudziesięciu mniejszych szyb, a podłoga wyłożona została parkietem z ciemnego drewna. Pod jedną ze ścian stała szafa, z której poprzedniego wieczoru Raven wyjął dla mnie grafitową koszulkę z długimi rękawami, żebym miała w czym spać. Bezpośrednio do pokoju natomiast przylegała nieduża łazienka. 

    Drzwi pokoju się uchyliły, a ja usiadłam na łóżku.

    – Cześć, mogę wejść? – usłyszałam głos Lili, która nie czekając na moją odpowiedź po prostu weszła do środka. Za nią pojawiła się Kate o krotko ściętych, jasnych włosach i jeszcze jedna, odrobinę starsza od nich dziewczynka o typowo azjatyckich rysach, której nie miałam okazji poprzedniego dnia poznać. – To Rini – przedstawiła ja Lili. – Kupiłyśmy dla ciebie nowe ubrania – oznajmiła niemalże radośnie, unosząc do góry podróżną torbę, którą trzymała w dłoniach. 

    Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Lili wcisnęła mi torbę w ręce i aż podskoczyła z ekscytacji.

    – Otwórz! – zażądała, a Kate prychnęła rozbawiona, ale i tak przysunęła się bliżej.

    – Nie musiałyście… – zaczęłam niepewnie, ale dziewczynki wyglądały tak, jakby w ogóle nie brały pod uwagę odmowy.

    – Oczywiście, że musiałyśmy – ucięła Rini spokojnym tonem. – Przecież nie będziesz chodziła w brudnych ubraniach. 

    – Raven powiedział, że mamy o ciebie dbać – dorzuciła Lili.

    Poczułam przyjemne, rozlewające się po całym moim ciele ciepło. Poprzedniego dnia, gdy padły słowa o tym, że jestem pod jego ochroną, zabrzmiało to jak groźba, ale teraz… teraz potrafiłam wyobrazić sobie zupełnie inną interpretację.

    Usiadłam wygodniej i rozpięłam torbę. W środku rzeczywiście czekały na mnie ubrania, starannie złożone i popakowane w przezroczyste woreczki. Wyjęłam bojówki khaki z masą kieszeni, czarny top, szarą bluzę i komplet bielizny. Na samym wierzchu leżała szczotka do włosów i mała kosmetyczka.

    – Ojej… – wyrwało mi się, bo nie spodziewałam się czegoś tak… zwyczajnego. Tak troskliwego.

    – Nie podobają ci się ubrania? – Kate zmrużyła oczy, jakby już szykowała się do wojny.

    – Oczywiście, że mi się podobają – odpowiedziałam szybko. – Po prostu… dziękuję. To miłe, że mi je przyniosłyście.

    Lili rozpromieniła się i bez pytania wskoczyła na łóżko, siadając po turecku tuż obok mnie. Kate zrobiła to samo, opierając się plecami o zagłówek jak u siebie. Rini usiadła po drugiej stronie, spokojniejsza od nich, ale również wyraźnie ciekawa.

    Nie wyglądały na skrępowane tym, że jestem w jego pokoju. Z pewnością nie były też przestraszone.

    – Jesteśmy w pokoju Ravena? – spytałam ostrożnie, bo skoro one wparowały tu bez wahania, to albo nie obowiązywały ich żadne granice, albo Ravenowi było to obojętne.

    – Mhm – Lili kiwnęła głową. – Tu śpi, kiedy jest w Shaderai. 

    – I kiedy jest zły – dodała Kate z takim spokojem, jakby mówiła o pogodzie.

    Rini spojrzała na mnie uważnie.

    – Wczoraj był… dziwny – oznajmiła. – Wściekły, ale jednocześnie… jakby mu ulżyło. 

    Zacisnęłam palce na materiale bojówek, nie do końca wiedząc, co odpowiedzieć. Dziewczynki patrzyły na mnie z wyczekiwaniem.

    – Powiedział wam coś o mnie? – spytałam, bo miałam wrażenie, że i tak mnie nie wypuszczą, dopóki nie dostaną tego, po co przyszły.

    Lili aż podskoczyła.

    – Powiedział, że jesteś księżniczką! – wyrzuciła z siebie. – I że władasz magią. Taką prawdziwą. Jak on. 

    – I że jesteś jego dziewczyną – dodała Kate, a w jej głosie było coś między fascynacją a niedowierzaniem.

    Rini nie mówiła nic, tylko obserwowała moją twarz, jakby chciała wyłapać każdą mikrorysę. Poczułam, że robi mi się gorąco.

    – To… skomplikowane – mruknęłam.

    – Och, nie! – Lili machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę. – To jest genialne. 

    – Pokażesz nam? – Kate pochyliła się w moją stronę, a w jej oczach pojawił się błysk. – Magię. Chociaż odrobinę… 

    – Nie jestem pewna, czy… – zaczęłam, ale Lili już pokręciła głową.

    – Raven powiedział, że możesz – oznajmiła z pełnym przekonaniem. 

    Zamrugałam zaskoczona. W tej jednej krótkiej wypowiedzi było coś, co mnie uderzyło — chodziło o jej ton. Wypowiedziała imię Ravena, jakby mówiła o kimś, kogo nie wolno zawieść.

    – Dobrze – westchnęłam w końcu, bo ich ciekawość była prawie namacalna, a ja… ja nie miałam nic przeciwko ich obecności. Było w nich coś odświeżającego. – Ale pokażę wam tylko drobną sztuczkę, nic groźnego.

    – Jasne! – Lili klasnęła w dłonie.

    Zamknęłam oczy i skupiłam się na obrazie, który przyszedł do mnie natychmiast, jakby tylko czekał na to, kiedy go uwolnię. Barwne motyle, lekkie jak powietrze, setki skrzydeł, które połyskują w świetle. Wzięłam głęboki oddech.

    – Lećcie – szepnęłam.

    W powietrzu zadrżało coś niewidzialnego, a potem pokój wypełnił się motylami. Tęczowe, neonowe, delikatne, jakby zrobione z kolorowego szkła. Zatoczyły krąg pod sufitem, zatopiły się w przestrzeni, okrążyły nas i ponownie wzbiły się do góry. Lili pisnęła z zachwytu i wyciągnęła dłoń, ale motyl usiadł na jej palcu tylko na ułamek sekundy, po czym rozsypał się w drobny pył. Pył zakręcił w powietrzu i opadł na jej włosy, połyskując niczym brokat.

    – O jejku… – Kate szeptała to słowo tak cicho, jakby bała się spłoszyć obraz.

    Rini nie odezwała się ani razu, ale jej oczy błyszczały. Śledziła ruchy motyli z absolutną koncentracją, jakby próbowała zapamiętać każdy detal.

    – Jeszcze! – wyrwało się Lili, gdy ostatnie skrzydła rozpadły się na kolorowe drobinki, a potem wszystko zniknęło tak nagle, jak się pojawiło.

    – Wystarczy – uśmiechnęłam się do nich, czując niespodziewaną ulgę. 

    Nie wyglądały na przestraszone magią, mnie również się nie bały, ale co ważniejsze, w przeciwieństwie do magów z Czarnej Wieży, żadna z nich nie obawiała się Ravena. 

    Przez chwilę panowała cisza, a potem Kate odchrząknęła.

    – Raven też potrafi robić takie rzeczy – powiedziała z dumą, jakby to był jej własny sukces.

    Lili przytaknęła gwałtownie.

    – On potrafi wszystko – oznajmiła z nabożnym zachwytem. – Jakby… jakby był ponad prawami fizyki. 

    Rini skinęła głową, a w jej spojrzeniu było coś niepokojąco spokojnego.

    – Bez niego by nas nie było – stwierdziła. 

    Serce ścisnęło mi się w piersi. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na nie po kolei.

    – To… dobrze, że wam pomógł – odezwałam się ostrożnie.

    – Pomógł? – Kate prychnęła. – Dzięki niemu wciąż żyjemy i mamy gdzie się podziać. 

    – Właśnie – Lili dodała to z dumą, jakby to była najpiękniejsza rzecz na świecie. 

    Nagle przeszła mnie myśl, której nie chciałam kończyć. Nie chciałam jej nawet zaczynać. Spojrzałam na drzwi, jakby to one mogły mi odpowiedzieć na pytanie, którego bałam się zadać. Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że Shaderai, mimo że wyglądało niemalże jak mój stary świat, wcale nie było bezpiecznym, przyjemnym do życia miejscem. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Lili

    Nigdy nie lubiłam ciszy, ale tamtego ranka cisza była cudowna. Jak moment tuż przed tym, kiedy ktoś wypowiada imię, którego nie wolno wypowiadać za głośno — Raven. Weszłam pierwsza, jak zawsze. Nie dlatego, że byłam odważniejsza, tylko dlatego, że gdyby coś było nie tak, wolałabym, żeby jej gniew spadł na mnie, a nie na Kate czy Rini. To była oczywistość, zasada, której nikt nie musiał mi tłumaczyć.

    Kiedy Effie wypowiedziała „lećcie” i cały pokój wypełnił się motylami, poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie w złym sensie. Jakby ktoś rozsunął zasłony i pokazał mi miejsce, o którym nie wiedziałam, że w ogóle istnieje. Pył opadł mi na włosy, na rzęsy, i przez sekundę naprawdę nie mogłam oddychać.

    Ona jest prawdziwa. Nie jest taka jak my.

    Effie uśmiechnęła się do nas, zupełnie jakby nie miała pojęcia, co zrobiła. Jakby nie rozumiała, że to nie była „sztuczka”. To był znak — potwierdzenie, że Raven nie żartował i naprawdę ją wybrał.

    Kate powiedziała, że Raven też tak potrafi. W jej głosie była duma, jak zawsze, ale ja usłyszałam w nim jeszcze coś. To nie była zwykła duma z czyjejś umiejętności. To było pragnienie, żeby ktoś z zewnątrz to zauważył i wreszcie zrozumiał. Bo prawda była taka, że nikt w Shaderai nie zadaje pytań o Ravena — przynajmniej nikt, kto chce dalej oddychać.

    Rini powiedziała, że bez niego by nas nie było, a ja… ja poczułam ulgę, że powiedziała to ona, bo jeśli powiedziałabym to ja, brzmiałoby to zbyt… miękko, jak wyznanie, a one bywają niebezpieczne.

    Effie odpowiedziała ostrożnie. Powiedziała, że dobrze, że nam pomógł. Tak, jakby mówiła o kimś, kto podarował komuś koc w zimny dzień. Jakby chodziło o zwykłą przysługę, a nie o fakt, że Raven zniszczył laboratorium, w którym ludzie w kitlach liczyli nasze oddechy, mierzyli nam tętno i uczyli nas, że krzyk jest marnowaniem energii, a potem nas stamtąd zabrał i podarował nowe życie. „Pomógł” to nie było właściwe słowo. Raven… dał nam prawo do tego, żeby istnieć.

    Widziałam, że Effie patrzy na drzwi i byłam pewna, że myśli o bezpieczeństwie. Nagle poczułam irracjonalną potrzebę, żeby ją uświadomić, powiedzieć jej prawdę, zanim sama ułoży w głowie fałszywy obraz.

    – Shaderai jest bezpieczne, kiedy Raven chce, żeby takie było – powiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

    Kate spojrzała na mnie ostro, jakby ostrzegała — nie mów za dużo. Rini nawet się nie poruszyła, ale jej spojrzenie przylgnęło do mnie na sekundę. Też uważała, że powinnam uważać. Effie przeniosła na mnie wzrok.

    – Co masz na myśli? – spytała spokojnie.

    Otworzyłam usta i przez ułamek sekundy miałam ochotę powiedzieć wszystko. O tym, że ludzie tutaj potrafią zniknąć bez śladu, łowcy są jak psy spuszczone ze smyczy, kiedy pojawia się portal, a my potrafimy rozpoznać, kiedy ulica robi się „pusta” nie dlatego, że jest późno, tylko dlatego, że ktoś poluje. O tym, że kiedy płonie ogień, którego nie da się ugasić, zawsze omija te same, konkretne budynki. W porę jednak udało mi się zamilknąć. Nie dlatego, że nie chciałam jej powiedzieć, tylko dlatego, że w Shaderai istnieje jedna zasada ważniejsza od prawdy, ważniejsza od czegokolwiek innego — nie zdradzaj Ravena. On nie lubił, kiedy rzeczy, które należą do niego, mówią o nim zbyt dużo. 

    Przełknęłam ślinę i zmieniłam słowa na takie brzmiące bezpieczniej.

    – Masz jego ochronę – powiedziałam cicho. – To znaczy, że nic ci się tutaj nie stanie.

    To była prawda. Effie patrzyła na mnie, jakby próbowała zrozumieć, co kryje się pod tym zdaniem. Wtedy poczułam dziwny impuls. Coś, czego nigdy wcześniej nie czułam wobec nikogo z zewnątrz. Chciałam, żeby ona została. Nie tylko dlatego, że Raven tak powiedział. Chciałam tego dla siebie.

    – Jeśli on cię wybrał – wyszeptałam – to my też.

    Kate zamarła, a Rini wstrzymała oddech, ale po chwili obie zgodnie pokiwały głowami. Effie patrzyła na mnie wyraźnie zaskoczona, a ja… ja poczułam ulgę, jakiej nie czułam od dawna, bo wreszcie powiedziałam na głos to, co nosiłam w sobie od chwili, gdy Raven przyprowadził mnie tutaj i dał mi imię. Zadrżałam, ale to nie był strach. Przez jedną krótką chwilę byłam absolutnie pewna, że skoro Effie jest boginią, to ja jestem gotowa, by spalić całe miasto, żeby tylko ona została.

    Note