Rozdział 11 – Serce Czarnej Wieży
by Vicky
Effie, dzień trzydziesty czwarty
Jechaliśmy główną ulicą, kiedy przed gospodą zobaczyłam zsiadające z wierzchowców, znajome sylwetki. Popędziłam konia, by jak najszybciej znaleźć się przy nich.
– Deamon, Sol, jesteście! – ucieszyłam się zwinnie zeskakując z siodła. – Jak minęła wam podróż?
– Wasza wysokość – dygnęła przede mną spłoszona dziewczyna, a Deamon uśmiechnął się szeroko.
– Bez większych przeszkód – oznajmił pogodnie – i mieliśmy wreszcie trochę czasu dla siebie – dodał obejmując Sol ramieniem i przyciągając do siebie.
Służąca wyglądała na przerażoną.
– Nie martw się, Sol – odezwałam się do niej łagodnie – tutaj nie obowiązują nas żadne konwenanse.
Gdy dołączył do nas ponuro wyglądający Raven, dwóch chłopców stajennych podeszło odebrać od nas konie. We czwórkę weszliśmy do gospody. Przy jednym ze znajdujących się blisko wejścia stolików siedzieli młodzi czarodzieje, żywiołowo o czymś dyskutując. Był z nimi Aedan. Na nasz widok zerwali się z krzeseł. Otoczyli mnie, po kolei do siebie przytulając. Czułam się zmieszana. Gdy nadeszła kolej Aedana, chłopak nie wypuścił mnie z objęć.
– Gdzie ją zabrałeś?! – Christopher ostro zwrócił się do Ravena.
Czarodziej wzruszył ramionami.
– Wykonaliśmy powierzone nam zadanie. W czasie przeszłym – odezwał się chłodno.
– Masz artefakt? – Lucas spojrzał na niego niedowierzająco.
– Nie – Raven uśmiechnął się kocim uśmiechem, który jednak nie obejmował jego oczu. – Oddałem go Mistrzowi.
– Słyszałeś kiedyś o takich pojęciach, jak współpraca, albo drużyna? – spytał go zirytowanym głosem Andre.
Raven spojrzał na niego z pogardą.
– Nie przypominam sobie, żeby figurowały w moim słowniku – rzucił od niechcenia.
Aedan wziął mnie za rękę, łagodnie wypuszczając z objęć. Pociągnął mnie ku schodom, jednocześnie przywołując do siebie Deamona i Sol.
– Chodźmy stąd – mruknął do nas. – Ta kłótnia nas nie dotyczy, a na was czeka przygotowany pokój. Sądzę, że wszyscy jesteśmy porządnie zmęczeni – dodał.
Nagle pomiędzy mną a Aedanem pojawił się cień, zmuszając mnie, żebym puściła dłoń chłopaka.
– Księżniczka nigdzie nie idzie – usłyszałam lodowaty głos Ravena. – Mamy do omówienia kilka spraw.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Po chwili obudziła się we mnie irytacja. Mimo że jeszcze przed momentem sama uważałam, że powinnam z nim porozmawiać, to teraz musiałby mnie do tego przekonać siłą.
– Tylko tobie się tak wydaje – odpowiedziałam mu chłodno. – Zamierzam się wykąpać, a potem iść spać. A ty – patrzyłam na niego gniewnym wzrokiem – zabierzesz mi to coś z drogi – enigmatycznym gestem wskazałam blokujący mi przejście cień.
Zapadła grobowa cisza. Zdałam sobie sprawę, że czarodzieje wstrzymują oddechy. Chris przesunął się odrobinę, by znaleźć się bliżej mnie. Napięcie było nie do zniesienia. W końcu, po dłużących się w nieskończoność sekundach Raven machnął ręką, a cień rozpłynął się w powietrzu.
– Jak sobie chcesz – warknął, a potem odwrócił się i wyszedł z gospody, trzaskając drzwiami.
Dopiero teraz poczułam w żołądku nieprzyjemny ucisk. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Andre z westchnieniem opadł na drewniane krzesło.
– Muszę się napić – stwierdził Lucas, podchodząc do kontuaru.
Spojrzałam pytająco na Christophera, który położył mi rękę na ramieniu.
– Eff, błagam – odezwał się niemal szeptem – zaklinam cię na wszystko, co dla ciebie ważne, nigdy więcej go nie prowokuj.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Obudził mnie hałas otwierających się drzwi. Jakaś młoda dziewczyna, jak burza wpadła do pokoju, stając po środku, skąpana w promieniach słonecznego światła. Była drobna i szczupła, miała na sobie bogato zdobioną, niesprawiającą wrażenia zbyt wygodnej sukienkę. Jej jasne włosy wymykały się z kunsztownie splecionego, skomplikowanego warkocza. Niewielkie dłonie zaciskała w pięści i patrzyła na nas z wyrazem szoku na twarzy, jakby pomyliła pokoje.
Za moimi plecami Aedan podniósł się, opierając głowę na łokciu.
– Daphne? – spytał zaskoczony. – Skąd się tu wzięłaś?
W jej oczach zaszkliły się łzy, a ja po chwili przypomniałam sobie, w jakim kontekście Raven wspominał przy mnie to imię. Poczułam się bardzo nieswojo.
– Ja… – zaczęła i zamilkła, najwyraźniej nie zdolna wydusić z siebie kolejnych słów.
– Poczekaj na zewnątrz – rozkazał jej stanowczo Aedan – ubiorę się i do ciebie przyjdę, zgoda?
Dziewczyna głęboko zaczerpnęła powietrza, odwróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju. Chłopak westchnął i z powrotem opadł na łóżko. Przyciągnął mnie do siebie, zamykając w ramionach i stanowczo do siebie przytulając.
– Co robisz? – spytałam, próbując się od niego odsunąć.
– Za chwilę czeka mnie wyjątkowo trudna rozmowa – wymruczał w moje włosy. – Potrzebuję odrobiny wsparcia. Ta dziewczyna, która tu wpadła, przed wojną formalnie była moją narzeczoną, ale skoro moja ojczyzna została podbita, to takie zobowiązania już nie istnieją. Nie mam pojęcia jak mnie tu znalazła.
– Nie zamierzasz się z nią żenić? – próbowałam zrozumieć jego sytuację.
– Oczywiście, że nie – westchnął Aedan. – Aranżowane małżeństwa to jedna z tych rzeczy, za którymi z pewnością nigdy nie będę tęsknił.
Pozwoliłam mu się jeszcze przez chwilę poprzytulać, a potem wyplątałam się z jego ramion i wstałam z łóżka. Byłam pewna, że mnie również tego dnia czeka nieszczególnie przyjemna rozmowa i wolałam się na nią psychicznie przygotować.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
Czy gdybym ją zabił, to by mnie tak nie denerwowała? Problem jednak polegał na tym, że wcale nie chciałem jej zabijać. Pragnąłem… i tu właśnie leżał pies pogrzebany, bo sam do końca nie byłem pewien, czego właściwie od niej chcę.
Ptak, którego oczami obserwowałem królewicza i księżniczkę koronną Dareshii przekrzywił głowę na bok. W otaczającym Czarną Wieżę mieście wizyty szlachciców nie były niczym nowym, więc nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi. Zaszyli się w jednym z magicznych, wiecznie zielonych ogrodów, które kilka lat temu, w ramach praktyki, dla mieszkańców stworzyli czarodzieje. Po policzkach stojącej naprzeciwko Aedana dziewczyny spływały łzy.
– To była księżniczka z rodu Arashi? – nastolatka spytała łamiącym się głosem. – Czy ona zmusza cię do tego, żebyś z nią dzielił łoże? Kiedy dowiedziałam się, że żyjesz, że nic ci nie jest, poczułam tak ogromną ulgę, że trudno ją opisać słowami – wyrzuciła z siebie. – Proszę, wróć ze mną do domu! Zaczniemy wszystko od nowa. Moi gwardziści nas ochronią.
Królewicz przecząco pokręcił głową.
– Vivien do niczego mnie nie zmusza i nie zamierzam jej opuszczać – odezwał się stanowczo. – Vente już nie istnieje, zostało podbite, a wraz z nim przepadły też wszelkie zobowiązania. W świetle prawa nasze zaręczyny są nieważne, Daphne. Nie mamy obowiązku ich utrzymywać.
– Ale przecież ja cię kocham, Aedanie! – wykrzyknęła rozpaczliwie złotowłosa księżniczka. – I ty też mnie kochasz, prawda? – błagała o potwierdzenie swoich słów.
Chłopak westchnął ciężko, ale widać było, że spodziewał się takiego wyznania.
– Przykro mi, Daphne, nie jestem i nigdy nie byłem w tobie zakochany. Jesteś dla mnie ważna, ale zawsze byłaś dla mnie raczej, jak siostra – przyznał poważnie. – Kocham Vivien i jeżeli tylko się na to zgodzi, zostanę u jej boku.
Podniosłem wzrok, zaskoczony, że ktoś dotyka mojego przedramienia. Spowodowało to, że zerwałem kontakt z ptakiem. Miałem ochotę przeklinać. Przeklęty królewicz nie zamierzał zejść mi z drogi.
– Czy to przede mną się chowasz, czarodzieju? – spytała kokieteryjnie rudowłosa szlachcianka, którą poznałem kilka dni wcześniej, gdy przypadkiem wpadłem na orszak nastoletniej księżniczki.
W pierwszym odruchu miałem zamiar ją odprawić, ale potem zobaczyłem w oddali zbliżającą się do nas w towarzystwie Christophera Effie. Chciałem wymyślić coś… cokolwiek! Sprawić, żeby ona była równie zazdrosna, co ja, a ta kobieta mogła mi się jeszcze przydać. Wiedziałem jednak, że nie dam rady zmusić się do sypiania z jakąś szmatą. Poza tym, przy jej moralności, takie zagranie mogło okazać się zupełnie bezsensowne i nie wywrzeć żadnego efektu. O nie! Wiedziałem, że żeby była moja, muszę się znacznie bardziej postarać. Uśmiechnąłem się leniwie. Uwielbiałem wyzwania.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Poczułam w środku nieprzyjemne ukłucie. Raven stał niedbale oparty o kamienny murek i uśmiechał się do pięknej, młodej szlachcianki, która wyraźnie z nim flirtowała. Jej bujny biust eksponował wycięty w rąb dekolt, a szczupłą talię podkreślała świetnie dopasowana, zielona suknia. Nie miałam pojęcia, co sobie myślałam, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jaką jestem idiotką. Świat, do którego trafiłam rządził się własnymi prawami, a zmienianie partnerów, jak rękawiczek było w nim najwyraźniej na porządku dziennym. Nikt nie potępiał rozwiązłości. Jednak mimo tej świadomości i tak czułam okropny zawód, który drobnymi kroplami rozlewał się po całym moim ciele.
– Kto to? – spytałam Christophera, starając się, by głos mi nie zadrżał.
– Lady Izabella Rosco, towarzyszka księżniczki koronnej Daphne Merrowind – odpowiedział mi chłopak, który był jak chodząca encyklopedia. – Nie wiem dlaczego rozmawia z Ravenem, ale lepiej do nich dołączmy, zanim zrobi się bałagan.
Wzięłam Christophera pod ramię i przytrzymałam go w miejscu.
– Wygląda na to, że dobrze się bawią flirtując. Na pewno chcesz im przeszkadzać? – zadałam pytanie, które z trudem przeszło mi przez gardło.
– Nie, to na pewno nie to – zdziwił mnie stanowczy ton Christophera. – Raven nie gustuje w kobietach z tego świata, powiedziałbym wręcz, że ich nienawidzi. Ma swój harem w innym, połączonym z Wieżą wymiarze, w mieście Shaderai. To tam najczęściej lubi przebywać. Jeżeli jest miły dla córki barona, na pewno ma w tym swój ukryty cel.
Posłusznie poszłam za chłopakiem, powoli analizując jego słowa, których sens dopiero po chwili zaczął do mnie docierać i ani trochę mi się nie podobał. Nie zamierzałam jednak ślepo wierzyć Christopherowi, którego, mimo że był sympatyczny, z każdym dniem coraz mniej lubiłam, choć jeszcze nie byłam w stanie zrozumieć swoich powodów.
– Lady Izabell – złotowłosy czarodziej skłonił się przed szlachcianką. – Nie przeszkadzamy?
Kobieta sprawiała wrażenie mocno niezadowolonej, ale ani na chwilę nie traciła rezonu. Z kurtuazją zapewniła nas, jak miło nas widzieć. Po kilkunastu minutach grzecznościowej rozmowy Christopher zaproponował, żebyśmy dołączyli do księżniczki Daphne, a Lady Rosco nie mogła mu odmówić. We czwórkę ruszyliśmy ku gospodzie. Raven zbliżył się do mnie i delikatnie przytrzymał za ramię, sprawiając żebyśmy zostali odrobinę z tyłu.
– Czego chcesz? – spytałam cicho.
Po tym, co zrobił z pewnością nie zamierzałam być dla niego miła, nie chciałam jednak również, żeby Christopher wtrącał się w nasze sprawy.
– Właściwie, to chyba ciebie – mruknął, wciągając mnie za róg pierwszego z brzegu budynku.
Zaskoczona poczułam na wargach jego usta. Całował mnie tak, że nie mogłam złapać tchu. Mocno, desperacko. Moja chęć do powiedzenia mu, co o nim myślę powoli topniała, za to narastało we mnie zupełnie innego rodzaju pragnienie.
– Wracamy do Wieży? – szepnęłam, gdy zrobiliśmy przerwę na złapanie oddechów.
Raven skinął głową i już po kilkunastu minutach staliśmy na spowitym białym światłem korytarzu. Plecami opierałam się o ścianę przy jednych, z licznych drzwi, a chłopak całował moją szyję. Czułam jego bliskość, ciepło jego oddechu. Motyle w moim brzuchu szalały w dzikim tańcu.
– Jeśli wejdziemy do środka, nie będę w stanie się kontrolować, więc jeżeli tego nie chcesz, lepiej wróć do swojego pokoju – powiedział cicho tuż do mojego ucha.
Oplotłam jego szyję ramionami, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej. Tym razem to ja zaczęłam go całować. Nie miałam najmniejszego zamiaru go teraz zostawiać.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Pokój Ravena był niesamowitym miejscem. Właściwie ciężko było określić go mianem pokoju, było to raczej niewielkie mieszkanie w lofcie, z miejscem na salon, przeszkloną kuchnią, osobną łazienką i antresolą, na której znajdowała się mieszcząca łóżko, rząd regałów i wygodny fotel sypialnia. Okna składały się z dużej ilości mniejszych szyb, a za nimi rozpościerał się widok na panoramę pięknie oświetlonego, nowoczesnego miasta nad którym szalała burza. Słychać było mocne uderzenia kropli deszczu i szum wiatru. Podobała mi się taka atmosfera.
Nasze ubrania porozrzucane były wszędzie po podłodze. Czułam upojną błogość spełnienia. Klęczałam na łóżku, z plecami wygiętymi w koci grzbiet. Zmysłowy dotyk Ravena sprawiał mi przyjemność. Jego palce przesuwały się po moich plecach, zsuwając się niżej, na biodra. W pewnym momencie przewrócił mnie na pościel, tak że teraz leżałam na plecach, i przyspieszył, wchodził we mnie głęboko i do samego końca. Oplotłam ramionami jego szyję, patrząc mu w oczy. Palcami przeczesałam jego ciemne włosy. Skończył z cichym westchnieniem, a potem wysunął się ze mnie i położył obok. Przekręciłam się na bok, z zamiarem przytulenia się do niego.
– Możesz już iść – odezwał się z rezerwą.
– Co? – spytałam zupełnie zbita z tropu.
– Skończyliśmy, idź do siebie – w jego spojrzeniu czaił się nieprzyjemny chłód.
– Myślałam, że zostanę… – odezwałam się niepewnie, po raz kolejny kompletnie nie rozumiejąc jego zachowania.
Usiadł gwałtownie, wpatrując się we mnie niemalże wrogo.
– Nie słyszałaś? Spierdalaj! – warknął do mnie rozkazująco.
Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. Jego zachowanie… to… zupełnie nie miało sensu. Nie zamierzałam jednak przy nim płakać. Wstałam z łóżka i ignorując jego obecność zaczęłam zbierać swoje ubrania, bylejak je na siebie wkładając. Przeklęty dupek! Powstrzymywałam łzy do chwili, aż nie znalazłam się w swoim pokoju. Dopiero tu pozwoliłam im swobodnie płynąć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
Leżałem na plecach, marząc wyłącznie o tym, by te przeklęte wspomnienia przestały pojawiać się w moim umyśle. Roześmiane twarze, dłonie, które mnie dotykały wbrew mojej woli. Obrzydzenie, wstyd i upokorzenie.
Jej zapach na mojej pościeli nie pomagał. Zerwałem się z łóżka, ściągając pościel na podłogę. Kolejno lądowały na niej kołdra, poduszki, prześcieradło. Popełniłem błąd. Nie powinienem jej do siebie zapraszać, ale teraz było już na to zdecydowanie za późno.
Chwilę później znalazłem się pod prysznicem. Lejąca się na moje plecy ciepła woda pomagała mi rozluźnić napięte do granic możliwości mięśnie. Nie byłem pewien ile czasu upłynęło, kiedy umyłem się, owinąłem w pasie grafitowym ręcznikiem i wróciłem do pokoju. Ku mojej uldze pościel zniknęła. Wyjrzałem przez okno. Mimo padającego deszczu, na niebie widać było jasną łunę. W oddali zobaczyłem ogień. To nie był pojedynczy pożar. Miasto płonęło, nieokiełznany żywioł powoli trawił budynek po budynku.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień trzydziesty piąty
Umarłam i znalazłam się w innym świecie, pełnym magii, wojen i okrucieństwa. Mój ojciec okazał się totalitarnym, sadystycznym władcą, którego szaleństwu do pięt nie dorastali najgorsi, rzymscy cesarzowie. Magia, która mnie do siebie przyciągała, była równocześnie kusząca, cudowna i śmiertelnie niebezpieczna. Zamiast jednak myśleć o przyszłości, ułożeniu sobie życia, czy chociażby przetrwaniu, ja rozmyślałam o przeklętym, ciemnowłosym czarodzieju, który najwyraźniej traktował mnie jak zabawkę. To było irracjonalne, czułam się jak głupia, zadurzona smarkula, wciąż mając nadzieję, że Raven znajdzie mnie i w jakiś wiarygodny sposób wytłumaczy swoje zachowanie.
Moje rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Zsunęłam się z wiszącego fotela i ze zbyt szybko bijącym sercem podeszłam otworzyć. Zawód, jaki poczułam, gdy na progu ujrzałam Andre, zaskoczył mnie samą.
– Chodź, mamy zebranie – oznajmił mi chłopak i nie czekając na to czy pójdę za nim, oddalił się korytarzem.
Niezadowolona zamknęłam za sobą drzwi i ruszyłam jego śladem. Tym razem jasnooświetlony korytarz piął się w górę po spirali, aż do masywnych, drewnianych drzwi wielkiej, okrągłej, wyłożonej ciemnym kamieniem sali.
– Coś się wydarzyło? – spytałam, gdy udało mi się dogonić czarodzieja.
Andre skinął głową.
– Lady Rosco nie żyje. Próbowała dostać się do Wieży. Została rozerwana na kawałki, dosłownie – wyjaśnił ponurym głosem chłopak. – To niesie ze sobą wiele politycznych konsekwencji – dodał, jakby sama jej śmierć nie była niczym ważnym.
Gdy weszliśmy do środka, okazało się, że wszyscy czarodzieje są już w sali i toczy się między nimi zażarta dyskusja. Tym razem w pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Stanęłam przy ścianie, nieopodal drzwi. Tak jak pozostali spojrzałam na Ravena, w kierunku którego sypały się kolejne oskarżenia.
– To nie moja wina! – głos Ravena ociekał irytacją. – Nigdy nie zaprosiłem tej kobiety do Wieży!
– Jej intencje były jasne – odezwał się ze spokojem jeden ze starszych magów. – Szła tutaj, bo zamierzała ogrzać ci łoże. Wcześniej tego dnia księżniczka Arashi i Christopher widzieli cię z nią w jednoznacznej sytuacji.
– Poza tym już raz naraziłeś kogoś na śmiertelne niebezpieczeństwo, zapraszając go do Wieży – powiedział chłodno Lucas, wskazując na mnie, jakbym była dowodem rzeczowym.
– A jak wytłumaczysz nam płonące miasto? – naskoczył na Ravena Christopher.
Od ich krzyków rozbolała mnie głowa. Twarz Ravena była teraz nie wyrażającą żadnych emocji maską. Chłopak ignorował kolejne oskarżenia, jakby uznał, że próba jakiejkolwiek obrony jest bezcelowa. Każdy z obecnych miał mu coś do zarzucenia, milczał jedynie Mistrz. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że wyrzucił mnie, bo na ten sam wieczór zaplanował jeszcze spotkanie z rudowłosą szlachcianką, ale szybko odrzuciłam ten pomysł. Chłopak nie był bezmyślny. Gdyby chciał się z nią spotkać, wybrałby miejsce poza Wieżą. Nabrałam pewności, że ta kobieta pojawiła się przez przypadek, a czarodziej flirtował z nią, żeby przyciągnąć moją uwagę. Byłam naprawdę wkurzona na Ravena, ale nie potrafiłam tak po prostu zgodzić się na to, w jaki sposób go wszyscy traktują.
– Przestańcie! – rozkazałam stanowczo, a mężczyźni zamilkli, wpatrując się we mnie z zaskoczeniem. – Raven nie sypiał z Lady Izabellą, nie miał żadnego powodu, żeby zapraszać ją do Wieży – oznajmiłam patrząc w czekoladowe oczy czarodzieja, bardzo ciekawa jego reakcji na moje kolejne słowa. – Przedstawienie, które widział Christopher było przygotowane dla mnie. To ze mną Raven chciał iść do łóżka. I tak – dodałam po chwili, gdy wszyscy milczeli zszokowani – byłam z nim, kiedy zaczęły się pożary, to nie on za nie odpowiada.
Po twarzy Ravena przemknęło szczere zaskoczenie. Tak jak pozostali, wpatrywał się we mnie niedowierzająco.
– Effie, to czyste szaleństwo! – Christopher jako pierwszy odzyskał rezon. – Czy ty masz pojęcie, w co się wpakowałaś?! – chłopak sprawiał wrażenie naprawdę przerażonego.
– Wiesz, że ciągle tu jestem? – Raven spytał go chłodno.
– A nie powinno cię tu być! – warknął blondyn. – Ani w tej sali, ani w ogóle w Wieży!
– Dosyć tego, Christopherze – po raz pierwszy od kiedy zebraliśmy się w wielkiej sali, wtrącił się Mistrz. – Każdy, kogo wybrała Wieża ma prawo tu być. To nie ty o tym decydujesz, Christopherze. Teraz musimy ustalić, jak wytłumaczymy śmierć Lady Rosco w Dareshii i skąd wziął się magiczny ogień w Shaderai. To miasto znajdujące się w świecie, w którym nie powinna istnieć magia.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Raven
Nie miałem nic wspólnego ze śmiercią przeklętej szlachcianki, a Effie aż nazbyt dobrze odgadła moje intencje, za to doskonale wiedziałem, skąd wzięły się pożary. Wieża nie po raz pierwszy reagowała na mój nastrój. Zdawałem sobie jednak sprawę, że lepiej to przemilczeć, bo czarodzieje, jak zawsze i tak wyciągną własne, wygodne dla nich wnioski. Z tęsknotą spojrzałem w kierunku księżniczki, która z uwagą przysłuchiwała się dyskusji i już na mnie nie patrzyła. Przymknąłem oczy. Nie miałem pojęcia, co zrobić, żeby ponownie się do mnie zbliżyła i czy to w ogóle możliwe.