Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Czarna Wieża

    Effie

    Siedziałam przy jednym z komputerów, szybko orientując się, jak działa ich system. Różnił się od tego, który znałam, ale nie były to jakieś diametralne różnice. Dziewczynki, coraz bardziej ośmielone, co jakiś czas podchodziły i wypytywały mnie o magię, Ravena i naszą wspólną historię. Chciały wiedzieć, jak się poznaliśmy i w jaki sposób spędzamy czas. Były zachwycone, gdy dowiedziały się, że to Raven uczy mnie magii. Z zapartym tchem chłonęły każdy szczegół, szczególnie, gdy padało jego imię. Tylko Hana wciąż patrzyła na mnie z graniczącym z nienawiścią chłodem, ale już przynajmniej nie próbowała mnie atakować. Byłam pewna, że, przyklejony do mnie magią, cień Ravena ochroni mnie w razie potrzeby, ale mimo to, wolałam, żeby nie musiał tego robić.

    Sama z przyjemnością oglądałam nieznaną mi mapę świata i chłonęłam kolejne wiadomości, które w Shaderai najczęściej dotyczyły pojawiających się portali. Najsilniejsi łowcy byli traktowani niczym gwiazdy filmowe i o nich również pojawiało się sporo artykułów. 

    Dopiero koło południa czarodziej stanął za mną, kładąc mi rękę na ramieniu. 

    – Chyba już wiem, co trzeba zrobić – oznajmił swobodnie – i myślę, że lepiej będzie, jak zabiorę cię ze sobą. 

    Nie zdążyłam zapytać o szczegóły, bo Raven od razu wyłączył ekran, jakby obawiał się, że jeszcze zdążę wyszukać kolejną ciekawostkę. Dziewczynki podniosły głowy niemal równocześnie. 

    – Dokąd? – wyrwało się Lili. 

    – Wracamy przed zmrokiem? – dopytała Mai, a Kate odruchowo spojrzała na Hanę, jakby sprawdzała, czy ta znów nie wpadnie na jakiś genialny pomysł. 

    Raven rzucił im krótkie spojrzenie. Wystarczyło.

    – Wy zostajecie – uciął. – Zajmijcie się pracą i żadnych numerów. 

    Wyszliśmy z budynku, a mnie od razu uderzył ciekawy kontrast. Kompleks z zewnątrz nadal wyglądał jak opuszczona fabryka, jednak przy bramie stał teraz czarny, luksusowy samochód, tak dopracowany, że zupełnie nie pasował do pękniętego asfaltu i rdzy. Zatrzymałam się odruchowo, ale Raven wziął mnie za rękę i pociągnął w kierunku auta. 

    Drzwi od strony kierowcy otworzyły się i z samochodu wysiadł młody mężczyzna. Wyglądał na niewiele starszego ode mnie. Ubrany był prosto, ale w taki sposób, że i tak wyglądał jak ktoś, komu wszystko wolno. Spojrzał na Ravena z wyraźnym szacunkiem, którego nie próbował ukrywać. Skłonił lekko głowę przed czarodziejem, po czym przeniósł wzrok na mnie. Jego twarz wydała mi się dziwnie znajoma i po chwili zdałam sobie sprawę, gdzie go wcześniej widziałam. Był łowcą z artykułu, przy którym chwilę wcześniej zatrzymałam się na dłużej. 

    – Jestem Daniel Wintermint – przedstawił się, jakby czytał mi w myślach. – Miło mi panienkę poznać.

    – Dzień dobry – przywitałam się, przyglądając mu się uważnie. 

    Raven skinął głową i bez pytania otworzył mi tylne drzwi. Usiadłam, a on zajął miejsce obok. Daniel ruszył płynnie, jakby dokładnie wiedział, gdzie jedziemy. 

    Przez szybę obserwowałam miasto, coraz gęstsze, coraz wyższe. Próbowałam poskładać to wszystko w całość, ale Shaderai żyło własnym rytmem. Zdecydowanie nie był to świat, który dało się “zrozumieć” po kilku artykułach. 

    W końcu zjechaliśmy na podziemny parking wysokiego, przeszklonego wieżowca w samym centrum miasta. Daniel zatrzymał samochód na miejscu przy samym wejściu do windy, które wyglądało na zarezerwowane. 

    – Jesteśmy na miejscu – oznajmił. 

    Raven wysiadł pierwszy i podał mi rękę. Weszliśmy do windy. Daniel przesunął kartą po panelu, a potem wcisnął przycisk. Prawie natychmiast drzwi się zamknęły, a kabina ruszyła w górę. Winda zatrzymała się na najwyższym piętrze. Kiedy drzwi się otworzyły, zobaczyłam przestrzeń, która zajmowała całe piętro. Gabinet, a raczej… prywatne królestwo. Skórzane fotele, kanapa, rzeźbione drewniane biurko, wszędzie dookoła przeszklone szyby, jakby ktoś chciał oglądać miasto z góry i udawać, że ma nad nim władzę. 

    – Gdzie jesteśmy? – spytałam cicho. 

    – W agencji – odpowiedział obojętnie Raven. – Zrzesza łowców. Logistyka, zasoby, informacje, kontakty. Całe to ich cywilizowane udawanie, że panują nad sytuacją. 

    Daniel zignorował ten komentarz z godnością człowieka, który słyszał gorsze rzeczy i wciąż żył. 

    – W raporcie z rana mamy anomalię – zaczął rzeczowo. – Portal klasy wyższej. Wczoraj wysłaliśmy tam trzydziestoosobowy zespół… i do tej pory nikt nie wrócił. 

    W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Raven położył dłonie na oparciu jednego z foteli i spojrzał na Daniela tak, jakby oceniał, czy mówi prawdę, czy tylko próbuje go wciągnąć w cudzy problem. 

    – Pokaż – zażądał. 

    Daniel skinął głową i sięgnął po leżący na biurku tablet. Przesunął ekran w naszą stronę. Zobaczyłam mapę miasta, czerwone oznaczenie i serię danych, które zmieniały się zbyt szybko, bym zdążyła przeczytać wszystko. Gdy mężczyzna stanął bliżej nas, poczułam drobinki magii. Spojrzałam na Daniela uważniej i zobaczyłam oplatające go nici, nie tak wyraźnie, jak wtedy, gdy w pobliżu znajdował się Christopher, ale jednak, byłam pewna, że tam są. Delikatne, oplatające go w kilku miejscach, splatające się w coś, czego nie umiałabym nazwać słowami. Od razu zrozumiałam dlaczego Raven mu ufa, choć raczej „zaufanie” było tu złym słowem — czarodziej trzymał go na smyczy. 

    Raven odsunął się od biurka.

    – Dobrze, idziemy. 

    Daniel ponownie użył karty. Zjechaliśmy kilka pięter w dół. Kiedy drzwi windy się otworzyły, znaleźliśmy się w eleganckiej kafeterii. Jasne wnętrze, stoliki, ludzie jedzący lunch, ekrany z wiadomościami. Nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi, co było chyba najbardziej niepokojące. 

    Raven się zatrzymał.

    – Zostawię cię tu na chwilę – oznajmił spokojnie, jakby chodziło o oczywistość. – Powinnaś coś zjeść. Daniel się tobą zaopiekuje. 

    Łowca skinął głową.

    – Zajmę się nią – zapewnił. 

    Poczułam, jak Raven splata palce z moimi na krótką chwilę. To było drobne, szybkie, niemal niedostrzegalne, a jednak wystarczyło, by mój żołądek wykonał dziwny, nerwowy skok. 

    – Nie ruszaj się stąd – rzucił jeszcze, patrząc mi prosto w oczy. 

    – A jeśli zapytam “dlaczego”? – nie wytrzymałam. 

    Kącik jego ust drgnął.

    – Wtedy bezsensownie stracimy czas. 

    Odwrócił się i odszedł, znikając w korytarzu, jakby to miejsce należało do niego tak samo jak wszystko inne. Zostałam przy stoliku, z Danielem obok, w świecie, który miał własne zasady, bohaterów i portale, a który ciekawił mnie coraz bardziej.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven

    Wszedłem do nowoczesnej sali treningowej. Światło było tu ostre, podłoga czysta, a ściany pełne ekranów. Metalowe konstrukcje, worki, tarcze, stanowiska do testów siły i refleksu. Shaderai miało obsesję na punkcie kontroli, więc nawet ich brutalność była tu poukładana. Dwoje łowców przerwało sparing i natychmiast ruszyło w moją stronę. 

    – Ty! – warknęła kobieta, wysoka, muskularna, w czarnym stroju treningowym. – Jak tu wszedłeś? 

    – To strefa zamknięta – dorzucił mężczyzna, zbyt młody i zbyt pewny siebie. – Wynoś się, zanim…

    Nie skończył. Byłem już wystarczająco zirytowany samym faktem, że wbrew mojej woli musiałem zostać w Shaderai. Nie ruszyłem się nawet o centymetr, wystarczyła jedna myśl. Cień wysunął się spod moich stóp i przeciął mu gardło jednym ruchem. Krew trysnęła na białą matę. Mężczyzna osunął się na kolana, a potem przewrócił na bok, jakby ktoś nagle wyłączył w nim zasilanie. Kobieta zdążyła sięgnąć po nóż. Drugi cień wyrósł za jej plecami. Ostrze weszło pod żebra, głęboko, precyzyjnie. Zamarła na ułamek sekundy, zdziwiona, że ból w ogóle istnieje, po czym opadła na podłogę. Jej palce wciąż zaciskały się na rękojeści, jakby nie dotarła do nich informacja, że to już koniec. Cisza wróciła natychmiast. 

    Po chwili do sali wszedł mężczyzna w średnim wieku, elegancki, z twarzą kogoś, kto całe życie tłumił emocje. Za nim pojawili się ochroniarze. Zatrzymali się, kiedy zobaczyli trupy, ale nie wyjęli broni. Mężczyzna spojrzał na plamę krwi na macie, potem na mnie. 

    – Proszę sprzątnąć bałagan – powiedział spokojnie do ochrony, jakby chodziło o stłuczoną szklankę. Potem znów zwrócił się do mnie. Ukłonił się minimalnie. – Przepraszam za niedogodności, Raven. Ludzie czasem zapominają, kto ma prawo wchodzić, gdzie chce. – Nie odpowiedziałem. Milczenie było szybsze od rozmowy. – Anomalia… – zaczął ostrożnie. – Czy pomożesz osobiście? Sytuacja wygląda poważnie. Nasi łowcy nie wrócili, a wysłaliśmy jeden z lepszych oddziałów…

    – Nie – uciąłem. 

    Na jego twarzy nie drgnął nawet mięsień, ale oddech stał się cięższy. 

    – Rozumiem. W takim razie… kogo mam wysłać?

    – Wyślij pierwszy oddział, możesz też zabrać Hanę – rzuciłem chłodno i odwróciłem się do wyjścia. 

    Za plecami słyszałem szuranie worków i pospieszne komendy. Nie oglądałem się. To nie był mój problem.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Daniel

    Siedzielismy przy stoliku, przy oknie. Przyglądałem się, jak dziewczyna nieśpiesznie zjada sałatkę, którą sobie wybrała. Wyglądała na niewzruszoną, a ja nie byłem pewien, czy nie rozumiała sytuacji, w jakiej się znalazła, czy też sytuacja w ogóle jej nie obchodziła. Dziewczyna była prześliczna, miała długie, hebanowe włosy i magnetyzujące, fiołkowe oczy. Wcale nie dziwiło mnie, że Raven się nią zainteresował.

    Zakląłem w myślach, kiedy dosiadły się do nas dwie łowczynie, z wyraźnym zainteresowaniem wpatrując się w Effie. 

    – Cześć, jesteś nowa? – spytała Julie, jak zawsze szukając jakiejś sensacji. – Daniel, nie przedstawisz nas? – bardziej zażądała niż poprosiła. 

    Julie potrafiła wparować w czyjeś życie tak, jakby miała na to podpisany papier. Obok niej usiadła Maja, spokojniejsza, ale z tym samym błyskiem w oczach, który oznaczał kłopoty. Effie nawet nie drgnęła. Podniosła wzrok znad miski i spojrzała na nie uprzejmie, jakby to było zwykłe popołudnie. Przełknąłem kęs swojej kanapki, choć ścisnęło mnie w gardle. 

    – Effie… to Julie i Maja – powiedziałem, starając się, żeby zabrzmiało to normalnie. – Dziewczyny, Effie. 

    Julie uśmiechnęła się szeroko. 

    – No dobra, więc powiedz nam… jesteś tu z nim, prawda? – rzuciła bezceremonialnie. 

    Maja szturchnęła ją łokciem, ale było już po wszystkim. 

    – Z kim? – spytała Effie spokojnie, odkładając widelec. 

    Łowczyni przewróciła oczami, jakby to było oczywiste. 

    – Z tym nowym VIP-em. Widziałam go tylko przez chwilę na korytarzu, ale… – przeciągnęła słowo z teatralnym zachwytem. – Nie wiedziałam, że człowiek może tak wyglądać. 

    Maja zaśmiała się krótko. 

    – Wszyscy mówią, że pojawił się ktoś ważny. Ochrona zaczęła latać jak poparzona, windę blokują, piętro zamknięte… – pochyliła się w moją stronę. – Daniel, pewnie coś wiesz, mam rację?

    Czułem, jak nieprzyjemnie napina mi się kark. 

    – Nie wiem – skłamałem automatycznie. – Zajmijcie się swoimi sprawami. 

    Julie nie odpuszczała. Oparła brodę na dłoniach i zmierzyła Effie wzrokiem od stóp do głów. 

    – Jesteś piękna. Słuchaj… jeśli to naprawdę on, to może dasz nam jakiś cynk? Co lubi? Na co reaguje? 

    Effie spojrzała na mnie, jakby tym jednym spojrzeniem próbowała ocenić, czy to żart, czy zasady tego miejsca naprawdę są tak żałosne. Potem wróciła wzrokiem do Julie. 

    – Nie jestem tu po to, żeby was swatać – odparła łagodnie. 

    Łowczyni prychnęła. 

    – Okej, okej, księżniczko – mruknęła, ale w jej tonie pojawiła się nuta zazdrości. – Tylko nie udawaj, że to przypadek. Taki facet nie przyprowadza byle kogo.

    Serce zabiło mi szybciej. Dziewczyny nie rozumiały, że istnieją osoby, przy których „plotki” mogą skończyć się naprawdę źle, a Effie… była jedną z takich osób. Spojrzałem na nią ukradkiem. Nie wyglądała na przestraszoną. Może była z tych, których strach już nie rusza, albo po prostu jeszcze nie widziała, co Raven robi, kiedy ktoś przekracza ustaloną przez niego granicę. Nawet ja nie chciałem tego oglądać ponownie. 

    – Dosyć – powiedziałem twardszym tonem, niż planowałem. – Effie jest gościem. Koniec tematu. 

    Maja zmrużyła oczy, wyczuwając napięcie. 

    – Serio aż tak? 

    Nie odpowiedziałem. Wstałem, zanim rozmowa zdążyła pójść w stronę, której nie da się cofnąć. 

    – Macie coś do zrobienia – rzuciłem. – Jeśli chcecie pogadać, pogadajcie sobie gdzie indziej. 

    Julie uniosła dłonie w obronnym geście, ale widziałem, że nie jest zadowolona. 

    – Dobra, dobra. Już idziemy. Tylko… szkoda, że nie powiesz, jak ma na imię ten cud – mruknęła, wstając.

    Odsunęły się od stolika, a ja usiadłem z powrotem. Dopiero teraz dotarło do mnie, że ściskam palce tak mocno, że zbielały mi knykcie. Chciałem wyjaśnić Effie moje obawy, ostrzec ją za wczasu. Słowa jednak ugrzęzły mi w gardle. Nie znałem jej, ale była pierwszą osobą, którą kiedykolwiek przyprowadził tu Raven, a to wystarczyło, bym stał się przesadnie ostrożny. 

    Wtedy zobaczyłem go w odbiciu szyby. Raven wszedł do kafeterii tak, jakby nie musiał się liczyć z żadnymi zasadami tego miejsca. Nie rozejrzał się nerwowo, nie szukał wzrokiem ochrony, nie udawał uprzejmości, po prostu wszedł do środka i nagle zrobiło się ciszej, choć nikt jeszcze nie zdążył zrozumieć dlaczego. 

    Effie podniosła głowę, a ja zauważyłem ten ułamek sekundy, w którym jej spojrzenie się rozjaśnia. Zrobiło mi się nieprzyjemnie w żołądku. Spróbowałem po raz kolejny wmówić sobie, że to nie moja sprawa i nie powinienem się nią przejmować. 

    Julie i Maja wróciły natychmiast. Dosłownie natychmiast, jakby wstały wcześniej tylko po to, żeby zrobić małe kółko i wrócić w idealnym momencie. Julie poprawiła włosy i uśmiechnęła się kokieteryjnie. 

    – O, jednak tu jesteś – rzuciła z przesadną swobodą. – Myślałyśmy, że to tylko plotki. 

    Maja oparła się biodrem o blat obok, jakby pozowała do zdjęcia. 

    – Możemy się również przysiąść? – spytała, choć już stała zdecydowanie za blisko. 

    Raven nawet na nie nie spojrzał. Podszedł prosto do naszego stolika i położył dłoń na oparciu krzesła Effie. Gest był spokojny, prawie nieznaczący, byłem jednak pewien, że to deklaracja, że dziewczyna jest jego własnością. 

    – Skończyłaś? – spytał Effie. 

    – Prawie – odpowiedziała równie spokojnie, podczas gdy ja czułem, jak płonę od środka. 

    Julie zaśmiała się cicho. 

    – Jesteś zawsze taki… konkretny. To trochę seksowne, wiesz?

    Nie rozumiałem, jak mogły być tak piekielnie nieświadome i zachowywać się tak głupio. Czułem jego chłód jak wahanie temperatury, którego nie da się wytłumaczyć klimatyzacją. Raven nie musiał podnosić głosu ani robić niczego demonstracyjnego. Wystarczyło, że stał. 

    Maja spróbowała jeszcze raz, jakby to był flirt na siłę, bo nie znała innego języka. 

    – Słuchaj, jeśli potrzebujesz kogoś do… towarzystwa, to my… 

    – Daniel – przerwał jej Raven, w końcu kierując wzrok na mnie. – Idziemy. 

    To nie była prośba, a polecenie. Podniosłem się od razu, nie pozwalając sobie na zawahanie. Effie również wstała i poprawiła krzesło. Raven spojrzał na nią przez moment tak, jakby sprawdzał, czy nic jej nie dotknęło. Potem ruszył w stronę wyjścia. Effie szła tuż obok niego. Julie i Maja odprowadziły ich spojrzeniem, wciąż uśmiechnięte, jakby całe to napięcie było wyłącznie moją paranoją. 

    Dopiero gdy drzwi kafeterii zamknęły się za nami, zorientowałem się, że wstrzymywałem oddech. Wypuściłem powietrze powoli, czując ulgę tak ostrą, że aż zawstydzającą. Nic się nie stało. Tym razem. 

    Raven szedł spokojnie, ale jego milczenie było ciężkie. Zatrzymał się dopiero za rogiem, gdzie hałas z kafeterii nie docierał już tak wyraźnie. Wtedy nachylił się minimalnie w moją stronę, tak żeby Effie nie usłyszała. 

    – Skoro są takie wyrywne – odezwał się cicho, lodowatym głosem – to niech dołączą do pierwszego oddziału w anomalii. 

    Zamrugałem. 

    – One są… nisko w rankingu – wydusiłem. – Julie dopiero co… 

    – Nie obchodzi mnie ich ranking – uciął. – Wpiszesz je na listę. 

    Zacisnąłem palce na krawędzi tabletu, jakby mógł mi dodać odwagi.

    – Zginą, jeżeli je tam wyślesz… 

    Nie spojrzał na mnie nawet przez sekundę dłużej, niż to było konieczne.

    – Jeden problem mniej – rzucił obojętnie i poszedł dalej, biorąc Effie za rękę. 

    Dziewczyna szła obok niego, nieświadoma, że właśnie zapadł wyrok, którego nikt poza mną nie odważy się podważyć.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Penthouse w hotelu był elegancki i luksusowy. Raven nie wyglądał na kogoś, kto lubi takie miejsca, a jednak, to właśnie tutaj mnie zabrał.  

    – Dlaczego tu jesteśmy? – spytałam podejrzliwie. – Nie lepiej byłoby wrócić do fabryki?

    Przecząco pokręcił głową. 

    – Chwilę poczekamy na rezultaty – wyjaśnił, uśmiechając się do mnie tym swoim aroganckim, kocim uśmiechem – więc uznałem, że równie dobrze możemy pobyć trochę sami. 

    Przysunął się do mnie bliżej i objął mnie ramionami, a kiedy zarzuciłam mu ręce na szyję, namiętnie mnie pocałował. Wyraźnie w ogóle nie przejmował się faktem, że tu utknęliśmy, tylko, że… w obecnej chwili ja również w ogóle się nim nie przejmowałam. Jego bliskość jak zawsze była oszałamiająca. Nie miałam pojęcia kiedy znaleźliśmy się na łóżku, ani w którym momencie nawzajem pozbyliśmy się swoich ubrań. Raven fragment po fragmencie całował całe moje ciało. Dotykał mnie, a ja drżałam z rozkoszy. 

    W pewnym momencie uznałam, że tym razem to ja przejmę inicjatywę. Usiadłam na nim okrakiem i nachyliłam się, żeby go pocałować. Poczułam, jak chłopak sztywnieje, jak w jednej chwili jego spojrzenie się zmienia, a oddech przyspiesza. Zrzucił mnie z siebie gwałtownym ruchem, tak, że plecami uderzyłam o materac. Jedną ręką chwycił moje nadgarstki i przytrzymał je nad moją głową, a sam znalazł się nade mną, tak, że nie mogłam się ruszyć.  

    – Nie rób tego nigdy więcej – zawarczał. 

    Patrzyłam na niego zaskoczona, a potem uświadomiłam sobie co zrobiłam — odebrałam mu kontrolę. Wróciły do mnie obrazy, które widziałam w jego wspomnieniach z dzieciństwa. 

    – Przepraszam – szepnęłam. 

    Przez chwilę wpatrywał się we mnie intensywnie, a potem powoli się rozluźnił. Puścił moje nadgarstki i opadł obok mnie na materac. Przymknął oczy.

    – Eff… – zaczął cicho.

    – Nie musisz się tłumaczyć – ucięłam krótko, odwracając się ku niemu. 

    Ku mojej uldze przyciągnął mnie do siebie i zamknął w ramionach. 

    – Jestem ciekawa, czy moglibyśmy przenieść taki pokój do Wieży – zażartowałam, żeby odwrócić jego uwagę.

    Poskutkowało, bo roześmiał się lekko. 

    – Pokój w Wieży wygląda dokładnie tak, jak chce tego jego właściciel. Gdybyś pragnęła luksusów, zamieniłby się w pałac z białego marmuru, nie przytulny pokój z widokiem na morze – wyjaśnił mi Raven.

    – Och, to ma sens – stwierdziłam pogodnie. – Twój loft pasuje do ciebie znacznie lepiej niż to miejsce.  

    – Wiem – mruknął, a jego dłoń powoli przesunęła się po moich plecach – i mam nadzieję, że szybko uda nam się tam wrócić. 

    Westchnęłam i wtuliłam twarz w jego szyję. Nic więcej nie powiedział, ale przytulił mnie mocniej, a to mi zdecydowanie wystarczyło. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven

    Otworzyłem drzwi i zalała mnie nowa, niespodziewana fala irytacji. Zamiast hotelowego korytarza, zobaczyłem swój pokój. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że Wieża nie miała dla nas żadnego konkretnego zadania. Najwyraźniej dążyła do tego, żeby Effie poznała mój świat i przy okazji świetnie bawiła się moim kosztem. 

    Zamknąłem drzwi trochę mocniej, niż planowałem. Effie poruszyła się na łóżku, wciąż półprzytomna, z włosami rozsypanymi na poduszce. Przez chwilę wpatrywałem się w nią bez słowa, próbując odepchnąć od siebie irytację, która nie miała rozsądnego celu. To nie było tak, że Wieża zrobiła coś złego. Po prostu… znów pokazała mi, że może.

    – Wstawaj – odezwałem się, dotykając jej ramienia i ze wszystkich sił starając się stłumić chłód w moim głosie. To nie na nią się gniewałem.   

    Otworzyła oczy i spojrzała na mnie spokojnie, jakby wiedziała coś, czego ja jeszcze nie rozumiałem.

    – Coś się stało? – mruknęła zaspanym głosem.  

    – Tak – odpowiedziałem krótko. – Wieża zakończyła przedstawienie.

    Usiadła powoli, przeciągnęła się. Chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem w stronę drzwi. Odetchnąłem dopiero, gdy znów znaleźliśmy się w moim lofcie.

    – Czyli… to był kaprys – podsumowała cicho.  

    – Raczej dyskusja – poprawiłem ją odruchowo.

    Westchnęła i przytuliła się do mojego przedramienia. Widać było, że nadal jest zmęczona. 

    – Chodź – rozkazałem, ciągnąc ją do środka.  

    Poszła za mną, bose stopy stawiając cicho na chłodnej posadzce. Chciałem zaprowadzić ją z powrotem do łóżka, tylko tym razem do mojego, ale wtedy to do mnie dotarło. Wieża była… podejrzanie miła. Jakby miała zbyt dobry humor. Na stole w kuchni czekało śniadanie. Wystawne, zbyt idealnie przygotowane, niemalże demonstracyjne. Nie musiałem pytać, co to znaczy. To były przeprosiny.

    – To urocze – mruknąłem, chociaż w moim głosie nie było nic ciepłego.

    Effie zatrzymała się w progu i rozejrzała się z zaciekawieniem.

    – Chyba chce, żebyś się uspokoił – stwierdziła spokojnie.

    – Niech próbuje – odpowiedziałem od niechcenia i podszedłem do stołu.

    Usiadłem, ale nie tknąłem jedzenia od razu. Wciąż czułem narastającą irytację. Jasne, chciałem, żeby Effie poznała Shaderai, ale powoli, na moich zasadach, a nie pod przymusem, od razu wrzucona na głęboką wodę. 

    Note