Dwunaste spotkanie – Słodycz Piekła
by Vicky
Dwunaste spotkanie
Przed chwilą Lisanna była jeszcze w podziemnym, utkanym ze snów mieście Cieni. Kilka nieznajomych osób gorąco dyskutowało o więzi, która łączyła ją z Mavenem. Teraz świat zniknął. Ponownie znalazła się za zasłoną.
Starała się ukryć własne światło. Było jednak zbyt jasne. Upiorne postacie dostrzegły je zbyt szybko. Lisanna usiłowała utkać iluzję, by je zmylić. Tym razem nic to nie dało.
Siedziała na fotelu skulona i drżąca.
— Lissi, nic ci nie jest?
Maven podbiegł do niej, wyrywając się strażniczce, która od czasu wydarzenia na łące pilnowała go intensywniej niż dotychczas. Uklęknął przy jej fotelu. Dziewczyna nie była pewna, czy potrafi go zauważyć. Upiory i paniczny strach przed nimi przesłaniały jej wszystko inne.
Ujął jej dłoń i otoczył ją swoją świetlistą tarczą. Lisanna poczuła się bezpieczniej, lecz zasłona wciąż nie pozwalała jej wrócić do rzeczywistości. Coś było zdecydowanie nie tak.
Sebastian przerwał rozmowę w pół słowa. Podszedł do niej szybkim krokiem. Uklęknął po drugiej stronie fotela i ujął jej dłoń. Spojrzał na Mavena. Tamten spojrzał na niego. Obaj byli tak samo zaniepokojeni.
Po chwili Sebastian ukrył jej światło pod płaszczem z cienia. Maven odciągnął od niej upiory. Dopiero wtedy Lisanna mogła odetchnąć. Wróciła do rzeczywistości tak, jakby wyrwała się na powierzchnię z zimnej wody, pod którą nie mogła oddychać.
— Co to było? — szepnęła przestraszona.
Znajdujące się w pomieszczeniu Cienie patrzyły na nią z niepokojem. Sebastian podniósł ją z fotela i przytulił do siebie, opiekuńczo zamykając w szerokich ramionach.
— Działasz jak czerwona płachta na byka — zauważyła Aveel.
Podeszła bliżej i wyjęła z torebki jedwabną apaszkę. Zawiązała ją na szyi Lisanny.
— Noś to przy sobie. Powinno pomóc… na jakiś czas.
Sebastian skinął jej głową w podziękowaniu.
— Niechętnie to mówię, ale — odezwał się mężczyzna w średnim wieku, który wcześniej rozmawiał z Sebastianem, Aveel i kilkoma innymi Cieniami — lepiej będzie, jeżeli zarówno ty — zwrócił się bezpośrednio do Sebastiana — jak i Posłaniec nie będziecie odstępowali dziewczyny na krok. Przynajmniej dopóki nie znajdziemy jakiegoś lepszego rozwiązania.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ponownie weszli do Wieży Wspomnień. Sebastian nie podał jej pierwszej lepszej figurki. Przeszedł wzdłuż półek powoli, skupiony, jak ktoś, kto szuka jednej, konkretnej rzeczy w morzu cudzych żywotów. Lisanna stała obok i patrzyła, jak jego palce omijają żurawie, kwiaty i gwiazdy. Minęło sporo czasu, zanim wreszcie zatrzymał się przy wąskiej niszy i zdjął z niej papierową łódkę.
— To ten — powiedział cicho. — Szukałem go dla ciebie.
Podał jej wspomnienie, które odnalazł. Kartka rozwinęła się w dłoni Lisanny i świat znowu się zmienił. Stała na wąskiej, skalistej wyspie. Wiatr niósł zapach soli. Przed nią wznosił się biały domek, przylegający do smukłej latarni morskiej. Światło z jej szczytu kładło się na falach miękką, złotawą smugą. W otwartych drzwiach domu Lisanna zobaczyła kobietę o ciemnych włosach i jasnowłosego mężczyzny. On poprawiał jej kosmyk za uchem. Ona śmiała się cicho, jak ktoś, kto po długiej ucieczce wreszcie odnalazł spokój.
Dziewczyna poczuła w sercu ostry, bolesny głód. To byli oni. Jej rodzice. Żywi. Bliscy siebie. Potem dostrzegła resztę.
Niebo nad wyspą nie było zwyczajnym niebem. Barwy gasły i wracały, jakby światło nie potrafiło się zdecydować, do której warstwy należy. Za skałami unosił się ten sam dziwny, szary półmrok, który znała aż nazbyt dobrze. Fale uderzały o brzeg, lecz ich dźwięk dochodził jakby spod sukna. Latarnia stała na granicy. Dokładnie tam, skąd przychodziły upiory. W miejscu z jej najgorszych koszmarów.
Wizja rozpadła się na setki drobnych fragmentów.
Lisanna znów była w wieży, z papierową łódką w dłoni i chłodem, który nie chciał jej opuścić. Sebastian stał tuż obok, czujny, gotów ją wesprzeć. To on poświęcił czas, by wyciągnąć dla niej ten jeden obraz z tysięcy obcych wspomnień.
Potrzebowała powietrza. Nadzieja, którą dzięki niemu zdążyła poczuć, zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Nawet jeśli jej rodzice wciąż tam żyli, Lisanna nie potrafiła sobie wyobrazić drogi, która nie wciągnęłaby jej z powrotem za zasłonę. Być może tym razem na zawsze… Poczuła, że nigdy nie uda się jej ich odnaleźć.
— Jak wspomnienia trafiają do wieży? — zapytała Lissi.
Sebastian wzruszył ramionami.
— Po prostu tam są.
— Więc może moje też tu będą? — zastanowiła się zaciekawiona.
Sebastian spojrzał na nią uważnie.
— Muszę przyznać, że takie rozwiązanie nie przyszło mi do głowy. Warto spróbować.
Tym razem mężczyzna wyraźnie wiedział, na czym ma się skupić. Sam zdziwił się, gdy naprawdę zadziałało. Na jego dłoni pojawiła się złożona z papieru gwiazda. Podał ją Lissi. Kartka rozwinęła się w jej ręce. Lissi gwałtownie Wciągnęła powietrze.
Po chwili oplotła ramionami jego szyję i przytuliła się do niego mocno. Sebastian przygarnął ją do siebie.
— Udało się? — zapytał cicho.
— Tak — szepnęła Lissi. — Ale to jeszcze bardziej szalone, niż kiedy niczego nie pamiętałam. Jestem pewna, że kompletnie zwariowałam.
Sebastian uśmiechnął się do niej łagodnie. Wyraźnie cieszył się, że jej wspomnienia wróciły.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Kłótnia wybuchła, zanim Lisanna zdążyła się przebrać.
— Nie ma mowy, żebym ją zostawił — powiedział Maven. — Potrzebuje mojej ochrony.
Sebastian milczał chwilę zbyt długo. Dziewczyna widziała, że wie, iż tamten ma rację. Widziała również, jak wściekłość gromadzi mu się w szczęce i w ramionach.
— Więc zostań — odparł w końcu szorstko. — Ale nie w moim łóżku.
Kompromis był cienki jak nitka i właśnie dlatego się na niego zgodzili. Ona miała spać w łóżku. Oni — na podłodze, po obu jej stronach.
Gdy zgasło światło, Lisanna leżała sztywno pod kołdrą i słuchała ich oddechów. Apaszka od Aveel mocno trzymała jej warkocz. Nie zdejmowała również bransoletki od Sebastiana. Mimo to w jej umyśle i tak pojawiły się aż nazbyt realistyczne koszmary.
Najpierw zgasły barwy. Potem zimno weszło pod skórę. Dziewczyna stała na skalistej wyspie. Latarnia paliła się bladym, nieprzyjemnym światłem. W progu białego domku czekali oni — ciemnowłosa kobieta i jasnowłosy mężczyzna. Lisanna wyciągnęła do nich ręce. Rodzice spojrzeli na nią i odwrócili się plecami. Za ich sylwetkami uniosły się skrzydła. Czarne i białe. Wojna szła po wodzie, po skałach, bezpośrednio niej samej.
Obudziła się z krzykiem, którego sama nie rozpoznała. Obaj znaleźli się przy niej natychmiast. Sebastian z jednej strony. Maven z drugiej. Drżała tak mocno, że zęby stukały jej o siebie. Oni nie patrzyli na siebie. Całą uwagę skupili na niej. Jedna dłoń złapała jej ramiona. Druga odgarnęła mokre od potu włosy z czoła. Lisanna nie potrafiła powiedzieć, który gest ją trzymał przy zdrowych zmysłach. Wiedział tylko, że koszmary wciąż nie odeszły do końca.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
W koszmarze Sebastian stał sam. Lissi odchodziła z Mavenem. Jej sylwetka topniała w białym świetle, coraz dalsza, coraz mniej jego. On został w cieniu. Cień nie zatrzymał się na nim. Pełznął za nią. Obejmował jej kostki, biodra, włosy. Zaczynał ją pożerać, zanim zdążyła zniknąć.
Sebastian zerwał się z podłogi, zanim jeszcze oddech wrócił mu do płuc.
Lissi drżała na łóżku. Żywa, obok niego. Położył się obok niej i przyciągnął ją do siebie natychmiast, ciasno, jakby samą siłą ramion mógł wyciągnąć ją z koszmaru. Twarz schował w jej włosach. Serce biło mu jak oszalałe. Nie zamierzał wypuszczać jej z objęć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
W koszmarze Maven biegł. Lissi tonęła w mroku Cieni. Czerń oplatała ją od stóp, sięgając wyżej, do gardła. Maven przywołał tarczę. Światło pękło mu w palcach jak szkło. Nie dosięgnął jej. Został z pustymi rękami i krzykiem, którego nikt nie usłyszał.
Ocknął się na podłodze. Lissi drżała. Sebastian już ją trzymał, ciasno, rozpaczliwie. Maven poczuł oboje naraz — panikę Cienia, ostrą jak cios, i rozpaczliwą bezradność Lissi. W jej myślach usłyszał nieme błaganie — „nie zostawiajcie mnie samej”.
Usiadł przy niej na łóżku i odgarnął jej wilgotne włosy z twarzy, a ona natychmiast chwyciła go za rękę.
— Żyjesz — stwierdził cicho. — Świetnie. W mojej wersji koszmaru byłaś już w połowie wciągnięta pod wodę. Wyglądałaś przy tym wyjątkowo nieelegancko.
Lissi uniosła na niego mokre od łez oczy. Oddech miała wciąż zbyt szybki, ale w spojrzeniu pojawił się pierwszy, niepewny błysk.
— Nieelegancko? — powtórzyła lekko zachrypniętym głosem.
— Mhm. Złe sny raczej nie dbają o fryzurę. Ani o to, żeby zostawić cię w jednym kawałku. Bardzo nieuprzejme z ich strony.
Sebastian warknął niemal bezgłośnie. Maven poczuł jego wściekłość, ale i tak nie zamierzał się wycofać.
— Spokojnie — rzucił w jego stronę. — Tylko sprawdzam, czy jeszcze potrafi się obrazić. To dobry znak. Trupy zwykle nie dyskutują o swoim wyglądzie.
Lissi parsknęła cicho. Dźwięk był krótki, zduszony, ale prawdziwy. W jej myślach koszmar na moment ustąpił miejsca zdziwieniu, że w ogóle potrafi się śmiać.
— Jesteś niemożliwy — wyszeptała.
— Wiem. Ktoś musi równoważyć ten ponury teatr.
Mocniej zacisnął palce na jej dłoni, a potem położył się obok dziewczyny. Natychmiast przysunęła się do niego bliżej, a on wolną ręką delikatnie pogłaskał jej włosy. Chciał, żeby przestała myślec o złych rzeczach. Najlepiej raz na zawsze.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lisanna wciąż drżała, kiedy śmiech zgasł jej na ustach. Sebastian trzymał ją tak, jakby bał się, że przy następnym oddechu zniknie. Wtulał twarz w jej włosy. Maven nie puszczał jej dłoni. Kciukiem musnął jej nadgarstek, lekko, jakby sprawdzał, czy na pewno wciąż jeszcze żyje.
— Przestańcie mnie tak oglądać — szepnęła, zauważając, że obydwaj wciąż się w nią wpatrują.
— Nie — odparł Sebastian.
— On nie potrafi — dodał Maven. — A ja nie zamierzam. Wyglądasz, jakby ktoś wyciągnął cię z lodowatej rzeki.
Lisanna parsknęła ponownie, tym razem ciszej.
— Nienawidzę cię.
— Wiem.
Sebastian uniósł głowę. Jego orzechowe oczy były wciąż zbyt ciemne, zbyt bliskie.
— Zamknij się wreszcie.
— Nie zamierzam — odparł Maven wyjątkowo łagodnie. — Bo jeśli przestaniemy rozmawiać, ona znowu zacznie tonąć. Prawda?
Lissi przez chwilę milczała. Czuła ich obu zbyt wyraźnie — ciepło torsu Sebastiana za swoimi plecami i spokojniejszy, uparty dotyk Mavena na swoich włosach. W brzuchu motyle nie harcowały. Drżały. Drobno. Jakby nie wiedziały, w którą stronę polecieć.
— Widziałam ich — wyszeptała. — Moich biologicznych rodziców. Odwrócili się ode mnie.
Sebastian przycisnął usta do jej włosów. Maven przechylił głowę, a w kąciku jego ust pojawił się ten jego niemożliwy uśmiech.
— Wolę tę wersję. W moim śnie byłaś znacznie mniej rozmowna. I trochę martwa.
Lisanna uderzyła go słabo w ramię wolną ręką. On przyjął to jak komplement, uśmiechając się do niej jeszcze szerzej.
— Jesteś okropny.
— A ty ciepła — mruknął. — To dobry znak, jak na kogoś, kto przed chwilą spacerował po własnym koszmarze.
Sebastian nie wypuszczał jej z objęć. Przesunął dłonią wzdłuż jej ramienia, powoli, jakby uczył skórę, że jest z powrotem w pokoju, w łóżku, przy nim.
Lisanna zamknęła oczy. Oparła się o niego i wyciągnęła rękę, żeby dotknąć twarzy Mavena. On przysunął się bliżej i splótł swoje nogi z jej nogami. Wciąż trzymał jej dłoń.
— Nie odchodźcie — poprosiła cichutko. — Żaden z was.
Przez chwilę nikt nic nie dodał. W tej ciszy było tyle czułości, że aż szczypało ją pod powiekami. I tyle absurdu, że Lissi poczuła, jak znowu chce się jej śmiać — głupio, cicho, wbrew wszystkiemu.